Matka kidnaperka, czyli o Finding Carter

By 14:00 ,


Matka to ciekawe stworzenie. Często nas drażni i złości, a przy tym nie ma na świecie nikogo, kto kochalibyśmy mocniej i dłużej, niż ją. W końcu to ona nas wychowała, opiekowała się nami, uczyła świata i całowała, gdy zrobiliśmy sobie kuku. A teraz wyobraźcie sobie, że nagle dowiadujecie się, że Wasza mama nie jest Waszą mamą. Niby wiele dzieci dowiaduje się, że są adoptowani, a ich biologiczna je oddała, ale co w sytuacji, gdy dowiadujecie się, że Wasza mama nie zdobyła Was przez adopcję tylko porwanie? I teraz ona najprawdopodobniej pójdzie siedzieć na długie lata, a Wy jesteście zmuszeni zamieszkać z całkiem obcą, choć biologiczną rodziną. Przerażające, prawda?

Tak było z Carter, choć to nawet nie jest jej prawdziwe imię. W jednej chwili dowiaduje się, że jej życie opierało się na kłamstwie, jednak nie ma o to większego żalu. Najważniejsze dla niej jest znaleźć sposób, by znów być z mamą, bo w końcu to  Lori jest jedyną, którą zna i kocha. A Elizabeth może i ją urodziła, ale Carter nie widzi w niej matki, a jedynie policjantkę, która chce dopaść Lori. Przyznaję, że do obejrzenia pierwszego odcinka uznawałam osoby, które kochały swoich porywaczy za poważnie chore (syndrom sztokholmski etc.) i właściwie dalej tak jest, jednak w przypadku Carter i jej związku z Lori mam zupełnie inne odczucia. Dziewczyna faktycznie została uprowadzona, jednak była zbyt młoda, by o tym wiedzieć. Nie była bita, wiązana, ani nikt się nad nią nie znęcał. Carter miała nawet lepiej niż Roszpunka, bo miłość Lori do niej była całkowicie szczera i bezinteresowna. Miała szczęśliwe dzieciństwo i wszystkie wspomnienia związane z matką były dobre. Nikt nie powinien od niej wymagać, by nagle od tak przestała ją kochać, a w zamian zaczęła darzyć tak głębokim uczuciem zupełnie obce jej osoby. 



Fascynujący problem, prawda? Zmusza do myślenia i zrewidowania swoich poglądów. Przynajmniej u mnie tak zadziałało i byłam zaskoczona, że w temacie porwań dzieci istnieje coś poza czernią i bielą. Przynajmniej dla tych dzieci, bo rodzice mają pełne prawo rozszarpać porywacza na kawałki. Jestem naprawdę zdumiona, że stacja MTV wzięła się za stworzenie produkcji skupiającej się na tak ciężkim problemie, a przy tym z sukcesem udało im się przedstawić go z tak wielu perspektyw. Niemniej uczucia ofiary, jej rodziny i porywaczki nie są w "Finding Carter" jedynym wątkiem. Właściwie jest ich tak wiele, że nie wiem od czego zacząć. Budowanie więzi między Carter i każdy członkiem nowej rodziny, w tym siostrą bliźniaczką to istna plątanina wątków i kłamstw. Poza tym to typowa teen drama ze swoimi licealnymi problemami, pierwszymi miłościami, narkotykami i zatargami z prawem. Co prawda poziom dramatyzmu jest bardzo wysoki, ale da się to przełknąć. 
Choćby przez tą małą tradycję ciężko nienawidzić Lori.
Zakochałam się w pierwszym sezonie "Finding Carter"! Nie mogłam się oderwać od oglądania. Ciągle zastanawiałam się, jak potoczą się losy bohaterów. Fascynowało mnie budowanie więzi w tak poharatanej rodzinie. Przy tym zarówno twórcy, jak i aktorzy spisali się znakomicie, więc jestem pod ogromnym wrażeniem. Niestety przestało być tak kolorowo w drugim sezonie, gdy serial przestał skupiać się na wątku porwania, a poszedł bardziej w stronę nastoletnich dramatów i absurdalnych rozwiązań. Na dwadzieścia cztery odcinki może dwa były ciekawe, a przy oglądaniu pozostałych okropnie się nudziłam, zastanawiając się co u licha się stało z tak dobrą produkcją?! Czyżby scenarzyści nie mieli już dobrych pomysłów na to, jak to wszystko dalej pociągnąć? Najwyraźniej tak, bo mimo zapewnień ostatecznie zdecydowano, że kolejny, trzeci sezon nie powstanie. Przy tym widzów zostawiono z cliffhangerem. Nienawidzę kiedy to robią! Czy tak trudno wypuścić jeden odcinek, który pozamyka wszystkie wątki?

Skoro tylko trzynaście, może piętnaście odcinków jest dobrych to czy warto brać się za przedwcześnie anulowany serial? Osobiście uważam, że tak, ale tylko pierwszy sezon. Skończcie go oglądać w momencie, gdy zacznie Was nudzić, bo lepiej nie będzie i nie macie co liczyć na poprawę poziomu, gdy ten opadnie. A jeśli przy dalszym oglądaniu będzie Was trzymać ciekawość, co stanie się dalej to zwyczajnie dajcie mi znać to Wam opowiem lub poszukajcie w internetach (spoilerów tam nie brakuje!). 

Argumentami na tak poza rewelacyjnym, oryginalnym pomysłem na serial jest także ciekawa kreacja aktorska, wspaniała oprawa muzyczna (w końcu to produkt MTV!), wciągająca fabuła i ogólnie pierwszy sezon wymiata! Uwielbiam produkcje, które zmuszają mnie do myślenia, ponownego rozważenia co jest dobre, a co złe i gdzie leży granica. Lubię, gdy bohaterowie się rozwijają, zmieniają, a przy tym nie jest to nagłe, lecz jest wynikiem ich przeżyć. To wszystko ma w sobie "Finding Carter" (w pierwszym sezonie!). I może nie jest to serial, który zmienił moje życie (bo takich nie ma), ale zdecydowanie wpłynął na mój sposób postrzegania niektórych spraw. Przy okazji, jeśli zdecydujecie się zaryzykować oglądanie to zwróćcie uwagę na tytuły odcinków. 
Ps. A Wy w sytuacji Carter (tj. nagle dowiadując się, że wychowywała Was porywaczka) jakbyście się zachowali?

You Might Also Like

0 komentarze