Super dysfunkcyjni, czyli o The Umbrella Academy

Szkoła superbohaterów

A gdyby tak superbohaterowie nie byli praworządnymi, zrównoważonymi osobami z silnym poczuciem obowiązku, które pcha je do wykorzystania swych mocy w celu obrony ludzkości, a przy tym nie byliby także złoczyńcami? Netflix w swoim nowym serialu "The Umbrella Academy" postanowił zmierzyć się z odpowiedzią.

Pewnego dnia w 1989 roku w dość niespodziewanych okolicznościach przyszło na świat 43 dzieci. Niespodziewanych, ponieważ rankiem tego samego dnia żadna z ich matek nie była w ciąży. Samo to mogłoby wystarczyć, by określić noworodki mianem niezwykłych. Los siedmiorga z nich stał się niebawem jeszcze dziwniejszy, gdy ekscentryczny bogacz kupił je, nadał im numery i wychował na superbohaterów. No cóż... przynajmniej szóstkę z nich, bo Siódemka, czyli Vanya (Ellen Page) była zwyczajna. "The Umbrella Academy" opowiada o losach tej niezwykłej rodziny, gdy każdy z nich ma już 30 lat i jest wrakiem. Numer Jeden, czyli Luther (Tom Hopper) wraca po czterech samotnych latach na księżycu. Numer Dwa, Diego (David Castañeda) usiłuje się bawić w mrocznego mścicielach, choć bardziej przypomina Robina wywalonego z akademii policyjnej. Numer Trzy, Allison (Emmy Raver-Lampman) jest gwiazdą Hollywood z paskudnym rozwodem na karku i odebranymi prawami opieki nad dzieckiem.

Seriale Netflixa
Irytująca trójka

Klaus (Robert Sheehan), czyli Numer Cztery widzi zmarłych, gdy jest trzeźwy, dlatego ciągle stara się chodzić naćpany. Z kolei Numer Sześć, czyli Ben (Justin H. Min) jest martwy, więc... no cóż... widzi go tylko Klaus i to tylko, gdy nie jest zbyt mocno porobiony. Jeśli uważnie liczyliście, to z pewnością zauważyliście, że pominęłam Numer Pięć (Aidan Gallagher), a to dlatego, że chłopak zaginął wiele lat temu i utknął w post-apapokaliptycznym świecie, gdzie spędził ponad trzydzieści lat w samotności. Udało mu się wrócić dopiero po śmierci ojca, która ponownie zgromadziła całą siódemkę w Akademii Umbrella.

Ten mały familly reunion ostatecznie ma niby doprowadzić do powstrzymania wspomnianej apokalipsy, ale ostatecznie jest niemal wyłącznym marudzeniem na zmarłego Sir Reginalda Hargreevesa (Colm Feore) i właściwie wcale się im nie dziwię. Swoją drogą zastanawia mnie, jakim cudem ekscentryczny dziad ot tak kupuje sobie siedmioro noworodków (Ekhm... HANDEL LUDŹMI!), nadaje im cyfry zamiast imion, zamyka za bramami niedostępnej dla postronnych willi, gdzie towarzyszy im jedynie mama-robot i małpi kamerdyner, nieustannie naraża na niebezpieczeństwo, a nikt z opieki społecznej nie interweniuje? Niby rozumiem, że wizja teraźniejszości, w której dobra technologiczne, jak laptopy i smartfony nie istnieją, musi rządzić się własnymi prawami, ale umówmy się, że podstawowe prawda powinny być respektowane. Przecież on może im robić naprawdę paskudne rzeczy, jak na przykład zamykać na całą noc w nawiedzonym grobowcu... oh wait...

Znacznie ciekawsza czwórka
Chociaż najnowszy serial Netflixa jest adaptacją komiksu Dark Horse Comics, to jeśli spodziewacie się po "The Umbrella Academy" typowego kina superbohaterskiego, będziecie rozczarowani. To nie jest konwencja, do której przyzwyczaił nas Marvel, czy nawet DC. Supermoce bohaterów zazwyczaj nie są spektakularne, a po ich świecie nie chodzą super złoczyńcy. Chociaż z drugiej strony w pierwszym sezonie nikt nie wspomniał o losach pozostałych 36 niezwykłych dzieciaków urodzonych tego samego dnia. Poza tym żaden z tej dysfunkcyjnej gromadki nie ma zadatków na pozytywnego bohatera. Niemniej moi drodzy fani antybohaterów, nie cieszcie się jeszcze. Jestem jedną z Was, a do żadnego z wyżej wymienionych nie zapałałam sympatią. No może poza Klausem, bo jest uroczo walnięty i martwym bratem, bo nie zdążył mnie zirytować, ale pozostali są przykładem bylejakości lub zwyczajnie są wkurzający. To nie są postacie wyraziste, ich charakter zmienia się jak chorągiewka na wietrze, co jest naprawdę smutne, bo twórcy mieli 10 odcinków (czyli znacznie mniej czasu, niż twórcy filmów pełnometrażowych!), by przedstawić postacie, a i tak polegli.

[Spoiler dla tych, którzy już obejrzeli] Niemniej mam wrażenie, że bardziej od typowego kina superbohaterskiego, powinnam porównywać ten serial do "Krainy Lodu", a Vanyę do Elsy. W końcu, czy moc obu postaci nie przeraziła opiekunów do tego stopnia, że chcieli ją zdusić, wymazując wspomnienia o jej istnieniu, jednocześnie izolując dziewczyny od rodzeństwa i nasilając poczucie wyobcowania w traumę, przez którą ostatecznie ich moce eskalowały wywołując kataklizm? Przy okazji dzięki Netflixowi wiemy, jak mogłaby skończyć się historia Elsy, gdyby poza Anną, miała także niedojrzałych emocjonalnie braci, którzy mieliby ją w głęboki poważaniu. Poza tym nie do końca łapię też wielkie wizjonerstwo Sir Reginalda, który niby od początku przewidywał wielką apokalipsę, której jego numerki będą musieli zapobiec, ale przy tym sam do niej doprowadził, bo:
Wersja nr 1: Gdyby nauczył swoich wychowanków, aby nie wykluczali Numeru Siedem i traktowali ją z równym szacunkiem, to cała sytuacja nie miałaby miejsca. 
Wersja nr 2: Zabił Vanyę za młodu, cała sytuacja nie miałaby miejsca.
Wersja nr 3: Nie zabił się, by sprowadzić wszystkich do domu, cała sytuacja nie miałaby miejsca.
No poważnie! Ten człowiek chyba świadomie doprowadził do tego całego bałaganu albo scenarzyści kompletnie nie przemyśleli ani fabuły, ani morału.
[Koniec spoilerów, możecie poczuć się bezpiecznie]

Muszę przyznać, że nie czytałam oryginalnego komiksu, więc nie mam pojęcia co jest winą materiału źródłowego, a co scenarzystów serialu, jednak ostatecznie niewiele mnie to obchodzi. Po obejrzeniu pierwszego sezonu mogę powiedzieć śmiało, że pomysł mi się podobał - siedmioro dzieciaków wychowujących się na superbohaterów pod okiem ekscentrycznego i wręcz upośledzonego emocjonalnie opiekuna, to świetny pomysł! Dlatego bardzo podobały mi się sceny retrospekcji. Niemniej ostatecznie najciekawsza część została pominięta, a wiele pytań pozostało bez odpowiedzi, jak choćby jak i dlaczego zginął Ben? Lub co z pozostałymi dziećmi z ciąż błyskawicznych? Lub kim tak naprawdę jest Sir Reginald Hargreeves? Chciałabym się tego dowiedzieć, dlatego są spore szanse, że obejrzę kolejny sezon. Niemniej wątpię, że zrobiłabym to z innego powodu, niż ciekawość, bo nie bawiłam się najlepiej podczas oglądania. Jedynymi perełkami są tu Robert Sheehan, grający Klausa oraz Aidan Gallagher, czyli Numer Pięć. Ich gra aktorska jest fenomenalna.

Szkoła superbohaterów
Spójrzcie tylko na to małe stojące nieszczęście po prawej i powiedzcie, że nie chcecie poznać historii Bena!

Na moje oko w Akademii Umbrella jest zbyt wiele luk, niedociągnięć, niedorzeczności, a przy tym próbowano zbyt wiele wątków zaserwować na raz. Przez to "The Umbrella Academy" to w najlepszym razie średniak, który nie ma ani wartkiej akcji, ani dobrze naszkicowanych portretów psychologicznych bohaterów, ani nawet dobrze wykreowanego świata. Przy tym nie jest emocjonujący, zabawny, romantyczny, straszny, ani trzymający w napięciu. Nawet nie wiem, jaki według twórców miał być, bo wyszedł tak bardzo nijaki. Szkoda, bo liczyłam na naprawdę dobry serial, który podobnie, jak "Cloak & Dagger" udowodni, że można robić zupełnie inaczej seriale o ludziach obdarzonych super mocami i wynieść je na zupełnie nowy poziom.



Ps. Jeśli oglądaliście serial, to dajcie znać, jakie pytanie pozostawione bez odpowiedzi, nurtuje Was najbardziej.
Czytaj całość

Jak pierścionek z Apartu zmienił się w narzeczeński koszmar

Historia zaręczyn Blog

Podobno każda mała dziewczynka marzy o romantycznych zaręczynach i ślubie jak z bajki — tak twierdzą ludzie. Komedie romantyczne obfitują w sceny spektakularnych zaręczyn, jakby chciały podkreślić prawdziwość tej tezy. Dlatego dziś mam dla Was opowieść nieco odmienną — o dziewczynie, która nie marzyła o ślubie, a jej zaręczyny okazały się koszmarem.

Uwaga! Ta historia jest prawdziwa!

Nikogo nie powinno zaskoczyć, że Gosiarella nie jest romantyczna (chyba że trafiliście na ten tekst przypadkiem, wtedy moje założenie jest błędne). Jeśli rzeczywiście wszystkie małe dziewczynki marzą o zaręczynach, ślubie i dzieciach, to najwyraźniej jestem wyjątkiem (mocno wątpię, by jedynym!), a w dodatku od małego byłam geekiem marzącym o zupełnie innych rzeczach, jak napisanie książki, czy podróż do Grecji i zobaczenie wszystkich skarbów kolebki cywilizacji. Zaręczyny? Jeśli już to z pierścionkiem z automatu, przynajmniej byłby zabawny. Poza tym czystą głupotą jest dla mnie wydawanie kilka tysięcy na pierścionek (wiecie, ile książek można byłoby za to kupić?! Wspominałam, że jestem geekiem, więc mi odpuście).


Zaczęło się od spełnienia mojego marzenia...


Gdy podrosłam, wiele się nie zmieniło poza tym, że znalazłam Rycerza, który stał się yang dla mojego ying. To wspaniałe uczucie trafić na osobę, która jest naszym całkowitym przeciwieństwem, a równocześnie nas dopełnia. Można iść sobie beztrosko przez życie, mając pewność, że gdy nas poniesie, to jest obok osoba, która sprowadzi na ziemię. Człowiek, który w pełni akceptuje nasze dziwactwa, mając przy tym własne i przy którym nie musimy się zmieniać, by wspólnie ewoluować. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że zafundował mi zaręczyny skrojone na miarę i nawet taki cyniczny potwór, jak ja musiał się na nie zgodzić.

Zaczęło się od spełnienia mojego marzenia. Wyobraźcie sobie kraj, który zawsze pragnęliście zobaczyć na żywo. Dla mnie to Grecja. Nie jestem pewna, czy istnieje piękniejsze miejsce, chociaż wciąż szukam. Błękitne niebo, czysty piasek i bezkresne morze, które o każdej porze dnia przybiera inną barwę. Granatowe o poranku, południem błękitne, później turkusowe, aż do zmierzchu, gdy na krótką chwilę robi się białe, by nocą stać się czarne (wychodzi na to, że do moich licznych problemów, należy dodać uzależnienie od gapienia się w wodę). Nie jestem pewna, jaką barwę przybiera o wschodzie słońca, bo trafiłam na nieco zachmurzony dzień, a dodatkową moją uwagę przykuł Rycerz z wyciągniętą przed sobą figurką.

Funko Pop Katniss Everdeen | Pierścionek zaręczynowy Gosiarelli

Jeśli nie wiecie, na co patrzycie, to śpieszę z wyjaśnieniem. Jestem GEEKIEM, a Rycerz wsadził pierścionek zaręczynowy w rękę figurki przedstawiającej Katniss Everdeen, czyli bohaterkę mojej ulubionej książki, ubranej w suknię ślubną. Nawet jeśli mój wewnętrzny troll chciałby powiedzieć 'Hell no!', to wewnętrzny geek, który notabene kolekcjonuje Funko POPy, okazał się silniejszy. Każdy człowiek jest inny, każdy marzy o czymś innym i inne rzeczy go rozczulają. Gdybym wcześniej miała opisać swoje wymarzone zaręczyny, to nie byłyby w połowie tak dobrze przemyślane. Jak nie kochać kogoś, kto zna nas lepiej, niż my sami (i przy okazji zabija wszystkie pająki)? 

Ta historia mogłaby się w tym momencie skończyć, a Wy moglibyście mnie uznać za szczęściarę (bo nią jestem!), gdyby w tym misternie tkanym przez Rycerza planie, nie zawiodła ta jedna jedyna rzecz, która teoretycznie zawieść nie mogła. 

... skończyło się na narzeczeńskim koszmarze.


Może użyłam słowa na wyrost. Prawdziwym koszmarem byłaby nieodwracalna tragedia, a tu na szczęście taka się nie wydarzyła (widzicie, umiem w optymizm!). Od zaręczyn minęło niewiele ponad pół roku, gdy w czasie Świąt u rodziny Rycerza przyszła teściowa, zauważyła, że w moim pierścionku czegoś brakuje. Konkretnie brylantu. I nie, Rycerz nie kupił pierścionka bez brylantu, lecz brylant ode mnie uciekł. W sumie lepiej, że brylant, a nie narzeczony, bo mogłoby się zrobić jeszcze bardziej niezręcznie. 

Niemniej kojarzycie to uczucie, gdy doświadczacie czegoś tak absurdalnego i nierzeczywistego, że cała sytuacja w ogóle do Was nie dochodzi? Tak, jakbyście byli świadomi, że śnicie głupi sen, z którego za moment się obudzicie, dlatego zachowujecie spokój. Dokładnie w ten sposób się czułam — jakby ta cała absurdalna świąteczna atmosfera na spędzie rodzinnym drugiej połówki i ich oczy wlepione to we mnie, to w opustoszały pierścionek, nie miały miejsca. Ot zwykły koszmar wynikający z presji tego, że nosi się na palcu coś, czego wartość przewyższa pensję przeciętnego Kowalskiego. Podświadomość spłatała figla we śnie, więc wystarczy przeczekać. W końcu, jaka jest szansa, że brylant zniknie z pierścionka? Kamienie w pierścionkach naszych matek i babć są ciągle na miejscu i nie zmieniają tego ani czas, ani rozwody, ani nawet owdowienia, a ja miałabym swój zgubić jeszcze przed ślubem? Przecież to nonsens! Ba! To brzmi jak kiepski żart. Taki, na który można jedynie wywrócić oczami z politowania.

Wypadł diament z pierścionka
Tak jakby czegoś tu brakuje.

A jednak... Brylantu, jak nie było, tak nie ma, a ja się nie budzę. I gdzie go szukać? Przecież pierścionek nosi się na palcu, a ręce wkłada się we wszystko. Czy zniknął dopiero przed chwilą na imprezie u przyszłej rodziny? Może w czasie drogi? W aucie? Na chodniku? W sklepie, który odwiedziliśmy po drodze? Może w domu? Gdy spałam? Sprzątałam? Głaskałam psa? Fuck, to mogło się zdarzyć w dowolnym momencie i w dowolnym miejscu, więc jak go znaleźć? Przecież te cholerne diamenty w pierścionkach nie są wielkości kluczy, których i tak można szukać czasami godzinami! Poza tym od chwili zgubienia do pytania, które zrobiło z mojego mózgu galaretę, mogło się z nim stać naprawdę wszystko... Wiedziałam już, że nie mam najmniejszych szans na odnalezienie zguby, ale i tak nazajutrz wysprzątałam z nabożną czcią każdy zakamarek domu i zajrzałam w każdy kąt. Spoiler: Nie znalazłam go!

Gwarancja? Jaka gwarancja?


Nie wiem, jak normalni ludzi reagują w takich sytuacjach. Wiem tylko, jak ja zareagowałam. Czułam się, jakbym bezmyślnie zniszczyła coś, w co najbliższa mi osoba włożyła całe serce. Serio, to paskudne uczucie, nawet jeśli nikt nas nie obwinia.
"Zdarza się" - Skoro tak, to wyjmijcie swoje pierścionki i pokażcie, czy też Wam się zdarzyło (chociaż po wpisaniu w Google, okazuje się, że jednak Apart zafundował podobną sytuację innym klientom)! Jeśli naprawdę zdarza się, że pierścionek się zepsuł, nim nawet doszło do ślubu, to ja dziękuję za takie wykonanie!

Niemniej Apart, to nie jakaś firma krzak, więc optymistycznie założyłam, że gwarancja na produkt, to nie zwrot grzecznościowy na do widzenia. Niczym mały dzielny zuch pomaszerowałam do salonu, tylko odrobinę czując się przy tym, jak fajtłapa życiowa. Reklamacja została zgłoszona i rozpoczął się czas oczekiwania na odpowiedź. Czy kogoś zdziwię, jeśli napiszę, że Apart wysłał mi list, w którym stwierdził, że uszkodzenie (czyt. 'wypadł kamień') ma charakter mechaniczny i jest następstwem niewłaściwego użytkowania? Tiaaa... Wiem, że zabrzmi to strasznie, ale mam dłonie księżniczki. Pracuję przy komputerze. Moje dłonie przez większość czasu klepią zaciekle w klawiaturę, co umówmy się, nie jest wielkim wysiłkiem. Nie wiele rzeczy robię ręcznie — żyję w XXI wieku, więc do prac domowych używam urządzeń, które robią to za mnie. Dlatego naprawdę jestem zdumiona tym, że mogłabym pierścionek zaręczynowy niewłaściwie użytkować? Cholera, nie grałam nim w ping ponga, bo jestem geekiem grającym na konsoli. Jakie czynniki zewnętrzne mogły spowodować wypadnięcie kamienia, Apart?! Serio, pytam.

Jednak wiecie, co jest największą ironią w całej odpowiedzi Apartu na moją reklamację? Informacja, że w trosce o najwyższe standardy, proponują odpłatne wstawienie nowego brylantu. Że tak napiszę: Buhahahahaha! Naprawdę ostatnim czego potrzebuję to zapłacić po raz drugi za coś, co nie spełniło swojego zadania za pierwszym razem. Tak, to naprawdę świetny pomysł, Apart! Z pewnością tym razem brylant się utrzyma, a jeśli nie to, przecież mogę zapłacić Wam po raz trzeci i czwarty, a po ślubie pierścionek zaręczynowy będzie mi niepotrzebny, bo na jakąkolwiek gwarancję nie mam co liczyć.

A wiecie, co jest najsmutniejsze? Że całe te pięknie przygotowane specjalnie dla mnie zaręczyny, o których mogłabym opowiadać z uśmiechem i serduszkami w oczach przez lata, zmieniły się w opowieść, od której stronię, bo czuję wstyd i żal. Jest mi psychicznie i fizycznie źle, gdy o tym myślę. Nawet od napisania tego tekstu, uciekałam od roku. Czułam przytłaczający smutek za każdym razem, gdy otwierałam plik tekstowy. Pierścionka także nie noszę od roku, bo cały czas powtarzałam sobie, że ruszę sprawę dalej. Zrobię coś, cokolwiek, co sprawi, że ta historia będzie miała happy end, jednak ignorowanie problemu wychodziło mi nadwyraz dobrze. Wczoraj minęły Walentynki, okazja przy której ludzie chętnie się zaręczają, a ja myślę tylko o tym, że chciałabym podobnej sytuacji innym oszczędzić. Tylko nie bardzo wiem jak. Może jednak wszyscy powinniśmy się przerzucić na pierścionki z automatów? Wytrzymają prawdopodobnie tyle samo, a stresu jakby mniej.

Ps. Możecie śmiało puszczać ten tekst dalej. Może komuś się przyda. A żeby się nie dołować, dajcie znać, jak wyglądały Wasze zaręczyny lub jak wyglądałby te idealne.
Czytaj całość

Poradnik intensywnego serduszkowania prosto z Korei!


Reagowanie serduszkowaniem stało się już podstawą wyrażania emocji nie tylko w różowym zakątku internetu. Teraz robimy to wszędzie - klikamy w serduszka w reakcjach na Facebooku, Twitterze, pod zdjęciami na Instagramie, a nawet pod tym tekstem znajdziecie taką opcję. Jeśli jednak sądzicie, że jesteście już mistrzami w agresywnym serduszkowaniu, to jesteście w błędzie! Będziecie nimi dopiero za moment, gdy bohaterowie z dram pokażą Wam jak przenieść tę niezwykłą umiejętność do reala.


Poziom podstawowy: Serduszko z ręki!


Tak jak uniesiony w górę kciuk wyraża aprobatę, zarówno w świecie wirtualnym, jak i realnym, tak i serduszkowanie można równie łatwo zastąpić prostym gestem. Wersja dla super leniwych to proste skrzyżowanie dwóch palców tak jak na załączonym poniżej obrazku, gdzie pijane panie prezentują, aż trzy palcowe serduszka.


Niemniej ostrzegam, że po świecie chodzi wiele jeleni, którzy tak jak ja nie będą łapać, co właściwie robicie i czy czasem ich nie obrażacie. Dlatego przez nasz jeleniowy problem z wizualizacją takiego serduszka będziecie musieli im wyjaśnić, że poza powszechnie uznawanym serduszkiem wykonanym z końcówek dwóch palców (naprawdę tam tego nie widzę! Prędzej powiedziałabym, że to litera V lub osoba robiąca taki gest ma jeszcze większe problemy ze sobą ode mnie), istnieje również sensowniejszy kształt, który dla odmiany odwzorowuje budową prawdziwego ludzkiego serca, gdzie wyciągięte wyciągnięte palce mają robić nie za mini serduszko, lecz żyłę główną i tętnicę płucną, a reszta za obie komory. Wtedy wszystko nabierze sensu, serio!

Poziom Średni: Serduszko dwuręczne


Wersja serduszkowania, która jest najbardziej popularna w zachodnim świecie to serduszko wykonane z dwóch łapek, gdzie każda z nich tworzy jedną połówkę. Każdy wie, o co chodzi, więc nie będę się w to zagłębiać.


Niemniej warto wspomnieć, że na tym poziomie ludzie dokonują większych wariacji, utrudniając sobie życie, by stworzyć większe serduszka. Zakładam, że im większe serduszko, tym więcej miłości? Jeśli tak, to wiecie, jak mało kochają Was ludzie pokazujący serduszko z palców? Równie dobrze mogliby nam pokazać fucka. Just sayin... A wracając do większych serduszek, to tu kształt pozwala łatwiej określić (a przynajmniej łatwiej, niż w geście z poziomu podstawowego), co zostało pokazane, lecz wciąż możecie trafić na jelonki, które nie ogarną. Dla przykładu widząc serduszko z pierwszego zdjęcia po lewej, mogą pomyśleć, że to całujące się łabędzie, zaś w przypadku gifa po prawej, że Lee Jong Suk wybrał dziwną metodę macania się po głowie, przez co wysiłek włożony w serduszkowanie będzie daremny.

 

Poziom zaawansowany: Serduszko w parach


Zasadniczo ten poziom serduszkowania jest wariacją powyższych przykładów, które zamiast robić w pojedynkę, robi się w parze. Nie wiem po co. Nie pytajcie. Serduszkowanie nie rządzi się logiką. Może zwyczajnie fajniej jest to robić we dwójkę? Nie ważne. Ważne, że wygląda to uroczo (ale umówmy się - wszystko, co robi Park Bo Gum jest urocze).

Park Bo-gum and Song Hye-kyo

Co ciekawe wersja większego serduszka we dwójkę jest jeszcze bardziej urocza i dla odmiany można się domyślić, co ten kształt ma wyrażać.


Ps. Czujecie się już gotowi, by serduszkować w realnym świecie, czy zostajecie przy klikaniu w serduszka? Jeśli to drugie, możecie poćwiczyć na Gosiarellowym facebooku (gdzie w najlepsze trwa tydzień walentynkowy!) i instagramie (gdzie zapominam wrzucać zdjęć), a przy okazji pamiętajcie, że...
 ...agresywnie Was serduszkuję!
Czytaj całość

Nadciąga luty, czyli premiery książkowe i filmowe!


Nadciąga luty, a z nim masa dobra! Poważnie, jestem zaskoczona, jak wiele rewelacyjnie zapowiadających się książek trafi do księgarń na dniach! Wręcz musiałam mocno się ograniczać przy wyborze najciekawszych tytułów, żebyście nie utonęli pod tą papierową falą dobra! Niestety z filmami w tym miesiącu sytuacja jest nieco mniej ciekawa, ale tak to już jest, że raz lepiej być molem książkowym, a raz kinomanem.


[Podlinkowane tytuły prowadzą do strony księgarni internetowej, gdzie możecie kupić książkę w przedsprzedaży w większości z 25% - 30% zniżką!]


Liz Braswell - Dawno, dawno temu... we śnie. Mroczna baśń
Wydawnictwo: Egomont
Data: 13 lutego

W serii "Mroczna Baśń" pojawił się również tytuł związany z "Małą Syrenką", "Świat obok świata".

A jeśli Śpiąca Królewna nigdy się nie obudzi? Smok został pokonany. Książę jest w zamku – gotowy obudzić królewnę pocałunkiem. Jednak gdy jego usta dotykają warg dziewczyny, książę zasypia. Ma jeszcze szansę uratować królewnę i jej poddanych... we śnie. Musi się śpieszyć bo szpiedzy Maleficent czyhają na Aurorę na każdym kroku. Czasu jest mało, ale jedno jest pewne. Ta bajka jeszcze się nie skończyła.

Sarah Henning - Wiedźma morska
Wydawnictwo: NieZwykłe
Data: 27 lutego

Wszyscy znają koniec tej opowieści. Syrena, książę, pocałunek prawdziwej miłości. Lecz przedtem była trójka przyjaciół – jedna z nich wzbudzała strach, drugi pochodził z rodziny królewskiej, a trzecia nie żyła.
Po tym, jak jej najlepsza przyjaciółka, Anna, utonęła, Evie stała się wyrzutkiem w swoim małym rybackim miasteczku. Dziwolągiem. Przekleństwem. Wiedźmą.
Przy brzegu zaczyna pojawiać się dziewczyna niezwykle podobna do Anny, i, mimo jej zaprzeczeń, Evie jest przekonana, że jej przyjaciółka wciąż żyje. Że jej magia okazała się nie być tak bezużyteczna, jak się wydawało. Dlatego gdy obie dziewczyny wpadają w oko – i skradają serca – dwóm czarującym książętom, Evie wierzy, że w końcu ma szansę żyć długo i szczęśliwie.
Niemniej jednak jej przyjaciółka skrywa tajemnicę. Nie może zostać w Havnestadzie ani poruszać się na dwóch nogach, chyba że Evie znajdzie sposób, by jej pomóc. 
Wydawnictwo: Jaguar
Data: 20 lutego


Akcja Pozłacanych wilków, pełna mrocznych tajemnic i niebezpiecznych, ale ekscytujących przygód, rozgrywa się w dekadenckim świecie wyższych sfer.
Paryż, rok 1889 – świat stoi u progu nowej ery, ery przemysłu i elektryczności, a zorganizowana w stolicy Francji Wystawa Światowa tchnęła nowe życie w ulice miasta i wydobyła na światło dzienne stare sekrety. W tej metropolii nikt nie śledzi tajemnic tak bacznie jak poszukiwacz skarbów i zamożny hotelarz Séverin Montagnet-Alarie. Kiedy zwraca się do niego o pomoc potężna organizacja, Zakon Babel, Séverin otrzymuje propozycję dostępu do skarbu, który uważał za stracony – do należnego mu dziedzictwa. Aby jednak odnaleźć poszukiwany przez Zakon starożytny artefakt, Séverin będzie potrzebował pomocy specjalistów: matematyczki z długiem do spłacenia, historyka, który nie może wrócić do domu, tancerki o ponurej przeszłości i kogoś, kto jest mu bratem, choć nie łączą ich więzy krwi, i kto chyba za bardzo troszczy się i niepokoi.
W poszukiwaniach artefaktu w mrocznym, pełnym luksusu świecie Paryża Séverinowi i jego towarzyszom przydadzą się ich spryt i wiedza. To, co znajdą, może odmienić świat – pod warunkiem że uda im się pozostać przy życiu.

Wydawnictwo: Young
Data: 27 lutego


W hollywoodzkim światku półbogów i druidów trzeba ostrożnie dobierać przyjaciół.
Sage wie, że aby przetrwać na ulicach Los Angeles, nie może dać się złapać. Jednak wizja ciepłego schronienia i posiłku jest zbyt kusząca. Osiemnastoletnia dziewczyna wpada prosto w pułapkę, kiedy pozornie typowa domówka okazuje się podstępem. Odurzona i uprowadzona, zostaje wbrew swej woli wciągnięta do magicznego świata półbogów, wróżek i bezwzględnych starożytnych rodów. Jako zaginiona córka celtyckiej bogini ognia musi przysiąc wierność jednemu z nich. Ma na to tylko kilka dni.
Wszystkie mosty łączące ją z poprzednim życiem zostały spalone, a jedna nierozważna decyzja poprowadzi ją ku zgubie. Nie wszyscy z podziemnego świata Hollywood cieszą się z jej obecności. Czy Sage w porę odkryje, komu może zaufać, a kto tylko próbuje wykorzystać ją do swoich celów?

Stuart Turton - Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
Wydawnictwo: Albatros
Data: 27 lutego


O jedenastej wieczorem Evelyn Hardcastle zostanie zamordowana. Masz osiem dni i osiem wcieleń. Pozwolimy ci odejść pod warunkiem, że odkryjesz, kto jest zabójcą. Zrozumiano? W takim razie zaczynamy...
Evelyn Hardcastle będzie umierać każdego dnia, aż do momentu, gdy ktoś dowie się, kim jest jej zabójca. Wśród gości zaproszonych do Blackheath jest kilku ludzi, którzy próbują to zrobić. Nie mają równych szans ani równych możliwości. Stale przeżywają ten sam dzień, usiłując rozwiązać zagadkę, lecz każdy wieczór nieubłaganie przeszywa dźwięk wystrzału z rewolweru...
Jeśli Aiden Bishop nie zwycięży w wyścigu o odkrycie tożsamości mordercy, nigdy nie opuści posiadłości. Ma osiem szans: każdego ranka przez osiem dni obudzi się w ciele innego gościa... Jeśli nie uda mu się znaleźć zabójcy, cały cykl zacznie się od początku. I znów będzie musiał odkrywać, kim są jego przeciwnicy i który z nich pod eleganckim ubraniem skrywa śmiertelnie ostry nóż... 

Wydawnictwo: Jaguar
Data: 27 lutego

Widziałam już u eM recenzję "Złego Króla", więc w razie czego podrzucam!

Ziemia kryje szczątki tych, którzy musieli odejść, ale to dopiero początek... Najpierw bestialski mord, potem krwawa rzeź królewskiej rodziny i nieoczekiwana koronacja – ale tak, to był dopiero początek. 
"Niemało trzeba sił, by zadawać cios za ciosem i nigdy nie poddawać się znużeniu. O tak, to pierwsza i najważniejsza lekcja: musisz być silna. 
Gdy wyszło na jaw, że w żyłach Dęba płynie królewska krew, na Jude spoczęło brzemię odpowiedzialności za to, żeby jej braciszek po prostu dożył dnia, w którym będzie mógł przywdziać na swoje skronie koronę. 
Tymczasem na tronie elfów zasiada zły król, Cardan, a Jude przybiera niewdzięczną rolę szarej eminencji. Nie dość, że w świecie opętanych żądzą władzy magicznych istot wciąż zmieniają się sojusze i układy, to niełatwo jest zapanować nad kapryśnym władcą. Cardan nie zaniedbuje żadnej okazji, by sponiewierać i upokorzyć Jude, choć wcale nie słabnie jego deliryczna fascynacja dziewczyną. 
Gdy staje się aż nazbyt jasne, że za sprawą knowań kogoś z bliskiego otoczenia śmiertelne niebezpieczeństwo zagraża wszystkim, których Jude darzy miłością, nadchodzi pora, by zdemaskować zdradę, a przy tym przecież trzeba jakoś sobie radzić z mieszanymi i bardzo żywymi uczuciami, które w niej budzi Cardan – ongiś zepsute książątko, teraz król – król, nad którym należy panować, bo stawką jest utrzymanie się kruchej lecz zdeterminowanej ludzkiej istoty przy władzy (i przy życiu) w czarodziejskim świecie. "

Wydawnictwo: SQN
Data: 13 lutego

"Kłamca 2, 8. Papież sztuk" to wariacka jazda bez trzymanki umiejscowiona fabularnie pomiędzy opowiadaniami z drugiego tomu.
Loki – nordycki bóg kłamstwa na usługach aniołów, a także, mimochodem, bohater sześciu książek, komiksu i gry karcianej – nie ma czasu świętować. Oto bowiem przyjdzie mu się zmierzyć z jednym z największych swoich wrogów. W dodatku na własne życzenie, bo wszystko wskazuje na to, że Dezyderiusza Crane'a, samozwańczego boga popkultury, stworzył omyłkowo nie kto inny jak Loki właśnie. Teraz rozpoczyna się gra z czasem, tym trudniejsza, że z każdą chwilą nowy bóg coraz lepiej poznaje swoje możliwości. Jego główną mocą jest kontrola nad narracją, a nawet... nad całą opowieścią. 

Wydawnictwo: SQN
Data: 27 lutego

Lazlo i Sarai nie są już dłużej tym, czym byli. Sarai, Muza Koszmarów, dopiero odkrywa pełnię swoich możliwości, tymczasem Lazlo musi dokonać wyboru niemożliwego: ocalić życie ukochanej czy wszystkich mieszkańców Szlochu? Otwarcie zapomnianych drzwi do nowych światów zamiast odpowiedzi przynosi wiele pytań – czy bohaterowie zawsze muszą zabijać potwory, czy mogą je... ocalić?

Leopold Gout - Przekręt. Geniusz
Wydawnictwo: Albatros
Data: 6 lutego


Jeśli ci zaufa, będziesz w zespole. I wejdziesz do niebezpiecznej gry. On ustala wszystkie zasady. Jedyny sposób, by wygrać, to zrobić to, czego nie przewidział.
Trójka nastoletnich geniuszy z różnych zakątków świata. Muszą działać razem, aby zatrzymać okrutnego generała, ochronić swoje rodziny i... uratować świat.
TUNDE: czternastoletni inżynier samouk z Nigerii. Podejmuje wyścig z czasem, aby ocalić swoją wioskę przed bezwzględnym wojskowym.
LIKAON: szesnastoletnia blogerka-szpieg, za którą chiński rząd wystawił list gończy. Geniusz strategii, będzie musiała ocalić ojca przed fałszywymi oskarżeniami o korupcję, za które może zapłacić najwyższą cenę.
REX: szesnastolatek, który udowodnił, że jest najlepszym programistą na świecie. Rodzinę chłopaka deportowano ze Stanów do Meksyku, a jego oskarżono o kradzież miliardów rządowych tajemnic dla terrorystów.
Ściga ich policja, FBI i pewien znacznie groźniejszy od nich przeciwnik... Trójka geniuszy będzie musiała działać tak, by nie zostawić śladów, i wprowadzić w życie plan genialnego przekrętu.

Antti Tuomainen - Człowiek, który umarł
Wydawnictwo: Albatros
Data: 20 lutego

Przewrotna powieść kryminalna, w której ofiara sama szuka swojego zabójcy!
Jaakko Kaunismaa, 37-letni przedsiębiorca, zaczyna odczuwać niepokojące objawy: nudności, zawroty głowy, ataki kaszlu i bóle. Lekarz, do którego się zwraca, informuje go, że wkrótce umrze. Kolejne badania wykazują, że Jaakko od dłuższego czasu był narażony na działanie trucizny. Innymi słowy: ktoś go morduje, bez pośpiechu i bez litości. Wszystko wskazuje na to, że to żona, którą nakrywa z kochankiem. A może konkurenci w interesach?

Dominika Tarczoń - Pieśń o Warszawie
Wydawnictwo: Rebis
Data: 20 lutego

Świat umiera wraz z roślinami. Kiedy na Powierzchni pojawiają się filtry, zdolne do cofania procesu degradacji przyrody, ludzkość otrzymuje kolejną szansę. Rozpoczyna się rozpaczliwa walka.
"Pieśń o Warszawie" to powieść postapokaliptyczna, osadzona wśród gruzów stolicy. Główny bohater, nastoletni goniec, żyje na marginesie społeczeństwa od czasu śmierci jego koleżanki. Mimo że nie udowodniono mu morderstwa, mieszkańcy już dawno wydali wyrok i tylko czekają na okazję, by go wykonać. Szansą dla Oskara okazuje się być zlecenie, jakie otrzymuje od burmistrza Podziemnego Miasta Stołecznego Warszawy. W trakcie wyprawy na Powiśle okazuje się, że wszystko, w co wierzył chłopak, jest kłamstwem.

Wydawnictwo: Muza
Data: 27 lutego

Co zrobiłyby kobiety, gdyby nagle liczba słów, które wypowiadają każdego dnia, uległa drastycznemu ograniczeniu?
Feministyczna dystopia o świecie rządzonym przez mężczyzn, w którym kobiety mogą wypowiedzieć tylko 100 słów dziennie. Mocna, wzbudzająca emocje książka, ważny głos w epoce ruchu #MeToo i w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet.
Czarna bransoletka zaciśnięta na nadgarstku. Cyfrowe znaczki układają się w liczbę 15. Liczba wypowiedzianych słów nie może przekroczyć 100, każde kolejne słowo oznacza coraz silniejszy ładunek elektryczny. Licznik zresetuje się o północy.
Zasady są proste: najlepiej usunąć wszystkie językowe ozdobniki, ograniczyć pytania do tych, na które wystarczy odpowiedzieć "tak" lub "nie". Nie pytać dzieci, jak poszło w szkole. Nie rozmawiać z mężem, nie wdawać się w dyskusje. Ważyć każde słowo.
Neurolingwistka dr Jean McClellan wciąż nie potrafi powiedzieć, jak się znalazła w tej utopistycznej rzeczywistości, gdzie rola wszystkich kobiet została ograniczona do milczącej obecności, do zapewniania rodzinie ciepłego posiłku na stole i czystego lokum. Jak do tego doszło? Kiedy, dosłownie i w przenośni, kobiety zostały zakute w kajdany?

Wydawnictwo: Young
Data: 13 lutego

Kontynuacja "Do wszystkich chłopców, których kochałam".
Sekretem udanego związku jest miłość, szczerość i bezgraniczne zaufanie. Jednak kiedy Peter spędza zbyt dużo czasu z Genevieve, swoją ex, Lara Jean robi się podejrzliwa. Chłopak utrzymuje, że to tylko przyjaźń, ale Lara Jean nie jest tego taka pewna.
Na dodatek do jej życia wraca John Ambrose, piąty adresat miłosnych listów, który nie ukrywa, że dziewczyna mu się podoba. Nagle we wciąż świeżym związku Lary Jean i Petera robi się bardzo tłoczno.
Rozwiązaniem problemu wydaje się zabawa z dzieciństwa, w którą wszyscy postanawiają zagrać. Jeżeli Lara Jean wygra, Genevieve będzie musiała zostawić Petera w spokoju. Tylko czy dziewczyna wciąż chce, aby coś ją łączyło z tym chłopakiem?
Lorraine Cink - Marvel. Superbohaterki. 65 kobiet, które zmieniły losy wszechświata
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data: 27 lutego

Poznaj niezwykłe kobiece postacie z Uniwersum Marvela – Kapitan Marvel, Squirrel Girl, She-Hulk, Thor, Black Widow i wiele, wiele innych. Autorka Lorraine Cink przygląda się wyjątkowym i inspirującym historiom kobiet, które ukazują ich odwagę i prawdziwe znaczenie siły. Dziewczyny obdarzone potężnymi mocami uczą nie tylko tego, jak można komuś porządnie przywalić, ale także (a raczej przede wszystkim) tego, jak się rozwijać, odnaleźć pasję i stać się swoją własną bohaterką. 
Fascynującą treść tej książki uzupełniają oryginalne ilustracje utalentowanej Alice X. Zhang. 
Po przeczytaniu tych opowieści przekonasz się, kto tak naprawdę zmienia losy świata!

Mirai - 1 lutego


Alita: Battle Angel - 14 lutego


Jak wytresować smoka 3 - 15 lutego


Więcej wszystkiego dobrego i popkulturalnego zawsze znajdziecie na Gosiarellowym fanpage'u:


Ps. Dajcie znać, co Was kusi najbardziej!
Ps2. Ciekawi co ciekawego pojawi się na zagranicznym rynku wydawniczym? Wpadnijcie do eM, by się przekonać!
Czytaj całość

Gdy król zjada poddanych, czyli o Kingdom i k-zombie

Kingdom 2019 Netflix

Kocham koreańskie dramy, uwielbiam historię i mam niesamowitą słabość do zombie, więc gdy tylko rok temu Netflix zapowiedział, że przygotowuje produkcje, w której zombie apokalipsa wybuchnie w średniowiecznym Joseon, cieszyłam się jak dziecko! Nie wiem, która z tych rzeczy Was ekscytuję, więc podzieliłam tekst na część dla fanów zombie oraz część dla fanów k-dram. Smacznego!

Król Joseon zachorował i nie pokazuje się nikomu od dziesięciu dni. Po kraju zaczęła krążyć plotka o jego śmierci, jednak każdego niosącego tę wieść zabija się za zdradę. Następca tronu ma dość niepewności, wbrew zakazowi królowej, zakrada się do pałacu króla, lecz tam zamiast króla, spotyka krwawą bestię. Co prawda nie ma pojęcia, że doradca króla, który przy okazji jest głową potężnego rodu i ojcem nowej królowej, zmienił swego władce w zombie, byle tylko ten 'dożył' narodzin syna z prawego łoża. Dość creepy intryga dworska, w końcu daje początek zombie apokalipsie, którą należy powstrzymać, nim ogarnie całe Joseon. Problem polega na tym, że nikt poza dzielnym księciem (a jakże!) nie wydaje się specjalnie przejmować ożywionymi zwłokami zjadającymi poddanych.

Koreańskie zombie atakują, czyli jak się ma Korea do zombiaczków?


[Część dla fanów zombie]


Zabrzmi to trochę strasznie, ale jeśli kiedykolwiek wybuchnie epidemia zombie, to mam nadzieję, że nigdy nie dotrze do Azji. Nie wiem, co oni mają w genach, ale zwyczajnie te bestie są zbyt szybkie! Jeśli oglądaliście "Zombie Express" / "Pociąg do Busan" / "Boo-san-haeng" / "Train To Busan" / zwał jak zwał, to wiecie, że koreańskie zombie mocno odstają od typowego wizerunku wykreowanego przez Gorege'a Romero. Infekcja nie przebiega powoli, nie są wolne, ani głupie. Mam wrażenie, że od tak dzikiej hordy nie da się uciec! Szczerze mówiąc, śmierć wydaje się im służyć, bo koreańskie zombie jest znacznie sprytniejsze od typowych bohaterów dram. Ostatecznie problem widzę gdzieś indziej, czyli w zrobieniu z zombie, potworów łączących ich cechy z wampirami - żyją nocą, a w dzień przypominają zwłoki, a przy tym mają silne uczulenie na słońce i nie przepadają za wodą.


Kingdom koreańska drama o zombie

W "Kingdom" zombie apokalipsa szalenie mi się podobała i to z wielu względów. Zacznę od najbardziej oczywistego, czyli osadzenia akcji w czasach średniowiecznych. Do tej pory obejrzałam jedynie jedną taką produkcję, "Duma i uprzedzenie i zombie", bo twórcy zazwyczaj celują w teraźniejszość, przez co strasznie rzucają się w oczy wszystkie niedorzeczności typu: dlaczego nie wiedzą, co to jest zombie? Dlaczego nie wiedzą, że trzeba celować w głowę? Dlaczego przy dostępie do broni palnej zaraza pochłonęła kontynent? Rozumiecie już, co mam na myśli? Z kolei w XV wiecznym Joseon broń palna, czy filmy Romero zwyczajnie nie istnieją, więc to wszystko ma sens. Prości, wygłodzeni wieśniacy i wielcy panowie mający wszystko w poważaniu zwyczajnie mogą sobie nie poradzić z zagrożeniem, jakim zdecydowanie są zombie. Przy okazji zamiast bliżej nieokreślonego nieudanego eksperymentu wywolującego przemianę w nieumarłego trupa, dostaliśmy sensowny eksperyment medyczny z sokiem rzadkiego kwiatu - ziela wskrzeszenia, który ostatecznie stworzył dwie odmiany zombiaków - zarażających innych (kanibali) i niezarażających innych.

Serial Netflixa znacząco wyróżnia się na tle typowego filmu o zombiakach. Wszystkie wyżej wspomniane rzeczy sprawiają, że ma sens, a w dodatku fabuła jest naprawdę dobrze skonstruowana. Poza typowym dla gatunku wątkiem przetrwania, mamy również dworskie intrygi, przedstawienie nieciekawego życia ówczesnych biedaków i interesujących bohaterów z dzielnym i szlachetnym księciem na czele. W sumie dotąd nie widziałam księcia wycinającego hordy zombiaków, więc za to ogromny plus!

Zombie-maker, czyli ten pan jest zły!

A teraz najważniejsza kwestia: Czy fani zombie powinni się bać koreańskiej dramy? Bądźmy szczerzy, raczej ciężko się przełamać do azjatyckiego kina, zwłaszcza niepełnometrażowego. Niemniej w tym wypadku odpowiedź jest oczywista: Nie, nikt nie powinien się bać! "Kingdom" jest na wielu płaszczyznach przystosowane do zachodnich widzów. Obyło się bez typowego koreańskiego humoru i gagów, a i ich ówczesne zwyczajnie zostały znacząco uproszczone. Książę może być pozbawiony tytułu, dlatego że jest bękartem, a nie przez to, że Królowie Joseon mogli mieć wiele żon i to potężne rody sterowały królem. Nawet rola kobiet została jakby odrobinę podciągnięta, byle tylko niezaznajomiony z tematem widz, mógł się spokojnie we wszystkim odnaleźć. Jedynie możecie mieć problem z rozróżnianiem tych wszystkich starych dziadów próbujących położyć tylek na tronie, ale i tu postaram się Was uspokoić. Nie jest tak źle, jak w "Grze o tron", bo tu przynajmniej zazwyczaj różnią ich kolory szat, a przy tym tylko dwóch graczy jest ważnych i bez trudu można ich rozróżnić. Dlatego nie bójcie się Korei, bójcie się zombiaków! Serio, skubane są szybkie i groźne!

Zombie w czasach Joseon, czyli jak się ma z-apokalipsa do dram?

[Część dla fanów k-dram]

Starym wyjadaczom koreańskich dram z pewnością nie umknie, że wątek intryg dworskich jest dość typowy dla dram historycznych - walka o tron, w której wielki zły kanclerz / teść króla próbuje wszystkich możliwych zagrywek, byle tylko jego wnuk zasiadł na tronie zamiast swojego starszego brata to już standard. Przerażeni doradcy, których trzyma w pazernych łapach, zresztą także. Niemniej głowa złowrogiego rodu jeszcze nigdy nie posunęła się, aż tak daleko, by zmienić władcę w nieumarłą bestię pożerającą damy dworu. Muszę przyznać, że to nowy level zła. Zwłaszcza że dało to zalążek epidemii, która zaczyna pochłaniać kraj.

Pytanie za 100 punktów: Czy zdradą jest zabicie króla, jeśli zmieni się w zombie?

Muszę przyznać, że osoby, które zdążyły już poznać obyczaje panujące w Korei, wyciągną z serialu nieco więcej. Przede wszystkim świetnie rzuca się w oczy, jak zgubne w skutkach może się okazać ich ślepe posłuszeństwo wobec osób posiadających wyższy status społeczny. Teraz odrobinę pospoileruję, więc uważajcie: Wyobrażacie sobie scenę, w której po nocnej inwazji żywych trupów rozszarpujących większość mieszkańców wioski, ocaleni stoją nad nieruchomymi zombiaczkami i zastanawiają się, czy wypada ich zabić (jak już się domyślili, że należy ich zdekapitować lub spalić zwłoki). Serio. Biedaka spoko, ale wiecie... zombie-szlachcice to jednak wciąż szlachcice, więc jak to tak zbezcześcić ich zwłoki? Tak się przecież nie godzi! I co z tego, że za chwilę ich zjedzą - ważne, że cześć trzeba oddać. Niby w czasach panowania monarchii w Europie, filmowcy mogliby się pokusić o podobne zagranie, tak w Azji to mogłoby spokojnie przejść w czasach współczesnych, bo STATUS SPOŁECZNY należy uszanować! Właśnie dlatego poniekąd mnie to bawi, a przy tym cieszę się, że twórcy zwrócili na to uwagę.

Inną sprawą jest zakończenie. Azjatyckie seriale przyzwyczaiły nas do krótkiej, zamkniętej formy. 16-20 godzinnych odcinków składających się na jeden jedyny sezon na przestrzeni, których rozgrywa się cała akcja. W przypadku "Kingdom" mamy odcinków sześć, które niczego nie zamykają. Szósty odcinek urywa się w najważniejszym momencie i żaden wątek nie został zamknięty. Przeżyłam szok. Wygląda to trochę tak, jakby ekipa filmowa doszła nagle do wniosku, że jest zmęczona, głodna, chce spać i tak w ogóle to już im się nie chce, więc pójdą do domu i niech się dzieje co chce. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem potworem, więc niech się wyśpią i tak dalej, ale wrócą! Problem polega na tym, że właśnie o powrocie na plan zapomnieli. Jak rozumiem, będzie kolejny sezon (bo jeśli nie, to bez sensu!) i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to nie była k-drama.

Przy okazji, jeśli po tym tekście doszliście do wniosku, że może jednak warto zainteresować się koreańskimi dramami, to polecam Poradnik K-dram, który Was do tego przygotuje!


Ps. Powtórzę pytanie spod zdjęcia: Czy byłoby zdradą zabicie króla, jeśli zmieni się w zombie?
Ps2. A Was co bardziej kręci: Zombie, czy koreańskie dramy?
Czytaj całość

True Story z czarno-białymi psami, czyli 101 dalmatyńczyków


"101 dalmatyńczyków" jest z pozoru zabawną i ciepłą opowieścią o kochających rodzicach, przemierzających kraj w poszukiwaniu swoich dzieci. Nikt nie wspomina ile w tle przemocy, finansowych przekrętów i łaciatej niewierności. Przecież małe czarno-białe szczeniaczki są tak urocze, że ich słodkość powinna wynagrodzić wszystko to co złe. Nic dziwnego, że Disney zainteresował się książką "101 dalmatyńczyków" wydaną w 1956 roku przez angielską pisarkę Dorothy Gladys "Dodie" Smith. Przeniesienie akcji na wielki ekran zajęło im mniej niż pięć lat i już w styczniu 1961 roku dzieciaki na całym świecie mogły się zachwycać dalmatyńczykami. Pewnie też oglądaliście tę bajkę, gdy byliście mali. Pytanie tylko czy czytaliście oryginalną wersję? Jeśli nie to nic straconego, ponieważ chętnie Wam ją przedstawię:


Drukowane dalmatyńczyki


Nie tak dawno temu w kranie, która w przyszłości ma się stać mekką imigrantów, żyło sobie młode małżeństwo dalmatyńczyków, Pongo i głupiutka Mimi. Narcystyczne zwierzaki uznały się za właścicieli państwa Poczciwińskich, z którymi mieszkali blisko Parku Rogera w Londynie. Niebawem cała gromadka dowiaduje się, że Mimi będzie miała szczeniaki, na co wszyscy reagują z entuzjazmem i postanawiają zostawić je wszystkie. Pan Poczciwiński jest finansistą, dzięki czemu jest w stanie zapewnić warunki do trzymania tylu zwierzaków, a przynajmniej tak mu się wydaje. Rozczarowana tym faktem jest Torturella de Mon – wielbicielka futer i pieprzu. Tortuella jest dawną znajomą pani Poczciwińskiej i choć od czasów szkolnych nie utrzymywały ze sobą kontaktu to teraz de Mon postanowiła to zmienić. Głównym powodem były dalmatyńczyki, a raczej ich zewnętrzna powłoka, która według Tortuelli stanowiłaby świetny materiał na futro, które idealnie pasowałoby do jej czarno-białych włosów i auta w czarno-białe pasy. Ta kobieta zdecydowanie lubi mieć wszystko dobrane kolorystycznie! 
Jeden z pierwszych szkiców Cruelli de Vill stworzony przez Marca Davisa
Mijają dni, a Mimi powoli szuka sobie miejsca z dala od Pongo i pozostałych domowników by w spokoju i odosobnieniu wydać na świat małe szczeniaczki. Gdy nachodzi ten dzień asystują jej Nianie państwa Poczciwińskich, które naliczyły piętnaście małych, chociaż cudem, bo jeden maluch nie przeżyłby, gdyby nie poczciwy pan Poczciwiński. Piętnaście szczeniaków to bardzo duża liczba pyszczków do wykarmienia, dlatego wszyscy w pośpiechu szukają psiej mamki, co jak na mój gust jest wysoce nietypowe. W każdym razie poszukiwania nie wiele dają, poza tym, że pani Poczciwińska omal nie potrąciła psa jadąc autem. Los zdaje się jej sprzyjać, bo nie dość, że tym niemal nie przejechanym psiakiem jest dalmatyńczyk to w dodatku idealnie nadaje się na zastępczą mamę dla szczeniaków, bo sama dopiero co straciła własne. I tym sposobem wszyscy nasi bohaterowie cieszą się ogromnie z nieszczęścia Perdity, której podrzucają część młodych do wykarmienia i Ponga do towarzystwa, bo Mimi dalej woli być osobno. Pongo zauważa, że Perdita jest bardzo ładną suczką, a Mimi jest zazdrosna, ale oficjalnie nikt nie widzi problemu, ale do tego wrócimy później.

Czas mija, szczenięta podrastają, trójka dorosłych psów żyje sobie wspólnie i ogólnie mamy tu obraz jednej wielkiej szczęśliwej rodzinki, aż do momentu, w którym na scenie ponownie pojawia się Tortuella. Odwiedza Poczciwińskich, gdy w domu jest jedynie Niania Kucharska i szczeniaki bawiące się na podwórku. Znudzona oczekiwaniem wychodzi, a wtedy Niania spostrzega, że zniknęły również szczeniaki. Rozpoczyna się tragedia, wzywanie policjantów ze Scotland Yardu i publikowanie informacji w prasie, bo NIKT nie wpadł na to, że psiaki zniknęły zaraz po wyjściu kobiety, która wielokrotnie namawiała ich właścicieli na sprzedanie ich jej. Chociaż nie, muszę zwrócić honor Pongu, do którego w końcu dociera, że de Mon ukradła psiaki by zrobić sobie futro, jednak przebłysk geniuszu pojawia się dopiero po informacjach zwrotnych ze Szczekania o Zmroku, czyli psich pogaduch na wieczornym spacerze. Widzicie, kiedy psy głośno szczekają, a później odpowiadają im inne szczeknięcia to najpewniej przekazują między sobą ważne informacje, które tym sposobem mogą przebyć dystans wielu kilometrów i rozwikłać śledztwa, z którymi nie radzi sobie policja. Od tej pory nie będę uciszać swoich psiaków, a sąsiadom kupię zatyczki do uszy, a co! 

Dzięki Szczekaniu o Zmroku, Pongo dowiaduje się, że jego dzieci są uwięzione w Czarcim Dworze w Suffolk. Postanawia zostawić swoich ludzkich pupilków pod opieką Pergity, by we dwójkę z Mimi ruszyć na ratunek szczeniakom. Od tego momentu mamy zbyt dużo tekstu na temat ich wycieczki, w czasie której przekonujemy się, że Mimi jest najbardziej irytującym psem w historii bajek dla dzieci. Dowiadujemy się również by zostać psim celebrytom psiej społeczności wystarczy szukać swoich dzieci (dziwiłoby mnie to bardziej, gdyby Fakt nie zrobił celebrytki z Mamy Madzi). Gdy w końcu oba dalmatyńczyki trafiają do celu, Owczarek w randze Pułkownika opowiada im historię Czarciego Dworu, pokazuje im Fanaberię, karze im iść spać, daje im jedzenie, czyli zwierzaki robią wszystko poza spotkaniem ze swoim potomstwem i ich uratowaniu z rąk porywaczy. To całkiem normalne.

Spostrzegają je dopiero, gdy w końcu złodzieje wypuszczają szczeniaki na dwór, a wówczas okazuje się, że jest ich znacznie więcej, niż zginęło Pongu i Mimi. W sumie w Czarcim Dworze przetrzymywanych jest dziewięćdziesiąt siedem małych dalmatyńczyków. Pongo i Mimi są w szoku, na co każde z nich reaguje inaczej - mamusia idzie spać, a tatuś napić się z nowo poznanym kolegą. Nie ma to jak wzorowa rodzinka. Gdy pierwszy stres mija, zwierzaki decydują zostać w Suffolk przez najbliższe miesiące, ponieważ ich maluchy są jeszcze zbyt słabe by przetrwać drogę powrotną do Londynu, a dodatkowo sprzyja im fakt, że są także za małe na przerobienie na futro dla Tortuelli, dzięki czemu nic im jeszcze nie grozi. W końcu para dalmatyńczyków postanawia odwiedzić swoje potomstwo w Czarcim Dworze. Udaje im się bez problemu wtopić w czarno-białe tło przetrzymywanych szczeniaków, gdy złodzieje są zbyt zajęci oglądaniem telewizji by cokolwiek zauważyć. Po chwili do dworu wpada Tortuella. Zniecierpliwiona kobieta żąda by Złoczyńscy zamordowali wszystkie psiaki jeszcze tej nocy, bo ma dość czekania na swoje futra. Po jej wyjściu para złodziejaszków postanawia zabrać się za robotę zaraz po obejrzeniu swojego ulubionego programu, a w tym czasie Pongo i Mimi wyprowadzają wszystkie szczeniaki. Rozpoczyna się wielki powrót do domu, w czasie którego odchodzą akcje, które znacie z Disneyowskiej bajki, czyli między innymi:
☛ karmienie szczeniaków przez krowy
☛ zatrzymywanie się w okolicznych miasteczkach i gościna u miejscowych psów, które zostały poinformowane o całej sytuacji przez Szczekanie o Zmierzchu
 tarzanie się w sadzy by zmienić psie ubarwienie z białego w czarne łatki w całe czarne.
 upchnięcie stu psów na pace auta dostawczego (co prawda nigdy nie próbowałam tego sprawdzić w praktyce, ale zakładam, że to niewykonalne)

Nie ma za to dramatycznych scen pościgu za zwierzakami, ponieważ ani razu żaden negatywny bohater ich nie zauważył. Co więcej psy zrobiły się tak pewne siebie, że tuż po dotarciu do Parku Regenta, zamiast wrócić od razu do domu, postanowiły włamać się do domu de Monów i rozszarpać wszystkie jej futra w formie zemsty. Wydaje mi się, że nie do końca rozumiem jak w bajce dla dzieci można umieścić scena, w której małe psiaki rozrywają na kawałki futra z martwych szynszyli, czy innych norek. Czy gdyby powiódł się plan de Monów z futrami z psiego futra to też tak ochoczo by je rozszarpywały? Nie wydaje mi się. 


Wracając jednak do fabuły, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu udaje im się nie wpaść w łapy rozwścieczonej właścicielki owych futer, a przy okazji według późniejszej relacji kotki Tortuelli naprawdę ją pogrążyć. Dlaczego? Nie wspominając o tym, że ze wściekłości jej czarna część włosów zsiwiała, a czarna zzieleniała, to przez stratę bezcennych futer Tortuelli, de Moni wpadli w ogromne długi i musieli opuścić Anglię by nie dopadli ich komornicy. 

Cofnijmy się do szczęśliwego powrotu zwierzaków do domu, które nastąpiło tuż po rozerwaniu w drobny pył wszystkich futer Tortuelli. Po smutnej Wigilii, pod domem państwa Poczciwińskich pojawiły się ujadające czarne psy, które podstępem wdarły się do domu i wytarzały na dywanie by pokazać niedomyślnym właścicielom, o pardon pupilom, że są ich dalmatyńczykami. Wszyscy się cieszyli, kąpali i postanowili zatrzymać 97 szczeniąt i trzy dorosłe psy. Nie było jednak szans aby wszyscy pomieścili się w domu państwa Poczciwińskich, dlatego wpadli na genialny pomysł by kupić Czarci Dwór. Nie przeszkadzało im to, że dom należał do de Monów (wystawili go na sprzedaż), a oni już zrozumieli, że to Tortuella była odpowiedzialna za porwanie zwierzaków i to właśnie tam je przetrzymywała. Jakimś cudem uznali za właściwe by całą rodzinką przenieść się do miejsca, które o mało nie stało się miejscem zbrodni. 
Jak pewnie zauważaliście, nie zgadzają nam się liczby, a konkretnie brakuje jednego psa do 101. Ten ostatni dotarł pod dom Poczciwińskich tuż przed ich przeprowadzką. Książę, bo tak się wabi psiak, był zaginionym mężem Perdity, który po jej odnalezieniu został u Poczciwińskich na stałe. The End. 


Gosiarella o 202 dalmatyńczykach

Zasadniczo Disney dość wiernie oddał powieść Dodie Smith, poza kilkoma wyjątkami takimi jak np. skład psiej ekipy, czy dalsze losy pani de Mon. W animacji na 101 dalmatyńczyków składa się para dorosłych psów i 99 szczeniąt, zaś w książce dwie pary dorosłych (Pongo i Mimi oraz Książe z Perditą) i 97 młodych psiaków. Zmiana niezbyt duża, ale zaskakujący je ich wybór. Widzicie, nasz główny psi bohater po zasmakowaniu sławy, postanowił opuścić wierną żonę by w animowanej wersji swoich przygód lansować się u boku kochanki. Zaskoczeni? W takim razie już wyjaśniam. Pewnie zauważaliście, że Pongo jest stałym elementem, jednak o istnieniu Mimi dowiadujemy się jedynie z książki. Disney postanowił pozbyć się żony naszego głównego dalmatyńczyka by podsunąć mu młodziutką dalmatynkę, Perditę. W polskiej wersji językowej bajki, towarzyszka Ponga wabi się Czika, jednak jest to tylko błąd tłumaczenia (albo polskim dystrybutorom nie podobała się wersja niewiernego psa), ponieważ w oryginalnej, amerykańskiej animacji jest jasno powiedziane, że suczka wabi się Perdita.

Swoją drogą pan Poczciwiński też wydaje mi się jakiś podejrzany. W książce nazwano go czarodziejem finansów. Stać go na zamówienie befsztyków dla 101 psów, przywiezionych z Ritza, Savoya, Claridge'a i innych renomowanych hoteli. Stać go na zakup Czarciego Dworu. Co najdziwniejsze stać go na utrzymanie tylu psów, a przecież samo wyżywienie 101 dalmatyńczyków kosztowałoby około 400 dolarów (1246 zł) dziennie! Moim skromnym zdaniem Pan Poczciwiński jest pionierem w organizowaniu piramid finansowych. Pewnie tuż przed powstaniem filmu został przyłapany na swoich machlojach i dlatego Disney zdecydował się zmienić jego nazwisko i zawód, dlatego w animowanej bajce mamy kompozytora Roberta Radcliffe'a.

Gdy pozytywni bohaterowie zawodzą, można szukać pocieszenia u czarnych charakterów, jednak tym razem nawet tu nie czeka nas nic dobrego. Zazwyczaj bronię tzw. złoczyńców, jednak Cruella de Mon na to nie zasługuje. Ciężko szukać dobra w kim kto nosi na sobie zwłoki. Nie ma znaczenia czy to zwłoki zwierząt czy ludzi, dzieci czy szczeniąt. Dlatego odmawiam bronienia jej.
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella