Black Summer, czyli jak nie tworzyć serialu o zombie?

Serial o zombie netflix

Ile seriali o zombie apokalipsie macie już za sobą? Jeśli więcej, niż jeden, to możecie sobie odpuścić "Black Summer", bo odgrzewają kotleta. Jeśli nie widzieliście dotąd żadnego, to tym bardziej trzymajcie się od tego tytułu z daleka, bo nie chciałabym, żebyście wyrobili sobie zdanie na temat gatunku na jego podstawie. A jeśli macie w planach napisać scenariusz z zombiakami w roli głównej, to oglądajcie śmiało - będziecie wiedzieli, czego nie robić.


[Nie wierzę w spoilery w produkcjach o zombie, więc latają tu jak szalone. Możecie śmiało je czytać, bo serialu i tak nie warto oglądać. Nie ma za co.]

Jak niemal każda produkcja o zombie (poza "Fear The Walking Dead" i nic więcej nie przychodzi mi do głowy) "Black Summer" wrzuca nas prosto do świata ogarniętego zarazą. Tym razem twórcy byli na tyle uprzejmi, by zacząć od etapu ewakuacji mieszkańców przez wojsko. Niestety kamera nie podążyła za wozami wywożącymi zdrowych, lecz została z tymi, którzy na transport się nie załapali. W pierwsze odcinki zostały podzielone na sceny poświęcone konkretnym bohaterom. Większość z nich jest dość typowa, czyli matka rozdzielona z córką, starsza katoliczka, czy przestępca-bohater w kradzionym wojskowym mundurze, jednak zdarzają się też postacie nieoczywiste, jak głuchoniemy chłopak, czy Koreanka nieznająca angielskiego i do tej dwójki za moment wrócę. Później oczywiście wszystkie te postacie się spotykają (i po kolei giną, bo takie wymogi gatunku) połączeni wspólnym celem - dotarciem na STADION i ucieczka z piekła na ziemi.

"Black Summer" jest tak typową produkcją o zombie, jak tylko może być i to w najgorszym znaczeniu. Powiela wszystkie schematy i błędy, jakie znajdziecie w filmach o zombiakach (sprawdźcie 5 problemów filmów o zombie). Po pierwsze znów dostajemy świat, w którym nikt o zombie nie słyszał, ani nie jest na tyle bystry, by walić w głowę. Wiem, że dość często się do tego przyczepiam, ale skoro w naszym świecie najlepiej zabić człowieka celując w serce lub w mózg, to bohaterowie powinni dość szybko się domyślić, że ta metoda może okazać się skuteczna również w przypadku żywych trupów. Ale nie! Oni do samego końca wydają się nie wyciągać żadnej lekcji... a może mają takiego zeza? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Jednak oglądanie tego, co bohaterowie wyczyniają na ekranie, zwyczajnie mnie bolało. Dam Wam przykład: Mamy chłopaka, który przez pół odcinka ucieka przed zombie i tak trafił do marketu z automatycznie rozsuwanymi drzwiami. Zgadnijcie, co robi? Jeśli nie krzyknęliście "Zakupy", to byliście w błędzie. Tak, chłopak na spokojnie robił sobie zakupy, pchając wózek i wybrzydzając przy wyborze produktów, a nawet podjechał z nimi do kasy. Co tam, że każdy z IQ wyższym od Homera Simpsona zabarykadowałby wpierw drzwi... Niemniej nasz inteligentny kolega nie tylko bardzo się zdziwił, gdy zombiak w końcu wpadł do sklepu, ale także postanowił przejść przez cały sklep, uciekając głównym wyjściem obok niego, podczas gdy tylne wyjście (z dala od zombiaka) było tuż za nim. Tak moi drodzy, właśnie takich bohaterów dostaliśmy.

Zły serial o zombie
A oto i na przodzie błazen naczelny.

Po drugie ponownie twórcy wpadli na genialny i niesamowicie odświeżający pomysł, aby to żywi -byli największymi wrogami ludzi w czasie zombie apokalipsy. Gdzie ja to już widziałam? A tak, wszędzie. Choć przynajmniej w większości tego typu produkcji, przynajmniej pokazane są motywy, które wywołują bestialskie zachowania, a tu ich zabrakło. Dostajemy papkę losowych okrutnych zachowań, które nijak mają się do czegokolwiek - od fabuły przez psychologię po podstawowe ludzkie instynkty. Dawno nie widziałam tak odrealnionej sieki. Weźmy dwa przykłady pod lupę. Wpierw na zupełnie pustej drodze auto potrąca kobietę. Pomijam już, że kolejny zombiak raczej nie pomoże w walce o przetrwanie, bo lepiej rozważyć to pod czysto pragmatycznym kątem, czyli jej krew mogła zapaskudzić szybę i zniszczyć auto. To zwyczajnie głupie. Drugi przykład to stado Zagubionych Chłopców, którzy urządzili sobie arenę ze szkoły. Przykro mi to mówić, ale nie tak zachowują się dzieci i nie mam na myśli, że nie są okrutne. Mam na myśli to, że chociaż dają w kość, ile wlezie, to w sytuacjach zagrożenia wciąż liczą na pomoc dorosłych, a umówmy się, zombie apokalipsa to sytuacja skrajnie kryzysowa.

Mam już po dziurki w nosie odgrzewania kotletów i marzę o serialu, który potraktuje zombie apokalipsę na poważnie. Skoro twórca bierze się za temat zjadaczy mózgów, to niech one zjadają te mózgi. Chcę krwi, dramatycznych ucieczek, latających flaków, pożerania ludzi i walenia w łby zgniłków, aż mózg będzie tryskał na wszystkie strony. Czy naprawdę wymagam za wiele? Najwyraźniej tak, skoro w "Black Summer" jest zombie jak na lekarstwo. Ja się pytam, czy ulice są opustoszałe, bo zabrakło kasy na statystów, czy charakteryzatorów? Jeśli twórcy chcą się zabierać za temat zombie, to niech je pokażą! Inaczej wychodzi nam kolejna produkcja ględząca o tym, jak to ludzie są źli bla, bla, bla. Jestem pewna, że twórcom marzyło się robienie wypełnionych brutalnymi scenami horrorów, ale przez brak odpowiedniej motywacji tych złych, nie potrafili sklecić fabuły nawet przy użyciu taśmy, więc wpadli na genialny pomysł, że anarchia w czasie Z-apo wyjaśni wszystko za nich. Otóż nie! Jako fanka mam serdecznie dość tego, że temat zombie stał się wymówką dla słabych scenariuszy i braku pomysłu scenarzystów.

Też się poddaję.

Jeśli sądzicie, że w tym gatunku, a nawet w tym serialu nie dało się rozwinąć nowego, zaiste odświeżającego wątku, to jesteście w błędzie. Jak wcześniej wspominałam, jednym z bohaterów był głuchoniemy mężczyzna. Wiecie, jak mnie to zafascynowało? Miałam ogromną nadzieję, że twórcy pokuszą się o próbę pokazania, jak ciężko przetrwać z-apo osobie, która nie jest w stanie usłyszeć zagrożenia, ani wskazówek od swoich towarzyszy. To miało taki potencjał! Ale nie, zabili go w dość głupi sposób. Drugą osobą, na którą zwróciłam uwagę była Koreanka nieznająca języka kraju, w którym utknęła w czasie apokalipsy i tu sytuacja wyglądała nieco lepiej, choć wciąż poprowadzono jej wątek po macoszemu. Jakby to wcale nie był tak wielki problem. Wiecie czemu? Bo rozumiała wszystko, co się do niej mówiło, a i sama sklecała zdania, gdy scenarzystom było to na rękę. Pomijam to, że kwestia kulturowa w ogólnie nie została wzięta pod uwagę i nagle Koreanka strzelała z broni automatycznej, jak Rambo. Wait...what?

Nie będę Was trzymać w niepewności, "Black Summer" strasznie mi się nie podobało, ale doszłam do tego dopiero po obejrzeniu ostatniego odcinka, w którym dostaliśmy urwane zakończenie. Zrobię Wam tę przysługę i już powiem Wam: Trzymajcie się od tej kupy z daleka! Dawno nie widziałam takiego lenistwa ze strony twórców. Dziury fabularne, brak logiki w scenariuszu, beznadziejna kreacja bohaterów i brak jakiegokolwiek pomysłu na siebie, to jedynie śmierdzący wierzchołek "Black Summer". Przysięgam, że już nawet "Striptizerki Zombie" czy "Zombiebobry" były lepszymi produkcjami, a z jakiegoś powodu trafiły do Kiczowatych Horrorów.

Czytaj całość

Skazane na 100 słów, czyli o Vox Christiny Dalcher

Nie ulega wątpliwości, że z kobiet są straszne gaduły. Jestem kobietą i wiem, że bez problemu mogłabym gadać godzinami i wciąż nie zabraknie mi słów. Ba! Prowadzę bloga, bo ciągle jest mi ich mało. Gdybym utknęła w świecie, w którym przysługiwałaby mi ich określona ilość, czułabym się zniewolona. W takim świecie rozgrywa się książka "Vox" Christiny Dalcher.

Skazanie na milczenie zaczęło się po cichu. Wpierw niemal niezauważalnie pozbyto się kobiet z Kongresu. W szkołach pojawiły się zajęcia zachęcające do 'powrotu do korzeni', aż w końcu rząd podpisał dekret, a kobiety otrzymały opaski, które po przekroczeniu 100 wypowiedzianych słów raziły prądem. 


[Uwierzycie, że przeczytaliście już 100 słów? Dotąd nie miałam pojęcia, jak ubogo wygląda 100 słów]

[Edit: Dzień drugi] Aż doszło do dnia, gdy nagle wszystkie kobiety zostały pozbawione swoich stanowisk i zmuszone do prowadzenia gospodarstwa domowego, a przynajmniej te heteroseksualne, bo pozostałe zostały aresztowane. Podobnie zresztą jak cudzołożnice, które upokarzało się publicznie w telewizji. Samotne też nie miały lekkiego życia, jeśli nie miały u swojego boku męskiego krewnego gotowego je utrzymywać (bo niby jak miałyby na siebie zarabiać?). Teraz pomyślcie o wszystkich małych dziewczynkach, które też nosiły 'bransoletki', pomimo tego, że albo dopiero uczyły się mówić, albo jeszcze nie rozumiały, dlaczego muszą milczeć, gdy ich bracia radośnie przekrzykują się przy rodzinnym stole. Czy tego nie dało się przewidzieć?

[Edit: Dzień trzeci] Oczywiście, że się dało! Część kobiet, nazywanych we współczesnym (naszym) świecie 'szalonymi feministkami', wiedziało, do czego może doprowadzić zamykanie oczu na te zmiany. Próbowały przeciwdziałać, lecz łatka 'bojujących feministek' i pobłażliwe podejście kobiet takich jak Jean, nasza główna bohaterka, nie pomogło. Wyrzucały sobie swoją bierność po fakcie. W ciszy. Zmuszone do całkowitego podporządkowania swoim mężom i pozostałym mężczyzną, nie mogły już nic zrobić. Ani pisać, ani mówić, a tym bardziej protestować. Pozbawione paszportów nie mogły nawet wyjechać z USA, a pozostałe kraje przyglądały się ich tragedii w ciszy.

Jaen, która niegdyś była uznanym naukowcem pracującym nad przełomowym lekiem na afazję, |LIMIT 100 słów wyczerpany, więc doceńcie dodatkowe 7 słów, za które zostałabym siedmiokrotnie porażona prądem, gdybym żyła w takim świecie| dziś nie może nawet sama odebrać poczty. | Zamiast pełnych zdań, używa pojedynczych słów. Nie może pisać ani porozumiewać się za pomocą gestów. Czasami zużywa dzienny zapas słów na uspokajanie krzyczącej przez sen córki. Musi znosić mizoginistyczne komentarze od syna, któremu nowy system wyprał mózg. 
Jednak jej życie ma szansę się zmienić w chwili, gdy brat prezydenta ulega ciężkiemu wypadkowi i jedynie jej jeszcze niestworzony lek może mu pomóc.  I oto kobieta/naukowiec staje przed obliczem dylematu, czy dla dobra ludzkości powinna pomóc swoim ciemiężycielom? 

Muszę przyznać, że "Vox" jest naprawdę mocną książką - daje do myślenia tak bardzo, że od pierwszych stron mój mózg płonął. W dużej mierze [edit: dzień piąty] przez to, że autorka pięknie splotła ze sobą akcję rozgrywaną po w dystopijnym świecie z przemyśleniami i wspomnieniami bohaterki na temat tego, jak do tego doszło. I tu prawdziwa niespodzianka: Było to zaskakująco łatwe i osadzone w realiach, które rozgrywają się obecnie w Stanach Zjednoczonych. To straszne, jak dobrze to przemyślała i jak realne TO się wydaje. Wiecie jednak, co jest najlepsze?  Choć "Vox" ideologicznie szokuje i przeraża, to nie jest to poziom bestialskiego okrucieństwa z "Opowieści Podręcznej", który mnie odstraszał na wielu płaszczyznach. Tu kobiety pamiętają, że były i są zajebiste, tylko rząd obłąkany. Tu mężczyźni (czyt. mężczyźni, a nie ludzkie śmieci bez pewności siebie sikające w gacie na myśl, że kobieta może mieć własne zdanie) pamiętają, że ich kobiety były i są ich partnerkami. Społeczeństwo pamięta, jak powinien wyglądać świat. Tylko boi się otwarcie zbuntować. [Znów przekroczyłam limit - tym razem o 37 słów]

[Edit: dzień szósty] Nie ulega wątpliwości, że pierwsze skrzypce gra tu kreacja świata, lecz mamy drugi wątek skupiający się na doktor Jean - jej życiu rodzinnym i pracy. I jak poinformowała nas w prologu - zabiła prezydenta, dlatego od początku jesteśmy świadomi, że cała ta historia do zmierza do tego punktu. Ten wątek też daje radę i potrafi zainteresować, a jednocześnie nieco studzi podgrzane emocje i pokazuje, jak fajnie autorka wykorzystuje swoją wiedzę (wszak Christina Dalcher jest lingwistką). Chociaż, jeśli nie macie w swoim życiu osoby dotkniętej afazją, może Was to ciekawić nieco mniej. Niemniej wciąż jest to dobrze prowadzona historia. Przynajmniej do zakończenia, bo [Edit: dzień siódmy] ono nieco kuleje. Wydaje się robione na szybko i musiałam czytać je trzy razy, żeby zrozumieć, co tam właściwie się stało. 

W podziękowaniach autorka przyznała, że "Vox" powstał w ciągu dwóch miesięcy. Myślę, że gdyby dała sobie nieco więcej czasu na doszlifowanie zakończenia, to nie miałabym się do czego przyczepić, a tak zakończenie wydawało się robione na szybko, bo deadline gonił. To jedyna wada i strasznie żałuję, że ją ma. Wiecie dlaczego? Dlatego, że po latach poszukiwań, znalazłam książkę, którą mogę z czystym sumieniem polecić każdemu - "Voxa" powinien przeczytać każdy, niezależnie od wieku, płci, czy ulubionego gatunku[Edit po raz enty] Dlatego, że jest ciekawa, dobrze napisana, wciągająca i otwiera oczy na problemy naszego świata w nienachalny sposób, który zazwyczaj towarzyszy podobnym tematom. 

Zdradzę Wam teraz sekret (w sumie pisałam to już w komentarzach, więc sekret z tego żaden). Nie skończyłam "Opowieści Podręcznej". Nie byłam w stanie.  Za to "Vox" wciągnęłam na raz. Dlatego, jeśli obawiacie się, że Was przerośnie lub nie będzie w Waszym guście, to obawiam się, że nie macie się czym martwić. Od dawna nie czytałam czegoś tak dobrego - to złoto, diamenty i adamantium!

Ps. Na koniec jeszcze jedna kwestia, czyli podsumowanie tego mojego małego eksperymentu z publikowaniem tego tekstu po sto słów na dzień. Muszę przyznać, że to był koszmar. Tak bardzo chciałam się wygadać i opisać całą książkę za jednym zamachem, a tu wychodził nie cały akapit. Nie mam pojęcia jakim cudem nie zgubiłam wątku. Podejrzewam, że to była męczarnia nie tylko dla mnie, ale również dla Was, a przecież my mogliśmy pogadać w komentarzach i prawdziwym życiu. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby podobne ograniczenia stały się normą i mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.




Czytaj całość

Sabrina 2.0, czyli o drugim sezonie Chilling Adventures of Sabrina


Przy recenzji pierwszego sezonu "Chilling Adventures of Sabrina" mocno grymasiłam, bo choć ogólnie nawet mi się podobał, to uznałam go za wstęp do właściwej części historii, którą chciałabym obejrzeć. I wiecie co? Okazało się, że rzeczywiście tak było i drugi sezon okazał się tym, na który tak bardzo czekałam.


[UWAGA! Spoilery z pierwszego sezonu latają, jak szalone, więc może nim zaczniecie czytać dalej, to obejrzyjcie go lub chociaż jego recenzję. Tak tylko sugeruję...]

Pierwszy sezon zakończył się w momencie, gdy Sabrina w końcu wpisała się do Księgi Bestii i zaczęła podążać mroczną ścieżka Księcia Ciemności. Wiecie, ufarbowała włosy na platynę, więc mrok jak się patrzy, prawda? I tak oto kolejny sezon, przyniósł drastyczną zmianę bohaterki z jęczącej dzieweczki, której do roli cheerleaderki śmiertelników brakowało jedynie pomponów, do dziewczyny, która jako totalna świeżynka w świecie dzieci nocy, postanawia stanąć na jego czele. Bo w sumie kto jej zabroni? Z pewnością nie Szatan! Co najwyżej ojciec Blackwood i banda mizoginistycznych czarnoksiężników, ale czy półśmiertelna wiedźma miałaby się nimi przejmować? Skąd!

A tak całkiem poważnie, podoba mi się, że pomimo tego, że Sabrina wciąż odrobinę jojczy, jak złe jest zło i na swój pokręcony, impulsywny sposób stara się mu opierać, to stała się przy tym bardziej samodzielna i zaradna. Fajna przemiana postaci, bo w końcu przestaje tak irytować. Przy okazji zmianom ulegli również pozostali bohaterowie. Zacznijmy od trójkąta miłosnego. Jęczący Harvey wciąż jęczy i męczy, ale przynajmniej Sabrina wymieniła go na seksowniejszy, mroczniejszy i lepszy model, czyli Nicka. To była bardzo dobra decyzja, która spowodowała, że ta słabsza postać zajmuje mniej czasu ekranowego, a ta lepsza więcej. Ponadto dziewczyna też znacznie lepiej wypada u boku silniejszego i powiedzmy sobie szczerze: niemal równemu sobie bohaterowi. Nie wspominając już o tym, że Nick jest jedną z najbardziej interesujących postaci, bo jego zachowania nie są łatwe do przewidzenia.

Chilling Adventures of Sabrina sezon 2
Mogę już pisknąć: NARESZCIE!?

Śmiertelni przyjaciele Sabriny również ulegli przemianie, a przynajmniej Suzy stała się Theo i wyszło mu to na dobre. Nabrał pewności siebie i determinacji, stając się jedną z rozsądniejszych postaci w serialu. Niestety o Rose nie jestem w stanie tego napisać. Przynajmniej jej talent zaczął się rozwijać. A co do magicznych? Ciotki wiele się nie zmieniły. Zelda dała upust swoim ambicjom w dość dziwny sposób, ponieważ wyciągnęła ręce po serce ojca Blackwooda. Hilda po serce Cerberusa, dzięki czemu w końcu pokazała pazurki. Jedynie Ambrose wciąż nie miał pomysłu na siebie. Szkoda. And last but not least - Lilith! Dla mnie Lilith w wykonaniu Michelle Gomez to mistrzostwo! Dlatego tym bardziej cieszę się, jak wiele czasu ekranowego poświęcono w tym sezonie tej postaci. Lilith dostała nowy wątek, a także mieliśmy okazję stopniowo poznawać jej historię. Mam ogromną nadzieję, że w kolejnym sezonie wciąż będzie odgrywać istotną rolę, bo bez niej ten serial straci naprawdę wiele.

Najważniejszą zaletą tego sezonu stanowi zwrócenie się w stronę mroku, dzięki czemu mamy okazję dowiedzieć się znacznie więcej na temat praw i zwyczajów świata nocy. Podoba mi się zgłębianie tych wątków i związanych z nimi postaci. Zwłaszcza że Szatan odgrywa tam sporą rolę i wychodzi, że on też ma poczucie humoru i jest z niego skomplikowana bestia. Przy okazji odwoływanie się i wypaczacie symboliki religijnej, wyszło twórcom naprawdę sprytnie. Wiem, zabrzmiało to źle, ale umówmy się, że rozmawiamy o serialu naszpikowanym okultyzmem, więc z zasady powinien być on w niektórych momentach dla niektórych widzów szokujący, czy wręcz bluźnierczy, a skoro tak to twórcy powinni podejść do tematu mądrze, grać symbolami i zachowywać zdrowy balans. Na moje oko w tym przypadku się to udało, a przynajmniej moje granice nie zostały przekroczone (chociaż bez bicia przyznaję, że moje granice są mocno przesunięte), a w dodatku zachwycił mnie sposób, jaki nimi zagrano. Odcinek piąty sprawił, że piszczałam z radochy, choć równocześnie ubolewałam nad poziomem głupoty panny Spellman.



I oczywiście nie można pominąć finału, który był wprost fantastyczny. Teraz będą spoilery, bo pohamować się nie potrafię. [SPOILERY] Sabrinka okazała się Szatanim Jezusem, antychrystem, heroldem piekła. Przyznaję, to mi się podobało. Zwłaszcza jej cuda - to o tym pięknym odwołaniu pisałam chwilę wcześniej, bo samo wypaczenie cudów już było trochę mniej imponujące. Może po części dlatego, że przy wykonywaniu ostatniego miałam facepalm za facepalmem. Ponadto Nick, który ponownie pokazał, jak nieoczywistą jest postacią, zrobił robotę. I oczywiście sam Szatan też był całkiem nieźle rozpisany. Może trochę zbyt naiwny, ale mogło być gorzej. Scena maskarady wszystko mi wynagrodziła. W ogóle finałowy odcinek był wisienką na torcie. Wprost nie mogę doczekać się kolejnego sezonu i mam nadzieję, że Netflix nie każe nam długo czekać, by się przekonać, jakie konsekwencje przyniosą działania kowenu w Greendale, a umówmy się - uwięzienie wyznawanego boga i zniweczenie jego wielkich planów raczej nie spotka się z uznaniem czarowników, którzy nie byli świadkami tamtych wydarzeń. Przy okazji mocno trzymam kciuki za Kościół Lilith! 

Podsumowując "Chilling Adventures of Sabrina" zaliczył ogromny progres. W końcu wszystko wygląda tak, jak sobie tego od samego początku życzyłam - więcej mroku, więcej okultyzmu, więcej Nika i więcej Lilith, a przede wszystkim pełno akcji, która we wcześniejszym sezonie ograniczała się jedynie do wielkiego dramatu: Wpisać się do Księgi Bestii, czy nie wpisać się do Księgi Bestii?! Brawo, Netflix! Oby tak dalej! A Wam radzę skusić się na ten sezon, nawet jeśli pierwszy średnio przypadł Wam do gustu. Poważnie, jest znacznie lepiej!

Reflektujecie na więcej serialowych treści? Kliknijcie lubię to po regularną dostawę!

Ps. Przy okazji daję znać, że znajdziecie mnie w weekend majowy na Serialconie!
Ps2. Z dobrych wiadomości: Netflix zamówił już 3 i 4 sezon Sabrinki.


Czytaj całość

Mądrości z bajek: Czego uczą nas księżniczki Disneya?


Mówi się, że bajki uczą i wychowują. Być może ludzie, którzy to powtarzają, mają na myśli, że te proste opowieści uczą dzieci rozróżniać dobro od zła, jednak mój wypatrzony umysł podpowiada mi, że w przypadku animacji Disneya (oczywiście, że będę się czepiać akurat jego, bo nie byłabym sobą!) coś poszło nie tak i mimo wszystko nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien kazać swoim maluchom brać przykładu z pozytywnych postaci.

Zacznijmy od księżniczek, bo to najbardziej oczywisty przykład. Znudziło mi się pisanie o ich bierności i wątpliwej osobowości, a uogólnienia nie mają większego sensu, więc skupmy się na konkretnych przykładach. Śnieżka niby nauczyła nas, że jeśli coś dostaje się za darmo, to pewnie jest zepsute lub na końcówce terminu ważności, więc lepiej nie połykać, a także że konsumowanie owoców bywa zgubne, jeśli się ich dobrze nie pogryzie i ma się poważny deficyt umiejętności połykania ciał stałych. Sama jestem zaskoczona tym, jak wiele możemy się nauczyć na jej błędach!

Niestety, choć Kopciuszek przekazał nam cenną wiedzę na temat sprzątania (nieważne ile razy uprzątniesz dom i kominek, to i tak będzie to syzyfowa praca - brudu ciągle przybywa, więc lepiej to olać i spożytkować czas lepiej. Dzięki Kopciuszku!), to cała reszta nie jest już dobrym przykładem. Drogie dzieci, zacznijmy od tego, że jeśli pochodzi do Was obca staruszka, która podaje się za członka rodziny, to powinniście potwierdzić jej tożsamość (ekhm... chyba powinniście kojarzyć własną matkę chrzestną?!). A jeśli w dodatku oznajmia, że zna rozwiązanie Waszych problemów, a chwilę później widzicie, jak Wasze podarte ubrania zmieniają się w olśniewające ciuchy, dynia w karoce, a myszy w konie, to miejcie pewność, że to nie żadna krewna, tylko diler z bardzo dobrym towarem. Bajki kłamią. Przy okazji niezależnie od okoliczności, wykradanie się z domu pod nieobecność opiekunów, prędzej spowoduje, że traficie do pogotowia opiekuńczego, niż do rodziny królewskiej (wiecie jak ich obecnie mało?!).

Chociaż Arielka poleciała jeszcze dalej i zamiast do profesjonalnego chirurga, który w sterylnych warunkach przeprowadziłby skomplikowany zabieg rozszczepienia syreniego ogona na dwie w pełni sprawne kończyny, wolała się udać do podmorskiej szamanki, która w sumie mogła być handlarzem organów, bo jak inaczej wyjaśnić transakcje nogi za głos? Dlatego, jeśli już naprawdę będziecie chcieli zmieniać swoje ciało dla potencjalnego partnera, to chociaż upewnijcie się, że ma jakikolwiek dyplom zawieszony w swej grocie, a jego pacjenci nie kończą jako małe zgniłki. Albo w formie minimalnego wysiłku, chociaż zaszczepcie się na tężec. Na pocieszenie Mała Syrenka dała nam dobrego pro tipa: jeśli nie ma się pod ręką szczątki do włosów, to widelec też się nada. Trochę dłużej zajmie rozczesywanie kołtunów, ale z braku laku.

Jeśli tak wyglądają pacjenci po wyjściu z groty lekarza/wiedźmy, to bierzcie nogi za pas! To naprawdę powinno być oczywiste!

Skoro jesteśmy przy temacie zdrowia, to warto wyciągnąć lekcję z błędów Aurory znanej również jako Śpiąca Królewna. Wiecie czemu śpiąca? Ponieważ mogą wystąpić paskudne powikłania po wtykaniu palucha w igły, czy wrzeciona wątpliwego pochodzenia. Mam nadzieję, że nie muszę Wam tłumaczyć, jakie ryzyko niesie zainfekowanie się jakimś paskudztwem! Dlatego jeśli znajdziecie gdzieś strzykawkę, nie celujcie w igłę paluchem! Z kolei od jej rodziców możemy się dowiedzieć, jak katastrofalne mogą być skutki bycia nadętymi gburami, którzy z premedytacją wykluczają kogoś z imprezy, choć nawet Grażynka z odległej chatki mogła na nią wbić. To zwyczajnie wredne.

Choć miało być bez uogólnień, to na koniec warto dodać, że jeśli nie potraficie pięknie śpiewać i tańczyć, to istnieje spora szansa, że skończycie jako stare panny, bo nie będziecie potrafiły w żaden sposób zwabić do siebie faceta. Dlatego teraz garść rad na temat miłości. Uczcie się od Meridy, bo ona wraz z Elsą dają jasny przekaz wszystkim kobietom: Sama możesz sobie poradzić ze wszystkim. A przynajmniej w tym, w czym jesteś utalentowana. Fajnie mieć partnera, ale same też potrafimy być super. Oczywiście, jeśli będziemy pamiętać, by przez przypadek, czy tam z premedytacją nie otruć matki (ani kogokolwiek innego) podejrzanymi ciasteczkami od odrobinę nawiedzonej wiedźmy spotkanej w lesie (tak, Merida nie uczyła się na błędach Śnieżki). Poważnie, NIE BIERZCIE JEDZENIA OD OBCYCH... chyba że pracują w sklepie i dają je Wam na jego terenie.


Przy okazji Pocahontas nauczyła nas czegoś ważnego - uczucia się zmieniają i miłość nie zawsze jest wieczna (oglądaliście kontynuacje, prawda?), dlatego nie ma sensu brać ślubu po kilku dniach znajomości. To naprawdę istotna informacja, jeśli ktoś uczyłby się o funkcjonowaniu związków wyłącznie z filmów Disneya. Poza tym, jeśli Wasz ojciec chce komuś rozłupać czaszkę, to mimo wszystko dobrze stanąć na linii ognia, bo jest duże prawdopodobieństwo, że go to powstrzyma. Jeśli nie, no cóż... będzie za późno, żebyście mieli do mnie, czy do Pocahontas pretensje.

Zdjęcie poglądowe: Co robić z włamywaczem!

Osobiście najbardziej lubię rzeczy, które uczą nas księżniczki z nowszych bajek Disneya. Roszpunka przypomina, że jeśli ktoś robi nam włam na chatę, to trzeba łapać coś ciężkiego i walić intruza w łeb. To bardzo mądra rada, bo gdyby na przykład wzięła nóż, zamiast patelni, to skończyłoby się na tym, że patatająca na kucykach straż królewska musiałaby ją w kajdankach wyprowadzić z tej nieszczęsnej wieży. Ponadto ocenianie po pozorach też nie sprawdza się w 100%, co udowodniła, wchodząc do baru łotrów. I co? Mieli tam jednorożki! Dwa! Dlatego wywalcie uprzedzenia do kosza!

I choć teraz powinnam wspomnieć o tym, jak Anna z Elsą dajnie pokazały, że rodzeństwo powinno się wzajemnie wspierać (w końcu tylko nasza siostra/brat dorastały w dokładnie takim samym środowisku i zostały podobnie skrzywione przez domowe, czy tam pałacowe warunki), a Moana, że nie zawsze rodzice wiedzą, co dla nas lub losów świata najlepsze (chociaż rodzice powinni przemyśleć, czy na pewno chcecie wpajać taką wiedzę swoim pociechom), więc Ahoj Przygodo!, to jednak chciałabym zakończyć ten maraton rad zupełnie inną bohaterką: Bądźmy jak Mulan, bo Mulan wymiata!

Nie bądźcie buły - zalajkujcie fapage, gdzie każda niedziela jest bajeczna, a pozostałe dni tygodnia też są świetne!


Ps. Jeśli nie zapomnę i nie będę skończoną bułą, to za jakiś czas dostaniecie dalszy ciąg mądrości z bajek! Niemniej już teraz możecie się dzielić swoimi w komentarzach (najwyżej je Wam bezczelnie podkradnę!)
Czytaj całość

Nadciąga kwiecień, czyli premiery książkowe i filmowe!


Nie chcę Wam nic sugerować, ale kwiecień zapowiada się naprawdę dobrze. Filmy w kinach (przynajmniej trzy!) zmuszają do zakupu biletów, a przy przeglądaniu nowości książkowych musiałam robić ostre cięcia, by wszystko się zmieściło. Lepiej przygotujcie się na to mentalnie!


Adrienne Young - Klan. Honor ponad życie
Wydawnictwo: Young
Data: 17 kwietnia

Oczy zaczęły mi błyszczeć, gdy zobaczyłam okładkę. Obietnica dzikiej mieszanki "Wonder Woman" i "Wikingów", tylko spotęgowała ekscytację!

Siedemnastoletnia Eelyn urodziła się po to, aby walczyć u boku swoich pobratymców z plemienia Asków w odwiecznej wojnie z plemieniem Rikich. Jej życie jest brutalne, ale dziewczyna kieruje się prostą zasadą, która głosi, że musi walczyć, aby przetrwać.
Pewnego dnia Eelyn przeżywa szok – widzi swojego brata walczącego po stronie wroga. Brata, którego śmierć zobaczyła na własne oczy pięć lat temu. Brata, który okazał się zdrajcą.
Wojowniczka trafia w niewolę do wioski plemienia Rikich, gdzie zmierzy się ze srogą zimą i atakami bezlitosnych wrogów rodem z legend. Aby uciec, musi zaufać Fiskemu, przyjacielowi jej brata. Razem będą zmuszeni zjednoczyć zwaśnione klany, by stawić czoła wspólnemu wrogowi. 
Tomasz Sobiesiek - Astralker
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data: 5 kwietnia

Zajawka Mai Lidii Kossakowskiej kupiłam mnie w pełni: "Projekcje astralne, doświadczenia pozazmysłowe, opętania czy ataki istot z innych wymiarów. A wszystko to w realiach tajnych służb specjalnych w Polsce".

Dawid jest zwyczajnym chłopakiem przybyłym z małego miasteczka studentem informatyki, który próbuje dać sobie radę w wielkim mieście. Jeden głupi pomysł zmieni jego życie na zawsze. Chłopak miał szczęście w nieszczęściu. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. A jednak okazało się, że przejawia zdolności uważane w niektórych kręgachza wyjątkowo cenne. Dzięki "propozycji nie do odrzucenia" nie tylko uratował skórę, ale dostał szansę, by wykroczyć daleko poza ramy trójwymiarowego świata.
Astralker - nie ma granic, których nie przekroczyłaby dusza.
Artur Urbanowicz - Inkub
Wydawnictwo: Vesper
Data: 3 kwietnia


Dwie epoki.
Dwie historie.
Jedna wioska.
Jedna czarownica.
Jedna klątwa.
Wyobraź sobie, że możesz wszystko. Nawet oszukać śmierć.
Nad Suwalszczyzną za kilka dni pojawi się zorza polarna. W Jodoziorach, małej wiosce na prowincji, zostają znalezione spopielałe zwłoki małżeństwa. Wśród lokalnej społeczności miejsce to owiane jest złą sławą, słynie ze szczególnego nasilenia przemocy, chorób, zaginięć i samobójstw. Mówi się też o zjawiskach nadprzyrodzonych – niezidentyfikowanym zielonym świetle, odgłosach niewiadomego pochodzenia, a także o nawiedzonym domu. Miejscowi wierzą, że to on rozsyła wokół negatywną energię, która wydobywa z ludzi najgorsze instynkty.
Tajemnicami wioski żywo interesuje się młody dzielnicowy, który wkrótce popełnia samobójstwo. Sprawę jego śmierci bada Vytautas Česnauskis, policjant na wpół litewskiego pochodzenia z komendy miejskiej w Suwałkach. Odkrywa, że mroczna historia Jodozior ma swoje korzenie w latach siedemdziesiątych. Wtedy miała tam mieszkać kobieta, która parała się czarami...


Peng Shepherd - Księga M
Wydawnictwo: Burda Media Polska
Data: 24 kwietnia

Światem nie wstrząsnęła wojna. Nie było inwazji z kosmosu. Wody nie wystąpiły z brzegów, a rzeki nie spłynęły krwią. Hemu Joshi po prostu stracił cień. A z nim wspomnienia.
Indie. Brazylia. Boston. Apokalipsa zaczyna się subtelnie: wraz z utratą cienia łatwiej się zapomina. Nie tylko o kluczach na kuchennym blacie, ale też o tym, że ogień parzy, a człowiek żeby przeżyć, musi jeść.
Ory i Maxine świętują ślub przyjaciół, gdy klęska Zapomnienia uderza w Boston. W opuszczonym hotelu gdzieś w Wirginii znajdują azyl do czasu, aż i Max traci cień. Wiedząc, że z każdym utraconym wspomnieniem stanowi coraz większe zagrożenie dla Ory'ego, Max znika.
Zrozpaczony, podąża tropem żony. Po drodze musi zmierzyć się z niebezpiecznym światem, w którym prawo przestało obowiązywać.
Ci którzy utracili cień zmierzają w jednym kierunku: na Południe, gdzie mają nadzieję znaleźć ratunek.
Czy Oriemu uda się ją odnaleźć Max zanim jej pamięć zniknie całkowicie?
Leona Deakin - Gra w życie
Wydawnictwo: Burda Media Polska
Data: 3 kwietnia

Czworo ludzi znika bez śladu w dniu swoich urodzin. Samotna matka-żołnierka z syndromem stresu pourazowego po misjach w Afganistanie, czarujący chłopak spodziewający się pierwszego dziecka z narzeczoną, wzorowy student i kochająca matka dwójki małych dzieci. Pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego – jedyne, co ich łączy, to kartka urodzinowa znaleziona w ostatnim znanym miejscu pobytu każdego z nich. Na niej zawsze widnieje taka sama wiadomość:
Twój prezent to gra.
Zagraj – jeśli się odważysz.
Policja nie interesuje się sprawą: przecież to tylko zabawa. Rodziny zaginionych jednak szaleją z niepokoju, więc w poszukiwania zostaje zaangażowana psycholożka i detektywka Augusta Bloom. Gdy kobieta zaczyna zagłębiać się w sprawę, wreszcie odkrywa, co łączy wszystkie cztery osoby.
To coś, co sprawia, że są bardzo niebezpieczne.
Gdy znikają kolejni ludzie, doktor Bloom musi zacząć wyścig z czasem, by namierzyć organizatorów tajemniczej gry. Nie wie jednak, czy jej dochodzenie powstrzyma przestępców, czy też im pomoże...


Arno Strobel, Ursula Poznanski - Darknet
Wydawnictwo: Mando
Data: 3 kwietnia

Marzenia czasem się spełniają. Te makabryczne też
Może nie znosili swojego sąsiada, nie cierpieli dziewczyny wiecznie odnoszącej sukcesy, nienawidzili swojego szefa... Wpisali ich na listę i trzymają kciuki.
Zasłużyli na śmierć?
Kiedy komisarz hamburskiej policji kryminalnej Daniel Buchholz otrzymuje wezwanie do opuszczonej fabryki, nie spodziewa się, że na miejscu zastanie potwornie okaleczone zwłoki i nową koleżankę – Ninę Salomon.
Pedantyczny Buchholz i wybuchowa Salomon od pierwszej chwili skaczą sobie do oczu. Policjantka posiada jednak nieomylny instynkt, dzięki któremu razem z pracowitym partnerem odkrywa świat zbrodni w najmroczniejszym zaułku Internetu.
Właśnie tam toczy się gra, w której nagrodą jest śmierć. Eliminacje rozpoczęte. Rozgrywka trwa. Każdy ma szansę trafić na listę.
Każdy może zagłosować.

Hayley Chewins - Odwrócone
Wydawnictwo: Iuvi
Data: 24 kwietnia


Wymamrotałam modlitwę, którą powtarzałyśmy, odkąd nauczyłyśmy się mówić:
– Niech zapomnę, że mam oczy. Niech zapomnę, że jestem sobą. [... ]
Byłam jedną z odwróconych i wiedziałam, że muzyka należy do Mistrzów".
Dwunastoletnia Delphernia całe życie spędziła w klasztorze, którego kamienna kopuła, zgodnie z prawem miasta Blajbakan, odgradza odwrócone dziewczęta od morza, nieba, świata... Na zewnątrz Mistrzowie – wyłącznie chłopcy i mężczyźni – grają muzykę. W środku odwrócone w milczeniu, bez słowa, przemieniają tę muzykę w złoto. Matka Dziewięć nazywa to wytwarzaniem migotu.
Delphernia jednak nie umie wytwarzać migotu. I woli śpiewać, zamiast milczeć.
Gdy do klasztoru przybywa Mistrz, który nie zachowuje się jak Mistrz, dziewczyna ma szansę wyrwać się ze swojego więzienia. Na zewnątrz, poza murami klasztoru, morze dyszy jak dzikie zwierzę, niebo spogląda z góry tysiącami gwiazd przypominających oczy, a tajemniczy ogród ma liście ostre jak szpony. Delphernia poznaje księcia mówiącego cytatami z poezji oraz dziewczynę o zadziwiającej odwadze i niezależności. Uwikłana w rozgrywki złowieszczo milczącego Kuratora i nieprzeniknionej królowej, Delphernia pojmuje, że choć uwolniła się z klasztoru, w Blajbakanie nigdy nie będzie wolna.
Blajbakan zaś nie stanie się wolny bez niej.

Michał Gołkowski - Świątynia na bagnach. Bramy ze złota. Tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data: 24 kwietnia

Rzucony wyrokiem kapryśnych bogów poza granice znanego sobie świata, Zahred tkwi pośród trzęsawisk i moczarów.
Nawet jego klątwa nie działa tu tak, jak powinna. Los splata ścieżki śmiertelnych tak, że odnajduje go tam – zawieszonego pomiędzy życiem a śmiercią– młody, niewinny chłopiec. Co może stać się z umysłem dziecka, widzącego na własne oczy, że nie wszystko na świecie poddane jest tym samym prawom? Co stanie się, kiedy zwyczaj zamieni się w obrządek, a nawyk stanie się świętym rytuałem?
Poznaj opowieść o zaufaniu i zdradzie, miłości i nienawiści oraz o zaślepieniu przekonaniami.
Opowieść o przelanej krwi, którą zmyć można tylko następną krwią. O bogu-człowieku, uwięzionym w pozłacanej klatce gmachu wzniesionego ku jego czci.
Z mętnej, czarnej wody wyłania się świątynia na bagnach.

Damian Dibben - Mam na imię jutro
Wydawnictwo: Albatros
Data: 3 kwietnia


Ten, kto decyduje się na posiadanie psów, straci ich wiele w swoim życiu. Ja byłem psem, który stracił wielu ludzi.
Wenecja. Zimowa noc 1815 roku. 217-letni pies szuka swojego zagubionego pana. Tak zaczyna się przygoda Jutra, który na przestrzeni wieków przemierza świat w poszukiwaniu człowieka, który uczynił go nieśmiertelnym. Jego łapy niestrudzenie przebiegają pola bitew i królewskie dwory. A jego historia jest opowieścią o lojalności i determinacji, przyjaźni (zarówno ze zwierzętami, jak i z ludźmi), miłości (tej jednej, jedynej), podziwie (dla ludzkich talentów) i rozpaczy (z powodu ich nieumiejętności życia w pokoju).
Na samotnego psa czyhają wielkie niebezpieczeństwa, a pewien odwieczny wróg pragnie jego zguby. Musi jak najszybciej odnaleźć swojego pana, inaczej utraci go na zawsze. Bierze więc udział w szalonym wyścigu z czasem, by u jego kresu poznać ludzkość od podszewki i okrutną cenę nieśmiertelności.
Barwny portret ludzkości na przestrzeni wieków. Niesamowita i wciągająca bez reszty opowieść o odwadze i poświęceniu oraz nierozerwalnej – silniejszej niż czas – więzi między dwiema duszami.
Należy zawsze mieć nadzieję, nawet w obliczu rozpaczy – bo to, co zaginęło, musi się w końcu odnaleźć!

John Guy - Maria królowa Szkotów. Prawdziwa historia Marii Stuart
Wydawnictwo: Napoleon V
Data: 1 kwietnia

Na kartach tej pierwszej pełnej biografii Marii Stuart, jaka powstała od ponad trzydziestu lat, John Guy odmalowuje pasjonujący i dogłębny portret jednej z największych kobiet w dziejach, a jej świat i miejsce w historii przedstawia w zdumiewająco aktualny sposób. Zgromadziwszy wszelkie zachowane dokumenty i ujawniwszy po raz pierwszy zbiór nowych źródeł na jej temat, Guy burzy popularny wizerunek Marii, królowej Szkotów, jako romantycznej "gwiazdy", osiągającej swe cele za pomocą kobiecych sztuczek, a ją samą stawia na równej pozycji, tak pod względem intelektualnym, jak politycznym, z Elżbietą I.
Za sprawą wytyczających nowy szlak badań tego autora i stylu jego prozy, którą czyta się nadzwyczaj dobrze, zaczynamy postrzegać Marię jako postać biegłą w sztuce dyplomacji, przemyślnie lawirującą wśród oszałamiającej liczby frakcji politycznych, które dążyły do kontroli nad nią bądź jej zdetronizowania. Książka ta zapewnia nam fascynujące, a zarazem burzące mity spojrzenie na kobietę oraz władczynię o złożonej osobowości i na jej epokę.

Tomasz Kosiński - Runy słowiańskie
Wydawnictwo: Bellona
Data: 11 kwietnia

Runy słowiańskie skrywa zasłona milczenia. W nauce wciąż pokutują tezy narzucone przez niemieckich uczonych w XIX i XX wieku, że Słowianie jako jedyna wielka grupa etniczna we wczesnośredniowiecznej Europie nie znali pisma, co miało potwierdzać ich niższość cywilizacyjną.
Tomasz Kosiński, autor bestsellerowego "Rodowodu Słowian" oraz "Słowiańskich skarbów", uważa, że prawda była inna.
Dawni Słowianie używali własnego pisma runicznego, podobnie jak Skandynawowie. Świadczą o tym liczne zabytki pokryte runami odnalezione na terenie Polski, Niemiec, Rosji, Ukrainy i innych państw. Autor na podstawie ich analizy rekonstruuje słowiański alfabet runiczny. Twierdzi, że "Słowianie lubowali się w zabawach słownych, często ukrywali prawdziwe znaczenia, stosowali szyfry". Znajomości pisma, dostępnej tylko nielicznym, przede wszystkim kapłanom, towarzyszyły magia i tajemnica. Ci, którzy umieli pisać runy, bywali uważani za bogów lub ludzi otoczonych ich opieką, predystynowanych do sprawowania ważnych funkcji w swoich społecznościach.

Eleanor Herman - Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku
Wydawnictwo: Znak
Data: 24 kwietnia

Członkowie królewskich rodów obawiali się zgubnego działania trucizny, która mogła zostać dodana do ich posiłku przez wrogów. Aby zapobiec otruciu, korzystali z rogów jednorożca i antidotów wypróbowanych na skazańcach oraz z usług testerów jedzenia. Słudzy oblizywali sztućce monarchów, zakładali ich bieliznę i testowali nocniki.
Jednak przerażeni niebezpieczeństwem otrucia władcy nie dostrzegali, że trucizna często kryła się w ich codziennej rutynie. Kobiety stosowały podkłady zrobione z ołowiu i rtęci. Mężczyźni wcierali w łysiejące miejsca zwierzęce odchody. Lekarze przepisywali im rtęciowe lewatywy i maści z arszenikiem.
Trucizna nie odeszła w zapomnienie wraz z dawnymi rodami królewskimi. Wciąż jest obecna na szczytach władzy. Trudniejsza do wykrycia. Skuteczniejsza. Chętnie używana przez współczesnych dyktatorów w walce z politycznymi wrogami. Trucizna wciąż żyje i ma się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.
Eleanor Herman odkrywa przed nami dzieje trucizny, jakiej nie znamy. Łączy w swojej książce świetną znajomość królewskich archiwów z najnowszymi odkryciami medycyny sądowej. Snuje opowieść o życiu w najwspanialszych europejskich pałacach – o trujących kosmetykach, śmiercionośnych lekarstwach i okrutnych morderstwach. 
Shazam! - 5 kwietnia
[Przy okazji pamiętajcie, by sprawdzić 6 rzeczy, które warto wiedzieć o Shazamie!]


Hellboy - 12 kwietnia


After - 12 kwietnia


Avengers: Endgame - 25 kwietnia

Ps. Wiecie co robić? Wiecie!
Czytaj całość

Popkulturowe blogi, które warto poznać, czyli Share Week 2019


Share Week to już tradycja, która zresztą bardzo mi się podoba, bo daje świetny pretekst do podzielenia się z Wami blogami, które znam, czytam i mogą przypaść Wam do gustu. Oczywiście śmiertelnie obraziłabym się, gdybyście polubili je bardziej od Gosiarelli, ale jeśli tylko obiecacie, że tak się nie stanie, to myślę, że warto podpromować trochę inne blogi popkulturowe. To jak, obiecujecie?


Na pierwszy ogień eM poleca, której pojawienie się wśród rekomendowanych blogerów nie powinno nikogo dziwić. Czytam eM chyba od początku jej istnienia, czyli wiele dłużej, niż ją znam, i uwielbiam jej sposób blogowania, który roboczo określam hasaniem w wianku po łące. Suchary też mogą być - zwłaszcza te, które rzuca podczas pisania w półśnie. Niemniej dla Was najważniejsze przy próbach zaprzyjaźnienia się z blogiem eM będzie to, że poruszamy wiele podobnych tematów. Często specjalnie, zarażając się nawzajem ciekawymi tytułami, podrzucając sobie wzajemnie pomysły na nowe artykuły i czuwając nad ich postępami (chociaż nie chcę przypominać, że eM nie umie w blogowanie). Dlatego, jeśli chcecie przeczytać czasami zabawne (za to zawsze pełne sucharów), a czasami mądre, a czasami nawet łączące obie te cechy artykuły, które poruszają kwestie popkultury zarówno polskiej, amerykańskiej, jak i koreańskiej, to wbijajcie do niej!


Wanna pełna zombie jest kolejnym blogiem, którego rozwój śledzę od samego początku (przyznajcie, że nazwa wymiata!). Spodziewałam się, że Asia będzie pisała artykuły głównie poświęcone mózgożercom, lecz tak się nie stało. Znajdziecie tam wiele interesujących artykułów dotyczących kultowych produkcji i amerykańskiej popkultury. Superbohaterowie, zombie, Gwiezdne Wojny i Loki mają się świetnie. Co jednak najważniejsze autorka pod płaszczykiem pozornie prostych tematów, potrafi dojść do naprawdę interesujących wniosków, dlatego zdecydowanie polecam Wam zaglądnąć do wanny!

Od dłuższego czasu zaniedbałam się z tematami okołoksiążkowymi i zamierzam to zmienić, ale do tego czasu śmiało zdążycie się zaprzyjaźnić z Kulturalną meduzą, która nie dość, że będzie Was informować na bieżąco, które książkowe i serialowe nowości warto poznać, to w dodatku od czasu do czasu uraczy artykułem koncentrującym się na konkretnym motywie i teoriami z nimi związanymi. Szanuję za research i próby zachowania obiektywnego podejścia.

Tegoroczna trójka już za nami, ale (!) to wcale nie oznacza końca! Prawda jest taka, że w czasie wielu lat blogowania, poznałam wiele wspaniałych miejsc w internecie przyjaznych geekom. Część z nich znajdziecie w poprzednich poleceniach shareweekowych (SW 2015, SW 2016, SW 2017), jednak są jeszcze inne formaty, niż blogi, dlatego pozwolę sobie nadmienić o kanale Wybrednej Marudy, która tworzy content dla miłośników  książek, seriali i musicali, oraz o świeżutkim podcaście Hołki - Rozmowa Międzymiastowa.

Przy okazji przypominam, że jeśli tylko macie ochotę, to Gosiarellę możecie promować i wszelkimi sposobami wciskać ludziom przez cały rok do woli, jednak jeśli chcecie wziąć udział w akcji Share Week, to możecie śmiało polecać ulubione blogi do 30 marca!
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella