Obsesja Katarzyny B. Miszczuk, czyli o stalkerze, psychiatrach i seryjnym mordercy


Macie ochotę na lekką powieść z punktu widzenia lekarki pracującej na oddziale psychiatrii w szpitalu, po którym grasuje seryjny morderca? W takim razie pozwólcie, że opowiem Wam o "Obsesji" Katarzyny Bereniki Miszczuk, a na masę romansu i poczucie humoru dostaniecie w gratisie, jeśli się skusicie.

Joanna Skoczek po rozwodzie wraca do Warszawy, by odbyć rezydenturę na oddziale psychiatrii w Szpitalu Wschodnim. Jej życie kręci się wokół męczących dyżurów, niestabilnych pacjentów, natrętnych adoratorów i Kołtuna - kota tak brzydkiego, że aż pięknego. Jako atrakcyjna singielka przyciąga mężczyzn do tego stopnia, że pewnego dnia znajduje w swojej szafce liścik od Tajemniczego Wielbiciela. Później kolejny i kolejny, aż w końcu zaczyna dostarczać jej również prezenty. Not creepy at all. Jakby tego było mało, w szpitalu odnajdują się zwłoki młodej kobiety i wszystko wskazuje na seryjnego mordercę, który gustuje w kobietach podobnych do doktor Skoczek.


Zacznijmy od minusów, wśród których czai się jeden dość absurdalny i świadczy o moim skrajnym czepialstwie, jednak nie mogę się powstrzymać przed wytknięciem go. Widzicie, policja nie była w stanie znaleźć wiele punktów łączących ofiary Okularnika, lecz byli świadomi, że wybiera on atrakcyjne kobiety z czarnymi kręconymi włosami. Tak, tak, główna bohaterka też się do nich zalicza ze swoimi ciemnymi lokami. I to właśnie z nim mam problem, a może raczej z kobietą, która widnieje na okładce książki. Niby ma pofalowane, ale do loków jej daleko. Czy tak ciężko byłoby umieścić tam osobę odpowiadającą opisowi głównej bohaterki? Czekam na moment, gdy wydawnictwa zaczną się bardziej przykładać do tworzenia okładek, zwłaszcza że w tym przypadku było niemal idealnie, bo dobrze oddaje tematykę książki. Niemniej: niemal, to nie to samo, co idealnie. Tak wiem, zarzut naprawdę idiotyczny, ale skoro takiej drobnostce poświęciłam uwagę, to znaczy, że zbyt dużych przewinień ten tytuł nie posiada. Co prawda miałam dość mieszane uczucia podczas czytania.

Z jednej strony nastawiłam się na trzymający w napięciu kryminał z seryjnym mordercą i stalkerem, a z drugiej doskonale zdawałam sobie sprawę, że styl Katarzyny Bereniki Miszczuk niespecjalnie do tego pasuje, dlatego nie do końca byłam pewna, w którą stronę pójdzie „Obsesja". Teraz wiem i Wam zdradzę. Fani twórczości Miszczuk mogą czuć się spokojni. "Obsesja" nie odstaje od jej standardowego lekkiego stylu nasączonego żartobliwym tonem. Jak zwykle mamy odczyniania z narracją pierwszoosobową w wykonaniu bohaterki zasadniczo też dość podobnej do tych, z którymi spotykamy się w innych książkach autorki, czyli odrobinę infantylnymi, sarkastycznymi i nieco niezdarnymi kobietami, które działają na facetów jak magnes. Gdyby nie brak panicznego strachu przed kleszczami, to Asię można byłoby bez trudu pomylić z Gosią z serii "Kwiat Paproci". Nie zrozumcie mnie źle - nie uważam za coś negatywnego, że główne bohaterki książek Katarzyny Bereniki Miszczuk są do siebie łudząco podobne. Zwyczajnie taki ich urok. Chociaż postacie męskie też opierają się na podobnych wzorcach.

"Ludzi można podzielić z grubsza na dwa rodzaje: tych, którzy uważają piwo za alkohol, i tych, którzy traktują je jako rodzaj gazowanej herbaty"

Niemniej to, co się sprawdza, jeśli sięgnie się po "Obsesję" przez sympatię do twórczości autorki, niekoniecznie może się podobać, jeśli jesteście fantami gatunku. Mimo wszystko po kryminałach, czy thrillerach oczekuje się mocnego postawienia na klimat budzący grozę i zagadkę, którą będziemy w stanie rozwiązać wraz z bohaterami. W tej książce tego zabrakło. Niby pojawiło się kilka krótkich rozdziałów w narracji trzecioosobowej, które skupiały się na działaniach mordercy, lecz ginęły wśród żartobliwych obserwacji i perypetii miłosnych, bo nie oszukujmy się, to romans. Okey, w większości próby oparcia się romantycznym podbojom dwóch mężczyzn, którzy stanowią idealnych kandydatów na seryjnego mordercę, ale i tak umizgi trzech bohaterów do Joanny Skoczek wypełniają kartki tej książki (aż znów mi się przypomniał "Kwiat Paproci"). Z drugiej strony, czy to aby na pewno wada? Dla niektórych takie łączenie w sobie wielu gatunków może być brodnią, ale inni będą się z tego cieszyć. W końcu to swego rodzaju odmiana, a także całkiem dobry początek przygody z kryminałami, dla osób dotąd nieprzekonanych lub zmęczonych powieściami tego typu.

Za to duże prawa należą się pani Miszczuk za zakończenie. [Mini-spoiler] Od początku moje podejrzenia dotyczące tożsamości seryjnego mordercy padły na creepy woźnego, a później również doktora amanta, jednak byli to tak oczywiści podejrzani, że byłabym naprawdę zawiedziona, gdyby okazały się prawdziwe. Ostatecznie autorka wywiodła mnie w pole. Za nic nie wpadłabym na to, że ta konkretna postać jest mordercą. To było naprawdę niespodziewane, więc duży plus! Zwłaszcza że sama motywacja okazała się interesująca. [Ufff... zagrożenie spoilerowe minęło] Co prawda kilka wątków nie zostało zamkniętych, ale tak to już jest, gdy książka ma kontynuację, więc liczę, że w "Paranoi" wszystko ładnie się wyjaśni.

Podsumowując, "Obsesja" zasłużyła na swoje miejsce półce (umówmy się, że biblioteczka się nie rozciąga wraz z zakupem nowych książek, więc na to poważne kryterium, czy książka zasługuje na zajęcie w niej kilku centymetrów!), a ja nie odważę się narzekać na książkę mojej ulubionej polskiej pisarki. Zwłaszcza gdy jest naprawdę niezła, a ja dobrze spędzam przy niej czas. "Obsesja" jest lekka, zabawna i jej dużym plusem jest zajrzenie za kulisy pracy w szpitalu. Podoba mi się, jak autorka połączyła dwie części swojego życia w jedną całość, nakreślając obraz lekarskiej codzienności w swojej książce, która wydaje mi się znacznie bardziej realistyczna od tych, które widujemy w filmach, czy serialach. Przy okazji zahaczenie o problem stalkingu też zaliczam na plus, bo choć temat staje się w ostatnich latach coraz bardziej popularny, to jednak wciąż wiele osób go bagatalizuje.

O książkach na bieżąco piszę na Instagramie, gdzie też możecie mnie śledzić (tak tylko mówię, skoro jesteśmy przy temacie stalkingu)!

Ps. Z racji tego, że mam w planach częściej brać się za książki, które nie są nowościami wydawniczymi, to by uprzedzić marudzenie, że nie można ich nigdzie dostać, będę podrzucała linki do księgarni (tu możecie kupić "Obsesję").
Czytaj całość

We all mad here, czyli zaburzenia psychiczne prosto z bajek!


Co ma ze sobą wspólnego Pinokio, Piotruś Pan, Kopciuszek i Alicja z Krainy Czarów? Oczywiście są bohaterami bajek Disneya, ale również na ich cześć nazwano zaburzenia psychiczne. Tego się nie spodziewaliście, prawda? A tu proszę, psychiatrzy i socjolodzy najwyraźniej też mają słabość do popkultury.
Tylko nie myślcie, że to będzie zabawnie, bo nawet (a może zwłaszcza) Gosiarella nie żartuje z chorób psychicznych. 


Zespół Alicji w Krainie Czarów

Pamiętacie, gdy mała Alicja po wpadnięciu do Króliczej Nory trafiła na buteleczki i grzybki/ciastka, które na zmianę ją zmniejszały i powiększały? To właśnie przez ten fragment powieści Lewisa Carrolla to zaburzenie psychosensoryczne zyskało swoją nazwę. Pewnie już macie swoje podejrzenia, ale i tak wyjaśnię, na czym polega Zespół Alicji w Krainie Czarów. Głównymi objawami są halucynacje i iluzje percepcji ciała. Mogą występować w różnej postaci np. jako zmiany w postrzeganiu wzrokowym (obserwowane obiekty wydają się znajdować bliżej lub dalej, czy też być większe lub mniejsze niż są w rzeczywistości), zaburzenia upływu czasu (chory może mieć wrażenie, że czas nagle przyspiesza i zwalnia), zaburzenia równowagi, czy zmiany w postrzeganiu swojego ciała (części ciała wydają się mieć inne wymiary; powstaje wrażenie, że ciało jest większe lub mniejsze niż jest naprawdę). Przykładowo jeden z pacjentów Lippmana, który jako pierwszy opisał ten zespół w 1952 roku, zauważył, że jego lewe ucho powiększyło się o 6 cali, a kolejny uważał, że jest tak wysoki, że idąc po ulicy, był w stanie spoglądać z góry na głowy innych ludzi.
Nie chcę nic mówić, ale od teraz już nigdy nie spojrzycie na bajkę w ten sam sposób...


Syndrom Piotrusia Pana

Syndrom Piotrusia Pana to bardziej mechanizm obronny niż choroba psychiczna, ale może twierdzę tak dlatego, że sama mogłabym go u siebie po części zdiagnozować. Nazwa wzięła się oczywiście od tytułowego bohatera książki „Przygody Piotrusia Pana” J.M. Barriego, który nie chciał dorosnąć. Podobnie jak osoby cierpiące na ten syndrom, które cechuje brak dojrzałości, unikanie zobowiązań i odpowiedzialności, a przede wszystkim próby ucieczki od dorosłości (umówmy się: dorosłość ssie, więc ciężko się dziwić). Niby to wcale nie brzmi to specjalnie groźnie, chociaż z pewnością ciężko wytrzymać na co dzień z taką osobą, jeśli wymaga się czegoś więcej.

Gdy Twój facet nie chce dorosnąć

Syndrom Kopciuszka

O tej przypadłości krąży wiele sprzecznych informacji, a ludzie błędnie sądzą, że chodzi w nim jedynie o to, że kobiety cierpiące na ten syndrom czekają na księcia na białym koniu, by mógł od tej chwili przejąć za nie odpowiedzialność. Cóż... sama bajka o Kopciuszku też miała liczne wersje, więc może nic w tym dziwnego. Warto jednak sprostować kilka informacji. Przede wszystkim Syndrom Kopciuszka został opisany po raz pierwszy w 1981 roku  przez Colette Dowling w książce  „The Cinderella Complex: Women's Hidden Fear of Independence” i jest związany z odczuwaniem strachu przed niezależnością, ale również z poczuciem niższości. Kobiety cierpiące na ten kompleks cechują się m.in. słabszą odporność na stres, niskimi aspiracjami i wiarą, że ma mniejsze prawa od swojego partnera. Podobno jest bardziej powszechny, niż możemy zakładać, dlatego drogie Panie, jeśli podejrzewacie u siebie ten syndrom, to warto poczytać, jak się go pozbyć. Nie czekajcie na książęta ani rycerzy, którzy zrobią to za Was. A skoro o tym mowa...

Zespół rycerza i rozpustnika

Jest to jedno z podobno dość rzadko spotykanych zaburzeń seksualnych występujące u kobiet, polegające na przeciwstawnych potrzebach. Mówimy o tym wówczas, gdy u kobiet zachodzą sprzeczne potrzeby i pragnienia. Z jednej strony potrzebuje mężczyzny, przy który będzie zapewniał jej poczucie bezpieczeństwa, będzie romantyczny i godny zaufania jak na ideał męża przystało. A z drugiej pragnie rozpustnika, czyli faceta żywiołowego, zmysłowego i rozpustnego. Obie potrzeby ciężko ze sobą pogodzić, więc przeważnie kończy się to brakiem satysfakcji w jednej ze sfer związku. I nie myślcie panowie, że tylko kobiety mają przeciwstawne wymagania, bo u Was ten syndrom również istnieje i nazywa się zespołem Madonny i ladacznicy.

 Syndrom Bambi / Efekt Bambi

W 1993 roku Syndrom Bambi został opisany przez socjologa Rainera Brämera  z Uniwersytetu Marburgskiego, lecz podobno już wcześniej tym terminem określano kształtowanie fałszywego wizerunku dzikich zwierząt w oczach dzieci. Obecnie określa się tak postrzeganie natury jako czegoś czystego, harmonijnego, perfekcyjnego i tak bezbronnego, że ludzie muszą ją chronić. Za to wszystko, co stworzone przez człowieka jest postrzegane jako szkodliwe dla Matki Natury.


Trafiłam również na Efekt Bambi, który na 100% mam ja i zdecydowana większość z Was. Efekt ten objawia się sprzeciwem wobec zabijania charyzmatycznej megafauny, czyli zwierząt postrzeganych jako słodkie i urocze, takie jak jelenie, delfiny, tygryski, czy pandy. Jednocześnie osoby z tym efektem nie widzą nic złego lub nie są tak oburzone zabijaniem tych, które są postrzegane jako odpychające lub niepożądane np. pająki. Nie chcę nic mówić, ale mam arachnofobię i nie lubię, gdy do domu zakradają mi się stwory niedorzucające się do czynszu.

Zespół Roszpunki

Zespół Roszpunki jest rzadko spotykanym schorzeniem, objawiającym się niedrożnością jelit. Pewnie zastanawiacie się, co mają wspólnego niedrożne jelita z długowłosą księżniczką zamkniętą w wieży. Wiecie o tym, że ciekawość bywa zgubna? Czytając dalej, sami się o to prosicie. No dobra, niech Wam będzie. Ta konkretna niedrożności jelit jest wywołana trichofagią, czyli kompulsywnym nawykiem zjadania włosów (na pocieszenie zazwyczaj własnych, chociaż to chyba kwestia gustu). Z racji tego, że włosy nie są trawione w naszym układzie pokarmowym, zbijają się one (serio, macie szansę jeszcze oderwać wzrok i przejść do kolejnego punktu z listy!) w zbitą kulę włosów z ogonem sięgającym jelita cienkiego bądź grubego, a wtedy pomoże tylko chirurgiczne usunięcie. Mam nadzieję, że zapomnicie o tym do czasu, gdy znów będziecie mieli styczność z bajką o Roszpunce.


A na koniec zostawiłam małą ciekawostkę, czyli:

Efekt Pinokia

Na potrzeby koreańskiej dramy „Pinocchio”, twórcy wymyślili Syndrom Pinokia, który miał objawiać się tym, że osoba nim dotknięta czkała, gdy kłamała. To byłoby spektakularne zwieńczenie tego artykułu, gdyby nie fakt, że coś takiego nie istnieje w naszym świecie. Jednak nie od dziś wiadomo, że kłamstwo da się wykryć. Kłamcy mniej świadomi swojej mowy ciała uciekają wzrokiem w lewą stronę. Choć to akurat nie jest 100% dowód i z łatwością da się opanować swoje gesty, to już reakcji organizmu  (np. serce bije szybciej, źrenice są zwężone etc.) już tak łatwo nie da się wyćwiczyć - stąd popularność wariografów. Niemniej dla nas istotne jest okrycie naukowców z Uniwersytetu w Granadzie, którzy udowodnili, że podczas kłamania zmienia się nawet nasza temperatura ciała i pojawia się „Efekt Pinokia” - skóra w okolicach nasady nosa i oczodołów ma wyższą temperaturę. Niestety trochę ciężko byłoby nam to sprawdzać na własną ręką w warunkach domowych.

Reflektujecie na więcej niszczących psychikę treści? Kliknijcie lubię to po regularną dostawę!


Ps. To część, w której zazwyczaj pytam Was o zdanie na temat wybranej części artykułu, ale tym razem postanowiłam przemycić kolejną ciekawostkę o chorobie Szalonych Kapeluszników. Serio, coś takiego istniało w dawnych czasach, gdy twórcy kapeluszy zatruwali się rtęcią podczas tworzenia swoich dzieł. 
Czytaj całość

The Order, czyli magia, wilkołaki i padaka


Macie ochotę na serialowe połączenie krwawej vendetty z magią, wilkołakami i sekretnymi stowarzyszeniami? Taaaaa... ja też, ale w zamian trafił mi się netflixowy "The Order". Serial, który miał mrozić krew w żyłach - w sumie mroził, ale z zupełnie innego powodu, niż bym sobie tego życzyła.

Życiowym celem Jacka Mortona (Jake Manley) jest dostanie się do uniwersyteckiego tajnego Bratwa Błękitnej Róży, by dzięki nim dorwać się do Edwarda Coventry (Max Martini) - swojego ojca, przez którego matka Jacka popełniła samobójstwo. Szybko wychodzi na jaw, że sekretne bractwo para się magią, a na jego czele stoi Arcy Mag, którego tak usilnie szuka chłopak. To ułatwia zarówno utrudnia, jak i ułatwia mu realizację planu zemsty. Niemniej pokusa władania magią i śliczna dziewczyna z bractwa, Alyssa (Sarah Grey) odciągają jego uwagę. Jakby tego było mało, potwór szalejący po kampusie zabija adeptów i okazuje się, że wilkołaki są tak samo realne, jak magia. Ba! Nawet mają własną organizację - Zakon Świętego Krzysztofa.

Prawda, że brzmi ciekawie? Jednak nie dajcie się nabrać! To gniot! Wiem, że najpierw trochę go Wam opisać, zbudować napięcie i dopiero na sam koniec pozbawić nadziei na dobry serial (tak jak zrobił to Netflix), ale wyjątkowo postanowiłam uprzedzić, żebyście od początku nie mieli złudzeń. The Order to dno! Nic tam nie ma sensu, a wszystkie postacie zachowują się, jakby były źle rozpisane i w sumie tak jest, ale może jednak zacznę od początku, czyli pomysłu.



Pomimo że seriale o magii, czy wilkołakach są dość liczne i często występują wspólnie, to sam związanych z nich tajnych stowarzyszeń do najpopularniejszych nie należy. Jasne, w "Legacies" jest Szkoła im. Stefana Salvatore, a Sabrina, Potter i inne magiczne dzieciaki chodzą do specjalnych magicznych szkół, jednak po raz pierwszy spotkałam się z magicznym bractwem dla mugoli. Podobał mi się ten pomysł szalenie, zwłaszcza że już sama tematyka sekretnych bractw jest dość interesująca. Niestety twórcy postanowili zrobić z tego jedynie tło. Niemal cała nauka magii (poza pierwszym zaklęciem) rozgrywa się, gdy operator kamery robi sobie przerwy. To rozczarowujące. Bardzo. Zresztą nie tylko to. Zakon wilkołaków jeszcze bardziej mnie osłabił, bo stanowi go trójka przygłupów, które wiedzą jedynie, że mają zabijać w szczytnym celu, ale poza tym niewiele ich interesuje. Ignorancja na poziomie wieśniaków, którzy nazywali wiedźmami płonące na stosach kobiety. Chociaż oni przynajmniej nie podpalali stosu, tylko dlatego, że osoba, która miała na to ochotę, wygrała w beer ponga. Serio, żenujące strasznie. Rozumiem, że twórcy chcieli pokazać amerykańskich studentów jako grupkę wykolejonych idiotów, ale odrobinę przegięli. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Zresztą nie tylko nastoletnie postacie okazały się beznadzieje. Dorośli zachowywali się niemal równie idiotycznie. Właściwie wszyscy poza "wspaniałym Jackiem" mieli same wady. Zachowywali się w sposób niezgodny ze wzorcem, z jakim były budowane ich postacie. Po prawdzie momentami ich zachowania odbiegały od jakiejkolwiek normy. Mam wrażenie, że scenarzyści nawet przez chwile nie zadali sobie trudu, by zastanowić się JAK zachowałaby się kreowana przez nich postać w danej sytuacji, tylko najzwyczajniej w świecie robili wszystko, byle tylko pchnąć fabułę do odpowiedniego punktu. Cierpiałam, gdy oglądałam. Chociaż z drugiej strony, po co się męczyć przy robieniu bohaterów, skoro i tak byli niczym więcej, niż mięsem armatnim. Zdaje się, że ginęli całkiem przypadkowo. Jakby reżyser nadał im numerki i robił losowanie. To naprawdę słabe, ale pasowało do przeskakiwania wydarzeń. Nie jestem pewna, czy "The Order" miał wybrakowany scenariusz, czy montażysta był pijany i zapomniał wstawić kilkanaście scen, które nadałyby fabule sensu.


Chciałabym móc napisać, że fabuła była przewidywalna do bólu, ale nie mogę i to tylko dlatego, że na planie wszyscy byli wyznawcami myśli filozoficznej Fuck Logic! Miałam wrażenie, że oglądam zlepek wątków z typowych fantastycznych seriali młodzieżowych, które po połączeniu stworzyły niezjadliwą breję. Nie jestem pewna, co to właściwie miało być. Możliwe, że horror, bo choć grozy nie było, to zdecydowanie serial jest straszny. 10 odcinków koszmaru, o którym jak najszybciej chciałabym zapomnieć. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się dotrwać do końca. Chyba tylko przez zaprawienie się Kiczowatymi Horrorami. Jedyne, co było dobre, to zakończenie - nie tylko dlatego, że udręka nareszcie dobiegła końca, ale także dlatego, że po raz pierwszy zwrot akcji zaskoczył mnie pozytywnie.

Podsumowując: Nie, nie i jeszcze raz nie! Na wszelki wypadek jeszcze dużymi literami dodam: NIE! Nie oglądajcie tej padaki. Nie popełniajcie moich błędów. Nie róbcie sobie tego. Idźcie obejrzeć coś porządnego. W zakładce serialowej nie brakuje pomysłów na lepsze spędzenie czasu, serio! Ba! Nawet patrzenie w ścianę przez 5 godzin może okazać się lepszą rozrywką! Zaufajcie mi! A jeśli zastanawiacie się, dlaczego tak bardzo narzekam, to są dwa powody. Po pierwsze nienawidzę zmarnowanego potencjału i niby nie jest to "Jupiter: Intronizacja" (nigdy nie wybaczę tego Wachowskim), ale w "The Order" też się tlił. Po drugie nienawidzę, gdy twórcy zlewają swoją pracę - skoro im nie zależało, to dlaczego widzowie mają się męczyć?
Czytaj całość

Co z tymi superbohaterkami, czyli o roli kobiet w kinie superbohaterskim



Korzystając z okazji, jaką niewątpliwie jest Dzień Kobiet i premiera „Kapitan Marvel”, przyjrzyjmy się bliżej roli kobiet w kinie superbohaterskim. Niby już dawno minęły czasy, gdy głównym zadaniem aktorki było wpadanie w kłopoty lub silne ramiona superbohatera, który przybył ją uratować, ale czy to automatycznie oznacza, że kończy się czas męskiej dominacji w filmach o superbohaterach? Śmiem wątpić, ale lepiej sprawdźmy, jak to tak naprawdę teraz z nimi jest.


Superkobiety w kinie superbohaterskim


Kiedy myślimy o kinie superbohaterskim, w pierwszej kolejności przychodzą nam do głowy dwaj najwięksi giganci — Marvel i DC. Jednak nim dojdziemy do omawiania MCU i  DC EU, zacznijmy od starszych produkcji, a początki były trudne, bo choć w komiksach od dziesięcioleci roiło się od superbohaterek, to w pierwsze filmy z nimi w roli głównej pojawiły się dość późno i wciąż można je policzyć na palcach jednej ręki (poważnie, łącznie jest ich tylko pięć!). Wszystko zaczęło się od „Supergirl” z 1984 roku z Helen Slater w roli tytułowej (jako ciekawostkę dodam, że aktorka wiele lat później została obsadzona w roli adopcyjnej matki serialowej „Supergirl”). Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy to był zły początek, czy tylko średni, bo chociaż film został dość chłodno przyjęty zarówno ze strony zarówno krytyków, jak i widzów, a w dodatku został nominowany do Złotej Maliny, tak główna aktorka otrzymała nominację za swoją rolę do Saturna. Tak czy inaczej, trzeba było poczekać aż dwadzieścia lat, by DC ponownie nabrało odwagi, by dać się wykazać heroinie. Żałuję, że to zrobili, a raczej, że nie przyłożyli się do tego bardziej, bo „Kobietę-Kot” (2004) w wykonaniu Halle Berry spokojnie możemy zakwalifikować jako porażkę, która po raz kolejny przyniosła studiu Złotą Malinę. Można byłoby wyliczać błędy, które przyczyniły się do tej spektakularnej klapy, ale jeśli oglądaliście te tytułu, to doskonale zdajecie sobie z nich sprawę (jeśli zaś nie oglądaliście, to wyprzyjcie z pamięci fakt ich istnienia). Dlatego ograniczę się do napisania, że w obu przypadkach zaserwowano nam dość spłycone podejście do bohaterek, które ostatecznie okazały się mdłe i kiczowate, a takich postaci zwyczajnie nie chce się oglądać, niezależnie od tego, jakiej są płci.

Mam nadzieję, że to zdjęcie dobitnie pokazuje w jaki sposób twórcy podeszli do kreowania postaci Kobiety Kot.

Potrzeba było kolejnych trzynastu lat, by w myśl zasady do trzech razy sztuka Warner Bros. zdecydował się ponownie wypuścić film o superbohaterce, który tym razem okazał się sukcesem. I tym miłym akcentem przechodzimy do obecnie prowadzonego DC Extended Universe i „Wonder Woman” (2017), która tym razem zgarnęła same pozytywne nagrody filmowe. W czym tkwi sukces? Powiedzmy sobie szczerze, WW to zwyczajnie bardzo dobry film (znacznie lepszy od pozostałych w DCEU), który mimo licznych obaw nie starał się niczego robić na siłę. Mamy w nim masę klisz typowych dla superbohaterskiego kina. Mamy silną, piękną i skąpo odzianą heroinę, która rozwala złoczyńców, by ocalić świat przed zagładą. Przede wszystkim mamy tu do czynienia z postacią samodzielną, która w niczym nie ustępuje swoim kolegom z Justice League, a przy tym nie marnuje czasu ekranowego na przekonywanie nas, że jest od nich lepsza. Zwyczajnie wpada w wir przygody na ścieżce ratowania świata i zapewnia widzom odpowiednią rozrywkę, a czego więcej chcieć o superbohatera?

Z pewnością są osoby, które się ze mną nie zgodzą (ich prawo), jednak uważam, że w obecnej sytuacji, gdy wiele ludzi z irracjonalnych powodów martwi się, że nagle superbohaterki zaczynają dominować w świecie superbohaterów i czują się przez to niekomfortowo (tak, wiem, że to brzmi absurdalnie, ale cóż poradzić - takich komentarzy jest w internecie od groma), lepiej stworzyć film z kobietą o supermocach, który nie będzie nachalnie wciskał widzom żadnej ideologii. Bo i po co? Nieprzekonanych w ten sposób się nie przekona, za to może się to udać, gdy zaserwuje się interesujący i dobrze przygotowany film. Niech to działa na zasadzie przekonywania się przez jakość, a nie feministyczne hasła (które umówmy się, nie są najlepiej odbierane przez ludzi, którzy nie rozumieją, że feminizm nie jest niczym ponad wiarą w równość płci - tak, obu!). W końcu ani Iron Man, ani Thor, ani nawet Deadpool nie zdobyli naszej sympatii dlatego, że podkreślali swoją płeć, czy prężyli muskuły (ani słowa o Thorze!). Nie, oni zwyczajnie są świetnie wykreowanymi postaciami występującymi w rewelacyjnych filmach! Naprawdę niczego więcej nie potrzeba.

Na szczęście WW jest nie tylko seksowna, ale także posiada wiele cech, które powinien mieć superbohater!
Myślę, że można uznać „Wonder Woman” w pewien sposób za przełomowy film, który nie tylko pokazuje, że DC jednak potrafi tworzyć dobre filmy, ale także przeciera szlaki pozostałym superbohaterkom. Udowadnia, że twórcy nie muszą i nie powinni dalej ustawiać ich z tyłu na plakatach promujących superbohaterskie teamy, w których to zresztą częściej robią za element dekoracyjny, ciekawostkę, wsparcie estetyczne, czy dodatek służący różnorodności. Co zresztą bardziej widać w filmach Marvela. Jako ich fanka z żalem przyznaję, że jeśli chodzi o postacie kobiece, ustępują DC, które zwyczajnie robi to lepiej, a przede wszystkim bardziej się stara. Zresztą widać to choćby w liczbach. Podczas gdy w DC wyliczyłam już trzy (okey, ta liczba wciąż jest żenująca) filmy z samodzielnymi superbohaterkami w rolach głównych, a dwa kolejne zadebiutują w przyszłym roku („Birds of Prey” oraz „Wonder Woman 1984”), tak u Marvela pojawiły się dopiero dwa. Przy czym pierwszym była filmowa kontynuacja "Daredevila" (2003), która pojawiła się dopiero w 2005 roku. Mowa oczywiście o "Elektrze", którą nawet ciężko uznać za superbohaterkę, skoro robi za wskrzeszoną i nawróconą antagonistkę.

Tym sposobem doszliśmy do „Kapitan Marvel”, która jest dobitnym przykładem tego, jak słabo wypada Marvel na tle DC i wcale nie mam na myśli jakości filmu, czy samej superbohaterki (film dopiero dziś debiutuje na ekranach kin, więc niestety nie miałam okazji go jeszcze obejrzeć i ocenić, jak wyszedł), lecz podejścia studia do kreowania kobiecych postaci. „Kapitan Marvel” jest dwudziestym pierwszym filmem Marvel Cinematic Universe i równocześnie pierwszym filmem poświęconym superbohaterce. Aż ciężko uwierzyć, skoro przy kreowaniu swojego uniwersum, DC (a raczej Warner Bros.) już czwarty film zrobiło o WW. Oczywiście to nie znaczy, że Kapitan Marvel jest pierwszą superbohaterką w całym MCU. Skąd! Już w pierwszym składzie Avengersów dostaliśmy Czarną Wdowę. Niestety, podczas gdy jej koledzy z drużyny doczekali się samodzielnych filmów (Iron Man trzech, Kapitan Ameryka trzech, Thor również trzech, Hulk teoretycznie jednego, ale miał masę wcześniejszych niepowiązanych z MCU, jedynie Hawkeye został pominięty), ona na swój wciąż czeka. Wraz z rozwojem serii, do Avengersów dołączyła również Scarlet Witch, która także nie dostała swojej samodzielnej produkcji, a w jej przypadku wcale się na to nie zapowiada. Niemniej przecież uniwersum jest niezwykle rozwinięte, więc przecież muszą być tam inne ważne bohaterki, prawda? No tak, w składzie Strażników Galaktyki wchodziła Gomora, więc w sumie na około trzynastu (nie licząc martwych i antybohaterów) superbohaterów przypadają trzy superbohaterki, jeden szop i drzewo. To wydaje się niepokojące.

Czekam na wizerunek Czarnej Wdowy z jej własnego filmu/serialu. Może w końcu się właduje.

Nie zrozumcie mnie źle, kocham MCU i choć trochę wstyd przyznać, podczas oglądania wcale nie przeszkadza mi brak superbohaterek. Ta myśl zaczyna uwierać, dopiero gdy te liczby do mnie docierają i zaczynam się zastanawiać, dlaczego tak jest. Dlaczego tak rewelacyjnie zagrane postacie, jakimi niewątpliwe są Czarna Wdowa i Scarlet Witch (w sumie na Lokiego też czekam z zapartym tchem!) dotąd nie dostały szansy na opowiedzenie swoich historii. W sumie ciężko też z czystym sumieniem stwierdzić, że któraś z nich jest postacią na tyle istotną dla fabuły, by nie można ją było z MCU wyciąć lub zastąpić bez większych szkód. To by było na tyle w kwestii zarzutów o nagłe zdominowanie kina superbohaterskiego przez kobiety...


Superkobiety w serialach superbohaterskich


Ostrzegam, że ponownie mam zamiar bazować jedynie na adaptacjach komiksów Marvela i DC Comics i to tylko emitowanych na przestrzeni ostatnich lat. Na szczęście w tym przypadku sytuacja wydaje się bardziej optymistyczna. Zacznijmy tym razem od Marvela, który wypuścił w świat powiązaną z MCU "Agentkę Carter", która może nie opowiada o superbohaterce, lecz agentce, ale świetnie pokazuje, jak Carter musiała sobie radzić w zdominowanej przez mężczyzn T.A.R.C.Z.Y. i jaki progres zrobiła agencja na przełomie lat - w końcu w "Agents of S.H.I.E.L.D." dostaliśmy May, Sky, Bobie i Simmons, które są badassami jak ich mało! Niemniej wracając do supermocy, należałoby wspomnieć o netflixowej "Jessice Jones" wchodzącej w skład Defenders. Tu ponownie dostaliśmy niesamowicie silną (i to dosłownie!) postać kobiecą, która może i ma w sobie niewiele kobiecości, ale w żaden sposób nie powinien być to wobec niej zarzut. W końcu można być wykolejeńcem niezależnie od płci, a przy tym to świetny przykład tego, że superbohaterki można kreować w przeróżny sposób i mogą się od siebie różnić tak samo, jak Kapitan Ameryka różni się od Hancocka. Co również udowodniono w najnowszym serialu spod loga wydawnictwa, czyli w "Cloak & Dagger".



Przy okazji warto wspomnieć, że w serialowych odsłonach superbohaterskich ekip, proporcje są lepiej rozłożone, niż w przypadku filmów. Jessica Jones stanowi jedną czwartą Defenders, w "Inhumans" dwie z pięciu głównych ról przypadły kobietom (wciąż mniejszość, ale zbliżamy się do połowy!), a w ekipie z "Runaways" stanowią większość, bo na cztery dziewczyny przypada jedynie dwóch facetów. Czekajcie... czy to znaczy, że jednak zaczynamy dominować, czy to tylko przypadek? Lepiej przejdźmy do DC, nim ktoś skupi się na tym jednym przykładzie, by wyciągnąć błędne wnioski.


Z Arrowverse mam problem i to nie mały, bo choć miałam nie oceniać postaci kobiecy, które robią za typowe tło i wsparcie swoich obdarzonych siłą mężczyzn, to nie potrafię się powstrzymać przed skrytykowaniem kreacji życiowych partnerek głównych bohaterów tego uniwersum, czyli Arrowa i Flasha. Zarówno oglądanie na ekranie Felicity, jak i Iris wywołuje u mnie silną rządzę mordu. Ciężko zaprzeczyć, że oba seriale wiele by zyskały, gdyby usunięto z nich te postacie, bo zasadniczo nic nie robią, poza wybaczcie mi to sformułowanie: jojczeniem, a i tak przypisują sobie zasługi (kto nie osłabił tekst "We are the Flash" niech pierwszy rzuci kamień!). To jak partaczą postacie kobiece w produkcjach o superbohaterach, aż boli. Przez co zresztą ciężko mieć pretensje, że istnieją widzowie, którzy przez ich pryzmat negatywnie oceniają produkcje poświęcone damskim postaciom.

Wracając do tematu, jedynym serialem poświęconym superbohaterce w Arrowverse jest obecnie "Supergirl", z którą też związanych jest wiele problemów. Po niezbyt udanym pierwszym sezonie, w którym Kara zamiast silną heroniną, była bezmyślną, niesamodzielną i niezdecydowaną dziewczynką — bohaterką z przypadku, stojącą w cieniu sławnego kuzyna. Zresztą nie tylko postacie żeńskie kulały, męskie też zostały napisane bez pomysłu. Na całe szczęście od drugiego sezonu, "Supergirl" zaopiekowała się stacja The CW (zajmująca się całym Arrowverse), zmieniając infantylne dziewczynki bawiące się w bohaterki, w silne postacie kobiece mające wiele do powiedzenia w kreowaniu świata, który zamieszkują. Nowy sezon dał początek nie tylko lepszej, silniejszej Supergirl, lecz całej grupie mocnych postaci męskich i kobiecych stojących u jej boku (jak Lena Luthor, czy Alex) lub po przeciwnej stronie barykady (w tym przypadku świetnym zagraniem było obsadzenie w roli Królowej Rhea Teri Hatcher, która wcześniej grała Lois Lane w serialu „Nowe przygody Supermana”). Szczególne brawa należą się każdej scenie, w której pojawia się Cat Grant grana przez rewelacyjną Calistę Flockhart. Uwielbiam pewność siebie, którą cechuje się ta postać. Ta wewnętrzna siła i umiejętność dzielenia się nią z otoczeniem jest zachwycająca. Takich bohaterek życzyłabym sobie więcej w popkulturze!


Niestety ten cud wydawał się trwać jedynie przez jeden sezon, ponieważ w trzecim twórcy ponownie zmienili zdanie na temat tego, o czym powinien opowiadać ich serial, tym samym olewając rozwój postaci na rzecz wałkowania tematu dyskryminacji kosmitów. Z plotek wynika, że przyszłość wcale nie będzie dla niej lepsza. Według We Got This Covered The CW rozważa zastąpić Supergirl serialem o Supermanie, co jest sporym krokiem wstecz dającym jasny przekaz. Zresztą nie tylko to pokazuje, że Supergirl wciąż jest porównywana do swojego kuzyna. Widać to także w czołówce wyświetlanej na początku każdego odcinka, gdy bohaterowie się przedstawiają. Podczas, gdy Flash mówi "My name is Barry Allen and i'm the fastest man alive", a Arrow "My name is Oliver Queen after five years on a hellish island...", Kara przedstawia się tak: "My name is Kara Zor-El. I'm from Krypton. I'm a refugee on this planet. I was sent to Earth to protect my cousin. But my pod got knocked off-course, and by the time I got here, my cousin had already grown up and become... Superman!". W całym serialu Superman pojawił się może trzy lub cztery razy, ale wstęp każdego odcinka jest opowiadany przez jego pryzmat. Czy naprawdę tego krótkiego wstępu nie można byłoby poświęcić tytułowej bohaterce, skoro to produkcja teoretycznie skupiająca się na jej przygodach, a nie Supermana? Tak tylko pytam...

Niemniej mimo wpadek, DC ciągle się stara i szykuje kolejne seriale o superbohaterkach. W sierpniu owej platformie streamingowej DC Universe ma zadebiutować "Stargirl". Wiele mówi się też o własnej produkcji Batwoman. Obie te postacie zostały już wprowadzone do uniwersum, więc być może mieliście już okazje samodzielnie ocenić, jakie zrobiły wrażenie (tutaj możecie przeczytać więcej na temat nowych superbohaterek od DC).

Superbohaterki są skierowane dla kobiet?


To trochę tak jakby powiedzieć, że superbohaterowie są skierowani dla mężczyzn — oczywista bzdura! Jestem kobietą, a kocham kino superbohaterskie miłością obsesyjną od pierwszego kontaktu z X-manami, a umówmy się, że tego typu produkcje są zdominowane przez męskie postacie. Nie rozumiem, dlaczego filmy o supermocach, ratowaniu świata, wybuchach, spektakularnych walkach osób w maskach i fascynujących kostiumach miało być targetowane nie przez opowiadaną historię, lecz płeć głównej postaci. Tym bardziej nie widzę powodu, by męska część publiczności mogła być niezadowolona wyłącznie przez taki szczegół. Chyba że film okaże się padaką, ale wtedy ja również nie będę zadowolona. W końcu to nie tak, że superbohaterki w swoich produkcjach prowadzą długie debaty na temat kosmetyków, naparzają złoczyńców lokówką lub rzucają w nich tamponami, a po wygranej przytulają się do pluszowego jednorożca (to zostawiłyśmy Deadpoolowi oraz Boomerangowi z "Suicide Squad"). Naprawdę!

Można powiedzieć, że produkcje o superbohaterach są lepsze od tych o superbohaterkach (w przypadku WW się nie zgodzę), ale to wynika z dwóch kwestii. Po pierwsze filmów i seriali o superbohaterkach jest nieporównywalnie mniej, więc jeśli porównuje się dajmy na to "Kobietę-Kot" do... właściwie czegokolwiek, to wychodzi słabo. Niestety podobnie jest z "Zieloną Latarnią", Hulkami, czy wieloma innymi nieudanymi produkcjami. One są zwyczajnie złe i nic nie da się na to poradzić. Po drugie chodzi o sposób, w jakich niegdyś były kreowane superbohaterki. Albo robiły za wyrozbierane obiekty seksualne, które dosłownie miauczały na ekranie, jednocześnie nie reprezentując sobą nic ponad własną seksualnością albo ukrywały się za pelerynką napakowanych mężczyzn. To było słabe ze strony twórców, bo albo nie chcieli albo nie potrafili stworzyć postaci, które mogłyby odnieść sukces. Optymistycznie zakładam, że po sukcesie Wonder Woman i długoletnią obecnością w MCU Czarnej Wdowy, Scarlet Witch i Gomory, a także serialowej Jessici, sytuacja superbohaterek zacznie się poprawiać, ponieważ scenarzyści i reżyserzy zaczynają dostrzegać, co się sprawdza, a które pomysły lepiej porzucić.




Post udostępniony przez Brie (@brielarson)

Niemniej z tego może wynikać wniosek, że skoro płeć postaci nie jest istotna, by film był dobry, to wcale nie potrzeba nam kobiet w pelerynkach. Długo byłam podobnego zdania. Ważne było dla mnie wyłącznie, by obejrzeć porządny film z ciekawą fabułą i dobrze wykreowanym bohaterem, ale byłam w błędzie. Nie wzięłam pod uwagę, fali hejtu i oburzenia, które rozlały się po internecie (i nie tylko), filmy z potężnymi kobietami zaczęły debiutować na wielkim ekranie. Optymistycznie założyłam, że skoro dla mnie płeć nie robi żadnej różnicy, to innym też nie będzie. Tak, bywam momentami okropnie naiwna, dlatego zdumiało mnie, jak wiele ludzi wierzy, że superbohater potrzebuje penisa do ratowania świata. Niemniej nie potrzebujemy superbohaterek wyłącznie jako narzędzia do walki z seksizmem. Skąd! Potrzebujemy więcej damskich reprezentantek w kinie superbohaterskmi, żeby małe dziewczynki przestały marzyć o zostaniu księżniczką Disneya! Okey, żartuję... albo i nie.

Wiecie co teraz powinniście zrobić, prawda?

Ps. Pytanie do Was: Jaka jest Wasza ulubiona superbohaterka i za co ją lubicie? Możecie podawać też te, które dotąd nie doczekały się filmowej adaptacji i chcielibyście, aby powstała. Tak, jak ja z zapartym tchem czekam na Gwenpool!
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
Czytaj całość

Lekkie jak piórko, czyli pobawmy się w przepowiadanie śmierci


Tęsknicie za niezbyt ambitnym serialem młodzieżowym z bohaterami, którzy próbują rozwikłać tajemnicę, dzięki której ocalą życie? Chcecie obejrzeć teen dramę, która nie opowiada jedynie o miłości, ale też o śmierci? Jeśli tak, to znalazłam coś idealnego dla Was i wcale nie mam na myśli "Pretty Little Liars", lecz "Lekkie jak piórko".

"Lekkie jak piórko" opowiada historię pięciu dziewczyn: bogatej i popularnej Olivii (Peyton List), stojącej w jej cieniu Candace (Ajiona Alexus), która najchętniej ukradłaby całe jej życie, wygadanej lekomance Alex (Brianne Tju) i McKennie (Liana Liberato), która dopiero otrząsnęła się po śmierci siostry bliźniaczki. Ta czwórka przyjaźniła się ze sobą od dziecka, lecz w wyniku niefortunnego wydarzenia dopuściła do siebie nową dziewczynę ze szkoły, Violet (Haley Ramm). W czasie ich pierwszego wspólnego wyjścia na cmentarz postanawiają zagrać w grę lekka jak piórko, sztywna, jak deska w nieco upgradowanej wersji, w ramach której dodatkowo Violet przepowie każdej z nich, jak zginą, bo czemu nie? Ludzie różnie spędzają Halloween. Jedni zbierają cukierki, drudzy urządzają maraton horrorów, kolejni idą na przebieraną imprezę, inni mieszkają w Polsce i mają Halloween w nosie, a jeszcze inni włamują się na cmentarz, by przepowiadać sobie śmierć — co kto lubi. Problem polega na tym, że w niedługim czasie Olivia umiera dokładnie tak, jak jej to przepowiedziano, a pozostałe dziewczyny zaczynają panikować.



Nie jestem pewna, co dokładnie poszło nie tak z moim dzieciństwem, ale nigdy nie grałam, ani nawet nie słyszałam o zabawie lekka jak piórko, sztywna jak deska, która polega na tym, że parę osób recytując tę formułkę, jedynie na dwóch palcach unosi leżącą sztywno na plecach osobę (słyszałam jedynie o podnoszeniu osoby siedzącej na krześle - bez recytowania czegokolwiek). Nikt też nigdy dla zabawy nie opisywał mi, jak umrę (ludzie chyba podejrzewają, że jestem socjopatką, która mogłabym uznać to za groźbę i przez przypadek zrzucić ich za to z balkonu). Może to i dobrze, bo przeczytałam dość greckich mitów i obejrzałam wystarczająco horrorów, żeby wiedzieć, jak to się dalej potoczy. Wy pewnie też, więc można śmiało powiedzieć, że pomysł jest dość wtórny. Niemniej muszę przyznać, że sam serial nie jest tak oczywisty, za jakiego początkowo go brałam. Oczywiście, z łatwością można było wskazać final girl, czy domyślić się jak się potoczy wątek miłosny, które też nie mogło zabraknąć, ale już samo przypisanie Violet do odpowiedniej szufladki długo było dla mnie trudne. Nie miałam pojęcia, co nią kierowało, ani czy jako zwiastunka śmierci chce je wykończyć, czy ocalić. Muszę przyznać, że jej wątek był dobrze prowadzony.

Zresztą postacie i aktorzy wypadli w większości całkiem nieźle. Mamy tu gamę bohaterów standardowych dla tego typu gatunku - od typowej dziewczyny z sąsiedztwa, przez miss popularności po buntowniczkę z problemami. Niby nic nowego, a final girl mdła jak przy każdej innej produkcji, ale przynajmniej widać, że twórcy nie starali się stworzyć niczego ponad przeciętnego, jednocześnie dając widzom szansę na znalezienie postaci, z którą mogą sympatyzować. Jedynie castingowo wyślili się na różnorodność i to duży plus. Osobiście od dziewczyn, wolałam męskie postacie, które choć powstały na utartych schematach, to choć odrobinę się z nich wyrwały. Poza nimi tylko Violet naprawdę się wybijała. Dodatkowo jedna postać ze zdolnościami paranormalnymi otoczona samymi zwykłymi ludźmi to miła odmiana.


Klimat serialu też był interesujący. Przypominał mi połączenie "Pretty Little Liars" z "Truth or Dare", z którego wyszedł może nie horror, ale thriller młodzieżowy - mało straszny, ale za to skrywający w sobie tajemnicę i odrobinę trzymający w napięciu. Duży plusem jest dość krótka forma. Na całość składa się jedynie 10 odcinków trwający około 25 minut, przez co twórcy nie musieli bezsensownie rozwlekać fabuły i akcja sprawnie posuwa się do przodu. Niestety po obejrzeniu finału, wciąż wiele rzeczy pozostaje dla mnie niejasnych i ewidentnie będą poruszone dopiero w kolejnym sezonie. Szkoda.

"Lekkie jak piórko" nie jest serialem bez wad. Wręcz przeciwnie. Niemniej niespecjalnie mi przeszkadzały, bo ten tytuł nie starał się wyjść poza przeciętność - brzmi to źle, lecz wcale tak nie jest. Są produkcje od, których wymaga się wiele i mają nas pochłonąć, wycisnąć łzy, zmusić do myślenia lub być ambitne, i są takie, które nie muszą być niczym więcej, niż lekką rozrywką, przy której mózg może odpocząć. Jego premiera na HBO GO przeszła bez echa. Nikt nie obiecywał mi cudów ani fajerwerków, więc nie mogłam poczuć się rozczarowana. Dlatego, ja też nie mam zamiaru mówić Wam, że po jego obejrzeniu padniecie na kolana, krzycząc WOW! Nie, tak na pewno nie będzie, ale to wcale nie znaczy, może nie może się Wam spodobać. Wręcz powiedziałabym, że są na to spore szanse.

Częściej o serialowych nowościach piszę na fanpage'u - dołączcie do niego. Będzie fajnie!

Ps. Znaliście tę zabawę?
Ps2. Wolicie, by w najbliższym czasie pojawiało się więcej seriali dostępnych na HBO GO, czy Netflixie?
Czytaj całość

Nadciąga marzec, czyli premiery książkowe i filmowe!


Ostatni miesiąc obfitował w interesujące premiery książkowe, choć z filmami sprawa nie wyglądała tak kolorowo. Na szczęście wraz z nadejściem marca, zapanowała równowaga, więc zarówno buszując w księgarniach, jak i rozsiadając się w sali kinowej, będziemy mogli wybiera spośród wielu interesujących tytułów. Sami sprawdźcie!


Alison Gervais - W 27 dni
Wydawnictwo: Mlody Book
Data: 13 marca

Opowieść o odkupieniu, pierwszej miłości i ogromnej sile potrzebnej, by zmienić przyszłość…
Hadley Jamison jest zszokowana, gdy dowiaduje się, że kolega z klasy – Archer Morales – popełnił samobójstwo. Mimo że nie znała zbyt dobrze tego cichego i wyalienowanego chłopca, w głębi duszy czuje, że mogła coś zrobić, by zapobiec tragedii.
Na pogrzebie Archera zaczepia ją mężczyzna przedstawiający się jako Śmierć i oferuje jej pewien układ. Hadley może cofnąć się w czasie o 27 dni i spróbować powstrzymać Archera przed samobójstwem…

Katherine Arden - Dziewczyna z wieży
Wydawnictwo: Muza
Data: 13 marca


W średniowiecznej Rusi młoda kobieta ma niewielki wybór: małżeństwo albo życie w klasztorze. Wasia wybierze trzecią drogę: magię.
Na dworze Wielkiego Księcia Moskiewskiego trwają walki o władzę i narastają niepokoje. Tymczasem na okoliczne wsie napadają bandyci, którzy podpalają domy i porywają dziewczynki. Wielki Książę i jego wierny druh, brat Aleksander, wyruszają, by pokonać rozbójników. Po drodze spotykają młodzieńca na wspaniałym koniu. Jedynie Sasza, mnich wojownik, rozpoznaje w tym znakomitym jeźdźcu swoją młodszą siostrę, Wasię, w rodzinnej wiosce uznaną za zmarłą oraz za czarownicę. Kiedy jednak dziewczyna sprawdza się w walce, Sasza dochodzi do wniosku, że musi zachować w tajemnicy jej tożsamość – być może jedynie Wasia zdoła ocalić Moskwę przed zagrożeniami zarówno ze strony ludzi, jak i tajemnych mocy... 

Yoon Ha Lee - Smocza Perła
Wydawnictwo: Galeria Książki
Data: 13 marca

Trzynastoletnia Min pochodzi z prastarego rodu lisich duchów, ale zupełnie na to nie wygląda. By chronić najbliższych przed niebezpieczeństwem, matka zakazała im posługiwania się lisią magią: nie wolno czarować, nie wolno zmieniać postaci. Wszyscy przez cały czas muszą zachowywać ludzką formę.
Min czuje się przytłoczona rodzinnymi zasadami. Nie znosi niekończących się domowych obowiązków, panoszących się wszędzie kuzynów i wiecznie krytykujących ciotek. Marzy, by uciec z rodzinnej Jinju – zapomnianej, ubogiej, pustynnej planety. Nie może się już doczekać, kiedy dorośnie i będzie mogła, jak jej starszy brat Jun, zaciągnąć się do Sił Kosmicznych i zobaczyć inne planety należące do Ligi Tysiąca Światów. Kiedy jednak przychodzi wiadomość, że Jun zdezerterował, by udać się na poszukiwania Smoczej Perły, Min nabiera pewności, że coś jest nie w porządku. Jej brat nigdy nie opuściłby krążownika, nawet dla magicznego artefaktu, który podobno posiada niezwykłe moce. Min postanawia uciec i odszukać brata, by oczyścić jego imię.
Podczas wyprawy Min napotka przemytników, piratów i mściwe duchy. Będzie musiała uciekać się do oszustwa, kłamstwa i sabotażu. Częściej niż kiedykolwiek sytuacja zmusi ją do posługiwania się lisią magią, ale także polegania na własnym sprycie i odwadze. Wszystko to może się skończyć zupełnie inaczej, niż spodziewała się Min, i przerosnąć jej najśmielsze marzenia. 
Tracy Banghart - Gracja i furia
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Data: 13 marca


Opowieść o potędze uczuć i sile przetrwania w świecie, który niszczy niepokornych.
Serina od dziecka była przygotowywana do roli Gracji – żony i służki Dziedzica, wzoru idealnej kobiety. Wybór na Grację to szansa na lepszy los dla całej rodziny oraz możliwość utrzymania w ryzach niepokornej młodszej siostry - Nomi. Niespodziewanie dochodzi do zamiany ról! To Nomi zwraca na siebie uwagę następcy tronu i trafia do pałacu. Serinie pozostaje pogodzić się z porażką i zmierzyć z konsekwencjami groźnego sekretu młodszej siostry. Uwięziona w pałacowym życiu Nomi wbrew sobie gra rolę pokornej Gracji, by uratować siostrę. Zadanie jest arcytrudne – fałsz i obłuda czają się na każdym rogu... Tymczasem Serina zostaje zesłana na wyspę, gdzie przychodzi jej toczyć walkę na śmierć i życie. Jeden niewłaściwy ruch, a straci wszystko... 

Peternelle van Arsdale - Bestia
Wydawnictwo: Poradnia K.
Data: 15 marca

W pewnej wiosce rodzą się bliźniaczki. W tym samym roku rozpoczyna się okres głodowej suszy. Mieszkańcy wioski winą za tę klęskę obarczają nowo narodzone dzieci i postanawiają wygnać je wraz z matką do lasu.
Lata później pożeraczki dusz powracają. Zmierzy się z nimi Alys, dziewczyna o tajemniczym darze, którego nie może ujawnić, by nie narazić się na wykluczenie. Autorka tka mroczną baśń o dziewczynie i bestii, nie oceniając, co jest dobrem, a co złem. 

Alice Ripley - Iskra
Wydawnictwo: We Need YA
Data: 13 marca
Jest nienaznaczona, chociaż pokryta tatuażami. Nie całkiem taka jak oni, ale też nie całkiem inna. Nie ma w Saintstone osoby bardziej niebezpiecznej od niej!
Leora zwątpiła we wszystko, co do tej pory wiedziała o sobie i swojej rodzinie. Nie jest już pewna, czy chce żyć w świecie, w którym każdy uczynek musi zostać utrwalony na skórze. Po tym, jak dowiedziała się, że w jej żyłach płynie krew nienaznaczonych, a księga upamiętniająca życie ojca została bezwzględnie spalona, postanawia poznać prawdę o swojej matce. Czy w mieście, gdzie żyją wygnani nienaznaczeni, znajdzie pocieszenie i bezpieczeństwo? A może odkryje tam jeszcze więcej mrocznych sekretów?
Każda historia ma dwa oblicza. Zdecyduj, w które z nich chcesz uwierzyć...
Marta Kisiel - Oczy uroczne
Wydawnictwo: Uroboros
Data: 13 marca

Gdzie anioł nie może, tam czorta pośle.
Wraz z nieoczekiwanym atakiem zimy nadciągają równie niespodziewane kłopoty. Ktoś lub coś grasuje po okolicy, atakując przypadkowe osoby. Tymczasem Bazyl wyraźnie coś knuje i w tej intrydze niespodziewanie zyskuje sprzymierzeńca, zaś przyjaźń Ody z Rochem zostaje wystawiona na poważną próbę. Lecz wszystko to blednie w obliczu tajemnic sprzed wielu lat, jakie skrywa pobliski cmentarz – i niewielki staw w samym sercu ciemnego lasu.
Nadciąga czas nieprzejednanej nocy. Czas śmierci. 

Brandon Sanderson - Do gwiazd
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data: 25 marca


Pasjonująca opowieść o nieustraszonej dziewczynie, która chce zostać pilotem myśliwca w czasach najazdu ludzkości przez okrutną rasę obcych.
Świat Spensy jest atakowany od setek lat. Obcy zwani Krellami przypuszczają jeden powietrzny atak za drugim, prowadząc niekończącą się kampanię, której celem jest zagłada ludzkości. Jedyną obroną przed nimi są eskadry myśliwców walczące z wrogiem w przestworzach. Piloci są bohaterami niedobitków ludzkiej rasy. Spensa zawsze marzyła, że zostanie jedną z nich, że będzie latać i dowiedzie swojej odwagi. Jednak ciąży na niej niesława jej ojca - zestrzelonego przed wieloma laty pilota, który nieoczekiwanie zdezerterował, praktycznie przekreślając szanse Spensy na przyjęcie do szkoły pilotów.
Ludzie nigdy nie pozwolą Spensie zapomnieć o tym, co zrobił jej ojciec, lecz ona mimo to postanowiła latać. A Krelle właśnie to umożliwili. Podwoili liczebność swojej powietrznej armady, jeszcze bardziej zagrażając światu Spensy. Rozpaczliwa walka ludzkości o przetrwanie pozwoli spełnić jej marzenie życia... 

Vichi de Marchi, Roberta Fulci - Genialne dziewczyny. 15 historii niezwykłych kobiet, które przyczyniły się do rozwoju nauki
Wydawnictwo: Kobiece
Data: 27 marca

Piętnaście historii dziewczyn, które od najmłodszych lat podążały za pasjami i zapisały się na kartach historii nauki
Każda z wielkich naukowczyń była najpierw małą dziewczynką, a później młodą kobietą, które odważnie patrzyły na świat i nie bały się walczyć o swoje. Dzięki ich osiągnięciom wiadomo, że w nauce jest miejsce dla każdego.
Poznaj piętnaście wspaniałych życiorysów dziewczyn o różnych pasjach: przyrodzie, medycynie, wynalazkach, badaniu kultur. Autorki książki przybliżają te wybitne postaci, które mimo wielu przeszkód spełniały swoje marzenia, stając się przykładem dla wielu młodych kobiet.
Walentina Tierieszkowa była pierwszą kobietą w kosmosie, Jane Goodall jako jedyny człowiek została zaakceptowana przez dzikie szympansy. Katherine Johnson bezpiecznie sprowadzała astronautów na ziemię, a Rita Levi Montalcini była rewolucjonistką w dziedzinie biologii. 

Jonathan J. Moore - Powiesić, wybebeszyć i poćwiartować, czyli historia egzekucji
Wydawnictwo: Znak
Data: 27 marca

Największa rozrywka w średniowieczu? Oczywiście – publiczna egzekucja!
Miażdżenie, palenie, ćwiartowanie, topienie, gotowanie żywcem i nabijanie na pal. Średniowieczny mieszczanin byłby zawiedziony nowoczesnymi metodami wykonywania kary śmierci.
Ta książka to bezkompromisowe spojrzenie na historię egzekucji na przestrzeni wieków. W miarę jak poznajemy kolejne zabójcze techniki – od działającej z szybkością błyskawicy gilotyny, po długie i powolne obdzieranie żywcem ze skóry – jedno staje się pewne – uśmiercanie to od zawsze dynamicznie rozwijająca się branża!
Zaczniemy od starożytnych widowisk w Koloseum, gdzie skazańców rozrywały na strzępy dzikie zwierzęta. Później przeniesiemy się do średniowiecza – czasów czarownic i najbardziej wymyślnych tortur. Przyjrzymy się też misternej sztuce wieszania na szubienicach. Czeka nas również wizyta we Francji, ojczyźnie gilotyny. A w XX wieku? Krzesło elektryczne, komora gazowa oraz zastrzyk trucizny.
Jak długo obcięta przez kata głowa pozostaje świadoma? Czy można przeżyć własną egzekucję? Czy kat to dobry zawód?
Dimitris Chassapakis - Dziennik 29. Interaktywna gra książkowa
Wydawnictwo: Foxgames
Data: 13 marca
Minął 28 tydzień tajnych prac wykopaliskowych, które miały przybliżyć ludzkość do poznania sekretu obcej cywilizacji. W 29 tygodniu stało się jednak coś niezwykłego! Zniknął cały zespół, pozostawiając po sobie jedynie dziennik. Twoim zadaniem będzie rozwikłanie tej tajemnicy. Rozwiązuj zagadki i łamigłówki, aby zdobyć kolejne klucze i móc kontynuować rozgrywkę. Dziennik 29 to interaktywna książka, która jest równocześnie grą pełną niespodzianek. Czy odważysz się podjąć wyzwanie?

Śmierć nadejdzie dziś 2 - 1 marca


Corgi, psiak Królowej - 1 marca


Kapitan Marvel - 8 marca


To my - 22 marca


Dumbo - 29 marca

PS. Dajcie znać, co Wam wpadło w oko!
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella