Czy jesteśmy gotowi na brak happy endu?


"I żyli długo i szczęśliwie" - tymi słowami kończyła się większość historii, które poznawaliśmy w swoim życiu. Początkowo uczą nas tego bajki, a później powieści i filmy raz za razem udowadniały, że pomimo wszelkich przeciwności losu, główny bohater zazna szczęścia - nawet, jeśli będzie przy tym trochę poobijany.


Gdy zakończenie jest szczęśliwe


Historie, które oglądamy i czytamy są różne. Gatunek nie jest ważny, bo niemal wszystkie działają na podobnej zasadzie - jest problem i jest rozwiązanie. Na końcu kryminału zostaje schwytany morderca. W romansach po burzliwych perypetiach, główni bohaterowie znajdują drogę, którą kroczą wspólnie. W bajkach umiera zły smok, a księżniczka patataja na koniu obejmując swojego rycerza. W sf wszechświat zostaje uratowany. Nawet w horrorach, w których trupy padają jak krople deszczu, na koniec zostaje final girl, a morderca umiera. Dlatego, jeśli tylko nie kibicuję się czarnych charakterom, to w czasie napisów końcowych czuje się swego rodzaju satysfakcje. Coś w stylu "wiedziałam, że wszystko dobrze się skończy". Gwarancja happy endu w popkulturze  zazwyczaj pozwala nam zachować wiarę, że nawet jeśli dzieją się naprawdę paskudne rzeczy, to i tak wszystko się jakoś ułoży. Być może nawet dzięki temu podświadomie zaczynamy wierzyć, że również w prawdziwym życiu, jeśli przetrwamy wszystkie złe chwile, to doczekamy się szczęśliwego zakończenia. Być może...


Chyba nie tylko ja uważam, że zakończenie Igrzysk Śmierci jest strasznie dołujące?

Niemniej nie zmienia to faktu, że osobiście bardzo często, jak ostatnia zrzęda marudzę widząc szczęśliwe zakończenie. Nawet, gdy lubię bohaterów i mocno im kibicuję, to zdarza mi się pomyśleć, że to zbyt oklepane i drażni mnie, że wszystko potoczyło się zgodnie ze schematem. Chociaż z drugiej strony równie często jestem zawiedziona, bo kibicowałam czarnemu charakterowi lub właśnie zaliczałam Second Lead Syndrome. Trochę tak, jakbym od czasu do czasu chciała przeczytać lub obejrzeć historię, która nie kończy się na "I żyli długo i szczęśliwie". Jakby masochistyczna część mnie chciała, nie tylko zostać zaskoczona, ale wręcz mieć rozdarte serce i czasami w najmniej oczekiwanym momencie coś takiego dostaję.

Gdy zakończenie jest smutne


Takie historie ze smutnym zakończeniem zazwyczaj niczym się nie wyróżniają. Przebiegają dokładnie w ten sam sposób, w jaki przebiegają te z happy endem, dlatego my-widzowie w żaden sposób nie jesteśmy przygotowani na to, co się stanie. Czytamy lub oglądamy nie przejmując się za bardzo wszystkimi złymi przygodami bohaterów, licząc na to, że jak zwykle wszystko się jakoś ułoży. I nadchodzi kulminacyjna chwila, a my dostajemy w łeb obuchem. To jest chwila, w której zaczynam się mocniej skupiać na fabule. Jestem zdezorientowana, jakby mój biedny mózg nie potrafił właściwie przetworzyć tego, co właśnie zobaczyłam.  Nie, to nie może być prawda. To na pewno jakaś pomyłka. No bo jak to tak główny bohater umarł? Oni nie będą razem? Nie ma szczęśliwego zakończenia? To na pewno ostatni odcinek/ostatnia strona/ostatnia scena? Może jednak moja książka to wybrakowany egzemplarz, w którym brakuje ostatnich kartek? Może przeoczyłam ostatni odcinek serialu i pojawi się kolejny odcinek lub sezon? Może trafiłam na felerną kopie filmu i powinnam czym prędzej napisać do dystrybutora? I tak przez chwilę chodzę otumaniona, obijając się o ściany i nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Okey, może nie wyglądam, aż tak źle, ale coś koło tego.

To jest moment, w którym niedowierzanie zmienia się w wyparcie. Internet idzie w ruch, a ja przegrzebuję setki stron szukając wszelkich informacji - przegrzebuję się przez recenzje, komentarze na forach, a w ostatnim akcie desperacji szukam nawet kopii w oryginalne licząc na to, że może w polskiej wersji coś poszło nie tak, pocieszając się myślą, że oryginalny utwór często jest modyfikowany, gdy wchodzi na zagraniczne rynki. Nic z tego. Zakończenie jest takie, jak w oryginale. Nie będzie dodatkowych scen i nawet nie ma komu za to nawtykać. Niemniej w tym etapie mojej popkulturowej żałoby (bo nie oszukujmy się, nieszczęśliwe zakończenia przechodzę niemal jak podręcznikową żałobę) najczęściej trafiam gdzieś na plotki, że twórcy planują kolejną część albo przynajmniej pojawia się petycja o to, więc żyję nadzieją. Muszę pisać, że mimo upływających lat ta kontynuacja nie powstaje? To wszystko udowadnia mi, że mimo wszystko pewnego wstrętu do happy endów, nie potrafię sobie radzić z nieszczęśliwymi zakończeniami.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że najczęściej właśnie te historie zapamiętuje na dłużej. Ba! Wiele moich ulubionych tytułów ma smutne zakończenie (co uświadomiłam sobie przed chwilą) i nie jestem do końca pewna, czy wynika to z faktu, że twórcy zafundowali nam emocjonalny rollercoaster zakończony wodospadem łez, czy może dlatego, że do wprowadzenia odważnego zakończenia (bądźmy szczerzy, brak happy endu nie jest wcale popularny) potrzebni są ludzie potrafiący łamać schematy na każdym polu, więc cała opowieść musi być niezwykła. Wolę myśleć, że poprawną odpowiedzią jest ta druga, bo w przeciwnym wypadku wyszłoby na to, że jesteśmy masochistami, a zrobienie dobrego filmu wymaga jedynie zafundowania smutnego zakończenia.

Ps. A Wy jak radzicie sobie z brakiem szczęśliwego zakończenia? Zapytałabym również o ulubione tytuły w tej kategorii, ale nie wiem, czy to nie byłby zbyt duży spoiler.
Ps2. Wolicie szczęśliwe, czy smutne zakończenia.