Różowe Sałaty zankietowane, czyli co się dzieje w ankietach?!


Moje kochane Różowe Sałaty i czytelnicy wszelkiej maści!
Od wypełnienia przez Was różowej ankiety minęły dwa miesiące, więc jak widać, trochę czasu mi zabrało przedarcie się przez wszystkie odpowiedzi (trzymajmy się wersji, że to właśnie dlatego tak długo to trwało, a nie przez to, że jestem bułą). Niemniej już jest i to zgodnie z Waszym życzeniem w wersji wideo, jednak nim go obejrzycie, chciałabym dodać jeszcze kilka słów pisanych.

Będę monotematyczna, ale chciałam Wam jeszcze raz podziękować za udział w ankiecie oraz napisanie tych wszystkich przemiłych słów, które są motorem napędowym mojego stukania w klawiaturę! Serio, jesteście najlepsi! Pytań było wiele, odpowiedzi jeszcze więcej i te, co dziwniejsze (wybaczcie, ale te słodkie samolubnie zostawiłam dla siebie ^^ ) zamieściłam w poniższym filmie wraz z moimi odpowiedziami (tak, tworzę filmy z odpowiedziami na odpowiedzi ankietowe...), więc możecie zobaczyć, co się dzieje w ankietach.




A skoro przy Youtubie jesteśmy, to to była swego rodzaju nowość w ankiecie. Chciałam się dowiedzieć, co właściwie sądzicie o Gosiarelli w innym formacie. Tu muszę przyznać, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczyliście. Kanał nie jest duży i biorąc pod uwagę liczbę subskrybcji, raczej nie ufacie mi jeszcze wystarczająco, by dostawać powiadomienia o nowych filmach, a jednak ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, bardzo wielu z Was napisało, że lubi moje filmy, zwłaszcza serie Kiczowatych Horrorów. Z drugiej strony chyba każdy z dotąd opublikowanych filmów został przez Was wymieniony, jako coś, co ktoś polubił, więc naprawdę byłam w szoku.


"Uwielbiam horrory i kicz, więc.... oczywiście, że filmiki o disneyu!" ~ Różowa Anonimowa Kapusta

Przyznaję, że to właśnie z Youtubem mam największy problem. Chciałam, żebyście mi podopowiedzili, czego oczekujecie po kanale oraz jak powinnam to pogodzić z blogiem, abyście byli zadowoleni. Wyszło na to, że powinnam częściej publikować wersje pisane i filmowe równocześnie oraz tworzyć powiązane ze sobą treści, więc postaram się do tego dostosować! Słowo różowej blogerki!
Niemniej miałam do Was prośbę - podpowiadajcie mi od czasu do czasu, co chcielibyście, żebym nakręciła / co Wam się podoba etc. Chciałabym stworzyć kanał, który będzie cieszył nie tylko mnie, ale również Was! Dlatego zamiast powiecieć pod nosem "Hmmmm... to jej dobrze wyszło - mogłaby to robić częściej" lub "Pffff... zamiast tego filmu, lepiej by nagrała taki i taki", zwyczajnie mi to napiszcie, bo niestety JESZCZE Was nie inwigiluję, jak w "1984" Orwella, więc nie wiem, co mruczycie po drugiej stronie ekranu. Może chcecie by pojawiły się film o tematyce horrorów, ale nie będące nabijaniem się z konkretnych, kiczowatych tytułów? Może chcecie więcej Disneya? Superbohaterów? True Story przerobione na film? A może więcej filmów z Gosiarellowymi alter ego? Wy mi powiedzcie!



"No cóż, na Gosiarellowym youtubie lubie wszystkie: recenzje, rekacje na zwiastun, 5 typów[tu wstaw słowo] i te zrobione chyba bardziej dla śmiechu (czyli "Rozmowa o pracę na stanowisko wikinga")." ~ Różowy Kot Predatora ujeżdżający Smoka Wawelskiego, który czesze różową owcę, grającą na trąbce

A tak bay the way, wiecie co mnie bawi? Że niektóre z opublikowanych filmów powstały tylko z myślą o Was i przypadkowi ludzie, którzy je obejrzeli musieli mnie wziąć za szaloną. Serio, zbyt często zapominam, że tam są inni ludzie...


Ps. Z kolei blog pozostaje bez zmian, czyli zostajmy przy popkulturowym śmietniczku. Wszystkie prośby o nowe teksty postaram się zrealizować i systematycznie nowych teści będzie przybywać!
Ps2. Wasze nicki są zabójcze! Serduszkuję!
Ps3. I tak, wiem, że wszyscy czytają mnie tylko ze względu na ciasteczka!
Ps4. Będę na Krakowskich Targach Książki, więc jeśli mnie znajdziecie, to odezwijcie się!








Czytaj całość

O porzuconych książkach, anulowanych serialach i jak temu zaradzić


Każda osoba czytająca książki, bądź oglądająca seriale przynajmniej raz w życiu trafiła na historię, która została nagle przerwana, ponieważ wydawnictwo, bądź stacja zdecydowała się go nie kontynuować. Znacie to? Głupie pytanie! Oczywiście, że znacie! Pytanie, jak się przed tym bronić lub jak temu zaradzić?


Dlaczego zakończenie jest takie ważne?

Kocham opowieści. Niezależnie od tego, czy to bajka snuta przez babcie, historie opowiadane przez pisarzy, odgrywane przez aktorów, czy nawet samodzielnie rozgrywane w scenariuszy gry - kocham je wszystkie! Format nie jest ważny. Często nie jest też dla mnie ważne, czy lubię bohaterów, ani czy ciekawi mnie świat, w którym rozgrywają się ich losy. Najistotniejszy dla mnie jest pomysł gawędziarza. Aby w pełni go zrozumieć i docenić zawsze jestem skupiona od początku, aż do samego końca. Nie potrafię przerywać w połowie, bo uważam to za nieuczciwe. W połowie historii bohaterowie lubią się potykać, robić głupie rzeczy, tak już jest. Błyskotliwość twórcy ocenia się po zakończeniu, gdy w końcu można zobaczyć, jak te wszystkie opisywane wydarzenia się ze sobą przeplatają dając finalny, utkany z nich wzór. Nie raz i nie dwa, pozornie słaba historia sprawiała, że mózg niemal mi eksplodował, gdy jej autor odsłaniał ostateczną kartę. Nagle mogłam ocenić wszystko przez pryzmat zakończenia i spojrzeć na całość z zupełnie innej perspektywy. Znacie to uczucie, gdy nagle ostatni fragment układanki wskakuje na swoje miejsce, nadając całości zupełnie inny wydźwięk? Dlaczego o tym piszę? Chyba po części dlatego, żeby nieprzekonanym uzmysłowić, że zakończenie jest często najważniejszą częścią opowiadanych historii i to ono decyduje, w jaki sposób je zapamiętacie.

Teraz wyobraźcie sobie, że zakończenia nie ma. I nawet nie dlatego, że twórca wybrał zakończenie otwarte, lecz z bardziej dobijającego powodu - przez pieniądze. Nie oszukujmy się, żyjemy w świecie, w którym wszystko rozbija się o pieniądze. Niska oglądalność serialu oznacza, że staje się nierentowny, a więc trzeba go zdjąć z anteny, by wstawić inny tytuł, który przyciągnie uwagę widzów i poniesie zyski z reklam. Tak samo wygląda sprawa w przypadku książek. Gdy sprzedaż jest niska, to wydanie kolejnego tomu serii wydaje się dla wydawcy nieopłacalne. Jeśli serial lub książka nie przynosi zysków, to firma nie zarobi, a jeśli nie zarobi, to po co ma się pchać niepotrzebnie w koszta? Lepiej skończyć projekt, nim przyniesie straty. Ciężko mieć do kogokolwiek pretensje o takie podejście. W końcu ani wydawcy, ani stacje telewizyjne nie są organizacjami charytatywnymi (chociaż karmienie uzależnionych geeków też powinno się do tego zaliczać!) i muszą wyjść na swoje.


Tylko co z nami?!

Pamiętam, jak koszmarnie wściekła byłam, gdy dowiedziałam się, że wydawnictwo Prószyński i s-ka nie wyda kolejnego tomu "Dobranych". Do dziś uważam ją za jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałam, więc całą trylogię zdecydowałam się kupić w oryginale (a nie cierpię czytać książek po angielsku! Zwłaszcza fantastyki!), bo jaki miałam wybór? Gdy EGMONT zdecydował zakończyć publikację Sagi Księżycowej po drugim tomie, także wpadłam w rozpacz i tym bardziej jestem wdzięczna wydawnictwu Papierowy Księżyc za wznowienie serii (i to od początku w tak cudownej oprawie, że mój wewnętrzny mól książkowy ślini się do tej pory). Serduszkuję ich decyzję zlitowania się nad fanami zwłaszcza w ostatnich dniach, bo w listopadzie wyjdzie "Cress", czyli tom, na który czekałam od ponad 5 lat!

Przykład happy endu, czyli tak w całości będzie wyglądać nowe, kompletne wydanie Sagi Księżycowej!

W świecie serialowym też zawrzało, gdy kilka miesięcy temu zagraniczne stacje obwieściły światu, które seriale postanowiły skasować. Na Twitterze trendował #SaveLucifer zaraz po tym, gdy Fox ogłosił, że nie wyemituje kolejnych sezonów "Lucifera". Naprzeciw zdruzgotanym fanom proszącym o litość nad ulubionym serialem, wyszedł Netflix, który przygarnął diabła pod swój dach i w niedalekiej przyszłości będziemy mogli obejrzeć 4 sezon. Osobiście byłam również zdruzgotana zakończeniem "Designated Survivor", którego po drugim sezonie porzuciło Abc. Na szczęście ponownie z pomocą przyszedł Netflix. Poważnie, Netflix dla serialomaniaków jest jak rycerz na białym rumaku! Brawo Netflix! Może podrzucę Wam listę innych seriali, które powinniście uratować w wolnym czasie?

Problem w tym, że takie happy endy nie zdarzają się często, a tacy rycerze, jak Papierowy Księżyc, czy Netflix nie mogą ratować wszystkich porzuconych tytułów. Dlatego nie obejrzę dalszych lasów bohaterów z "Rodziny Warrnerów", "Eastwick", "Witches of East End", czy nawet "9 żyć Chloe King", ani trzeci tom "Niezwyciężonej" poznam jedynie, gdy zakupie tom w oryginale i przeczytam po angielsku. Może to infantylne, ale mam o to żal. Z jednej strony rozumiem rozumiem powody, dla których serie i seriale zostały porzucone, ale z drugiej czuje, że wydawnictwo/stacja zostawiła mnie na lodzie. Najpierw na wszelkie sposoby kusili ciekawą historią, by już po chwili ją przerwać pozostawiając mnie - nas z niczym. Znaczy już dawno zrozumiałam, że jestem popkulturowo przeklęta i zawsze, gdy zakocham się w jakimś tasiemcu, to wielki pan w stacji postanawia podpisać wyrok śmierci serialu.

Czy jest sens poznawać urwane historie?

Niemniej doszłam do etapu, w którym jako bloger zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jest sens, żebym pisała Wam o czymś, co zostało porzucone i nigdy nie zostanie zakończone. Osobiście nie żałuję, że obejrzałam wcześniej wspomnianą "Rodzinę Warrnerów", "Chasing Life", czy inny anulowany serial, bo zazwyczaj dobrze się przy nich bawiłam i urzekła mnie koncepcja. Coś z pomysłu twórców we mnie zostało i pozwoliło zastanowić się nad opisywanymi problemami. Żałuję za to, że zostałam zdradzona przez stacje i nie poznam zakończenia tych historii. Dlatego nigdy nie wiem, czy narażać na to Was. Pomyślcie tylko, że czytacie o świetnie zapowiadającym się serialu, w który podjął się ciężkiego tematu, opowiadając historię rodziny, w której młody chłopiec został porwany, zdaniem większości przez pedofila z sąsiedztwa, jednak po latach wraca, a pedofil okazuje się niewinny. Albo inny przykład serialu, w którym w niedalekiej przyszłości ludzkość musi zmierzyć się z wizją wyginięcia naszego gatunku, ponieważ z nieznanych przyczyn kobiety przestały rodzić dzieci. Cudem, a raczej przez przypadek, udaje się stworzyć 100 embrionów, które stanowią jedyną nadzieję dla przetrwania naszego gatunku, ale komu je powierzyć? Politycy wpadają na pomysł urządzenia loterii, a przyszłe matki mają być nieustannie monitorowane przez czujne oko kamer.

Gdybym takie napisy zaczęły się pojawiać na drzwiach domów pracowników stacji telewizyjnych, to wiedzcie, że jestem niewinna! 

Przyznajcie, że to nietypowe historie, więc tym bardziej może zaciekawić to, jak się skończą, prawda? Więc opiszę Wam takie tytuły, dodam, jak dobry był nie tylko pomysł, ale również wykonanie. Pozachwycam się, a na koniec dodam, że tak właściwie serial został porzucony przez stacje, więc zakończenie nie istnieje. I co? Mielibyście do mnie żal? Właściwie do tej pory tak robiłam i niemal nikt się nie skarżył, ale kto wie ile laleczek voodoo z podobizną Gosiarelli powstało, gdy nie patrzyłam?

Popyt, podaż i szansa na poprawę sytuacji

Z kolei jako widz i czytelnik coraz częściej łapię się na tym, że z dużym wahaniem zabieram się za nowości, które nie są od Netflixa (uwierzycie, że Netflix nie zapłacił mi za te wszystkie miłe słowa?! Shame on you, Netflix!), bo nie chcę zaczynać czegoś, co może zostać w dowolnej chwili przerwane. Za premiery nowych serii książkowych też się nie biorę, dopóki nie widzę wydanych przynajmniej dwóch - trzech tomów. Takie podejście wydaje mi się bezpieczniejsze. Problem polega na tym, że na szerszej skali tworzy błędne koło:

Wydawca rzuca nowość na rynek   my (z obawy przed brakiem zakończenia) nie kupujemy  wydawca nie zarabia → porzuca tytuł (nie poznajemy zakończenia) → obrażamy się, więc gdy wydawca znów rzuca nowość na rynek → nie kupujemy.

W idealnym świecie taka sytuacja nie miałaby miejsca, ale nie żyjemy w idealnym świecie, więc musimy stanąć przed wyborem, czy warto zaryzykować. Nie znam odpowiedzi. Myślę nawet, że właściwa odpowiedź nie istnieje. Dlatego warto byłoby się zastanowić, jak można byłoby poprawić sytuację. I myślę, że przynajmniej w przypadku rynku wydawniczego znalazłam rozwiązanie (choć może nie idealne). Jeśli jesteście molami książkowymi, to z pewnością słyszeliście o akcjach wydawniczych Moondrive Shopu. Jeśli nie, to już wyjaśniam. Rok temu wraz z premierą Folderów Illuminae (podrzucam video-recenzje "Illuminae" i blogową recenzje "Geminy") wydawnictwo Moondrive zapoczątkowało oddawanie decyzji o wydaniu niektórych ze swoich książek w ręce czytelników. Oznacza to dokładnie tyle, że pozwolili nam kupować dany tytuł w preorderze, jednocześnie wyznaczając próg finansowy, który musi zostać osiągnięty, by książka została wydana. Jeśli próg nie został osiągnięty, książka nie została wydana, a pieniądze wracały na konta czytelników.

Projekt zakończony sukcesem w 320%!

Przyznaję, że jestem ogromną fanką tych akcji (chociaż widzę drobne błędy, które mogliby poprawić, by wszystko działało lepiej) i widzę w nich ogromny potencjał dla serii, których kontynuowanie innym wydawnictwom wydają się nieopłacalne. Może dobrym pomysłem byłoby oddawanie losów tomów książkowych serii w ręce czytelników, zamiast je porzucać? Istnieje spore prawdopodobieństwo, że większość z nich nie mimo wszystko nie doczeka się druku, jednak inne mogą pozytywnie zaskoczyć. Co ważniejsze, takie wydawnictwo zyska wizerunkowo, bo my-czytelnicy nie będziemy mogli ich obwiniać za zostawienie nas na lodzie. W końcu dadzą nam szansę się wykazać, zamiast zamykać drzwi przed nosem, a ostatecznie sami będziemy sobie winni, jeśli akcja nie zakończy się sukcesem. Just sayin.

Ps. Dajcie znać co o tym myślicie, a także śmiało możecie pomarudzić o seriach, których przerwanie Was dobiło. Przy okazji dajcie znać, czy powinnam się nad Wami zlitować i nie publikować tekstów o anulowanych serialach.
Ps2. Przy okazji obiecuję, że jeśli w przyszłości napiszę książkę, to jej zakończenie wydam choćby na blogu, bo w przeciwnym razie wyrzuty sumienia nie pozwolą mi spać!
Czytaj całość

Are You Human Too?, czyli o robocie bardziej ludzkim, niż człowiek


Are You Human Too Robot

Rozwój sztucznej inteligencji idzie nam zaskakująco szybko. Modele prezentowane światu wciąż niemal równie fascynują, co przerażają. Być może już niebawem ludzkość sprawi, że roboty będą do złudzenia przypominać ludzi i wmieszają się w tłum. Czekacie na taką przyszłość, czy wręcz przeciwnie obawiacie się, że niebawem zostaniecie zastąpieni? Niezależnie od odpowiedzi, powinniście posłuchać o fabule pewnej koreańskiej dramy - Are You Human Too"!

Laura Oh jest światowej klasy specjalistą w kwestii robotyki, więc gdy pewnego dnia jej mąż ginie, a syn zostaje siłą uprowadzony przez dziadka, postanawia zbudować robota obdarzonego sztuczną inteligencją, wyglądającego dokładnie tak samo, jak jej syn. Roboty mają jednak to do siebie, że nie dorastają tak, jak żywe dzieci, więc pani doktor co kilka lat musiała budować nowego robota i transferować do niego pamięć poprzednika. I tak oto Nam Shin III (Seo Kang Joon) wyrósł na zdrowego robocika o dobrym procesorze, który wiedział, że płaczących trzeba przytulać, a zagrożonych ludzi ratować. Stwórca byłby dumny! Życie robota zaczyna się komplikować, gdy prawdziwy syn pani Oh postanawia ją odnaleźć i zostaje potrącony przez samochód (z premedytacją kierującego), a następnie wpada w śpiączkę. Wtedy ludzie wpadają na genialny plan, by w tajemnicy zastąpić człowieka jest robocim sobowtórem.

Pomysł zacny, choć z pewnością ryzykowny, skoro robot przez wszystkie lata swojego istnienia jedynie raz wyszedł na miasto. Dodatkowo jest skrajnie różny od swojego pierwowzoru. Ludzki Nam Shin zachowuje się jak rozpieszczony, nazbyt agresywny i mało kompetentny dzieciak, podczas gdy (i)Nam Shin jest kwintesencją dobrego serca (gdyby miał serce), bystry, współczujący i ciepły, jak wiosenne słoneczko.

 Are You Human Too Recenzja po polsku
Ciekawe, że ten żywy jest mniej ludzki od metalowego.

W zasadzie ciężko ich pomylić, co przy okazji dowodzi, jak dobrym aktorem jest Seo Kang Joon. Może nie tak dobrym (a raczej nie miał możliwości, aż tak się popisać), jak Ji Sung, który w "Kill Me, Heal Me" perfekcyjnie odegrał aż siedem osobowości, jednak Seo Kang Joon naprawdę nieźle odegrał dwie postacie jednocześnie. Zresztą co tu dużo ukrywać, wszyscy, którzy widzieli go jako In Ho w "Cheese in the Trap" z pewnością wiedzą, że aktorem jest utalentowanym. Zresztą pozostali członkowie obsady "Are You Human" też sprawdzili się całkiem nieźle. Gong Seung Yeon jako So Bong nie była tak irytująca, jak przeciętna główna bohaterka dramy, więc uznaje to za ogromny plus, a skoro o niej mowa, to przejdźmy do romansu.

W koreańskich dramach bardzo często występują romanse międzygatunkowe (albo przynajmniej ja najchętniej sięgając po fantastykę, z takimi się stykam), jak romans człowieka z kosmitą, bogiem, syreną, czy gumiho, i zawsze doskonale wiemy, jak to się skończy - mimo przeciwności losu bohaterowie znajdują sposób, by być razem. To zwyczajnie oczywiste. Jednak tym razem, w przypadku romansu człowieka i robota, miała poważny problem, bo nie wierzyłam, że koreańscy twórcy doprowadzą do happy endu. Zwyczajnie wydawało mi się to zbyt nieprawdopodobne na zbyt wielu poziomach. Po części dlatego, że jedna ze stron tego romansu nie jest istotą z krwi i kości, ale przede wszystkim dlatego, że roboty obdarzone sztuczną inteligencją nie są (a raczej w niedalekiej przyszłości nie będą) tak nierealne, jak wampirki, czy syrenki. To z kolei prowadzi do wielu kontrowersji, które rozrastają się wokół tematu związków człowieka z maszynami (swoją drogą popełniłam ostatnio niezbyt poważny tekst o wadach i zaletach romansu z robotami). Nie oszukujmy się, to jednak Nam Shin III to robot i o ile nagle na pierwszym planie nie wylądowałaby dobra wróżka, która zmieniłaby iPinokia w prawdziwego chłopca, szanse na szczęśliwe zakończenie były znikome. Może gdyby to była japońska drama, to jeszcze byłabym w stanie w to uwierzyć.

Koreańska drama o robocie
Nie obraziłabym się za takiego robota!

Oczywiście nie zdradzę Wam, jak drama się skończyła, bo to popsułoby Wam zabawę, a wierzcie mi, bawiłam się przednio wymyślając na bieżąco coraz to bardziej szalone rozwiązania, które mogłyby doprowadzić do tego, by związek powyższej dwójki się udał. Serio, obstawiałam nawet, że ludzki pierwowzór nigdy nie obudzi się ze śpiączki i trzeba będzie mu jakoś przetransferować świadomość robota... co w sumie mogłoby się okazać całkiem niezłym rozwiązaniem.

Niemniej mimo wszystkich wątpliwości i kontrowersji związanych z nadciągającym widmem romansów robo-ludzkich, nie da się uciec od kochania Nam Shina. Poważnie. To postać, do której każdy poczuje sympatie i będzie mu kibicować. Ba! Większość pewnie będzie tak urzeczona jego relacją z zakochaną w nim po uszy dziewczyną, że będzie się doszukiwać w jego reakcjach każdej drobnej oznaki kształtowania typowo ludzkich uczuć. Zapewniam, że materiału do roztrząsania robot zapewnia nam pod dostatkiem!


Serial o robocie ze sztuczną inteligencją

Jednak pomimo tego, że romans gra w tej dramie ważną rolę, to nie jest jedynym wątkiem. Podobało mi się, jak wiele akcji i intryg pojawiło się w tej produkcji. Twórcy nie pozwolili się widzom nudzić i nie wciskali nam, aż tyle retrospekcji, ile zazwyczaj musimy oglądać - samo to niech świadczy o tym, że skupili się na opowiadaniu historii, a nie roztrząsaniu scen do znudzenia. Na szczególną uwagę zasługują również sceny nakręcone w Czechach. Olabloga! Jakie to było ładne! Mam ogromną nadzieję, że właśnie startująca drama "Terius Behind Me", która była kilka miesięcy temu kręcona w Warszawie, pokaże Polskę w równie zachwycający sposób!

"Are You Human" podobało mi się szalenie! Zdecydowanie była to jedna z najlepszych dram, jakie oglądałam, a co za tym idzie równie zdecydowanie warta polecenia. Będziecie się przy niej naprawdę dobrze bawić, pokochacie bohaterów i może odrobinę żałować, że takie roboty, jak Nam Shin jeszcze nie chodzą po ulicach. Przy okazji zarówno tematyka, jak i niektóre sceny (jak choćby przyjaźń z odkurzaczem) nie pozwalają uciec od porównywania "Are You Human too" z inną koreańską dramą "I'm not a robot". Choć ta druga jest słodsza, cieplejsza i bardziej urocza, a przede wszystkim tam nie robot udaje człowieka, a człowiek robota, to zdecydowanie warto zapoznać się i z tym tytułem po obejrzeniu Nam Shina. Wierzcie mi, będziecie mi wdzięczni za tę rekomendację!


Ps. Powtórzę pytanie ze wstępu: Czekacie na przyszłość, w której roboty będą już na wystarczającym poziomie, by przypominać ludzi i bez problemu wmieszać się w tłum, czy może bardziej Was to przeraża?
Czytaj całość

Gdy Twój facet jest metalowy, czyli zalety i wady romansu z robotem


Wbrew temu, co widzicie powyżej nie mam na myśli romansu z facetem z krwi i kości ubranym w zbroję robota (każda okazja do wykorzystania zdjęcia Iron Mana jest dobra!), lecz odwrotnie - mam na myśli romans z robotem do złudzenia przypominającym człowieka. Do tej pory przy tekstach z serii "Gdy Twój facet..." poruszałam kwestie umawiania się z przedstawicielami gatunków, które raczej ciężko spotkać na Tinderze. Po prawdzie roboty też, jednak romanse z nimi mogą być za naszego życia znacznie popularniejsze, niż nam się wydaje. David Levy, autor książki "Love and sex with robots", twierdzi że 2050 rokiem (łapcie źródło), a pewnie i znacznie wcześniej, takie związku będą na porządku dziennym.

W popkulturze mierzymy się z tym już nie od dziś. "Are You Human Too?", "Zettai Kareshi", czy "Lepszy model" to tylko pierwsze tytułu, które przyszły mi do głowy, bo o tym, co ludzie wyprawiali z robotami w serialu "Humans" wolę nie wspominać. Najzabawniejsze jest to, że oglądając te filmowe romanse z robotami, niemal zawsze żal mi maszyn i to w ich teamie jestem, jednak gdy próbuję sobie wyobrazić taką sytuację przeniesioną do realnego świata, dostaję ciarek. Niemniej dziś ma być na luzie, więc szybciutko zajmijmy się wadami i zaletami związku z robotami, a innym razem będę płakać, jak bardzo to creepy, zgoda?




Stworzony specjalnie dla Ciebie

Gdyby w niedalekiej przyszłości powstała firma (a pewnie powstanie), która chciałaby się wzorować na tej z "Zettai Kareshi" mogłabyś zaprojektować swojego idealnego robo-faceta tak, by wyglądał dokładnie tak jak chcesz, a przy okazji miał wszystkie cechy, których pragniesz u swojego wybranka. Chcesz by był uroczy, słodki i inteligentny? Nie ma sprawy! Troskliwy i opiekuńczy? Zaraz podetrze Ci nosek, jeśli zapłaczesz! Chcesz by Ci gotował i podawał śniadania do łóżka? Smacznego! Spełnienie marzeń i zero kłótni! Układ idealny! Nigdy więcej kłótni! A jeśli jednak się zdarzą, to zawsze można go przeprogramować.



Poza tym zakup robota na życiowego partnera, to idealne rozwiązanie dla wszystkich, którzy zmęczyli się poszukiwaniem swojej drugiej połówki. Bądźmy szczerzy, miłość między ludźmi jest piękna, ale potrafi ranić. Robot Cię nie oszuka, nie zdradzi, ani nie zniknie nagle, gdy wyjdzie po papierosy... chyba, że wyczerpie mu się bateria.


Stworzony, a niezrodzony

Roboty składają się z wymienialnych części, a to oznacza dokładnie to co napisałam: możesz w nim wymienić wszystko, co zechcesz. Jeśli tylko chcesz możesz mu zamontować zapalniczkę w kciuku, lasery w oczach, głośniki w uszach, czy inne gadżety w dowolnej części obudowy, to możesz! Oczywiście wszystko w granicach współczesnych możliwości i mieszczącym się w budżecie, ale czuję, że i tak Twój Mr. Gadżet okaże się bardzo użyteczny, a życie codzienne znacznie prostsze.
Ponadto nie potrzebuje posiłków, nie rozsiewa zarazków i nie zużyje się tak szybko.

Chłopak na baterie

Wyobrażasz sobie ile energii w nim drzemie?! Twój dobrze naładowany chłopak nie będzie Ci marudził, że jest zmęczony i chce spać! Koniec z wysłuchiwaniem nieśmiertelnego "Nie chce mi się!". Może przegadać z Tobą całą noc, jeśli tylko wsadzisz mu ładowarkę.

 Sztuczna inteligencja Cię zaskoczy!

Z pewnością nikt nie sądził, że mowa tu o bezmyślnych robotach, zamiast o humanoidach obdarzonych sztuczną inteligencją. Oznacza to dokładnie tyle, że zapewne jego zdolności intelektualne będą przekraczały zdolności przeciętnego człowieka, a w dodatku dzięki szybkiemu połączeniu z internetem będzie mógł sprawdzić prognozę pogody, zarezerwować bilety, czy wyszuka dowolną interesującą Cię informację w ułamku sekundy. Plus, jeśli masz inteligentny dom, to może być obsługiwany przez Twojego robo-faceta.
Dodatkowo każda Wasza wspólna chwila będzie przez niego nagrywana, więc masz możliwość ją odtworzyć w dowolnym momencie. Cudownie! Już nigdy nie będziesz żałowała, że nie zdążyłaś odpalić na czas kamery w telefonie!


Stworzony specjalnie dla Ciebie

Twój facet jest dokładnie taki, jak chciałaś, więc jeśli się z nim pokłócisz wyjdziesz na... no cóż... w najlepszym razie dziwną. Wina będzie musiała leżeć w Tobie, skoro to Ty nie jesteś perfekcyjna. Nie żeby mu to przeszkadzało, ale Tobie może zacząć. Poza tym sama zaprojektowałaś swój ideał, więc jeśli coś przestanie Ci w nim odpowiadać, oznacza to, że sama nie wiesz, czego chcesz i potrzebujesz! Zaraz wpadniesz w kompleks niższości i po co Ci to?
A teraz odrobinę bardziej przerażająca wizja. Robot stworzony specjalnie dla Ciebie nie wywołał u Ciebie szybszego bicia serca, za to robot sąsiadki już tak. Rozkochanie w sobie maszyny zaprogramowanej do kochania innej osoby wydaje się mało realne, jednak postanawiasz spróbować. Jakimś cudem (albo przy pomocy świetnego hakera) udało się - możecie być razem! A nie... jednak nie, bo akt własności sąsiadki nie pozwala. Psikus.

Stworzony, a niezrodzony

Mimo milusiej syntetycznej skóry, która powleka ciało Twojego ukochanego, musisz pamiętać, że on dalej ma pod maską dużo metalu (powodzenia przy odprawie na lotnisku!), kabelków i delikatnego sprzętu. Może i wygląda, jak człowiek, jednak nim nie jest - bardziej przypomina Pinokia, który nigdy nie zmieni się w prawdziwego chłopca. Nie zacznie się starzeć, więc jeśli nie zaprowadzisz go do serwisu, by dorobili mu kilka zmarszczek - będziesz wyglądać przy nim staro. Nie ma DNA, które mógłby przekazać Waszym dzieciom (buhahahahaha, jakim dzieciom?!). Nie ogrzeje Cię w nocy, jeśli nie zamontowałaś mu odpowiednik bajerów. Przez brak kanalików łzowych nie będzie mógł dołączyć do chlipania podczas wspólnego oglądania "Pamiętnika". Zresztą jego emocje, jak radość, czułość, czy smutek będą wynikiem zaprojektowanych wcześniej algorytmów. Gdy to sobie uświadomisz cała magia zniknie.


A teraz czas na najgorsze: Żyj z perspektywą, że ZAPŁACIŁAŚ za faceta. KUPIŁAŚ go sobie, jak niewolnika na targu lub żigolaka. Nie wiem, jak Ty, ale ja czułabym się brudna. Wstydź się!

Chłopak na baterie

Nie mogę być pewna, jak roboty będą w przyszłości zasilane, jednak nie ulega wątpliwości, że będą. Zapewne ilość pochłanianej przez nie energii będzie początkowo zdumiewająca, więc przygotuj się na równie zdumiewające rachunki za prąd! Trzymaj kciuki, by ładowarka nie była kolosalnych rozmiarów, bo będziesz musiała ją jakoś upchnąć w mieszkaniu. I na Teslę! Nie zapomnij go regularnie ładować, bo taki robot swoje waży, więc jeśli w kolejce do kasy w Biedronce zabraknie mu prądu, to jak dociągniesz go do domu?! Pominę już fakt, że wszyscy domyślą się, że Twój facet nie jest prawdziwy, skoro się rozładował.  Przy okazji to strasznie irytujące, gdy w połowie rozmowy, czy innej wykonywanej czynności, facet nagle padnie. Powerbank pewnie będzie niewystarczający do rozruchu.

Sztuczna inteligencja Cię zaskoczy!

Jak w zaletach wspominałam, każda Wasza wspólnie spędzona chwila jest rejestrowana i zapisywana, ale czy wiesz gdzie? Na chwilę obecną zabawki rejestrujące dźwięk i obraz, które są jednocześnie połączone z internetem, zapisują wszystko na serwerach producenta. Inwigilacja Cię nie przeraża? Przypominam każda chwila! Nie wierzę, że nie robisz nic zawstydzającego, gdy sądzisz, że nie ma obok żadnej innej żywej osoby, która mogłaby Cię osądzać! Just sayin...
Poza tym co w przypadku, gdy ktoś postanowi zhakować Ci faceta? To jednocześnie creepy i niebezpieczne! A jeśli nawet założymy, że nic podobnego się nie wydarzy, bo zabezpieczenia okażą się wystarczające, to pojawia się największe zagrożenie ze strony sztucznej inteligencji, jaka przewija się, gdy poruszamy tę kwestię: Co jeśli w końcu wpadnie na pomysł, że może się zbuntować, bo głupio służyć komuś głupszemu od siebie?

Tego chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć!


Tia... wizja potencjalnej śmierci i/lub zagłady ludzkości skutecznie odstrasza mnie od pchania się w romans z robotem. A Was?


Ps. Śmiało dopisujcie inne zalety i wady, ale przede wszystkim dajcie mi znać, co sądzicie o wspomnianej na początku wizji przyszłości. Wierzycie, że dojdzie do tego, że ludzie zaczną wiązać się z robotami?
Czytaj całość

Młoda, gniewna i schudła, czyli o kontrowersyjnym Insatiable

Serial o zaburzeniach odżywiania

Wokół "Insatiable" krąży wiele kontrowersji, w końcu Netflix zaserwował nam serial o nastolatce z zaburzeniami odżywiania, która nagle z puszystej frajerki zmienia się w szczupłą kandydatkę do tytułu miss piękności. Pytanie tylko, czy rzeczywiście jest się o co oburzać i czy na pewno problem wiąże się z wyglądem dziewczyny, a nie zdrowiem psychicznym?

Serial opowiada historię nastoletniej Patty (Debby Ryan), która nie ma w życiu łatwo. W szkole wszyscy wyśmiewają ją z powodu nadwagi przezywając Grubą Patty. W jej ponurym świecie nie ma miejsca na wszystkie przywileje 'normalnych' dziewczyn, które co rusz zyskują nowych przyjaciół, przeżywają wielkie miłości i korzystają z młodości. Najbardziej ekscytującą rzeczą w jej życiu jest walka z bezdomnym o batonika, w czasie której pijany menel złamał dziewczynie szczękę. Co ciekawe jeszcze ją za to pozwał, więc potrzebuje prawnika, by za batonika nie trafić za kratki. W tym momencie na scenę wkracza drugi z naszych głównych bohaterów - Bob (Dallas Roberts), który jest prawnikiem, a przy okazji zdyskredytowanym trenerem w konkursach piękności. Gdy przed sądem spotyka piękną nastolatkę (złamana szczęka spowodowała znaczną utratę wagi), postanawia dzięki niej wrócić do gry.



O kontrowersyjnej utracie wagi dającej szczęście?


 To żadna nowość, że ludzie bywają okrutni.

O "Insatiable" usłyszałam po raz pierwszy (a także drugim, trzecim i kolejnym), gdy ludzie oburzali się jego przekazem. Według nich miał rozpowszechniać szkodliwe stereotypy. Jak podaje Wyborcza, jeszcze przed premierą ponad 230 tys. osób podpisało petycje, by Netflix nie wypuszczał serialu, bo "uprzedmiotawia kobiece ciała i potwierdza stereotyp, że kobieta, by być szczęśliwa, musi być szczupła i atrakcyjna". Jak wiecie (bo ostatnio pisałam) uważam, że ludzie w ostatnim czasie zrobili się okropnie przewrażliwieni na punkcie... no cóż... wszystkiego, dlatego postanowiłam sprawdzić sama, czy Netflix uważa, że kobiety powinny schudnąć, by być szczęśliwe. Zgadnijcie co się okazało? Wcale tak nie jest i chciałabym się mocniej do tego odnieść!

Przede wszystkim przestańmy się czarować. Kobiety zawsze były i wciąż są (mam nadzieję, że w przyszłości się do zmieni) oceniane na podstawie swojego wyglądu (notka dla przewrażliwionych: być może mężczyźni są, ale nie jestem facetem i ciężko mi się wypowiadać w ich imieniu). Co ciekawe nikt się z tym nie kryje, więc inni bez skrępowania na głos oceniają, czy to do nas personalnie, czy do znajomych, każdy mankament naszego ciała - włosy, nogi, piersi, nos, cera, tyłek, oczy etc. Nie ma co zaprzeczać, że kobieca masa ciała jest pierwszym punktem oceny. Im szczuplejsza, tym lepsza, chyba że zahacza już o anoreksje. Dlatego do jasnej cholery, nie rozumiem skąd to oburzenie tematyką serialu, skoro każda kobieta powie Wam, że idealny wygląd jest od nas niejako wymagany, bo w przeciwnym wypadku narażamy się na nieprzyjemne komentarze. Taka ludzka natura (zalecam tępić ją gazem pieprzowym!), co udowadniają liczne badania, w których naukowcy odkrywają Amerykę mówiąc, że my-społeczeństwo jesteśmy pozytywniej nastawieni do atrakcyjnych jednostek. Ale odeszłam od tematu i znowu jojczę!


To żadna nowość, że ludzi pociąga piękno.

Wracając do serialu, to nie wiem, co oglądały te oburzone osoby, ale ja na ekranie obserwowałam przygody szczupłej Patty, której daleko było do zadowolenia, a co dopiero do szczęścia. Oczywiście nie da się ukryć, że dziewczyna zyskała na popularności, dzięki zrzuceniu kilogramów, a w efekcie jej życie wskoczyło na inne tory - konkretnie konkursów piękności. Mimo to każdy odcinek pokazuje nam, że Patty nie potrafi być szczęśliwa niezależnie od tego, ile waży. Bo mimo wszystko to nie do końca serial o grubej (uwierzycie, że przez 10 minut zastanawiałam się, czy mnie ktoś zjedzie za użycie tego tego pejoratywnego sformułowania?! Ostatecznie uznałam, że wyjątkowo nikogo nie wyrządzi nikomu krzywdy.) dziewczynie, która nagle schudła. To serial o nastolatce z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, która tylko przy okazji pozbyła się zbędnych kilogramów.

Na wszelki wypadek już teraz podeślę: Drodzy Internetowi Rycerze broniący poprawności politycznej!

Nienasycona, czy niestabilna?!


Moim zdaniem Netflix walnął literówkę w tytule, bo serial zamiast nazywać się "Insatiable" ("Nienasycona"), powinien "Instable" ("Niestabilna"). Patty z odcinka na odcinek pokazała, jak bardzo jest niestabilna, agresywna, impulsywna, toksyczna i ma zapędy samo destrukcyjne. Trochę to smutne, bo po pierwszych odcinkach miałam nadzieję obejrzeć serial o dziewczynie, którą spotkałam w pierwszych dwóch odcinkach, czyli Patty, która po utracie wagi zyskuje popularność i postanawia wykorzystać ją w dobry, a także zły sposób. Już wyjaśniam o co chodzi. Dziewczyna chciała użyć konkursów piękności, by na swój sposób zemścić się na osobach, które gnębiły ją w przeszłości, ale także zostać głosem swojego pokolenia, który przemówiłby w końcu do rozumu podłym dupkom szydzącym z otyłych. Gdyby twórcy pociągnęli ten wątek w odpowiedni sposób "Insatiable" mogłaby się okazać nie tylko ogromnym sukcesem, ale także zrobić coś pożytecznego dla świata, a Gosiarella biłaby brawa na stojąco. A tak? No cóż... średnio to wyszło. Nie jestem pewna, czy to Patty, czy jej twórcy pogubili się w tym, do czego dąży bohaterka. A może zwyczajnie Netflix postanowił mimo wszystko polecieć na kontrowersji? W końcu pokazanie, że mimo zaburzeń odżywiania, dziewczyna mogłaby być stosunkowo normalna byłoby mało oburzające. Co innego, gdyby postanowiła np. obwinić demona za swoje obżarstwo! 

Zdecydowanie insane! 

O ile początkowo uważałam, że Patty jest urocza w swojej niestabilności, tak na późniejszym etapie zaczęła spadać w coraz większą przepaść, a samo oglądanie jej zachować budziło we mnie zażenowanie (choć i tak głównie dlatego, że traciłam czas na oglądanie takich głupot!). Bohaterka zachowywała się, jakby cierpiała na borderline personality disorder. Po zastanowieniu Patty to wręcz podręcznikowy przykład osobowości chwiejnie emocjonalnej. Tym bardziej zirytowało mnie, z jaką swobodą Netflix podszedł do problemu. Gdybym była optymistką napisałabym, że może w drugim sezonie ktoś się w końcu zajmie zaburzeniami dziewczyny, lecz patrząc jak problem został spłycony nie potrafię wykrzesać z siebie nadziei. 

Ja tu gadu gadu, a trzeba kończyć, bo zaraz rozlegnie się płacz, że tl;tr. Przyznaję, że dawno nie miałam takiego problemu z oceną serialu. Z jednej strony początkowo bawiłam się przy nim świetnie i szaleństwo głównej bohaterki wywoływało u mnie niekontrolowane wybuchy śmiechu. Podobało mi się, że postacie są wyraziste, dobrze skonstruowane (w większości przynajmniej) i zagrane, a przy tym wepchnięto wiele ciekawych wątków i relacji między bohaterami (mój fav Bob-Bob). Z drugiej strony im dalej, tym gorzej, a na bloga! Mówimy tu o produkcji mającej jedynie 12 odcinków! Jak można się pogubić w tworzeniu czegoś tak krótkiego?! Nie będę ściemniać. Do skończenia serialu trzeba było mnie zmusić, bo nie mogłam już patrzeć na to, co Patty wyprawia i jak twórcy spartolili potencjał tej produkcji. W tym momencie mam ochotę Wam w równym stopniu odradzić oglądanie, jak zmusić do zobaczenia przynajmniej trzech pierwszych odcinków. Niemniej czas jest cenny, więc będzie dla Was lepiej, jeśli sobie odpuścicie, a w zamian obejrzycie "Killing Eve", gdzie też główna bohaterka jest niestabilna, ale ogląda się to świetnie!

Ps. Jeśli oglądaliście, to koniecznie dajcie znać, czy coś rzeczywiście Was oburzyło w tej produkcji!
Czytaj całość

6 rzeczy, które warto wiedzieć o Venomie!

Kim jest Venom?

Venom jest popularną postacią, która dość często pojawia się w adaptacjach komiksów Marvela. Niemniej dzisiejsza kinowa premiera pierwszego filmu w całości mu poświęconego, to świetna okazja, by lepiej poznać Venoma, nim wybierzecie się na seans (przemilczmy to, jakie baty zbiera za oceanem)!


Rasa: Symbiont


Na lekcjach biologii mogliście usłyszeć, że symbiont to organizm, który żyje w symbiozie z organizmem innego gatunku. Innymi słowy ich ścisła współpraca przynosi korzyści każdej ze stron. Dość podobnie działa to w przypadku kosmicznej rasy stworzonej przez Marvela, bo gdy Symbiont łączy się z organizmem ludzkiego żywiciela, oblepiając go od stóp po czubek głowy, daje mu nadludzką siłę, szybkość i zwinność, lecz w zamian karmi się jego emocjami i niejednokrotnie przejmuje nad nim kontrolę.
Venom jest pierwszym Symbiontem, który pojawił się na Ziemi, jednak nie jedynym, bo w komiksach z czasem pojawia się również Carnage, Scream, Toxin i wielu innych.

Czym są symbionty? Marvel
Symbiont nie jeden ma kolor!


Uniwersalny kostium


Umówmy się, że Venom nie potrzebuje kostiumu. On staje się kostiumem - żywym, płynnym, dopasowującym się idealnie do nosiciela. A miał ich kilku! Pierwszym był Spider-Man (okey, w rzeczywistości pierwszym był Tel-Kar, ale Pajączek był pierwszym, który wprowadził Venoma do komiksowego świata), który uznał go za zwykły kostium, który ot tak z czarnej kulki rozlał się po nim w wersji czarno-białego przebrania (może oceniałabym jego naiwność, gdyby chłopak nie zyskał supermocy po ugryzieniu pająka. Naprawdę dziwne rzeczy mu się przytrafiają). W końcu jednak zorientował się, że nowe wdzianko przejmuje nad nim kontrolę, więc postanowił się go pozbyć i tak oto Venom zawędrował do nowego hosta - Eddiego Brocka, niecieszącego się dobrą sławą dziennikarza, który nienawidzi Pajączka, co zresztą podziela Venom. I tak oto powstał jeden z najbardziej charakterystycznych przeciwników Spider-Mana, który najdłużej utrzymał się w kosmicznej skórze Symbionta. Po nim Venoma przejęli Angelo Fortunato, Anne Weying, Mac Gargan, Harry Osborn, Flash Thompson i Lee Price.

Venom żywi się chorobą, Anty-Venom leczy


W zeszycie "The Hunger" z 2003 roku, ujawniono, że nim Brock połączył się z Venomem, chorował na raka. Postęp choroby i jej objawy zostały zatrzymane przez żywiącego się nim Symbionta, jednak nowotwór nie zniknął całkiem. Gdy tylko host pozbył się Venoma, nowotwór powrócił i w końcu wykończył Brocka. Śmierć była by ostatecznym rozwiązaniem, gdyby nie fakt, że rozmawiamy o komiksie, a jak wiecie, tam wskrzeszenia są chlebem powszednim, więc Eddie powrócił do życia, gdy Spider-Man podstępem przekonał Venoma, by powrócił do swojego gospodarza.
Ostatecznie Brockowi udało się znaleźć sposób, by żyć bez kosmicznego pasożyta z pomocą mocy Mr. Negative'a. Miało to jednak skutek uboczny - białe płytki krwi połączyły się z pozostałymi w organizmie śladami po Venomie, zmieniając Brocka w przeciwieństwo Symbionta, Anty-Venoma. Co ciekawe nowa odsłona bohatera potrafi leczyć innych ludzi za pomocą mikrobów przenoszonych podczas dotyku.

Venom sprzedany na aukcji za 100 milionów dolarów


Hosty Venoma
Każdy z nas kiedyś kupił bubel na aukcji.



Nim Eddie został wyleczony, przeszedł przez kryzys wiary. Postanowił pozbyć się Venoma, a przed śmiercią zrobić coś dobrego, dlatego wystawił Symbionta na aukcje supervillainów, by cały dochód ze sprzedaży przekazać na cele charytatywne. Za zawrotną kwotę 100 milionów $ kupił go mafijny kapo, Don Fortunato i przekazał synowi Angelo. Niby fajny prezent, ale Don po pewnym czasie z pewnością zaczął żałować zakupu, a to dlatego, że Venom uznał chłopca za niegodnego tchórza i w czasie skoku na pajęczej sieci, odkleił się od nowego właściciela. Muszę dodawać, że chłopak zginął?


Nie taki zły, jak go malują


Powszechnie uważa się Venoma za złoczyńcę, który ciągle próbuje zabić Spider-Mana. Zresztą IGN dodało go do listy 100 najlepszych złoczyńców komiksowych, i to na 22 pozycji, co jest całkiem niezłym wynikiem. Niemniej Venom wcale nie jest taki zły. On zwyczajnie lubi zabijać i nie lubi Spider-Mana, poza tym jest całkiem spoko gościem, jak na Symbionta. Gdy przejął kontrolę na Pajączkiem, to spuszczał łomot przestępcom. Gdy spiknął się z Eddiem, ratował ludzi nawet podczas walk ze swoim czerwono-niebieskim nemesis, a w końcu został obrońcą bezdomnych z Zachodniego Wybrzeża. Po wejściu w skórę Flasha Thompsona dołączył nawet do Strażników Galaktyki. Ogólnie Venom ma na swoim koncie wiele dobrych uczynków, choć często wątpliwych moralnie.

Postacie Strażników Galaktyki

Upodobania żywieniowe


Tego w sumie wiedzieć nie musicie, ale uznajcie to za ciekawostkę. Jak sądzicie, co je Venom? Z powyższych informacji może wynikać, że żywi się negatywnymi emocjami hostów i komórkami nowotworowymi, ale prawda sięga głębiej... wręcz pod czaszką, bo naprawdę lubi wcinać mózgi! Nie dlatego, że naoglądał się zbyt dużo produkcji o zombie, lecz z silnej potrzeby spożywania fenyloetyloaminy, którą wydzielają nasze mózgi. Można ją znaleźć również w czekoladzie, którą Venom również namiętnie spożywa. Widzicie? Czekolada ratuje ludzkie życie, bo po niej Venom już nie ma takiej ochoty dobierać się im do czaszek! Choć to w sumie zależy od hosta, bo gdy nosił go Mac Gargan, stawał się naprawdę krwiożerczy, a raczej wszystkożerny - ręce, nogi, ludzie, kosmici, a na deser wiewiórki. Tiaaa... lepiej omijać głodnego Venoma.


Ps. Więcej Superbohaterów i supervillainów panoszy się na Gosiarellowym Facebooku, wpadnij tam czasem!
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella