Dom z Papieru, czyli kradzież to prawdziwa sztuka


Przyznaję, że dotąd nie miałam zaufania do hiszpańskojęzycznych seriali i nawet gdy jakiś tytuł odbijał się głośnym echem w sieci, to podchodziłam do niego raczej podejrzliwie. "3%" obejrzałam bardziej dla pomysłu niż dla wykonania. Po dwóch odcinkach "Szkoły dla elity" odpuściłam sobie dalszą przygodę i eksperymenty z serialami o hiszpańskich korzeniach, dlatego "Dom z Papieru" omijałam szerokim łukiem i pewnie nie przekonałabym się do niego, gdyby maska Salvadora Dali nie stanęła na Rynku w Krakowie - to był ten moment, gdy zaczęłam poważnie się bać, że w końcu reklama wyskoczy mi rano spod łóżka, jeśli nie obejrzę.

"Dom z Papieru" poznajemy śledząc dwie linie czasu. Główna zaczyna się, gdy banda przestępców przebranych w czerwone wdzianka i maski Salvadora Dali robi skok na hiszpańską mennicę, a druga skupia się na retrospekcjach przedstawiających miesiące przygotować do napadu. Wyobraźcie sobie, że ósemka nieznajomych, która nie zna nawet swoich prawdziwych imion, lecz pseudonimy o nazw miast, siedzi grzecznie w ławeczkach i uczy się od tajemniczego Profesora, jak kraść, by nie wpaść? Kilka miesięcy odosobnienia i nauki misternego planu, przynosi zdumiewające efekty, które stopniowo możemy podziwiać na ekranie.

Muszę przyznać, że plan Profesora jest genialny. To prawdziwa sztuka, która przypomina idealnie odegrany taniec policjantów i złodziei. Na każdą akcję przypada reakcja z tym, że w "Domu z Papieru" działania policji nikogo nie wyprowadzają z równowagi, bo rabusie świetnie opanowali kroki tego skomplikowanego tańca. Oczywiście, jak to już w Heist filmach bywa, czasem coś się sypie, czasem coś nie wychodzi, czasem ktoś ginie, ale i tak geniusz Profesora aż razi po oczach. Momentami również jego bezmyślność. Najbardziej dziwi mnie jednak wybór kandydatów, których uznał za godnych noszenia Daliego na twarzy. Każdy z bohaterów ma jakiś talent, jednak nie są one tak unikatowe, by nie byli niezastąpieni. Powiedziałabym, że ich zdolności są co najwyżej odrobinę ponad przeciętną, więc Profesor mógł wybrać bardziej zrównoważonych i godnych zaufania przestępców, by czynnik ludzki nie zaprzepaścił jego planu.



Niemniej jako widz jestem kreacją bohaterów zachwycona. Mimo tego, że jest ich wielu, to każdy jest wyrazistą postacią o słabościach i mocnych stronach, które pasują do ich charakteru. Choć każdy z nich w masce wygląda podobnie, to pod nią są oryginalni i nie da się ich pomylić. Co gorsza, chyba każdego z nich polubiłam i znienawidziłam. Cudowna równowaga wad i zalet. Berlin jako upośledzony emocjonalnie psychopata potrafi trzymać ludzi w ryzach i zazwyczaj jego stanowczość łączy się z rozsądkiem. Tokio jest jego przeciwieństwem - narwaną idiotką kierującą się emocjami, więc choć częściej pokazuje ludzkie oblicze to jednocześnie ciągle wszystkich pakuje w kłopoty. Rio, słodki dzieciak, dobry, miły i zapatrzony w Tokio do tego stopnia, że bez niej nie potrafi podejmować decyzji. Helsinki to typowy goryl z bronią, ale w środku puchaty misio. Żaden z nich nie jest jednowymiarowy. Może poza Oslo.

Połączenie dwóch linii czasu, barwnych postaci i fantastycznie prowadzonej fabuły, która trzyma w napięciu i bardzo utrudnia odgadnięcie, czy coś jest jeszcze częścią plany, czy też już wpadką, powoduje, że ciężko oderwać się od oglądania. Zdecydowanie polecam serial zmaratonować, niż oglądać na raty. Niestety nie do końca zrozumiałam cel podzielenia sezonu na dwa sezony (Netflix chyba ma do tego słabość, jednak do tej pory widziałam to zagranie jedynie w przypadku k-dram). Co ciekawe oryginalna wersja serialu składająca się z dwudziestu 70-minutowych odcinków, została przez Netflix przemontowana na dwadzieścia trzy 45-minutowe odcinki. Nie będzie więc tajemnicą, że to, co Netflix uznał za sezon 3 i 4, to w rzeczywistości sezon drugi - aktualnie udostępniony w połowie, co cholernie irytuje. A skoro o drugim trzecim sezonie mowa, to tu też mam jedno małe ale.


Skok na hiszpańską mennice w "Domu z Papieru", choć jest typowy dla gatunku Heist, to jednocześnie jest również powiewem świeżości w swojej oryginalności. Przy okazji tworzy zamkniętą całość, która w trzecim sezonie wydaje mi się już nieco wtórna. Mam ten problem, że lubię, gdy dobre historie trwają jak najdłużej, ale jednocześnie trochę mi żal patrzeć, gdy do produkcji wysokich lotów zakrada się wtórność i jest niepotrzebnie przeciągana. Trzeci sezon "Domu z Papieru" zalicza się do tej kategorii. W czasie nowego skoku plan nie jest już tak perfekcyjny, a sami przestępcy zdają się nie uczyć na własnych błędach. Co gorsza, popełniają masę nowych i to tak idiotycznych, że ciężko mi uwierzyć, że wciąż oglądam tę samą produkcję. Jasne, to wciąż przyjemnie się ogląda i jest lepsze od wielu tytułów z gatunku, ale to już nie sztuka, a przynajmniej tak będę twierdzić, dopóki nie zobaczę zakończenia. Z tego powodu również zachęcam Was do obejrzenia dwóch pierwszych sezonów i wstrzymania się z oglądaniem trzeciego, aż pojawi się czwarty. To, że "Dom z Papieru" powinien się znaleźć na szczycie Waszej listy seriali do obejrzenia, nie ulega wątpliwości.

Ps. Dajcie znać, do jakiego typu widzów się zaliczacie: Jesteście cierpliwi i możecie czekać nawet pół roku na kontynuacje historii czy wolicie maratonować całość, traktując serial jak wielogodzinny film?
Czytaj całość

Victoria Gische - Historia Debiutu [Wywiad]


Victoria Gische zadebiutowała w 2012 roku wraz z "Lucyfer. Moja historia", który ukazał się pod postacią ebooka. Kolejna powieść, "Kochaną królewskiego rzeźbiarza" sprawiła, że zadebiutował ponownie, tym razem na rynku książek papierowych. Obecnie autorka ma na koncie cztery powieści, a dorobek wciąż się powiększa. Na szczęście wciąż jeszcze pamięta o swoich początkach i zgodziła się podzielić z Wami historią swojego debiutu. Mam nadzieję, że jej historia i rady okażą się dla Was przydatne.

Lucyfer. Moja historia” był pierwszą powieścią, którą oddała Pani w ręce czytelników. Dlaczego zdecydowała się pani na wydanie książki w formie ebooka?

Pomysł na "Lucyfera" zrodził się, można by rzec, spontanicznie, w momencie kiedy pracowałam nad inną książką, czyli "Kochaną królewskiego rzeźbiarza". Sama idea wpasowania postaci Lucyfera do wydarzeń historycznych, tak aby jego obecność tam nie była wymuszona, a wręcz prawdopodobna, była taka niesamowita dla mnie jako autora, że kiedy już historia była ukończona, to chciałam, żeby jak najszybciej ujrzała światło dzienne.
Poza tym w tamtym okresie, a był rok 2012, rynek ebooków zaczął się rozrastać, zdobywając coraz szersze grono fanów, którzy powieści z czytników przedkładali, z różnych powodów, nad książkę papierową. Były jeszcze koszty związane z wydaniem. Przy wypuszczenia ebooka znacznie mniejsze, niż przy publikacji książki tradycyjnej, a że zależało mi na czasie i nie chciałam rozsyłać "maszynopisu" do wydawców, a co za tym idzie czekać kilka miesięcy na odpowiedź, zdecydowałam się pokryć je z własnej kieszeni i wydać Lucyfera jako ebooka.
Patrząc na to z perspektywy czasu wiem, że raczej nie skusiłabym się ponownie na taki krok. Choćby z tego względu, że sama będąc zapalonym Czytelnikiem, mającym sporą bibliotekę, z doświadczenia wiem, że nie ma nic lepszego, niż książka papierowa. Nie ma to jak wejść do księgarni. Zachwycić się zapachem, jaki tak panuje. Mnogością pozycji, stojących na półkach. Możliwością buszowania wśród nich i czytania opisów na okładkach. Ta chwila, kiedy trzyma się w koszyku zbyt dużą ilość egzemplarzy i z bólem serca niektóre trzeba odłożyć z powrotem jest bezcenna.
A potem chwila dla mnie. Ja, kawa i książka. Najpierw oglądam ją dokładnie, dyskretnie podglądam ostatnie strony. Wącham i dopiero po tej krótkiej celebracji zaczynam czytać. Ebook nigdy nie dostarczy mi takich wrażeń.

Rozumiem, że po części z tego powodu z czasem postanowiła Pani wydać "Lucyfer. Moja historia" w formie papierowej. Sama po przeczytaniu ebooka nie mogłam się doczekać, by w fizycznej formie dołączył do mojej biblioteczki. Niestety mimo upływu lat wciąż jest to niemożliwe. Dlaczego?

To dobre pytanie, na które sama nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Po tym jak Lucyfer ukazał się w formie ebooka, w księgarniach pojawiła się najpierw powieść "Kochanka królewskiego rzeźbiarza", a później "Tajemnice królów". Obie te pozycje wydała Bellona, która nie zdecydowała się na Lucyfera ze względu na profil wydawniczy, w kanonach którego opowieść o Lucyferze się nie mieściła.
Był moment, w którym prowadziłam rozmowy z jednym ze znanych wydawnictw, które niestety zaproponowało mi współfinansowanie. Zastanawiałam się nad tym, ale w końcu zarzuciłam ten pomysł. W międzyczasie nawiązałam współpracę z Książnicą, z którą podpisałam umowę na "Brzydką królową". Prace nad książką o żonie Kazimierza Jagiellończyka pochłonęły mnie dość mocno. Ponieważ "Brzydka królowa" sprzedała się dobrze i dość szybko doczekała się dodruku, zaproponowałam wydawnictwu powieść o Lucyferze, ale podobnie jak w Bellonie nie wpisuje się on w kanon wydawniczy.
Po drodze Lucyfer był rozesłany do kilku wydawnictw jako propozycja wydawnicza, ale niestety nikt nie podjął się jego publikacji, co trochę mnie dziwi, ponieważ ebook został dobrze przyjęty. Opowieść, zamysł książki, również. Pisali do mnie Czytelnicy, dopytujący o wersję papierową i kontynuację, ponadto sama postać Lucyfera zawsze budziła zainteresowanie, więc jest to dla mnie zaskakujące. Chyba, że chodzi o sposób pokazania Lucyfera oraz spraw kościelnych, w dużej mierze w sposób negatywny. Oczywiście, jest to tylko moje gdybanie.
Nie zarzucam sprawy Lucyfera, ale zdecydowała, że w wolnej chwili książka zostanie przeredagowana. W nowej wersji będę chciała skupić się bardziej na Lucyferze i jego poszukiwaniach utraconej miłości. Co z tego wyniknie, to czas pokaże.

Łącznie z Lucyferem od 2012 do 2017 roku do rąk czytelników trafiły cztery książki pani autorstwa. To nie lada osiągnięcie dla debiutanta. Jak pani wspomina swoje pierwsze kroki jako publikująca pisarka?

Długo zastanawiałam się nad odpowiedzią na to pytanie. Próbowałam sobie przypomnieć, czy były jakieś momenty, które zostawiły jakiś szczególny niesmak we wspomnieniach i muszę przyznać, że chyba miałam szczęście. Oczywiście, to nie tak, że wszystko było usłane różami, ale mogę odczytywać za duży sukces, że wszystkie moje książki papierowe, zostały wydane przez znane wydawnictwa, będące na rynku od wielu lat. Mam pewne zastrzeżenia, ale kiedy słyszy się o problemach z jakimi borykają się inni autorzy, ja mogę powiedzieć, że szczęście mi dopisało. Szczególnie ciepło wspominam i chwalę sobie dotychczasową współpracę z Książnicą.
Dużo dobrego mogę także powiedzieć o Wydawnictwie Kobiecym, z którym dopinam na ostatni guzik prace nad powieścią, która ma się ukazać w księgarniach na jesieni.



Wydawnictwo Kobiece w przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw, w których pani publikowała, nie specjalizuje się w powieściach historycznych. Czy to znaczy, że „Czas wojny, czas miłości” będzie się znacząco różnić od poprzednich?

Faktycznie, Wydawnictwo Kobiece do tej pory nie kojarzyło się z książkami historycznymi, więc kiedy niedługo po wysłaniu do niego propozycji powieści otrzymałam od Wydawnictwa informację, że są zainteresowani i chętnie podpiszą umowę, bardzo się ucieszyłam. Najwyraźniej jest coś w powieści o losach Leny von Goch, ponieważ w tym samym czasie otrzymałam jeszcze dwie inne propozycje, ale wybrałam Wydawnictwo Kobiece.
Pyta Pani, czy książka będzie się znacząco różnić od poprzednich powieści? Myślę, że nie, chociaż z pewnością jest bardziej ukierunkowana na wątek romantyczny, ale to nadal powieść mocno osadzona w ówczesnych (początek XX wieku) wydarzeniach społecznych, politycznych i historycznych.
Życie bohaterów fikcyjnych jest niekiedy mocno związane z życiem postaci historycznych, jak chociażby postać Roana O'Neill, który jest wnukiem Lady Gregory, będącej jedną z założycielek Sinn Fein.
To historia o miłości, tęsknocie, oczekiwaniu, rozczarowaniach i stracie. Akcja zaczyna się na początku XX wieku, a kończy po kilku dekadach, w połowie lat 40-stych ubiegłego stulecia. Przez ten czas Czytelnik pozna nie tylko losy głównej bohaterki Leny, ale także jej młodszej siostry Nory, przyjaciela Svena czy Tristana (postać fikcyjna), który jest w mojej powieści synem archeologa Ludwiga Borchardt'a, odkrywcy popiersia Nefretete.
To powieść, którą trudno jednoznacznie zakwalifikować. Łączy w sobie wątki historyczne i romans. Można by ją było nazwać romansem historycznym, ale nie do końca, ponieważ nie jest ona typowym przykładem tego gatunku. Myślę, że ze względu na swoją uniwersalność, może spodobać, że szerokiemu gronu Czytelników.

Myślę, że każdy pisarz przed debiutem ma własną wizję tego, jak zmieni się jego życie po wydaniu pierwszej książki. Czy pani wyobrażenia pokryły się z rzeczywistością?

Mogę Panią nieco rozczarować, ale nie miałam jakiś wielkich wyobrażeń o zmianie mojego dotychczasowego życia. Nadal pracuję zawodowo i niestety praca moja w żaden sposób nie jest związana ze słowem pisanym, a szkoda. Chętnie wykorzystałabym swoje lekkie pióro nie tylko przy pisaniu powieści, ale jakoś się nie złożyło.
Po pracy najczęściej wyszukuje materiały do kolejnych powieści. Robię research na każdym polu, żeby w sposób przekonujący opisać ówczesne realia zgodnie z historyczną prawdą.
Nie jestem osobą, która lubi być na przysłowiowym świeczniku, nie mam parcia na szkło. Lubię swoje domowe pielesze. Spokój, ciszę. Obecność bliskich i mojego kotka, który drzemie sobie w pobliżu, kiedy piszę albo czytam. A czytam duuużo :) Różne książki. Naukowe, popularnonaukowe, historyczne, przygodowe, fantasy i romanse.
I z tą ciszą, spokojem, możliwością pisania i dzielenia się swoimi powieściami z Czytelnikami jest mi dobrze. I tak sobie wyobrażam życie jako pisarza. Ja piszę, Czytelnicy czytają.

I na koniec: Jakich rad udzieliłaby pani debiutującym pisarzom?

Należy wierzyć w to, co się napisało i w wysyłać propozycję do wydawnictw, które mają swoją renomę, tradycję i, które nie wydają powieści za pieniądze albo ze współfinansowaniem. Jak tekst jest dobry, to znajdzie się wydawnictwo, które je opublikuje, nie żądając pokrycia kosztów. Czasami lepiej poczekać, niż potem żałować nie tylko straconego czasu, ale i straconych pieniędzy.

Czytaj całość

Jane the Virgin, czyli o amerykańskiej telenoweli od The CW


Serial "Jane the Virgin" dobiegł końca, a mnie przyszło się zmierzyć z próbą zrecenzowania pięciu sezonów, na które składa się łącznie 100 odcinków, z czego każdy ma całą masę zwrotów akcji momentami bardziej szalonych od halucynacji w "Happy!". Dlatego skupcie się, bo nakreślenie fabuły jest wyzwaniem!

Już po samym tytule możecie się domyślić, że nasza tytułowa bohaterka Jane Gloriana Villanueva (Gina Rodriguez) jest dziewicą. W młodości straumatyzowana przez swoją Abuelę (Ivonne Coll), która brutalnie zmięła na jej oczach biały kwiat i straszyła Bogiem, Jane postanowiła poczekać z seksem, aż do nocy poślubnej. Problem w tym, że w czasie wizyty kontrolnej jej pijana ginekolog zamiast badań dokonała sztucznego zapłodnienia nasieniem swojego brata Rafaela (Justin Baldoni), który tak się składa, jest właścielem hotelu Mirabella i jednocześnie szefem Jane. Nadążacie? Dobrze, to lecimy dalej. Żebyście nie myśleli, że to początek dziwacznej historii miłosnej (okey, faktycznie trochę tak, ale dajcie mi skończyć to zdanie!), gdzie bohaterowie, którzy niebawem zostaną rodzicami, momentalnie rzucą się sobie w ramiona. To oczywiście musi być bardziej skomplikowane, bo Rafael jest mężem Petry (Yael Grobglas), a Jane jest w szczęśliwym związku z mężczyzną idealnym - Michaelem (Brett Dier), który tak się składa, przeprowadza dochodzenie w sprawie morderstwa popełnionego we wcześniej wspomnianym hotelu.

I to w przybliżeniu fabuła jedynie pierwszego odcinka. Później mamy śluby, morderstwa, amnezję, siostry bliźniaczki, problemy z urzędem imigracyjnym, porwania, szaloną mistrzynię zbrodni, która najprawdopodobniej jest zaginioną córką Houdiniego i profesjonalnej charakteryzatorki. Innymi słowy, cuda na kiju i wszelkie możliwe zagrywki z telenowel zostały wyciśnięte do ostatniej kropli i to w najbardziej absurdalnie uroczy sposób, który powinien Was bez problemu bawić, wzruszać i zachwycać domieszką realizmu magicznego. Chyba uprzedziłam fakty, skoro już na tym etapie zachwalam, ale cóż... spoiler: oglądanie Jane the Virgin szalenie mnie bawiło!



Gdy cztery lata temu stacja The CW zaczęła emitować "Jane the Virgin" będący luźną adaptacją wenezuelskiej telenoweli Juana la Virgen (w Polsce bardziej znany jest nasz rodzimy remake "Majka"), byłam sceptycznie nastawiona. W końcu wiecie... to na bazie telenoweli, a jak powszechnie wiadomo telenowela to dość skomplikowany gatunek, który w pewien sposób w moim odczuciu miały już swój amerykański odpowiednik - opery mydlane. Spolszczanie telenowel, jak wspomniana "Majka", też raczej nie trafiało w mój gust. A jednak The CW zamiast obdzierać telenowelę z jej latynoskich korzeni, postanowiło stworzyć serial naszpikowany najczęstszymi motywami i duszą gatunku, co dało zdumiewający efekt. Z jednej strony akcja dzieje się we współczesnych realiach Stanów Zjednoczonych, a z drugiej w większości bohaterowie mają latynoskie pochodzenie. Trzy pokolenia kobiet z rodziny Villanueva przez lata z zapartym tchem siadały przed telewizorem, by obejrzeć kolejny odcinek telenoweli, a jednocześnie same stały się jej bohaterkami. Każda z nich przeżywa swoje szalone historie, romanse i dramaty. A w tym wszystkim wisienką na torcie jest narrator, który jest bijącym sercem tej produkcji.

Szczerze mówiąc, jestem pozytywnie zaskoczona, jak dobrze im to wyszło. Zachowali idealną równowagę między serialem a telenowelą, jednocześnie sprawnie grając na emocjach widzów, gdy jedna scena potrafi być przepełniona smutkiem, by zaraz bawić do łez. Najważniejsze jest jednak to, że w przeciwieństwie do nowszych produkcji tej samej stacji, "Jane the Virgin" jest po prostu dobrą rozrywką, która łączy w sobie zarówno przerysowane wątki, jak i te poruszające ważne tematy społeczne społeczności latynoskiej i polityki USA, lecz nie w sposób nachalny a ludzki. Wybaczcie, ale jak dla mnie teksty z "Roswell: New Mexico" czy z "Charmed" momentami są tak obrzydliwie sztuczne i wywołują przewracanie oczami, że ciężko zdzierżyć. Za to "Jane..." nie krzyczy, "Jane..." pokazuje, co osobiście uważam za znacznie lepszy sposób przekonywania nieprzekonanych.
Może to też przez to, że produkcja powstała w najlepszych czasach The CW, gdy ich produkcje naprawdę wychodziły poza ramy? Obecnie panuje opinia, że seriale The CW są słabe i wtórne, ale przypomnijmy sobie, że to właśnie oni odpowiadają za "The 100", "Reign", czy "iZombie", a każde z nich w okresie powstawania było czymś niezwykle oryginalnym.


Jesteśmy na etapie, na którym serial powinnam podsumować i zdecydować, czy Wam polecić, ale jak widzicie, robię to już od paru akapitów. Prawda jest taka, że po 100 odcinkach i tysiącach zwrotów akcji i szalonych pomysłach scenarzystów, ciężko jest mi podsumować ten serial. Dzieje się w nim tyle, że najdrobniejsza wzmianka nawet z pierwszych odcinków byłaby niesamowitym spoilerem, który zepsuje Wam zabawę, dlatego zamiast lecieć typowym schematem recenzji, podrzucę Wam jeszcze kilka powodów, dla których powinniście się zainteresować tą produkcją.

Przede wszystkim zawsze świetnie ogląda się seriale, w których aktorzy dobrze bawią się na planie, a widać, że cała obsada czerpie radość z grania. Pewnie poniekąd to zachęciło wiele gwiazd jak Bruno Mars czy Britney Spears, do udziału w występie gościnnym. Ponadto postacie, chociaż często karykaturalne, mają głęboko zarysowany szkic i są dobrze przedstawione. Stąd też wynika podział na teamy w trójkącie miłosnym. Podczas emisji serialu z ciekawością przyglądałam się fandomowi, który podzielił się niemal po równo na dwa obozy. Jeden shipował Jane z Michealem, drugi z Rafaelem. A ja stałam sobie pośrodku, bo rozumiem oba teamy. Z Rafaelem miałam burzliwą historię, bo momentami miałam go za drania lub tchórza, ale ostatecznie rozumiem, że stał się dla Jane rodziną, bo jak ojciec jej dziecka miałby być kimś obcym. Przy okazji nie oszukujmy się, Raf też momentami jest niesamowicie wspierający i łatwo mu kibicować, skoro oglądamy całą jego relację z Jane od momentu ich poznania. Z kolei Micheal to facet idealny, miłość od pierwszego wejrzenia Jane i osoba, która zna i akceptuje ją w pełni. Kurcze, świetnie ogląda się relacje... ba! Romans bohaterów, który w nie ma w sobie za grosz patologii i opiera się na bezwarunkowym oddaniu i wsparciu.

Obie te relacje, zresztą jak również wszystkie pozostałe oraz sami bohaterowie i show zmienia się z odcinka na odcinek, sezonu na sezon. Ewoluje, a jednocześnie zachowuje swój format, co jest ogromnym plusem. Fabuła jest zajmująca, zabawna, urocza, wzruszająca i smutna, ale także ma przekaz. Jasne, ma wady. Wszystko je ma. I też pewnie nie wszystkim ten tytuł przypadnie do gustu, jednak czułaby się źle, gdybym nie dała Wam znać, że gdzieś tam w odmętach internetu (konkretnie na Netflixie) czeka na Was amerykańska wersja telenoweli, którą świetnie się ogląda.

Pssyt! Na fanpage'u jest zazwyczaj więcej o serialach, więc wiecie, co musicie zrobić!

Ps. A teraz zdradźcie mi sekret: Jaką telenowelę oglądaliście w młodości? Nie oszukujmy się, że żadną, bo niegdyś triumfowały w telewizji, jak dzisiejsze nieszczęsne paradokumenty.
Czytaj całość

Nadciąga sierpień, czyli najciekawsze premiery książkowe i filmowe


Co nas czeka w sierpniu? Niewiele. A przynajmniej, jeśli chodzi o popkulturowe nowości, bo wydawnictwa i dystrybutorzy doszli do wniosku, że mamy w lecie lepsze rzeczy do roboty od siedzenia w kinie, czy z nosem w książce. Pretensje do nich, nie do mnie! Niemniej to, że interesujących premier będzie w tym miesiącu niewiele, nie oznacza, że na te, które wybrałam, nie warto czekać, więc sprawdźcie je uważnie.



Wydawnictwo: Young

Data: 14 sierpnia

Mocna mieszanka "Małej Syrenki" i budzącego grozę fantastycznego świata, która wciąga w swoje głębiny od pierwszych stron.
Księżniczka musi mieć swojego księcia...
Siedemnastoletnia Lira jest królową syren – najbardziej zabójczą ze wszystkich, czczoną przez morze. Do czasu, aż los zmusza ją do zabicia jednej z syren. Aby ukarać córkę, Królowa Mórz wymierza jej straszliwą karę – zamienia ją w człowieka. Jedynym sposobem na odwrócenie losu jest dostarczenie Królowej Mórz serca księcia Eliana.
Ocean jest jedynym miejscem, które Elian nazywa domem, mimo że jest dziedzicem najpotężniejszego królestwa na lądzie. W odrażającym hobby – polowaniu na syreny – widzi swoje powołanie. Kiedy na środku oceanu ratuje tonącą kobietę, nie spodziewa się, że właśnie pomaga swojemu największemu wrogowi...
Wydawnictwo: Galeria Książki
Data: 14 sierpnia

W świecie podzielonym przez zdradzieckie oceany i bogów wtrącających się w sprawy ludzi jedynie Maarinowie umieją przemierzać Bezkresne Morza. Kierują się tylko jednym przykazaniem: "Wschód nie może spotkać się z Zachodem".
Nieugięta piratka.
Teriana jest drugim oficerem na Quincense, statku oddanym bogini mórz, i spadkobierczynią jednej z Triumwiratu Maarinów. Jej lud zrodził się z morza i zna jego tajemnice, ale kiedy najlepsza przyjaciółka Teriany zostaje zmuszona do niechcianego małżeństwa, dziewczyna łamie przykazanie swojego ludu, by jej przyjaciółka mogła uciec – a wybór ten ma śmiertelnie niebezpieczne konsekwencje.
Żołnierzz tajemnicą
Marek jest dowódcą niesławnego Trzydziestego Siódmego legionu, który pomógł Imperium Celendoru podbić cały Wschód. Legion jest jego jedyną rodziną, a nawet jego towarzysze nie znają tajemnicy, którą ukrywa od dzieciństwa. Marek zrobi wszystko, by nie wyszła ona na jaw bez względu na koszty, ktokolwiek musiałby je ponieść – on czy reszta świata.
Niebezpieczna misja
Kiedy jeden z senatorów Imperium dowiaduje się o istnieniu Mrocznych Wybrzeży, bierze do niewoli załogę Quincense i grozi wyjawieniem tajemnicy Marka, o ile nie ruszą na podbój nowych terytoriów, zmuszając dowódcę legionistów i Terianę do zawarcia niespodziewanego – i niechętnego – sojuszu. Łączą wysiłki dla dobra swoich rodzin, ale oboje muszą zdecydować, jak daleko są skłonni się posunąć i jak wiele są gotowi poświęcić.

Wydawnictwo: NieZwykłe
Data: 27 sierpnia

Nie lubię sformułowania "feministyczna wersja", a tego użyto do promowania tego tytułu w nawiązaniu do "Władcy Much". Wydaje mi się mocno nadużywane, a historia powinna bronić się sama bez tego typu promocji. Niemniej ta historia brzmi ciekawie, więc posłuchajcie:

Historia  opowiadająca o trzech najlepszych przyjaciółkach, które mieszkają w szkole z internatem dla dziewcząt, mieszczącej się na wyspie objętej kwarantanną. Po tym, jak jedna z nich nagle znika bez śladu, reszta dziewczyn musi przebyć trudną drogę, by odkryć prawdę o swoim więzieniu. Ten najnowszy debiut to porywająca powieść, niepodobna do niczego, co już znasz.
Minęło osiemnaście miesięcy, odkąd na szkołę dla dziewcząt Raxter nałożono kwarantannę, od kiedy Tox pogrążył wyspę i wywrócił życie Hetty do góry nogami.
Zaczęło się powoli. Z początku zaczęli umierać nauczyciele. Potem Tox przeniósł się na uczennice, wykręcając i zmieniając ich ciała. Teraz, odcięte od reszty świata i pozostawione same sobie na wyspie, dziewczyny nie wychodzą poza ogrodzenie szkoły. Tox zmienił lasy w dzikie i niebezpieczne, a dziewczyny czekają na lekarstwo, które obiecano im dostarczyć. Tox przenika do wszystkiego.
Kiedy Byatt znika, Hetty robi wszystko, by ją odnaleźć, nawet jeśli oznacza to złamanie kwarantanny i walkę z potwornościami czającymi się za ogrodzeniem. Gdy się tego podejmuje, odkrywa, że w historii Raxter kryje się znacznie więcej, niż mogłaby kiedykolwiek przypuszczać.
Wydawnictwo: Burda
Data: 14 sierpnia

Czasem życiowa rewolucja wymaga zmiany nie tylko fryzury i garderoby, ale i... epoki. Gdy współczesna singielka trafia do XIX wieku, kłopoty wiszą w powietrzu. Zwłaszcza gdy jej tupet i śmiałość napotykają wdzięk i charyzmę przystojnego młodzieńca...

Wydawnictwo: INITIUM
Data: 12 sierpnia

Egzotyczne wycieczki to niebezpieczne hobby. Co roku kilkuset spragnionych wrażeń Polaków ginie podczas wakacyjnych wojaży. Dlatego nikogo nie dziwi, że nieszczęścia dotykają również uczestników wyprawy do Irlandii z biurem podróży "Hej Wakacje". Nikogo poza pilotem wycieczki, którego męczy przeczucie, że coś tu nie gra. Tomasz Waciak nie ma jednak czasu na dochodzenia, bo musi się użerać z irlandzką pogodą, roszczeniową starszą panią, ciągłymi zmianami programu, zatruciami pokarmowymi i nieprzepartą ochotą, żeby strzelić sobie drinka. Albo trzy.


Wiem, wiem, trochę mało tych pozycji, więc jeśli nic Was nie skusiło, to wykorzystajcie sierpień, by nadrobić Sagę Księżycową, bo jest cudna. W razie czego możecie wpierw sprawdzić kolejność "Cinder", "Scarlett" i "Cress".



Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw - 2 sierpnia

Toy Story 4 - 9 sierpnia


Pewnego razu... w Hollywood - 16 sierpnia


Królowe zbrodni - 23 sierpnia


A jeżeli jesteście ciekawi co ciekawego słychać na zagranicznym rynku wydawniczym, wpadnijcie do eM poleca.

Jak zwykle dajcie znać, na co czekacie w tym miesiącu najbardziej, a jeśli na nic, to jakim dobrem (popkulturowym lub nie) macie zamiar zapełnić sierpniowe dni!

Czytaj całość

Gdy Superbohater jest Złoczyńcą, czyli recenzja The Boys


Jeśli sądzicie, że "The Boys" jest kolejnym typowym serialem o superbohaterach, to jesteście w błędzie. No, chyba że oglądaliście "Powers" od PlayStation Network, wtedy macie rację. Niemniej nie oszukujmy się, że obejreliście "Powers", bo w Polsce o jego istnieniu wie pewnie jakieś 600 osób i chyba nikt już o nim nie pamięta, dlatego będziemy udawać, że patologiczni superbohaterowie to coś niespotykanego. Zgoda? Świetnie, więc na potrzeby tego wpisu udawajcie, że o Jessice Jones też dotąd nie słyszeliście... i na wszelki wypadek o "Umbrella Academy". Skoro już uzgodniliśmy, że "The Boys" jest wyjątkową produkcją, to wyjaśnię, o czym właściwie jest.

Podobnie jak w "Powers" Akcja rozgrywa się w naszych czasach, lecz w alternatywnej rzeczywistości (u nich Spice Girls także się rozeszło), w której pojawili się superbohaterowie. Są oni dość świeżym produktem, bo najstarszy z nich ma na oko czterdzieści lat. Niemniej jedno pokolenie supów okazało się wystarczające, by podbić serca konsumentów. Firma zrzeszająca superbohaterów stworzyła z nich zarówno obrońców miast, jak i świetnie sprzedający się produkt, na którym może zarabiać nie tylko dzięki sprzedaży gadżetów i reklamach z udziałem zwalczających zło celebrytów, ale także wypożyczając ich konkretnym miastom do zwalczania przestępczości.

Problem polega na tym, że ci bożyszcze tłumów wcale nie są tacy mili, gdy znikają kamery. Przykład? Jeden z nich przebiegł przez dziewczynę. Pewnie nie rozumiecie, więc postaram się wyjaśnić inaczej: wyobraźcie sobie, jak Flash biegnąc ulicą na swojej superszybkości, przelatuje przez dziewczynę, rozrywając ją na kawałki z siłą, jakiej nie osiąga rozpędzony autobus, który zresztą zazwyczaj odgrywa główną rolę w takich scenach. Macie to? Świetnie. Takie przypadkowe lub mniej przypadkowe morderstwa popełniane przez superbohaterów są zamiatane pod dywan, lecz ostatecznie do drzwi wściekłego chłopaka ofiary, puka Rzeźnik (Karl Urban), który ostatecznie zbiera ekipę tytułowych chłopców, chcących rozprawić się z niezniszczalną Siódemką.



Kogo wymienilibyście jako najbardziej rozpoznawalnych bohaterów DC Comics? Macie ich przed oczami? Słyszycie ich pseudonimy? Świetnie! W takim razie opowiem o Siódemce, czyli elicie superbohaterów (taka ichniejsza Liga Sprawiedliwości), na której czele stoi Superman Ojczyznosław (Antony Starr) - najpotężniejszy z bohaterów, który lata, strzela promieniami z oczu i jest kuloodporny. U jego boku stoją m.in.:
- Flash A-Train (Jessie T. Usher) - najszybszy człowiek świata
- Wonder Woman Królowa Maeve (Dominique McElligott) - skąpo odziana amazonka
- Aquaman The Deep (Chace Crawford) - superbohater, który lubi romansować z delfinami (mam nadzieję, że pamiętacie o tym z 6 rzeczy, które warto wiedzieć o Aquamanie)
- Stargirl Starlight (Erin Moriarty) - najnowszy nabytek grupy, czyli słodkie, niewinne dziewczę, które nie ma pojęcia o zepsuciu tego świata.

Zdecydowanie wśród tej grupy brakuje Batmana, ale koleś bez supermocy w takiej grupie jest zbędny, chociaż i tak mroczny koleś, którego ksywki nie pamiętam (ten stojący pomiędzy niebieskim Flashem a podróbą WW), wydaje się wystarczająco zwyczajny i mroczny, by stanowić jego odpowiednik. Także wydaje mi się, że wystarczy, aby nabrać podejrzeń, że ktoś tu się wzorować na DC. W razie czego wolę zaznaczyć, że komiksy, na podstawie których powstał serial, są sygnowane logiem Dynamite Entertainment. Oczywiście ich charaktery zostały mocno zmienione, a raczej całkiem nowi bohaterowie zostali odziani w znane nam kostiumy. Przyznaję, że taki zabieg mnie rozbawił. Socjopatyczny Superman olewający potrzebujących pomocy ludzi, jeśli nie ma kamer, czy speedster na sterydach, to zdecydowanie coś, co chciałam zobaczyć.



Niemniej kreacja śmiertelników z mikro ruchu oporu jest równie znakomita, bo choć teoretycznie są bohaterami tej historii, to wcale wiele nie dzieli ich od złoczyńców. Każda postać jest dobrze wykreowana. Ma własną, unikalną osobowość i motywację, co jest nie lada osiągnięciem, jak na tak dużą liczbę postaci i jedynie ośmioodcinkowy sezon. Dzięki nim serial nabiera charakteru. Warto jednak podkreślić jedną zasadniczą rzecz. "The Boys" jest serialem dla dorosłych z chyba wszystkimi możliwymi oznaczeniami o wulgarnym języku i poziomie brutalności. Twórcy zdecydowanie są krwiolubni i wykazali się skłonnościami do przedstawiania brutalnych morderstw. Przerysowanych. Dla jednych może to być obrzydliwe, ale dla tych o spaczonym poczuciu humoru całkiem zabawne (to nie jest czarny humor, to jest krwawy humor, w którym mózgi eksplodują w każdym kierunku).

Skoro już Was uprzedziłam, z czym to się je oraz że kawałki mózgu latają w każdym odcinku, to mogę przejść do oceny. Serial jest dobry i dość szybko funduję na mocnego WTFa. Ma dobrze przemyślaną fabułę i jest zaskakujący. Ogląda się to naprawdę dobrze, choć daleka jestem od zostania fanką. Mimo wszystko wolę klimat z MCU, jednak zobaczenie superbohaterów w krzywym zwierciadle było zacne. Geneza ich powstania, machloje korporacyjno-polityczne były jeszcze lepsze. Przyznaję, udał im się ten serial. Wbrew obiegowej opinii, że "The Boys" jest serialem o superbohaterach, jakiego jeszcze nie było, polecałabym serial tym, którym podobał się "Powers". Obie produkcje są do siebie bardzo podobne i utrzymane w podobnym klimacie.

Nie żebym kogoś zmuszała, ale więcej o serialach pojawia się na fanpage'u. Tak tylko mówię, że tam jest taki przycisk...

Ps. Z ciekawości, jak sądzicie, czy gdyby superbohaterowie pojawili się w naszym świecie, to od razu zostaliby zwerbowani przez korporacje?
Czytaj całość

Q&A z SQN, czyli o wydawaniu książek z perspektywy wydawnictwa

Wywiad z wydawnictwem SQN

Pierwszy etap opisywania podróży Waszej książki dobiegł końca. Mam nadzieję, że udało mi się w tym czasie odpowiedzieć na główne kwestie, jak choćby kwestię Beta Readerów, recenzentów wewnętrznych, czy jak pisać do wydawnictw, by skusili się na wydanie Waszej książki. Nim jednak ruszymy dalej, wypadałoby odpowiedzieć na zadane przez Was pytania, które wykraczały poza te zagadnienia. Nie czułam się na tyle kompetentna, by samodzielnie na nie odpowiedzieć, dlatego przekazałam je wydawnictwu SQN. Gotowi poznać odpowiedzi?

Wiadomo, że książka od książki się różni grubością i ilością stron, a każda potrzebuje dokładnie tyle, ile wymaga opowiedzenie danej historii, jednak chciałabym wiedzieć, czy istnieją pewne przyjęte ramy składające się z liczby słów lub znaków, w których debiutant powinien zmieścić swoje dzieło?

Nie ma takich wytycznych, w tej kwestii panuje duża dowolność. Są świetne książki liczące ponad milion znaków, są znakomite, które mają ich kilkakrotnie mniej. Liczy się jakość, nie ilość. Jeśli ktoś jednak zastanawia się, czy jego książka jest długa, czy krótka – taką granicą dla powieści jest ok. 10 arkuszy, czyli 400 000 znaków ze spacjami.

Jak wydać książkę w prawdziwym wydawnictwie, jeśli człowiek nie rozmieniał się na drobne i nie napisał wcześniej tysiąca opowiadań na sto dziesięć konkursów dla pisarzy amatorów. I przy okazji – nie ma dużego fejmu w internecie, więc jego nazwisko nie ma dla wydawcy absolutnie żadnej wartości?

Próbować, nie ma innej drogi. Prawie każdy autor kiedyś zaczynał i nie był rozpoznawalny. Liczy się pomysł na książkę i jakość tekstu, a żeby ta była odpowiednia, trzeba dużo pisać. Dobrym pomysłem jest opublikowanie gdzieś swoich tekstów – internet daje tutaj duże pole do popisu – i poproszenie o szczerą opinie znajomych. Wtedy młody autor dostanie wiadomość zwrotną, co w jego twórczości jest dobre, a nad czym należy popracować. Znajomi mogą być pierwszymi recenzentami, bardzo często są przecież odbiorcami takich książek i wiedzą najlepiej, co skłania ich do sięgnięcia po jakąś lekturę. Nie można się zrażać, nikt od razu nie został Jakubem Małeckim czy Katarzyną Bondą, to wymaga lat pracy nad swoim warsztatem.

Co cenicie bardziej: dobrą, intrygującą historię napisaną stylem, który wymaga wielu poprawek, czy może styl mimo wszystko jest ważniejszy i lepiej popracować nad rozbudowaniem opowiadanej historii?

Zdecydowanie to pierwsze. Jeśli historia intryguje, wciąga, sprawia, że po usłyszeniu kilku zdań na temat książki chce się przeczytać całość, jest to tak naprawdę połowa sukcesu. Wśród tysięcy książek, które ukazują się każdego roku, trzeba wyróżnić się nieszablonowym pomysłem. Nad stylem zawsze da się popracować, ale po mało wciągającą historię, nawet jeśli jest ona poprawnie napisana, nikt nie sięgnie i ludzie nie będą sobie jej polecać.

Jak werbujecie autorów do antologii opowiadań?

Werbowanie to nie jest chyba najlepsze określenie :) Kiedy mamy gotowy pomysł na antologię, zastanawiamy się wspólnie, czyje opowiadania idealnie wpasowałyby się w tematykę. Tworzymy listę takich osób i wysyłamy do nich szczegółowe informacje o projekcie, pytając jednocześnie, czy zdecydowaliby się wziąć w nim udział. Jeśli się zgadzają, dogadujemy szczegóły i czekamy na tekst.

Czy po przeczytaniu tak sporej ilości książek, które umówmy się, przed korektą bywają różnej jakości, macie siłę, aby jeszcze czytać książki dla przyjemności?

Tak, oczywiście. Poza tym to zawsze ogromna przyjemność natrafić na prawdziwą perełkę wśród propozycji i móc pochwalić się odkryciem nowego Szczepana Twardocha.

Jakich rad moglibyście udzielić początkującym autorom?

Dużo czytać i pisać, to chyba najważniejsza rzecz. Czytając, młody autor uczy się, jak budować narrację, dialogi, czerpie dobre wzorce. Pisząc, szlifuje swój warsztat, pracuje nad jakością swoich tekstów.

W zapowiedzi serii The Story of Books opisałam 4 sposoby na wydanie książki (w wydawnictwie tradycyjnym, typu Vanity Press, z pomocą agenta literackiego i w Self Publishingu) i do tej pory szliśmy uniwersalną ścieżką pasującą zazwyczaj do każdej z tych metod. Na tym koniec poruszania ogólnych kwestii. Kolejne artykuły z serii będą skupiały się na podróży debiutanta ścieżką wydawania książki z tradycyjnym wydawcą - weźmiemy pod lupę umowy, pracę nad książką, czy promocję. Dopiero później ruszymy z pozostałymi drogami, dlatego jeśli macie jakiekolwiek pytania, to to jest odpowiedni moment, by je zadać.



Pamiętajcie, że aby być na bieżąco, wystarczy kliknąć lubię to:
A by mieć realny wpływ na tę serię (jak i wszystko, co się dzieje na blogu) trzeba zostać członkiem Różowej Armii (dzięki Wam za wszystkie pytania!)

Aktualnie w serii:
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella