The Society, czyli o społeczeństwie nastolatków od Netflixa


W West Ham śmierdzi. Wręcz niewyobrażalnie cuchnie, dlatego grupa nastolatków tym bardziej cieszy się na wycieczkę za miasto, chociaż ostatecznie do niej nie dochodzi. Trzy szkolne autobusy zawracają do miasteczka w nocy, lecz tam nikt na nich nie czeka. Zniknęli wszyscy albo to oni trafili do innego miejsca, które do złudzenia przypomina ich dom. Pewne jest tylko to, że są sami i zdani wyłącznie na siebie. Nie mają żadnego kontaktu ze światem ani dokąd uciec. Dość szybko dla części z nich staje się jasne, że jeśli nie podejmą próby racjonowania żywności i stworzenia struktur społeczeństwa, to ich sytuacja jeszcze się pogorszy. I tak władzę przejmuje Cassandra.

Najmocniejszą rzeczą w "The Society" jest pomysł. Pomysł na to, by wrzucić grupę nastolatków do opustoszałego miasteczka, które choć odcięte od świata, wciąż ma pełne półki zapasów w sklepach i elektryczność oraz na to, by pozwolić im stworzyć namiastkę systemu, który nieustannie się rozwija. Bardzo podobało mi się ocenianie, co lepiej sprawdza się w tak ekstremalnej sytuacji - kapitalizm czy socjalizm oraz demokracja czy dyktatura i chyba lepiej byłoby, żebym nie dzieliła się swoimi wnioskami. Lepiej sami oceńcie, które rozwiązania byłyby dla nich najkorzystniejsze.
Wracając do tematu, bardzo podobało mi się, jak banda nastolatków radziła sobie z odtworzeniem wszystkich struktur, które dla nas są normą - od stołówki przez policję po sądy.



Z jednej strony nie musieli tego wymyślać od podstaw, ponieważ przez kilkanaście lat żyli w funkcjonującym społeczeństwie i naoglądali się seriali kryminalnych, a z drugiej z pewnością mieli z tym trudności, bo jak ot tak przejść z typowych relacji między uczniami do kogoś sprawującego nadzór nad pozostałymi. I tu mocno zagrały stereotypy, bo pobożna dziewica przejęła kazania w kościele, nerd zajął się nerdowaniem (wybaczcie, ale scenarzyści poszli na łatwiznę, uznając, że jeden nerd będzie znał się na wszystkim, więc robił m.in. za astronoma, patologa, balistyka, czy lekarza), a futboliści będą stróżami prawa. Niby po części to rozumiem, ponieważ w pewnym stopniu to ich naturalne predyspozycje, ale z drugiej strony pokazuje, że większość jest kompletnie nieprzydatna, więc na zmianę zajmuje się gotowaniem, sprzątaniem lub wywożeniem śmieci. Trochę mnie dziwi, jak niewielu z nich miało ambicję, by wyrwać się z przyziemnych zadań, by stawić czoła ambitniejszym wyzwaniom. Czy wieku nastoletni nie jest czasem tym, w którym marzenia są najsilniejsze? Nikt z nich nie chciał się podjąć roli lekarza, wynalazcy, czy choćby cukiernika? W końcu powinno tam być więcej ukrytych talentów, a miejsca pracy pozostawały wolne.

I tu kolejna rzecz się kłania, czyli jak bohaterowie mogli być jednocześnie tak dalekowzroczni, gdy chodziło o zapasy pożywienia (wpadli na to już w pierwszych dniach), a równocześnie tak krótkowzroczni, gdy chodziło o służbę zdrowia? Zdaję sobie sprawę, że ciągle mówię o budowaniu społeczeństwa i jak sobie z tym radzili, ale to właśnie ten motyw znany z "Władcy Much" jest najmocniejszą stroną serialu. Niestety sami bohaterowie i ich historie są niespecjalnie interesujące, więc to nie na nich się skupiałam. Nie wiedzę nawet sensu, by Wam o nich opowiadać bez kontekstu przydzielonych zadań. Wystarczy, że pomyślicie o najbardziej stereotypowych bohaterach, którzy przewijają się przez popkulturę i będziecie mieli ich obraz, więc łapcie: rozpieszczony, bogaty chłopak, przyjacielski gej, nerd, rozsądna dziewczyna wydająca się znacznie starsza od pozostałych i młodsza siostra stojąca w jej cieniu, napakowani futboliści, śliczna dziewczyna z sąsiedztwa i cwaniak ze skłonnością do przemocy. Jest wśród nich tylko jedna postać, która odrobinę wyszła poza formę, ale lepiej byłoby, gdybyście mogli go (tak, to chłopak) odszukać samodzielnie.


Teraz pewnie sobie myślicie, że nie ma sensu oglądać serialu, w którym bohaterowie są typowi do bólu i średnio interesujący, a w dodatku do kolejna młodzieżowa papka od Netflixa (naprawdę powinno się uznać to za oficjalną nazwę gatunku). Cóż, trochę racji w tym jest, ale mimo wszystko uważam, że główny pomysł i sposób, w jaki go rozwinięto jest wystarczająco interesujący, by się serialem zainteresować. Przynajmniej ten, który opisałam powyżej, bo ten drugi związany ze znalezieniem się w opuszczonym miasteczku pośrodku niczego został niemal całkowicie zapomniany.

Nie byłam zachwycona podczas oglądania, ale i tak chciałam wiedzieć, co się wydarzy dalej. Końcowe odcinki były znacznie bardziej emocjonujące od początkowych, lecz i tu Netflix się wyłożył na tym, czego nie lubię najbardziej - zaserwował nam clifhangera. Świetny pomysł. Serio, nie ma to, jak zrobić średnio interesujący serial i zakończyć go w momencie, gdy zaczęło się robić ciekawie. Od razu mam ochotę czekać pół roku czy rok na drugi, najprawdopodobniej równie byle jaki sezon, który może zakończyć się w ten sam sposób. A nie, jednak nie mam ochoty. Niemniej uważam, że potencjał w tym jest i dobrze rozbudza wyobraźnię. Żałuję, że wykonanie nie było odrobinę lepsze, a przy okazji urwano akcję, gdy zaczęła się rozkręcać. Może gdy zostaną wypuszczone dwa lub trzy kolejne sezony, wrócę sprawdzić, jak im to wyszło. Na chwilę obecną i Wam radziłabym się wstrzymać z oglądaniem.

Jeśli chcecie mieć wpływ na wybór kolejnych tytułów pojawiających się na blogu, to wiecie co robić:

Ps. Z ciekawości jaki ustrój polityczny wybralibyście, gdybyście znaleźli się w ich sytuacji lub od czego zaczęlibyście budować społeczeństwo na nowo?
Czytaj całość

Witaj zdrowy romansie, czyli Anna Bellon i Requiem


Na pierwszym roku studiów chłopak poznaje dziewczynę i wpadają sobie w oko. Tak zaczyna się wiele historii miłosnych czy to w prawdziwym życiu, czy to w książkach, jak choćby w "Requiem", najnowszej książce Anny Bellon.
Alek jest towarzyski i zdecydowanie pali za dużo. Łucja jest skryta i ma bogatą playlistę. Oboje nie czują się dobrze, gdy muszą opowiadać o swoich prywatnych sprawach i przeszłości, jednak ciężko zaangażować się w związek z drugą osobą mając tajemnice, zwłaszcza takie, które wpływają na teraźniejszość.


Usiądźcie i oddychajcie głęboko, bo zaraz przeczytacie coś szokującego. Gotowi? W "Requiem" nie ma ani krzty fantasy. To romans młodzieżowy, czyli taki mistyczny twór, który zazwyczaj tutaj nie trafia albo trafia, gdy szlag mnie trafia po przeczytaniu, bo przypadkiem dałam się nabrać na tytuł (śmiejcie się, ale naprawdę wierzyłam, że fabuła "Papierowej księżniczki" będzie choć odrobinę powiązana z tytułem). Tym razem jednak była w pełni świadoma tego, co czynię i nie mam zamiaru wylewać wiadra pomyj. Dziwne, prawda? Powód jest bardzo prosty i aż mi głupio, że w XXI wieku muszę uznawać go za ogromną zaletę romansu. "Requiem" nie opowiada historii patologicznego związku, który utwierdzałby kogokolwiek w tym, że toksyczne związki są ucieleśnieniem kobiecych pragnień (Anno Bellon, przywracasz mi wiarę w ludzkość i w autorki romansów!). Wręcz przeciwnie! Pokazuje, że dwójka skrzywdzonych ludzi potrafi w partnerze znaleźć ukojenie, wsparcie i nadzieję na lepszą przyszłość. Tak właśnie powinny wyglądać związki - powinny nas ulepszać, a nie być głównym źródłem wszelkiego zła.

Osobiście uważam, że bohaterom w pojedynkę niczego nie brakowało. Alek jest typowym chłopakiem z sąsiedztwa, więc z łatwością można go polubić. Trochę brakuje mi w książkach tego typu postaci - takich dobrych z natury i niespecjalnie skomplikowanych. Nie zrozumcie mnie źle, zazwyczaj tracę głowę dla mrocznych psychopatów, którzy rzucają dwa zdania na krzyż, ale umówmy się, że takich na ulicach się nie spotyka, bo pewnie już siedzą w więzieniach za morderstwo. Dlatego stosunkowo łatwy w obyciu i miły chłopak jest dość odświeżający, a przy okazji bardziej realny.

Z kolei Łucja... z nią mam problem. Z jednej strony, gdy czytałam o jej relacjach z rodzicami i znajomymi z poprzedniej szkoły, byłam nią oczarowana i naprawdę ją polubiłam, ale gdy jej głowę zaprzątał Alek, miałam ochotę ją trzepnąć, by zostawiła tego biednego straumatyzowanego chłopaka w spokoju, bo nie dość, że momentami była jak hiszpańska inkwizycja, która co chwilę o wszystko wypytuje i kręci dramę, to w dodatku ZASNĘŁA NA AVENGERSACH! Cios w samo serce! A tak całkiem poważnie, to na jej obronę powiem, że przynajmniej przyznała, że oglądała je już kilkukrotnie, więc niby ją to w jakiś sposób usprawiedliwia (nie przede mną, ale może przed kimś, kto jest normalniejszy ode mnie). Niestety wciąż nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego dziewczyna ma pretensje, że chłopak nie otwiera się przed nią jak drzwi automatyczne, podczas gdy sama momentami go zbywa lub okłamuje (jakoś drama w drugą stronę nie działa). Czy mi to przeszkadzało? Tak. Czy to jest normalne zachowanie u ludzi? Niestety tu też odpowiedź jest twierdząca.

Dla jednych będzie to zaleta. Dla innych wada. Niemniej nie da się ukryć, że zarówno bohaterowie, jak i ich historie są bardzo ludzkie i realne. Zachowują się jak my i oglądają to, co my (kocham wszystkie nawiązania do Marvela!). Mają wady i mają zalety. Co najważniejsze, bohaterowie rzeczywiście ze sobą rozmawiają, a nie trwają w błędnym kole niedopowiedzeń. Za to zawsze należy się plus! Niestety momentami ich człowieczeństwo było dla mnie przytłaczające, a raczej widziałam go zbyt wiele. Sceny z codziennego życia, w którym niewiele się działo (np. zaliczanie kolosów, czy branie prysznica) niespecjalnie mnie interesowały. Chyba z nich wyrosłam. Wolałam pełne napięcia retrospekcje, w których czuło się, że za moment wydarzy się coś paskudnego. Lubię paskudne rzeczy, cóż poradzę? Jeśli Wy także, to retrospekcjami będziecie zachwyceni. Aż żałuję, że nie było ich więcej!

Mogę śmiało napisać, że potrzebujemy na rynku wydawniczym więcej romansów podobnych "Requiem" Anny Bellon. Niezbyt skomplikowanych, ale też nie prostych, bo pokazujących, że każdy człowiek ma swoją historię i nosi w sercu blizny. Zdrowych romansów opartych na zdrowych relacjach (bo najwyraźniej się da takie napisać!). Odrobinę zabawnych i lekkich, by były przyjemne w odbiorze oraz posiadających tajemnicę, które moglibyśmy stopniowo odkrywać.

Ps. Przy okazji należy pochwalić okładkę (bo okładka ważna rzecz i wydawcy powinni o tym pamiętać! Będę ich z tego rozliczać! Serio!), bo jest niesamowita i dokładnie w taki sposób wyobrażałam sobie bohaterów! Poważnie, jak często się to zdarza?!
Ps2. Zdarza Wam się czytać romanse młodzieżowe? Jeśli tak to, co lubicie w nich najbardziej?
Czytaj całość

Anna Bellon - Historia Debiutu [Wywiad]


W poprzednim artykule z serii The Story of Books poruszona została kwestia propozycji wydawniczej, dlatego teraz powinniście się zastanowić, gdzie chcecie ją wysłać - prosto do wydawcy, czy też wcześniej do agencji literackiej, która będzie Was reprezentować przed wydawcami? Nie czuję się na siłach, by doradzać Wam w tej kwestii i wierzę, że każdy z Was powinien sam wybrać jaką ścieżką podąży, jednak by trochę Wam to ulatwić, poprosiłam Annę Bellon o podzielenie się historią swojego debiutu.


Anna Bellon zadebiutowała na polskim rynku wydawniczym w 2016 roku wraz z powieścią "Uratuj mnie", która rozpoczęła niezwykle popularną serię młodzieżową "The Last Regret", a już wcześniej podbiłą Wattpada nabijając ponad milion odsłon. W tym miesiącu trafią do księgarń dwie kolejne książki z jej nazwiskiem na okładce - "Requiem" oraz antalogia "Porozmawiajmy o pierwszej miłości".


Zaczniemy od momentu w którym skończyłaś książkę. Wysłałąś ją do wydawnictw, czy od razu wiedziałaś że chcesz skorzystać z usług agenta literackiego?

W zasadzie na początku nie miałam pojęcia, co mam robić. Warto wspomnieć, że kończyłam wtedy liceum, zaraz miałam pisać maturę i bardziej myślałam o studiach, więc na samą myśl o ogarnianiu jakiejkolwiek papierkowej roboty, bolała mnie głowa. Wtedy dowiedziałam się o agencji literackiej Macadamia i gdy przeczytałam ich stronę wzdłuż i wszerz, stwierdziłam, że gdyby się udało, to byłoby to dla mnie najlepsze rozwiązanie. Agent mocno odciąża pisarza, a do tego... zna się na rzeczy. Ja miałam o tym raczej mierne pojęcie, a raczej zerowe, jeśli chodzi o tę drugą stronę, czyli stronę pisarza. Gdy więc wysyłałam maszynopis "Uratuj mnie" do Macadamii stwierdziłam, że albo dostanę propozycję współpracy, albo odłożę wydanie na później, czyli już na czas po studiach, a nie w trakcie. Opcja szukania wydawcy na własną rękę raczej mnie wtedy przerastała, gdy wiedziałam, że aplikuję na nieco trudniejsze i bardziej pracochłonne studia. Decyzja o współpracy z agencją wynikała więc głównie z rozsądku i przeliczeniu własnych sił na rzeczywistość.

Jak potoczyło się to dalej?

Na odpowiedź czekałam siedem tygodni. Oczywiście pod koniec zaczęłam się niecierpliwić i chyba dwa dni przed terminem sama napisałam do nich z pytaniem o decyzję, gdy siedziałam w Warszawie, bo składałam papiery na studia. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu... dostałam odpowiedź twierdzącą. Umówiłam się z moją (wtedy jeszcze przyszłą) agentką na rozmowę telefoniczną, żeby wszystko omówić i kilka tygodni później miałam już podpisaną umowę. Potem przez dobrych kilka miesięcy szlifowałyśmy razem tekst i robiłyśmy wstępną redakcję, żeby lepiej to wyglądało, brzmiało itd. Umowę podpisałam w sierpniu, a poszukiwania wydawcy zaczęły się tak naprawdę dopiero bliżej końca roku i teraz sobie nie przypomnę dokładnie, ale chyba jakoś na początku następnego roku dostałam ofertę Znaku, który ostatecznie wydał "Uratuj mnie" i dwie kolejne części serii „The Last Regret”.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia i jak oceniasz Waszą współpracę?

Kamila Kanafa od samego początku zrobiła na mnie dobre wrażenie. Istotną sprawą przy wyborze agenta jest zadanie sobie jednego, podstawowego pytania: czy jestem w stanie mu zaufać? Nie oszukujmy się, ale przenosząc wiele obowiązków na agenta, obdarza się tę osobę ogromnym zaufaniem. Na moje szczęście Kamila jest wyjątkowo konkretna, więc warunki były jasne. Wiedziałam, na co się godzę, a to podstawa. Gdy już rozpoczęłyśmy współpracę, okazała się bardzo pomocna. Potrafi doradzić, wskazać błędy i też powiedzieć wprost, że coś jej się nie podoba. To ostatnie jest dla mnie szczególnie ważne. Agent to nie jest kolejna osoba od głaskania po głowie, to też jest istotna sprawa. Co nie zmienia faktu, że na przestrzeni tych kilku lat nie było takiej sytuacji, że nie mogłam na nią liczyć i nawet jeśli nie zawsze się ze sobą zgadzamy, to jednak jesteśmy w stanie znaleźć nić porozumienia i mam jej wsparcie.

Po pierwszych poprawkach z agentką musiałaś ponownie przerabiać tekst książki pod okiem wydawcy?

Oczywiście, że musiałam. Z Kamilą zrobiłyśmy redakcję wstępną. Wydawca to już zupełnie inna sprawa. W Znaku przy każdej książce obowiązywały mnie dwie redakcje + ewentualnie jakieś poprawki jeszcze przed. W „Uratuj mnie” na przykład pisałam nowy prolog i pierwszy rozdział.

Zmiany były drastyczne?

Nie. „Uratuj mnie” przeszło bez diametralnych zmian. W przypadku drugiej części i tak planowałam sporo zmian, więc wskazówki redaktorki bardzo mi pomogły. W trzeciej części poprawek nie było, tylko już typowa redakcja tekstu bez ingerencji w fabułę jako taką. W dużej mierze wszelkie uwagi dotyczyły rzeczy, które mogą się wydawać lub są nieco niespójne lub na czymś, co można by było rozwinąć lub usunąć, bo jest zbędne. Raczej nic szczególnie szkodliwego, z czym można by było się spierać.

Pisarze często narzekają, że redakcja jest straszna, a tu proszę! Nie wydajesz się cierpieć na zespół pourazowy. To co w takim razie było najtrudniejsze dla Ciebie?

Ja też narzekam na redakcję. Nie jestem wyjątkiem w tej kwestii, strasznie nie lubię tego robić, choć wiem, że muszę. Ale z drugiej strony wychodzę z założenia, że jeśli nie ma nic do poprawy, to autor raczej powinien się bać, a nie cieszyć. Co było dla mnie najtrudniejsze? Spotkania autorskie... Może nie widać, ale bardzo mnie to stresuje. Ogółem do wystąpień publicznych to ja jestem ostatnia, więc zwykle przed spotkaniami jestem kłębkiem nerwów i nie śpię po nocach. A z kwestii wydawniczych to mnie zawsze wykańcza czekanie na akceptację tekstu. W międzyczasie zdążę dojść do wniosku, że w zasadzie połowę powinnam usunąć i napisać od nowa, a tak w ogóle to jest najgorsza książka roku i szkoda drzew. Jestem bardzo samokrytyczna.

W życiu bym nie zgadła, że wskażesz na spotkania autorskie. W końcu zaczynałaś na Wattpadzie, gdzie zresztą osiągnęłaś spektakularny sukces! Swoją drogą, sądzisz, że ułatwiło Ci to życie, skomplikowało, czy było bez większego znaczenia?

Chyba wszystko na raz. Z jednej strony jest efekt wow, bo ponad milion wyświetleń. Z drugiej strony, ech, Wattpad, pewnie mierna jakość. A z trzeciej... Pod wieloma względami nie ma to żadnego znaczenia. Ostatecznie jednak wydaje mi się, że najbardziej mi Wattpad pomógł na samym początku przy szukaniu wydawcy.


Umowa z agentem i wydawnictwem została podpisana, a pierwszy tom "The Last Regret" trafił do księgarnii. Jak od tej pory to wyglądało z Twojej perspektywy?

Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że jeszcze przed premierą pierwszej części moja redaktor przesłała mi swoje uwagi do drugiej i od razu zabrałam się za poprawianie, co zajęło mi kilka miesięcy. W zasadzie więc przy premierze pierwszej, głową byłam już trochę dalej. Po drodze zaliczyłam swoje pierwsze targi książki jako autorka, potem kolejne i nim się obejrzałam, planowaliśmy już promocję drugiej części, wybieraliśmy okładkę... i zarywałam noce na robienie redakcji. Ogółem wydaje mi się, że z perspektywy kogoś z zewnątrz wydawanie wydaje się dużo bardziej ekscytujące, niż jest naprawdę. W większości i tak wszystko sprowadza się do siedzenia godzinami i pisania. Same sprawy wydawnicze to bardziej takie przerywniki. Tylko presja przy pisaniu jest nieco większa, gdy już się wyda tę pierwszą książkę. Głównie presja czasu. Mało kto może sobie pozwolić na zajmowanie się wyłącznie pisaniem. Ja studiuję dziennie, na dodatek kierunek inżynierski, więc wydawanie tak naprawdę ląduje dopiero za studiami i za pisaniem samym w sobie, jeśli chodzi o listę priorytetów. Jednak dopiero wydając odczułam, jakie można sobie zrobić zaległości w pisaniu, gdy studia i ilość nauki wymuszą na mnie przerwę, czasem nawet na trzy tygodnie. Na dodatek praca z wydawcami nie zawsze idzie tak zupełnie gładko, jakby się chciało, a powodów może być mnóstwo. Wydawanie uczy też elastyczności w kwestii podejmowanych decyzji, ale chyba przede wszystkim walki o swoje, jeśli zajdzie taka potrzeba. W ostateczności chodzi o twoją wielomiesięczną pracę. Chyba że ktoś pisze książkę w miesiąc lub dwa, to może mu mniej szkoda.

W Polsce panuje przekonanie, że zarobki pisarzy niepozwalają się utrzymać. Sądzisz, że to prawda?

Niestety, ale tak. Utrzymywanie się z pisania to opcja tylko dla nielicznych szczęśliwych. Pisarz zarabia zwykle ok. kilkunastu procent od ceny zbytu. Żeby móc wyżyć z pisania, trzeba by było wydać przynajmniej trzy lub cztery książki w roku i warunek jest taki, że schodzi przynajmniej kilkanaście tysięcy egzemplarzy. Prawda jest jednak taka, że przy tak zapchanym rynku ok. dziesięciu tysięcy egzemplarzy to już jest liczba trudna do przebicia, a utrzymanie tego poziomu przy wszystkich książkach... To też takie proste nie jest. Chyba że jest się jednym z topowych pisarzy, takim Remigiuszem Mrozem na przyład, wtedy ryzyko jest minimalne, bo i tak wszystko zejdzie jak świeże bułeczki.

Gdybyś miała przed sobą debiutującego pisarza, któy przyszedłby do Ciebie i powiedział, że ma napisaną książkę, to od czego radziłabyś mu zacząć? Wattpad, agencja, blog, kosz, a może jeszcze coś innego?

Od zastanowienia się, czy na pewno jest gotowy wydać książkę już, teraz i w tym momencie. Wielu autorów robi to na hurra. Skończyłam książkę, więc dwa dni później wyślę ją już do wydawnictwa. Tylko co potem? Załóżmy, że wydawnictwo wzięło książkę. I załóżmy też, że mamy do czynienia z najbardziej sztampowym przypadkiem pisarza, który jest przeświadczony, że napisał bestseller roku i na dodatek trafił na wydawcę, dla którego redakcja bardziej przypomina korektę i tyka tekst tylko z wierzchu. Co wtedy mamy? Przepis na porażkę. Nagle pisarz dostaje negatywne recenzje i co robi, jeśli nie jest gotowy na konsekwencje wydania książki? Reaguje na tego typu recenzje wykłócając się z ludźmi lub szerząc hejt na zamkniętych grupach. W najlepszym razie rzuci pisanie w cholerę, zamiast próbować się dalej rozwijać. Dlatego Wattpad czy blog to dobry pomysł na początek, żeby oswoić się z krytyką. Jak już z tym sobie człowiek poradzi na samym początku, to ze wszystkim innym robi się już dużo łatwiej.

A jak radzisz sobie z krytyką? Czytasz recenzje, czy starasz się ich unikać?

Krytykę przyjmuję raczej na chłodno. Jeśli jest konstruktywna, to biorę ją pod rozwagę. Jeśli jest na zasadzie "nie, bo nie", to olewam. A recenzje czytam tylko te, pod którymi jestem oznaczona. Po pierwszej książce stwierdziłam, że nie potrzebuję się dobijać szukaniem wszelkich recenzji w sieci na temat swoich książek, żeby ani nie obrosnąć w piórka, ani się nie dołować, jeśli nie ma takiej potrzeby.

"Po pierwszej książce", czyli jednak na początku ciekawość była silniejsza?

Oczywiście, że tak. Wydaje mi się, że z pierwszymi książkami chyba po prostu tak jest, że chłonie się każde słowo. Zdarzało mi się wpisywać w wyszukiwarkę swoje imię i nazwisko razem z tytułem książek. Z perspektywy czasu chce mi się trochę z siebie śmiać, bo miałam lekką paranoję. Potem przeczytałam słowa Tarryn Fisher, że nie czyta recenzji swoich książek i nie dlatego, że jest przeświadczona o tym, że są idealne, a dla własnego komfortu psychicznego. A potem odkryłam, że ma rację.

Masz ten luksus, że książka była dobrze przyjęta, więc mogę założyć, że nie potrzebowałaś kocyka bezpieczeństwa. Jeśli dobrze kojarzę, gdy pojawiały się pierwsze recenzje "Uratuj mnie", drugi tom "The Last Regret" był już skończony. Czy pod wpływem czytanych recenzji chciałaś coś zmienić lub zmieniłaś w dalszych tomach?

Kocyk bezpieczeństwa zawsze się przydaje. Wbrew pozorom światek pisarski nie jest tak kolorowy i nie raz miałam nieźle obrobiony tyłek - głównie przez koleżanki i kolegów z Wattpada. Czytałam teksty, że nie zasłużyłam na wydanie w tak dużym wydawnictwie i tego typu rzeczy. Dlatego po wydaniu „Uratuj mnie” w zasadzie odcięłam się od Wattpada, bo było mi jednak trochę przykro. Choć nie tylko z Wattpada płynęły słowa krytykujące nie tyle pisanie, co moją osobę, przez blogerki również. To strasznie głupie, ale oberwało mi się nawet za znajomość z Kim Holden, gdy przyjechała do Warszawy na targi książki. Serio, jak źle to brzmi, gdy obrywa się za to, że po prostu lubisz kogoś ze wzajemnością i ta osoba chce spędzić z tobą czas?
I to prawda, pierwszy draft nie tylko drugiej części, ale serii ogółem był w całości skończony przed premierą, ale zanim wyszło "Uratuj mnie", zdążył minąć ponad rok - dla pisarza to sporo. Sama dostrzegłam więc potrzebę zmian i druga część została w zasadzie napisana od nowa. Najwięcej wskazówek (pomijając długą listę od mojej ówczesnej redaktor), wyciągnęłam z recenzji Klaudny Maciąg. To był jeden z tych razy, kiedy siadłam i stwierdziłam "kurde, ona ma rację!".


Na dniach w księgarniach pojawi się Twoja kolejna książka pt. „Requiem”. Jak oceniasz prace nad nią porównując do początków z „Uratuj mnie”.

To zupełnie co innego. Wiem już, z czym to się wszystko je, czego mogę się spodziewać i czego wymagać. Prace nad „Uratuj mnie” szły bardzo metodycznie, mieliśmy sporo czasu i został on wykorzystany w pełni. Przy „Requiem” tempo było dużo szybsze, ale też trochę na ostatnią chwilę. Redakcję „Requiem” wspominam jako mały wyścig z czasem, to samo prace nad okładką. Z tym drugim, musiałam pójść na kompromis i zapomnieć o pierwotnym zamyśle na okładkę, choć z ostatecznej wersji też jestem zadowolona. Tak bardzo, że wylądowała na ekranie blokady na telefonie ;) Każde wydawnictwo pracuje trochę inaczej i niestety, ale jako autor trzeba się do tego po prostu dostosować. Inaczej też wydawcy podchodzą do debiutantów - albo robią nacisk na promocję, albo nie ryzykują. Przy kolejnych książkach dochodzi kolejna opcja - liczą na to, że książka sprzeda się z rozpędu, bo autor już ma zaplecze. Czasem trzeba jednak przypomnieć wydawnictwu, że książka to nie towar pierwszej potrzeby i sama się nie sprzeda. Wydaje mi się, że to już po prostu taki syndrom kolejnych książek.

Chcecie być na bieżąco? Wpadajcie na Facebooka!

Ps. Czytaliście już książki "The Last Regret", a może przymierzacie się do "Requiem"? Ps2. Mam nadzieję, że trochę Wam to rozjaśniło, a za dwa tygodnie przybliżę Wam, co się dzieje z propozycjami wydawniczymi, gdy już trafią do wydawnictwa.

Czytaj całość

Possessed, czyli drama o szamanach, duchach i seryjnych mordercach


Jeśli seryjni mordercy są dla Was słabymi pionkami, to czas przenieść się o stopień wyżej, czyli do niemal nieśmiertelnych (bo martwych) dusz seryjnych morderców. Zaintrygowani? To posłuchajcie o nowej paranormalnej dramie, "Possessed".

Mottem życiowym Hwang Dae Doo jest, że granica między bólem a przyjemnością jest bardzo cienka. Zapewne tak sam siebie usprawiedliwia, gdy dokonuje brutalnych mordów. W końcu jednak policji udaje się go złapać i postawić przed sądem, który ostatecznie skazuje go na śmierć. Na tym jego historia mogłaby się skończyć, gdybyśmy nie omawiali dramy z mocnym wątkiem paranormalnym. Innymi słowy, po latach dusza Hwang Dae Doo wraca do świata ludzi, by na nowo siać spustoszenie. Jedynymi osobami świadomymi tego faktu jest uzdolniona medium Hong Seo Jung oraz detektyw Kang Pil Sung.

"Possessed" nie jest romansem, a przynajmniej nie takim, do którego przyzwyczaiły nas k-dramy. Wątek miłosny między Hong Seo Jung i Kang Pil Sung jest bardzo ubogi (ale to plus!) i upchnięty z tyłu, choć nie brakuje wymieniania tęsknych spojrzeń. Niemniej bardzo podoba mi się kreacja głównych bohaterów, bo ani Seo Jung nie jest niewinną grzeczną dziewczyną, która płoni się przy najmniejszym dotyku, ani Pil Sung nie jest przystojniakiem, którego uśmiech zwala z nóg wszystkie panny w promieniu kilometra. Właściwie jego inteligencja emocjonalna jest na poziomie typowej pierdoły i często nie łapie, gdy dziewczyna go podrywa, co jest chyba najbardziej uroczym akcentem tej mrocznej dramki. Nie myślcie jednak, że przez krwawe zbrodnie twórcy porzucili tak humor typowy dla kraju produkcji. Skąd! Od tego przecież są bohaterowie drugo, czy nawet trzecioplanowi. Przedstawię Wam mojego faworyta, Bae Doryung, czyli szamana, który wyskoczył w stroju Pogromcy Duchów na człowieka opętanego przez duszę seryjnego mordercę, próbując wyegzorcyzmować go, pryskając mieszanką wody święconej pieprzu i czosnku (okey, nie pamiętam dokładnie, co on tam zmieszał w tej tubo-gaśnicy), przy okazji krzycząc hasła, które ukradł Czarodziejce z Księżyca! Serio, uwielbiam!

Naprawdę nie wiem, dlaczego wszędzie ostatnio widzę "Czarodziejkę z Księżyca"

Ale ja sobie tutaj śmieszkuję, a raczej nie ja, a twórcy i Sailor Szaman, a tak naprawdę poza znajomymi Hong Seo Jung i kilkoma gagami, nie mamy w tej dramie wiele okazji do śmiechu. To przede wszystkim thriller i to całkiem brutalny, co widać od pierwszego odcinka. Chciałabym Wam powiedzieć, jak bardzo ten tytuł odstaje od innych ze swojego gatunku, ale wtedy zaspoilerowałabym Wam zakończenie i nie bylibyście tak zaskoczeni, jak powinniście. Dlatego posunę się tylko do [mini spoiler] napisania, że są bohaterzy, którzy zostali stworzeni i hodowani na uroczych historiach tylko po to, by ostatecznie zostać zaszlachtowani. Musicie być przygotowani na masę zaskoczeń. Twórcy stworzyli głównego złoczyńcę na osobę przebiegłą (znacznie bardziej po śmierci niż za życia) i niezwykle okrutną, która nie przebiera w środkach, by w kreatywny sposób rozpętać piekło w Korei. Podoba mi się, jakie rozwiązania zastosowano, ale umówmy się, że większość normalnych osób uzna je za mocno psychopatyczne. Dlatego postawmy sprawę jasno: "Possessed" jest mocną dramą z silnym wątkiem paranormalnym, seryjnych morderstw i masą trupów... choć sporo z nich to duchy.

Wróćmy jednak do najważniejszego, czyli do ducha seryjnego mordercy. I tu mam trochę problemów, bo widzicie Hwang Dae Doo to taki duszek włóczykij i w sumie widzimy go w kilku wcieleniach, przy czym nie są one zbyt spójne. Oryginalny Hwang Dae Doo jest jak psychopatyczna chichotka, ciągle się śmieje z tylko sobie znanych powodów i stara się być creepy w bardzo prostacki sposób, za jego późniejsze wcielenia mają więcej klasy i wydają się bardziej opanowane. Być może wynika to z faktu, że reżyser pozwolił aktorom na własną interpretację, a być może coś się schrzaniło w wykonaniu. Tego nie wiem. Wiem za to, że duch Hwang Dae Doo z odcinka na odcinek ma coraz mniej wspólnego z oryginałem w prawdziwym ciele, a wkrótce zmienia się także jego modus operandi. Niby kto poza mną próbowałby zrozumieć zachowania seryjnych morderców, but still... nie obraziłabym się, gdyby scenarzyści udawali, że pamiętają, co napisali wcześniej. Poza tym raczej nie mogę się za bardzo do niczego przyczepić i oceniam dramę pozytywnie.

Miałam podobną minę, oglądając ostatnie odcinki.

Wierzę, że zdążyliście się już zorientować, czy "Possessed" jest czymś dla Was, czy wręcz przeciwnie, bo zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Mnie naprawdę się spodobała. Może nie była jedną z najlepszych, jakie oglądałam, ale zdecydowanie całkiem niezłą i z bardzo fajną atmosferą grozy. Przede wszystkim naprawdę różniła się od tych, które do tej pory oglądałam i coś czuję, że stacja OCN ma więcej podobnych w repertuarze, więc powinnam się im przyjrzeć.



Ps. Widzieliście pomysł szamana na przepędzenie złego ducha, więc pytanie do Was: Przebilibyście go lepszym kostiumem lub okrzykiem wojennym?
Czytaj całość

Nadciąga czerwiec, czyli premiery książkowe i filmowe!


Po majowej lawinie premier, czerwiec może wydawać się nieco spokojniejszym miesiącem i trochę nim jest. Znalazłam mniej interesujących nowości, jednak kilka z nich to prawdziwe perełki. Niektóre z nich już przeczytałam lub jestem w trakcie, więc wiem, co piszę!


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data: 5 czerwca

Na trzecią część serii „Sagi Księżycowej” czekałam latami, więc jestem przeszczęśliwa, że w końcu dołączyła do kolekcji z moim logiem z tyłu! Recenzję "Cress" już znajduje się na blogu, gdybyście byli ciekawi, jak wypadła. Przy okazji na instagramie do daty premiery trwa konkurs, w którym możecie zgarnąć egzemplarz książki!

Cinder, Scarlet, Wilk i Kapitan Thorne łączą swoje siły, aby obalić rządy okrutnej królowej Levany, chcą uratować świat i obsadzić na tronie Luny jego prawowitą księżniczkę. Ich nadzieją staje się Cress, lunarska skorupa, zamknięta od siedmiu lat w satelicie, niczym Roszpunka w swojej wieży. Czas w odosobnieniu sprawił, że Cress jest świetnym hakerem. Niestety, została zmuszona do pracy dla Królowej Levany, i właśnie otrzymała rozkaz wyśledzenia Cinder i jej przystojnego wspólnika. Roszpunka z przyszłości nie czeka na ratunek, lecz sama go znajduje. Na bieżąco śledzi bowiem losy poszukiwanych uciekinierów: Cinder, Scarlet oraz Kapitana Thorne’a. Kiedy już udaje się jej nawiązać kontakt i poprosić o pomoc w ucieczce, wszystko idzie zupełnie nie tak jak powinno. Upadek z gwiazd na Ziemię nie mógł być bardziej bolesny jak i dosłowny.

Wydawnictwo: Filia
Data: 12 czerwca

Od dwóch lat Alek chowa się przed wspomnieniami o wydarzeniu, które zmieniło jego życie. Gdy rozpoczyna studia, wszystko wydaje się układać po jego myśli. Poznaje nowych ludzi, zawiązuje przyjaźnie, a wolny czas spędza na studenckich wypadach. Przeszłość jednak po niego wraca…
Łucja w akcie buntu przeciwko apodyktycznym rodzicom, wyjeżdża na studia do Warszawy, gdzie po raz pierwszy w życiu poznaje smak wolności. Gdy w jej świecie pojawia się tajemniczy Alek, musi zdecydować, czy przyjmie go razem z bagażem doświadczeń, czy znowu wybierze ucieczkę.
Dokądkolwiek pójdziemy, przeszłość zawsze będzie nam towarzyszyć i gdy ktoś pragnie zemsty, żadne schronienie nie jest wystarczająco bezpieczne. Nie, jeśli ta historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.

Wydawnictwo: We Need YA
Data: 5 czerwca

Większość zna Andromę Racellę jako Krwawą Baronową, potężną najemniczkę, której bezlitosne rządy rozciągają się na całą Galaktykę Mirabel. Dla załogi jej szklanego statku Marauder jest po prostu Andi – ich przyjaciółką i nieustraszoną przywódczynią kosmicznych piratów. Kiedy kolejna rutynowa misja nie przebiega zgodnie z planem, cała załoga Maraudera trafia w ręce okrutnego łowcy nagród.
Andi, zmuszona do udziału w niebezpiecznej misji, stawia czoła mrocznemu władcy owładniętemu żądzą zemsty. Załoga Maraudera stanie przed trudnym wyborem – albo przywrócą porządek w galaktyce, albo rozpoczną wojnę. Gdy statek rusza w stronę nieznanego, pewne jest tylko to, że już nikomu nie mogą ufać.

Giovanna i Tom Fletcher - Nowa Ewa. Początek
Wydawnictwo: Zysk i Ska
Data: 25 czerwca

Ewa jest taka, jak każda inna nastolatka… Tyle że na jej barkach spoczywa los całego świata. Jest pierwszą dziewczyną, jaka się urodziła od pięćdziesięciu lat. Jest odpowiedzią na ich modlitwy. Jest ich ostatnią nadzieją. Co oznacza, że ma do odegrania tylko jedną rolę… Gdy kończy szesnaście lat, musi się zmierzyć ze swoim przeznaczeniem i dokonać wyboru. Wybierze mężczyznę, jednego z trzech starannie wyselekcjonowanych kandydatów. Zawsze akceptowała swój los. Dopóki nie spotkała Brama. Teraz chce przejąć kontrolę nad swoim życiem. Od Ewy zależy przyszłość planety. Czy dokona właściwego wyboru?

Wydawnictwo: Filia
Data: 5 czerwca

"Pierwsza miłość. To coś więcej niż uczucie. To siła. To coś, co siedzi głęboko w nas. Czasami zainteresowanie jest jednostronne, dusząco nieodwzajemnione. Zauroczenie, które nie przeradza się w nic więcej. Ale gdy nadchodzi dzień, w którym zainteresowanie jest obustronne, wyczekiwane i odwzajemnione, wtedy dzieje się magia. Pierwsza. Miłość” ~ Kim Holden
Nowe, niesamowite doznanie, ukradkiem skradzione spojrzenia, pierwsze pocałunki i motyle w brzuchu… Pierwsza miłość może czegoś nauczyć, ale też zgubić.
Słodka, gorzka, ekscytująca, a może też rozrywająca serce?
Czy pierwszej miłości się nie zapomina?

Wydawnictwo: Zielona Sowa
Data: 19 czerwca

Leah, jak zawsze, okres noworoczny spędza wraz z rodziną w starym wiejskim domku, w którym świętuje Nowym Rok wraz ze swoimi kuzynkami Ivy i Poppy oraz przyjacielem Jakobem. Każdego roku znikają z oczu dorosłych i zaszywają się na strychu, gdzie bawią się w przewidywanie przyszłości. Tym razem jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem… Niewinna zabawa zamienia się w realne niebezpieczeństwo. Przyjaciele odkrywają, że dom, w którym się znajdują, ma mroczną przeszłość, a w pobliskim ogrodzie zostaje odnalezione ciało nastolatki… Leah powoli zaczyna odkrywać, o co chodzi w tej tajemnicy, a niepokojące wydarzenia, które zaczynają się dziać, okazują się być tym, co wywróżyła sobie podczas zabawy w poprzednim roku. Jeśli nie będzie uważna, wydarzenia z przeszłości mogą się powtórzyć, a ten Nowy Rok może być jej ostatnim…
Wydawnictwo: Znak
Data: 5 czerwca

Co łączy Juliusza Cezara, Reinharda Heydricha, Johna F. Kennedy'ego, Johna Lennona i Jana Pawła II? Wszyscy stali się ofiarami zamachowców!
W historii doszło do tysięcy ataków skrytobójczych, w tej książce opiszemy jednak wyłącznie te najciekawsze, najbardziej przerażające i mające największy wpływ na losy świata. Opowieści o najbardziej szokujących zabójstwach oraz ich sprawcach przyprawią Cię o dreszcz. Odkryjesz historie śmiałych i zdeterminowanych zamachowców, nie zawsze skutecznych, ale niesamowicie pomysłowych. Poznasz ich sławne ofiary – królów i ich rodziny, przywódców państw, celebrytów – oraz narzędzia zbrodni, którymi się posłużyli. Jak wyglądałby obecnie świat, gdyby Adolf Hitler zginął w 1933 roku? Czy w Polsce nadal trwałby komunizm, gdyby Jana Pawła II zamordowano w 1981 roku?

X-Men: Mroczna Phoenix - 7 czerwca


Men in Black: International - 14 czerwca

Laleczka - 20 czerwca

Ps. Dajcie znać, co planujecie przeczytać i obejrzeć!
Ps2. A jeśli jesteście ciekawi co dobrego zadebiutuje na zagranicznym rynku wydawniczym, to odsyłam do zapowiedzi u eM poleca.
Czytaj całość

Charmed, czyli magia, kiczowate potwory i guilty pleasure

Recenzja Charmed 2018

Ostatnio wyraźnym trendem w popkulturze jest rebootowanie kultowych produkcji, a The CW uparło się stać na czele tego wyścigu. Dostaliśmy już m.in. nową "Dynastię" i "Roswell", które jest tak złe, że w bólach przetrwałam pierwszy odcinek i nawet mój masochizm nie przekona mnie do kontynuowania. Jednak tym razem skupmy się na "Charmed", czyli nowej odsłonie "Czarodziejek".


Charmed vs Czarodziejki 

Jeśli oglądaliście serial, który debiutował na antenie pod koniec lat 90-tych, to powinniście kojarzyć główny motyw o siostrach, które nagle dowiadują się, że mają zaganianą siostrę, a w dodatku są czarownicami i to nie byle jakimi, bo Wybranymi, czyli potężną trójką obdarzoną mocą, dzięki której mają strzec świata przed demonami. No dobrze, to skoro to reboot, to co się zmieniło? Zacznijmy od podstaw, czyli bohaterek.


Maggie (Sarah Jeffery), czyli nasza Phoebe 2.0 jest słodka, choć nieco infantylna i z dnia na dzień odkrywa, że jest w stanie odczytywać myśli innych osób. Mel (Melonie Diaz), czyli Piper 2.0 jest najbardziej irytującą bohaterką, jaka kiedykolwiek przewinęła się w popkulturze, a jej talentem poza doprowadzaniem widzów do facepalmów i nieustannego przewracania oczami przez głupie teksty, zachowania, hiperfeminizm i wręcz niezdrową walkę o poprawność polityczną, jest zatrzymywanie czasu. Ostatnią z trójki, czyli skrzyżowaniem Pure z Paige, jest władająca telekinezą Macy (Madeleine Mantock), która po latach odkrywa, że ma dwie siostry. Gdy tylko drogi całej trójki się krzyżują i dziewczyny odkrywają swoje moce, zjawia się Harry (Rupert Evans), czyli ich whitelighter / duch światłości / Leo 2.0, który wyjaśnia im, jak ważną rolę muszą odegrać, by zapobiec nadciągającej apokalipsie. Tiaaaa... do tego jeszcze wrócę, bo ta apokalipsa to taka kpina, że będę musiała sobie nieco ulżyć, narzekając. Wcześniej jednak chciałabym nieco porównać obie wersje.

Jak widać, bohaterowie zostali zbudowani na szkieletach swoich poprzedników, ale to nie wszystko. Wiele motywów, które mieliśmy okazję zobaczyć w oryginalnej produkcji, zostało wykorzystanych ponownie, jak choćby romans z demonem i próby zwrócenia go na dobrą drogę. Nie powiem Wam, o którego bohatera chodzi (chociaż wybór jest niewielki), ale Cole 2.0 podobnie jak poprzednik podbił moje serduszko. Chyba zwyczajnie lubię demoniczne postacie, które walczą ze swoją mroczną stroną. Niemniej wiele wydarzeń jest względnie nowych. Nie specjalnie oryginalne, ale przynajmniej nie jest to odgrzewany kotlet sprzed 15 lat, którym moglibyście się zatruć, chociaż wciąż nie jest to jednoznaczne z tym, że danie nie jest trujące, bo trochę jest.

Tak wyglądałby Nocy Król, gdyby "Gra o Tron" była niskobudżetową produkcją z lat 90-tych.

Niestety "Charmed", podobnie jak "Roswell, w Nowym Meksyku" cierpi na przeładowanie poprawnością polityczną, która zamiast zmieniać świat na lepsze, powoduje, że czuje ciarki z zażenowania i znów trochę wstyd się przyznać do bycia feministką (dzięki za zły pijar Mel!). Na całe szczęście najmocniej odczuwalne jest to w pierwszych odcinkach, a gdy twórcy już wykrzyczeli wszystkie naszpikowane ulteratolerancją teksty, trochę wyluzowali. Niemniej jeśli sądzicie, że to przez to będzie Was łapać najmocniejszy cringe, to nie. Na tym polu rządzą kiczowate potwory i kiepskie efekty specjalne. Poważnie... gdyby nie wcześniej wspomniana hiperpoprawność polityczna, to nie szłoby się zorientować która wersja "Czarodziejek" jest tą wcześniejszą.

Jednak teraz napiszę coś, do czego raczej wstyd się przyznać, ale odczuwałam dziwną przyjemność z oglądania parady niewydarzonych potworów stworzonych w paincie. Pierwszy przypominał psa z "Gęsiej skórki", drugi to upośledzone dziecko Nocnego Króla z Jackiem Frostem, a kolejny przypominał mi bardziej Samarę z "The Ring", niż poważnego zwiastuna apokalipsy. I tak się w sumie zaczęłam zastanawiać, czy przypadkiem twórcy nie próbowali w nieporadny sposób nawiązać do innych dzieł popkultury, bo nie dość, że te ich pożal się Thorze, potwory przypominały kiepskie podróbki najbardziej rozpoznawalnych czarnych charakterów (Ekhm... tam nawet Venom pełzał po wentylacji), to w dodatku Czarodziejki machały różdżką gwizdniętą prosto z anime "Czarodziejka z Księżyca". Serio, patrzcie:

Nawiązania popkulturowe w Charmed 2018
Pssyt, Maggie! Trzeba powiedzieć "Ukarzę Cię w imieniu Księżyca", żeby zadziałało!

Może właśnie przez to ten zeszłoroczny debiut kojarzył mi się z "Legacies", choć akurat w przypadku tego drugiego Julie Plec umiejętnie posługiwała się nawiązaniami do popkultury i folkloru. W "Charmed" wyszło to tak przypadkowo, jakby to mimo wszystko był efekt słabego budżetu i pomysłów niskich lotów. I wiecie co? Podobało mi się (tylko przez obejrzenie masy Kiczowatych Horrorów jestem przyzwyczajona do gorszych gniotów). Pomimo marnego budżetu i związanych z tym efektów, słabego scenariusza, beznadziejnej gry aktorskiej i najgorszej roli kobiecej w serialu, jaka kiedykolwiek została odegrana (o tobie mowa Mel!), "Charmed" oglądałam z przyjemnością. Stało się moim cotygodniowym guilty pleasure i coś czuję, że nie zrezygnuję z niego przy kolejnym sezonie. Co prawda ma dwie zalety - Cola 2.0 i klimat typowy dla seriali The CW, ale to wciąż za mało, by uznać go choćby przyzwoitą produkcją. Tylko jak widać po mnie, czasami są złe seriale, które okazują się świetną rozrywką.

Na fanpage'u decydujecie o tym, jakie tytuły będą recenzowane, a przy okazji jest więcej opinii o serialach!

Ps. A jakie jest Wasze najbardziej zawstydzające serialowe guilty pleasure?
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella