Cress Marissy Meyer, czyli o Roszpunce uwięzionej wśród gwiazd


Każdy z nas wychował się na baśniach i zna najpopularniejsze z nich jak ta o Kopciuszku, Czerwonym Kapturku, czy Roszpunce. Co najwyżej mogły się różnić ich historie, które zawsze zmieniają się w zależności od tego, kto je opowiada (oryginalne różnią się od tych disneyowskich, co już doskonale wiecie z serii True Story). Marissa Meyer też postanowiła opowiedzieć je po swojemu, wrzucając ikonicznych bohaterów w futurystyczny świat będący na krawędzi kosmicznej wojny z Księżycowymi (czyt. mieszkańcami Księżyca).

W pierwszym tomie Sagi Księżycowej poznajemy Cinder - kopciuszka, który był cyborgiem i trafił na bal księcia Wspólnoty Wschodniej, Kaia. W drugim poznajemy Scarlett - rudowłosą dziewczyną w czerwonej bluzie z kapturem, która poszukuje babci, a trafia na Wilka. Wtedy też Książycowa królowa Levana atakuje Ziemię, a nasi bohaterowie odnajdują się i łączą we wspólnym celu - obaleniu Levany, uratowaniu Ziemii i posadzeniu na księżycowym tronie zaginionej księżniczki Selene. W trzecim tomie poznajemy ich kolejną sojuszniczkę, Cress - świetną hakerkę i księżycową skorupkę uwięzioną w satelicie orbitującym w kosmosie.

Jeśli po tym opisie Cress i zobaczeniu jej długich włosów zaplecionych w warkocz na okładce jeszcze się nie domyśliliście, że mamy do czynienia z Roszpunką 2.0, to zaczynam się martwić o Waszą znajomość baśni i/lub zdolność dedukcji. Po prawdzie wątpię, by ktokolwiek z Was na to nie wpadł, ale istnieje spora szansa, że znacie jedynie "Zaplątanych" Disneya, a oryginalna wersja baśni o Roszpucne stanowi dla Was jeszcze zagadkę, więc na wszelki wypadek i w ramach świetnej rozrywki podrzucam True Story o Roszpunce, bo dzięki jej znajomości będziecie mieć większą frajdę z czytania "Cress". A wierzcie mi, Marissa Meyer rewelacyjnie zagrała nawiązaniami do baśni braci Grimm. Książka składa się z czterech ksiąg, a każdą z nich zaczyna fragment baśni, dla przykładu:


Księga I: "Kiedy była zaledwie dzieckiem, czarownica zamknęła ją w wieży bez drzwi i schodów"


Księga II: "Czarownica ucięła jej złote włosy i wygnała ją na wielką pustynię"

Przyznaję się bez bicia, że odrobinę piszczałam, gdy wspomnianą wieżą okazała się sonda kosmiczna, a wielka pustynia... oh lord! sami się przekonacie! A co do samych bohaterów, to też wspaniałym zagraniem okazały się ich pobudki i charaktery. Zła czarownica była oczywiście wysoko postawioną Księżycową, która zlecała naszej biednej uwięzionej Cress liczne zadania. Niemniej to sama uwięziona księżniczka, a raczej dama w opałach, jak samą siebie lubi nazywać,  jest największym darem przeobrażenia gatunku. Cress to czyste złoto! Podobnie jak oryginalna Roszpunka jest niesamowicie płaczliwa, infantylna (a może po prostu rozmarzona? Zwał jak zwał.) i zwabia swojego wybawcę śpiewem, a że jest on kobieciarzem, to wszystko powinno pójść dobrze, prawda? Zwłaszcza że Cress już ułożyła sobie cały przebieg ich płomiennego romansu w głowie. No cóż... trochę nie wyszło. Kobieciarz mimo próśb nie chciał jej nawet pocałować, a przynajmniej nie od razu, bo najwyraźniej kapitan Thorne nie taki łatwy, jak mogłoby się wydawać. Wracając jednak do Roszpunki Cress, to muszę przyznać, że jest to cudowna postać. Trochę żyjąca w świecie wyobraźni i momentami brakuje jej wianuszka na głowie, w którym mogłaby sobie hasać po pustyni (gdy akurat nie płacze i nie próbuje całować Thorne'a), ale bardzo autentyczna, jak na kogoś, kto przez tyle lat żył w odosobnieniu. Poważnie, pokochacie Cress!

Bohaterowie Sagi Księżycowej | Fanart by LauraHollingsworth [Źródło]

Bardzo podobało mi się również, że autorka nie zapomniała o wcześniejszych bohaterach i każdy rozdział jest opowiedziany z perspektywy jednego z nich. Raz jest to Cress, innym razem Cinder, czy Scarlett, a jeszcze innym Kai, czy nawet Levana. Takie bogactwo postaci i wprowadzenie różnych perspektywy jest bardzo na plusie, a przy okazji nie powinno być problemu z pogubieniem się w postaciach. I chociaż niektóre rozdziały opowiadają głównie o łażeniu po pustyni (uwierzcie mi, sama byłam zaskoczona, że nawet łażenie po pustyni było ciekawie opisane), to podobało mi się, jak wszystko ponownie zmierzało do tego, by wszyscy bohaterowie mogli się ponownie spotkać i zacząć działać wspólnie, a gdy to się w końcu stanie, to będziecie na przemian zaliczać facepalmy i wybuchy śmiechu. Naprawdę zapomniałam już, jak ta seria jest zabawna, a skoro o tym mowa.

Ile najdłużej czekaliście na konkretną książkę? Przyznam się, że na "Cress", czyli trzeci tom Sagi Księżycowej Marissy Meyer czekałam sześć lat. Dokładnie tyle minęło od momentu, gdy Egmont porzucił jedną z moich ulubionych serii do chwili, gdy wydawnictwo Papierowy Księżyc wznowiło wydanie sagi na Polskim rynku i dotarło do wydania "Cress". I jako czytelnik chyba nigdy nie przestanę im być za to wdzięczna. W końcu jak często zdarza się, by porzucone serie dostały u nas drugą szansę? Nie znam statystyk, ale to moja pierwsza. Nie mam pojęcia, czy tak jak ja zaczynaliście przygodę z Sagą Księżycową w starym wydaniu, czy poznaliście ją dopiero w nowym tłumaczeniu i oryginalnej wersji okładkowej, więc jesteście na świeżo, ale jeśli w grę wchodzi ta pierwsza opcja, to mam dla Was małą ciekawostkę. Minęło sporo czasu (umówmy się, że sześć lat to niemało) od porzucenia serii, więc jeśli zastanawiacie się, czy warto wracać i czy aby nie wyrośliście z niej, to powiem na własnym przykładzie: Nie! Wręcz jako dorosła osoba jestem nią jeszcze mocniej oczarowana i wychwytuję więcej subtelnych nawiązań do oryginału i cieszę się, jak dziecko z relacji, które nawiązują się pomiędzy bohaterami. Dlatego warto wrócić do Sagi Księżycowej!


Istnieje szansa, że jestem zachwycona "Cress", bo czekałam na nią tak długo. Osobiście jednak w to wątpię, bo gdy na coś długo czekamy, to mamy względem tego wygórowane oczekiwania. Moje zostały spełnione. Bawiłam się świetnie podczas czytania fantastycznych przygód bohaterów, za którymi strasznie tęskniłam oraz nowych, których pokochałam od pierwszych stron. Wciągnęłam się strasznie, czego dowodem niech będzie to, że przeczytałam ponad 500 stron w dwa dni. Przede wszystkim jednak miałam świetny ubaw, bo książka nie dość, że została napisana w lekkim, łatwo przyswajalnym stylu, to dodatkowo z dużym humorem. Jedyne, o co jestem w tym momencie zła, to o to, że znów muszę czekać na kolejny tom. Daj Thorze, by tym razem to był jedynie rok, a nie sześć! Zwłaszcza że Śnieżka 2.0 już się pojawiła i jest uroczo trzepnięta!


Ps. Pytanie do Was: Jakie porzucone w Polsce serie chcielibyście, aby były wznowione?
Ps2. Ruszyła przedsprzedaż, a skoro robię za patrona, to mam dla Was niespodziankę! Na Gosiarellowym Instagramie jutro wystartuje konkurs, w którym do zgarnięcia będzie "Cress", więc koniecznie sprawdźcie, a przy okazji daję znać, że dziś ostatni dzień, w którym możecie tam powalczyć o "Warcross"!
Czytaj całość

Szkoła Zabójców, czyli serial o prywatnej szkole dla morderców

Serial o młodocianych zabójcach

Szkoły są różne. W większości z nich naucza się matematyki, biologii, języków obcych etc., w innych tańca, czy malarstwa, a w jeszcze innych magii i czarodziejstwa (choć mugole tę ostatnią uznają za fikcyjną), lecz "Szkoła Zabójców" przenosi nas do... no cóż... tytuł wyjaśnia to doskonale.

Akcja serialu "Deadly Class" przenosi nad do latach '80 ubiegłego wieku, gdzie poznajemy nastoletniego Marcus, który jako sierota oskarżony o zabicie dzieciaków z zakładu, z którego zbiegł, trafia na ulicę, gdzie ukrywa się przed przedstawicielami systemu, którego nienawidzi. Niemniej zarzucane mu przestępstwo zwraca uwagę nie tylko policji, ale także dyrektora szkoły dla nastoletnich zabójców, który postanawia go zwerbować. Wszystko mogłoby być idealne, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze Marcus nikogo nie zabił, a prawdziwy morderca gdzieś tam się czai. A po drugie dzieciaki w szkole zabójców uczniowie są takie same jak w każdej innej - trzymają się w grupach i lubią czuć przewagę nad tymi najniżej w hierarchii. 

Teoretycznie nie trzeba mieć dyplomu ukończenia szkoły zabójców, by kogoś zabić. Nawet seryjni zabójcy tego nie potrzebują, więc pytanie, które powinnam zadać, brzmi, czy zajęcia z zabijania są komukolwiek potrzebne? W zasadzie w każdej dziedzinie trzeba się odpowiednio podszkolić, by się rozwijać i osiągnąć perfekcję, więc dlaczego by nie? Poza tym w popkulturze mieliśmy już do czynienia z podobnym pomysłem choćby w "Nibynocy" Jay'a Kristoffa. Miałam nadzieję, że biorąc pod uwagę tytuł, serial skupi się w dużej mierze na przedstawianiu zabójczej szkoły od podszewki i będziemy mieli okazję przekonać się, jak się szkoli zabójców. Początkowo rzeczywiście tak było, choć w niewielkim stopniu i szybko o tym zapomniano. Szkoda, bo naprawdę liczyłam na ten wątek.

Wydaje mi się, że rocznik szkolny w takiej szkole byłby niepotrzebnym dowodem, ale zdjęcia z kartotek policyjnych mogłyby wyglądać oryginalnie. 
W zamian twórcy skupili się na bohaterach, przedstawiając również ich historię sprzed wpisaniem w poczet uczniów szkoły zabójców. I w tym momencie należą się wielkie brawa, bo retrospekcje były przedstawione w formie komiksowej, co nie dość, że wyglądało rewelacyjnie i ładnie wybijało się na tle normalnych scen, to dodatkowo podkreślało, że "Deadly class" jest adaptacją serii komiksów wydawanych przez Image Comics. Zresztą ogólnie oprawa wizualna serialu jest zachwycająca. Mocno przerysowana i brutalna, ale naprawdę zachwycająca! Ale ja jestem zakochana w mroku, więc mogę nie być obiektywna.



Jednak wracając do bohaterów, jestem odrobinę zawiedziona rekrutacją. Obiecano nam elitę, która miała się składać z najbardziej utalentowanych młodocianych zabójców oraz dzieci najpotężniejszych mafiozów, którzy mieli się wdrażać w rodzinne biznesy, a tymczasem dostaliśmy przedstawicieli typowych licealnych grupek (dla przypomnienia: z lat '80) od skinheadów i nazioli, przez dzieci księgowych, po czerwonych synów i azjatyckie córki Yakuzy. Okey, może nie tak wyglądali typowi licealiści z lat osiemdziesiątych, ale uznajmy to za stereotypy na sterydach. Osobiście liczyłam na bardziej prestiżową, a przede wszystkim bardziej utalentowaną i żądną krwi grupę. Chociaż z drugiej strony samych bohaterów polubiłam, bo byli wyraziści (czyt. przerysowani w dobrym znaczeniu) i potrafili zapisać się w pamięci widzów, chociaż niekoniecznie tym, czym powinni, bo dajmy na to mamy w szkole pacyfistę i dziewczynę, która pracuje na usługach zabójcy swojej rodziny. Że tak zapytam: what?!






W zeszłorocznych Różowych Ekranach, po emisji pilotażowego odcinka nazwałam "Szkołę Zabójców" największą serialową nadzieją roku 2019. Pomysł i realizacja mnie zachwyciły, lecz gdy nadeszły kolejne odcinki mój entuzjazm stopniowo topniał. Z epizodu na epizod było coraz słabiej, a po dziesiątym całkiem zapomniałam o dalszym oglądaniu. Dopiero po kilku tygodniach zorientowałam się, że przestały wychodzić, a dziesiąty był odcinkiem finałowym. Sami pomyślcie, jakie to było zakończenie sezonu, skoro nie zorientowałam się, że to koniec. No właśnie. Niestety nie do końca wiem, co poszło nie tak z samym serialem i dlaczego tak szybko się odkochałam. Niby wszystko było jak trzeba. Piękna oprawa, ciekawa plejada nastoletnich morderców, a w dodatku oprawa wprost cudowna. Już sam pomysł na fabułę krzyczy, że to coś idealnego dla mnie, a tu jednak psikus.

Twórcy chyba po drodze zapomnieli, o czym miał opowiadać ich serial, bo zamiast koncentrować się na tym, co nazwa sugeruje, zaczęli masowo wplatać dyskusje polityczne, nastoletnie problemy typowych licealistów (z tym że w ich przypadku rozstania naprawdę są krwawe) i wątki tak abstrakcyjne, że ciężko było wytrwać. Gadająca głowa, czy wyprowadzanie psychopaty na smyczy to jedno, ale cały odcinek stworzony ze zlepek halun po grzybkach to już inna kwestia. Cóż... przynajmniej nie można odmówić im czarnego humoru, choć mnie raczej nie bawił. Wolałabym coś mocniejszego i bardziej krwawego, a skoro nie poszli w tę stronę, to chociaż mogli rozbudować pomysł, zamiast robić paćkę właściwie nie wiadomo do kogo skierowaną, bo jeśli zwyczajnie chcieli pokazać szkołę z nietypowymi uczniami, to znam inny zeszłoroczny debiut, w którym znacznie lepiej to wyszło, "Legacies".


Wbijajcie na fanpage, bo to tam decydujecie o tym, jakie tytuły pojawią się na blogu, a przy okazji jest więcej opinii o serialach!


Ps. Z ciekawości i w formie researchu: Jaka jest Wasza ulubiona szkoła z popkultury?

Czytaj całość

Kim są Beta Readers i dlaczego pisarz ich potrzebuje?

Etapy powstawania książki

Załóżmy, że postawiliście ostatnią kropkę w swojej książce, więc wypadałoby ją oddać w czyjeś ręce, by mógł przeczytać. Pewnie chcielibyście, żeby zrobił to wydawca lub agent literacki (w zależności od sposobu, w jakim będziecie chcieli wydać książkę), jednak mam dla Was małą radę. Nim to zrobicie, znajdźcie betę, a najlepiej bety (tak, w liczbie mnogiej). No dobrze, ale zacznijmy od tego, kim jest beta i po co Wam ona?

Beta readers to pierwsi czytelnicy, przynajmniej w teorii, bo w rzeczywistości są oni królikami doświadczalnymi, na których możecie przetestować, jak się czyta spisaną przez Was opowieść.
Zauważyłam, że bety w Polsce jest kojarzony bardziej z fanfiction, niż samymi książkami, przez co utożsamia się ich pracę w dużej mierze z poprawianiem błędów językowych. W rzeczywistości Wasze bety będą miały inne zadanie - wytknięcie Wam wszystkich błędów, jakie popełniliście w swoim tekście, od błędów logicznych po fabularne, a jeśli przy okazji poprawią błędy, tym lepiej. Niemniej przede wszystkim, dzięki nim dowiecie się, jak odbiera książkę osoba, która jej nie napisała (czyt.: WY).

Pomyślcie o tym w ten sposób: Wy znacie historię, bo nim przelaliście ją na papier, mieliście ją w swojej głowie. Mogliście pominąć spisanie istotnej informacji lub zbyt ubogo wykreować świat (co w przypadku fantastyki może czytelnika zaboleć). Na pytanie, czy zrobiliście to sensownie, odpowie Wam beta, a przy okazji da znać, co sądzą o poszczególnych bohaterach, czy wątkach, a także, czy są w stanie przewidzieć, co się stanie w kolejnych rozdziałach. Jeśli napisaliście kryminał, a po trzech przeczytanych rozdziałach Wasze bety są w stanie wskazać mordercę, to coś poszło źle i należy nad tym popracować. Jeśli napisaliście wyciskający łzy z oczu romans, a Wasze bety nie polubiły bohaterów, to też nie najlepiej. Jeśli napisaliście horror, a Wasze bety chichrały się radośnie podczas czytania (a nie są żadnymi krwi psychopatami), to też dobrze byłby wiedzieć o tym zawczasu, nie sądzicie? Konstruktywna krytyka przyda się, by poprawić wszystkie błędy i zwiększyć szanse na zainteresowanie wydawcy/agenta swoim dziełem. A jeśli nie wierzycie mnie, to zaufajcie pisarce z krwi i kości:


„Warto znaleźć chociaż jedną osobę, do której ma się zaufanie i dać jej tekst do przeczytania, zanim zrobi się z nim coś więcej. Pisarz jest, a przynajmniej powinien być, związany emocjonalnie ze swoją książką. Zawsze coś umknie, bo autor często zna całą powieść już na pamięć, ale to, co dla niego jest oczywiste, nie musi takie być dla czytelnika. A chyba każdy chce wysłać do potencjalnego wydawcy tekst jak najlepszej jakości. Od tego jest beta, żeby pomóc. Przy okazji można się nauczyć brania krytyki na klatę, to się przydaje w zawodzie.” ~ Anna Bellon, autorka serii The Last Regret

I chociaż zdradziła mi, że uwielbia swoje bety, to muszę Was ostrzec, bety obudzą Waszą żądzę mordu. Umówmy się, że pisanie jest zazwyczaj dość osobistą rzeczą, w końcu tworzymy bohaterów, kreujemy światy i opisujemy historię, która rodzi się i żyje przez długi czas w naszej wyobraźni. Wielu pisarzy traktuje swoje książki jak bezbronne dzieci, które muszą bronić przed złem tego świata, a beta to osoba, która na Waszą prośbę okłada Waszego małego przedszkolaka workiem ziemniaków po głowie. Musicie się psychicznie przygotować na to, że nie polubi Waszych bohaterów, będzie wytykać im wady i narzekać na rzeczy, o których nawet nie myśleliście, że mogą być złe. A najgorsze jest to, że zamiast odgryźć im za to głowy, będziecie musieli podziękować. Takie życie, w końcu wytykają błędy dla Waszego dobra. Jeśli nie zrobi tego beta, to zrobi to redaktor, a jeśli nie on, to z pewnością zrobią to przyszli czytelnicy, jednak na tym etapie, nie będziecie w stanie wprowadzić korekty do tekstu. Na pocieszenie są momenty, w których będziecie mieli ochotę wyściskać bety, na przykład wtedy, gdy pochwalą udane fragmenty lub w czasie wyjaśniania, dlaczego polubiły daną postać, machną jej analizę psychologiczną, rozkładając osobowość postaci na czynniki pierwsze, a Was zaleje pewność, że udało się przelać na papier dokładnie to, co chcieliście.


Jak znaleźć Beta Readerów i jak z nimi pracować?

Podejrzewam, że to nie znalezienie bety będzie największym problemem, lecz przełamanie się do poproszenia o sprawdzenie tekstu, bo bety możecie znaleźć wszędzie. To mogą być Wasi znajomi (najlepiej, by lubili czytać gatunek, w którym jest Wasza książka), możecie spróbować nakłonić do tego blogerów książkowych lub możecie znaleźć bety na grupach czytelniczych lub portalach literackich (jeśli taki wątek nie istnieje, możecie go założyć i dać znać, do kogo jest skierowana Wasza książka tj. grupa wiekowa, gatunek etc.). Dla ułatwienia możecie również zostawić komentarz pod tym tekstem, a nuż ktoś się zainteresuje.


Przejdźmy do drugiej kwestii, czyli, jak współpracować z betą. W tym przypadku nie ma reguły i to od Was zależy, jaki system uznacie za odpowiedni, a jedynie mogę Wam podrzucić informacje, jak to wygląda zza kulis doświadczonych pisarek:

Anna Bellon: "Mam dwie bety, które dostają książki po rozdziale i na sam koniec całość do wglądu. Trzy pozostałe dostają dopiero całość. Chodzi o porównanie opinii osób, które poznawały książkę stopniowo i tych, które podejdą do nich zupełnie na świeżo. Od bet wymagam przede wszystkim wyłapania nieścisłości fabularnych i momentów, kiedy coś się nie klei, bo może zabrakło jakiegoś przejścia, może coś jest za szybko lub coś jest niejasne. Dopiero w tym końcowym etapie proszę o dodatkowe przejrzenie tekstu i wyłapanie błędów, których sama nie wyłapałam (literówki, powtórzenia, błędy stylistyczne). Idealna beta to taka, która się nie patyczkuje i jest szczera od początku do końca. Zdarzało mi się dzięki takim uwagom znacznie ulepszyć przebieg akcji. Na przykład przy aktualnie pisanej książce znacznie zmieniłam tempo i rozwiązanie głównej kwestii właśnie dzięki uwagom jednej z bet".

Z kolei Jenna Moreci na swoim kanale opowiada o swoim systemie współpracy z beta readerami:


Małe podsumowanie dla leniuszków, którym nie chciało się oglądać. Jenna radzi, by przygotować zestaw pytań, które zadacie swoim betom zaraz po tym, gdy przeczytają dany rozdział (m.in. co sądzą o bohaterach, co sądzą o poszczególnych scenach, czy mają jakieś teorie na temat tego, co wydarzy się dalej, etc.) i bardzo ważną rzeczą jest, by odpowiadały na nie zaraz po przeczytaniu danej partii tekstu. Przy czym w pozostałych filmach Jenna porusza inne zagadnienia związane z betami np. jak być dobrym beta readerem (szczerze polecam to video osobom, które chciałby zostać betami oraz autorom, które potrzebują trochę wsparcia w trakcie swoich zmagań z betami) lub jak radzić sobie z krytyką.

Na koniec sama mam dla Was garść rad. Wiem, że krytyka zawsze mocniej rzuca się w oczy, niż pochwały, jednak starajcie się skupiać również na nich. Zadaniem bety nie jest dokuczanie Wam, lecz wskazanie tego, co zrobiliście dobrze i tego, co zrobiliście źle. Mając kilka bet zrozumiecie, że tak jak normalni czytelnicy (w końcu nimi właśnie są) mają różne zdania na temat poszczególnych fragmentów Waszej twórczości, które mogą się wzajemnie wykluczać lub dotyczyć tych samych kwestii (wtedy to problem), jednak tylko od Was zależy, czy wprowadzicie sugerowane przez nich zmiany i poprawicie to, co im się nie podobało. Przy okazji musicie znaleźć bety, którym będziecie w stanie zaufać i które naprawdę dadzą Wam uwagi, z którymi możecie pracować. Jeśli beta jest zwyczajnie wredna - pozbądźcie się jej. Jeśli beta olewa Wasz czas i przez miesiąc nie znalazła czasu na przeczytanie rozdziału - pozbądźcie się jej. Jeśli jednak wyraża swoją szczerą opinię w dobrej wierze (nawet, jeśli Wam się nie podoba) - podziękujcie jej za to. Musicie pamiętać, że bety dobrowolnie i za darmo poświęcają swój czas, by Wam pomóc, a to naprawdę wspaniała rzecz! Szanujcie je i doceniajcie, bo nie dość, że pomagają, to dodatkowo przygotowują Was na kolejny etap podróży, czyli współpracę z redaktorem i ostatecznie także z opiniami czytelników.

Chcecie być na bieżąco? Wpadajcie na Facebooka!

Ps. Jeśli są na sali Bety poszukujące pisarza lub pisarze poszukujące bet, możecie się ujawnić. Dać znać, a ktoś Was znajdzie lub zwyczajnie podzielcie się swoimi doświadczeniami.
Kolejny tekst z serii The Story of Books już za dwa tygodnie!


Czytaj całość

Marie Lu - Warcross, czyli o papierowo-wirutalnej rzeczywistości rozszerzonej


Mamy XXI wiek - czas, w którym postęp technologiczny jest nie do zatrzymania, a wynalazcy co chwilę prezentują nam nowe rozwiązania usprawniające naszą rzeczywistość oraz przenoszących rozrywkę na nowy poziom. Jestem naprawdę ciekawa, czy (a raczej kiedy) nastąpi moment, w którym podobnie, jak w świecie wykreowanym przez Marie Lu w "Warcross", dostaniemy narzędzie łączące wirtualną rzeczywistość z rzeczywistością rozszerzoną, a rozgrywki w e-sporcie staną się najpopularniejszym turniejami na świecie.


"[Hideo Tanaka] zaprojektował specjalny model okularów: bezprzewodowych, o cieniutkich szkłach, z metalowymi zausznikami i chowanymi słuchawkami dousznymi. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom. Mimo zewnętrznego podobieństwa okulary te nie mają nic wspólnego z wcześniejszymi modelami gogli wirtualnej rzeczywistości".

Co je odróżnia? Neurołącze, bo tak nazwano ten system, łączą się bezpośrednio z mózgiem użytkownika, pozwalając, by ludzki umysł łączył się z wirtualnym światem, zapełniając w nim luki. Dodatkowo za pomocą przycisku znajdującego się na okularach można płynnie przechodzić między światem wirtualnym a rzeczywistym, a raczej do rzeczywistości rozszerzonej, w której wirtualne elementy nakładały się na prawdziwy obraz. Chociaż u nas google VR istnieją, a rozszerzona rzeczywistość wciąż się rozbudowuje, to wciąż wolimy wpatrywać się w ekrany smartfonów. U Marii Lu wygląda to nieco inaczej. Neurołącze zrewolucjonizowało świat, a Warcross stał się grą, którą ludzie oglądają liczniej, niż my Mundial i czarodzieje Quidditch. Zresztą nawet życie głównej bohaterki odmienia się, gdy spontanicznie włamuje się na mecz otwarcia Międzynarodowych Mistrzostw Warcrossa. Chyba czas i o niej trochę opowiedzieć.

Emika Chen jest nastoletnią sierotą z kryminalną kartoteką, ogromnymi długami i nakazem eksmisji na karku (a raczej drzwiach wejściowych do mieszkania). Na swoje szczęście jest łowcą nagród z niezłymi zdolnościami hakerskim, choć i tak dość pechowym. A może zwyczajnie jej osąd jest zazwyczaj beznadziejny? Ta, raczej to właśnie to. W końcu potrafiąc zhakować niby najbezpieczniejszy system, wybiera spontanicznie moment, w którym oglądają ją miliony ludzi (mecz otwarcia mistrzostw to zdecydowanie zły moment!), zamiast zrobić to po kryjomu, gdy nikt nie zwraca uwagi... ale ja się czepiam, a akcja musi jakoś zostać pchnięta do przodu, by Emika mogła poznać swojego idola, Hideo Tanakę.

Co prawda romans jest prowadzony trochę w tle, co zazwyczaj działa bardzo fajnie na całokształt, jednak tym razem ten romans błyskawiczny był zbyt błyskawiczny. Tak bardziej w tempie księżniczek Disneya, przez co mało urzekający, chociaż polubiłam obie postacie. Emika jest uparta i samodzielna, szanuję to. Z kolei Hideo jako postać ma fajną aurę skrytego, zamkniętego w sobie chłopaka z milionem tajemnic, które powoli odkrywa kawałek po kawałku. Co prawda decyzje tej dwójki są momentami dość zaskakujące, by nie napisać nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę, że autorka starała się ich wykreować na geniuszy, jednak muszę przyznać, że to sprawiało, że były momenty, w których naprawdę "Warcross" mnie zaskoczył. Dość szybko przewidziałam, jak akcja się potoczy i kolejne rozdziały utwierdzały mnie w przekonaniu o moim jasnowidztwie, aż tu nagle Marie Lu wyciągnęła asa z rękawa i całkiem mnie zaskoczyła. Naprawdę doceniam! Podobnie zresztą, jak mocny wątek azjatycki i przeniesienie akcji do Tokio. 

Niemniej bądź szczerzy, najmocniejszą stroną "Warcrossa" jest futurystyczny świat i jego elementy. Sądziłam, że klimatem i tematyką będzie mi się mocno kojarzyć z "Nerve" Jeanne Ryan, a jednak znacznie bliżej było mu początkowo do "Player One" Ernesta Cline'a (tylko bez nawiązań do popkultury lat '80) z rozwiązaniami, które widzieliśmy w "Black Mirror" (absolutnie niepodobny klimatem!). Osobiście zatonęłam w wyobraźni Marie Lu. Świat, który stworzyła, jest fascynujący, a jego poszczególne elementy wydają się niemal na wyciągnięcie ręki w naszej rzeczywistości, dlatego bez trudu można wyobrazić sobie, jak wszystko w "Warcrossie" wygląda i działa. Aż chce się pośpieszyć naszych wynalazców, abyśmy mogli założyć własne Nerwołącza i móc własnymi oczami śledzić rozgrywki Warcrossa. Poważnie, oglądałabym. Zresztą "Warcrossa" w wersji filmowej również, bo to świetny materiał na ekranizację i to zarówno dzięki temu, że książka jest pełna akcji, intryg i ciekawych bohaterów, jak i przez barwny styl, którym autorka za pomocą liter maluje nam przed oczami każdą scenę. Książka dosłownie pochłania. Jest świetnie napisana i wciągająca!

Podoba mi się, jak wiele elementów składa się na "Warcrossa" - od fascynującej wizji przyszłości wypełnionej technologią, przez turnieje, w czasie których możemy śledzić przebieg gry, aż po śledztwo, w którym bohaterka tropi złego hakera. Do tego dochodzi wątek romantyczny (naprawdę interesujący, ale problem w tym, że ten romans w 5 minut, był tak bardzo w 3 minuty, a przy okazji nie pasowało mi to do charakteru postaci), rodzącej się przyjaźni między graczami oraz zmagania bohaterów ze stratą najbliższych sobie osób. "Warcross" jest złożoną książką i naprawdę nie mogę się doczekać wydania w Polsce "Wildcard", czyli drugiego tomu tej dylogii. Niby dalej mam swoje podejrzenia odnośnie tego, co się wydarzy, ale skoro już teraz Marie Lu udowodniła, że potrafi manipulować schematem, to może uda jej się zaskoczyć mnie po raz drugi? Tymczasem zdecydowanie polecam "Warcrossa". Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że to naprawdę interesujący tytuł, który pobudza wyobraźnie. Odrobinę również przez to, że logo bloga widnieje na okładce (wierzcie mi, Gosiarella patronuje tylko popkulturowym dobrom, które zachwycają!). A ostatecznie również z powodu podanego na samym początku przez Emikę:
„Zawsze warto mieć ze sobą coś, co zapewnia rozrywkę, a przy okazji nie wyczerpuje baterii"!

[Premiera:  22 maja]

Ps. Na bieżąco o przeczytanych książkach piszę (i pokazuję) na instagramie, więc możecie śmiało mnie tam śledzić. Zwłaszcza że niebawem będę miała dla Was niespodziankę związaną z tematem!

Czytaj całość

Nadciąga maj, czyli premiery książkowe i filmowe!


Maj zapowiada się znakomicie. Szykuje się istny raj dla książkoholików - zakończenie jednej z moich ulubionych serii, prequel innej, dwie książki tak dobre, że objęłam je patronatem, a to dopiero cztery przykłady z poniższego zestawienia najciekawszych premier! Kinomaniacy też nie będą zawiedzeni! Przygotujcie się na wysyp wspaniałości!


Wydawnictwo: Młodzieżówka
Data: 22 maja

Napiszę tak: Nie bez powodu objęłam "Warcrossa" patronatem, więc zdecydowanie powinniście przyjrzeć się tej pozycji! Trust Me.

Świat oszalał na punkcie gry o nazwie Warcross, ale tylko jedna dziewczyna-hakerka ma dość odwagi, by zgłębić najmroczniejsze tajemnice gry. Dla milionów ludzi, którzy codziennie logują się do Warcrossa, nie jest on już tylko grą, lecz stał się sposobem na życie. Emika Chen, nastoletnia hakerka, stale boryka się z kłopotami finansowymi. Pracuje jako łowczyni nagród, namierza i wyłapuje graczy Warcrossa, którzy zaangażowali się w nielegalne zakłady. Licząc na szybki zarobek, Emika, włamuje się do meczu otwarcia Międzynarodowych Mistrzostw Warcrossa. Za sprawą usterki w programie, zostaje przeniesiona do świata gry i błyskawicznie staje się światową sensacją.
Pewna, że wkrótce wyląduje w więzieniu, ku swemu zdziwieniu odkrywa, że kontaktu z nią szuka twórca gry, tajemniczy młody miliarder Hideo Tanaka, który pragnie złożyć jej propozycję nie do odrzucenia… Hideo poszukuje hakera, który w jego imieniu wystąpi jako szpieg w tegorocznych rozgrywkach Warcrossa i zlokalizuje lukę w systemie bezpieczeństwa. Ponieważ sprawa jest pilna, Emika zostaje błyskawicznie przetransportowana do Tokio, gdzie z dnia na dzień staje się gwiazdą i poznaje od środka świat sławy i wielkich pieniędzy, o którym dotychczas mogła tylko marzyć. Wkrótce śledztwo prowadzi ją na trop złowieszczego spisku, który może mieć kolosalne konsekwencje dla całego uniwersum Warcrossa.

Marissa Meyer - Saga Księżycowa tom 3. Cress
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data: 22 maja

Na trzecią część serii „Sagi Księżycowej” czekałam latami, więc jestem przeszczęśliwa, że w końcu dołączyła do kolekcji z moim logiem z tyłu!

Cinder, Scarlet, Wilk i Kapitan Thorne łączą swoje siły, aby obalić rządy okrutnej królowej Levany, chcą uratować świat i obsadzić na tronie Luny jego prawowitą księżniczkę. Ich nadzieją staje się Cress, lunarska skorupa, zamknięta od siedmiu lat w satelicie, niczym Roszpunka w swojej wieży. Czas w odosobnieniu sprawił, że Cress jest świetnym hakerem. Niestety, została zmuszona do pracy dla Królowej Levany, i właśnie otrzymała rozkaz wyśledzenia Cinder i jej przystojnego wspólnika. Roszpunka z przyszłości nie czeka na ratunek, lecz sama go znajduje. Na bieżąco śledzi bowiem losy poszukiwanych uciekinierów: Cinder, Scarlet oraz Kapitana Thorne’a. Kiedy już udaje się jej nawiązać kontakt i poprosić o pomoc w ucieczce, wszystko idzie zupełnie nie tak jak powinno. Upadek z gwiazd na Ziemię nie mógł być bardziej bolesny jak i dosłowny.
Bez wątpienia szykuje się w świecie bohaterów wojna między Ziemią a Księżycem. Jaką rolę w tym wszystkim odegra Cress?

Wydawnictwo: Młodzieżówka
Data: 9 maja

Ciężko mi to przyznać, ale pomimo tego, że miałam masę zastrzeżeń do romansu skierowanego do nastolatków, który opiera się na kazirodztwie, to "To, co zakazane" naprawdę nie razi tematyką. Wiem, brzmi dziwnie, ale taka jest prawda. Chyba będziecie musieli się sami przekonać, czy mam rację.

Możesz zamknąć oczy, by nie widzieć tego, czego nie chcesz widzieć; nie możesz jednak zamknąć serca, by nie czuć tego, czego nie chcesz czuć.
Ona jest śliczna i utalentowana. Ma szesnaście lat i nigdy się nie całowała. On jest rok starszy, przystojny, a świat stoi przed nim otworem. Zakochali się w sobie. Problem w tym, że… są rodzeństwem.
Siedemnastoletni Lochan i szesnastoletnia Maya zawsze byli dla siebie bardziej przyjaciółmi niż bratem i siostrą. Wspólnie zastępują wiecznie nieobecną matkę-alkoholiczkę w opiece nad młodszym rodzeństwem. Będąc dla dzieci jak rodzice, muszą szybko dorosnąć. Napięcie w ich życiu i to, jak doskonale się rozumieją, zbliża ich do siebie bardziej niż zwykłe rodzeństwo. Tak bardzo, że się w sobie zakochują. Utrzymywane w tajemnicy uczucie szybko przeradza się w głęboką, rozpaczliwą miłość. Choć wiedzą, że to, co robią, jest niewłaściwe i nie potrwa długo, nie umieją się powstrzymać przed brnięciem w związek, który czują całym sercem. Gdy wszystko zmierza w stronę wstrząsającego, szokującego finału, pewne jest tylko jedno: tak niszcząca miłość nie może mieć szczęśliwego zakończenia.
Oto książka, która mierzy się z największym ze wszystkich tabu.

Wydawnictwo: Uroboros
Data: 15 maja

Kocham "Szklany Tron", więc ostatniego tomu w serii nie mogło tu zabraknąć!

Ostatnia nadzieja wszystkich, którzy marzą o wolności, tli się na Północy, gdzie Terrasen
dzielnie stawia czoła hordom Morath. Tam, gdzie w pierwszej linii szaleje Aedion na
czele Zguby. Tam, dokąd zmierzają Aelin, Chaol i Rowan, wiodąc nieoczekiwanych
sprzymierzeńców. Tam, dokąd odwraca głowę Manon Czarnodzioba, szykująca plan
zjednoczenia wiedźm.
Na mroźnej Północy splotą się nici przeznaczenia. Ale czy pod murami dumnego Orynthu niezwykła intryga Aelin Ashryver Biały Cierń Galathynius znajdzie rozwiązanie?
Czy mimo zimnych wichrów, morza krwi i powszechnego przerażenia zakwitnie miłość i
nastanie pokój?

Wydawnictwo: W.A.B
Data: 15 maja

Prequel bestsellerowej serii "Kwiat paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk. Całą serie, jak i większość książek autorki, wprost uwielbiam, więc wierzę, że możemy brać to w ciemno!

Choć historia Gosławy Brzózki i przystojnego Mieszka dobiegła końca, losy niektórych postaci "Szeptuchy" pozostały wciąż do końca niepoznane. "Jaga" to opowieść o brawurowych przygodach jednej z najbardziej lubianych bohaterek cyklu. Co działo się ze słynną Babą Jagą, zanim drogi jej i Gosi się spotkały?
Wydawnictwo: Marginesy
Data: 15 maja

Jeśli myślisz, że uśmiechnęło się do ciebie szczęście, to znaczy, że wzięli cię na cel.
W zakładzie opiekuńczym umiera jeden z przywódców legendarnej grupy oszustów. Synowi, z którym nigdy nie miał kontaktu, zostawia w spadku zeszyt. Są w nim nie tylko spowiedź, ale również pieniądze i obietnica fortuny. Tyle że aby ją zdobyć, musi wejść w konszachty z byłym wspólnikiem ojca w niechlubnym fachu i jego wciąż działającą grupą.
Krąg to artyści przekrętu. Wiedzą, jak za pomocą darmowej kawy wyłudzić z konta kilka tysięcy, jak zgarnąć czynsz i kaucję za wynajęcie nieswojego mieszkania, a także jak ugrać grube pieniądze na lęku przed uchodźcami. Numer, który ma im wszystkim zapewnić pieniądze, to życiowa okazja. Każdy będzie musiał dać z siebie wszystko. Jak zwykle dobrzy ludzie staną się narzędziami, marzyciele ofiarami, a cała akcja odbędzie się w świetle reflektorów. Rzecz w tym, że robiąc ten numer, oszuści nie wiedzą wszystkiego...
"Szwindel" to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia, która uświadamia, jak działają oszuści i jak łatwo paść ich ofiarą. I że znajomość trików wcale przed niczym nie chroni. 

Wydawnictwo: Filia
Data: 15 maja
– Pójdziesz z nami.
– Myślę, że szybko się nauczysz, kapitanie, że nie lubię, gdy ktoś mi mówi, co mam robić.
Wysłana na misję, by odnaleźć starą mapę stanowiącą klucz do legendarnego skarbu, siedemnastoletnia piratka Alosa, celowo pozwala się uprowadzić, aby móc przeszukać statek konkurenta.
Dziewczyna zmaga się z bezwzględną piracką załogą. Dostępu do mapy broni jej porywacz, nadspodziewanie bystry i nieprzyzwoicie atrakcyjny, pierwszy oficer, Riden. Alosa ma jednak kilka asów w rękawie. Żaden marynarz nie zdoła pokrzyżować planów córki Króla Piratów.

Adam Faber - Miasto Snów
Wydawnictwo: We Need Ya
Data: 15 maja


Nowa seria w uniwersum „Kronik Jaaru”. Poznaj mroczne sekrety magicznej krainy.
March Sky jeszcze nie ma pojęcia, kim tak naprawdę jest. Zwykłą dziewczyną z małego, szkockiego miasteczka? A może jednak kimś więcej? Rówieśnicy jej nie oszczędzają, a matka skrywa tajemnice przeszłości, które nie mają ujrzeć światła dziennego. Dodatkowo, życia March nie ułatwiają pojawiające się koszmary i senne wizje, zaczynające spędzać jej sen z powiek.
Ktoś ją śledzi. Tajemniczy chłopak o niebieskich oczach pojawia się wszędzie tam, gdzie nie powinien. Sny zaczynają przekuwać się w rzeczywistość, a w żyłach dziewczyny burzy się krew i budzi moc mogąca doprowadzić ją na skraj katastrofy. Magia, opowieści o wiedźmach, czarne koty? To nie fantazja, to początek nowej przygody, która rozpoczyna się od niewinnego otworzenia niewłaściwych drzwi. Intrygi, walka ze stworzeniami nie z tego świata i miasto, które tylko na pierwszy rzut oka wydaje się idyllą, bo pod warstwą cudowności czeka podstęp.
Wydawnictwo: W.A.B.
Data: 15 maja

O serialu Netflixa "You", który postał na podstawie tej powieści już pisałam, więc teraz możecie zapoznać się z pierwowzorem.

Do księgarni w East Village trafia piękna początkująca pisarka, która natychmiast staje się obiektem fascynacji pracującego tam mężczyzny. Całkowicie zauroczony nią Joe Goldberg zapamiętuje dane z jej karty kredytowej i wyszukuje ją w internecie. Profile kobiety w mediach społecznościowych są publicznie dostępne i stają się dla Joego źródłem wielu przydatnych informacji. Również stamtąd dowiaduje się, że tego wieczoru Beck planuje pojawić się w barze na Brooklynie. W ten sposób może się z nią ponownie spotkać, pozornie przypadkowo...
Mężczyzna powoli i wytrwale przejmuje kontrolę nad życiem Beck. Robi wszystko, by wpadła w jego ramiona. Staje się jej idealnym, wymarzonym chłopakiem, jednocześnie po cichu usuwając przeszkody, które stoją na drodze do ich szczęścia. Nawet jeśli oznacza to, że musi kogoś zamordować. Obsesyjny związek szybko nakręca spiralę śmiertelnych konsekwencji... 

Wydawnictwo: Kobiece
Data: 15 maja

Nie rozbudzaj mroku, jeżeli nie jesteś gotowy na jego zemstę.
Megan Rivers myślała, że jej życie jest nudne do granic możliwości. Jednak kiedy wokół niej zaczynają dziać się rzeczy, dla których nie ma racjonalnego wytłumaczenia, dziewczyna domyśla się, że budzą się w niej paranormalne moce.
Wkrótce na jej drodze pojawia się tajemniczy mężczyzna w czerni, którego widzi tylko ona. Niebawem świat ogarnia chaos, a Megan nie może powstrzymać się od radości na wieść o kolejnych brutalnych wydarzeniach.
Dziewczyna zaczyna czuć, że nie wiedziała o sobie wszystkiego. Kim tak naprawdę jest i czy mężczyzna w czerni pomoże jej odkryć tę tajemnicę?
Penelope Douglas - Punk 57
Wydawnictwo: NieZwykłe
Data: 29 maja

"Byliśmy dla siebie stworzeni. Aż do chwili, gdy się spotkaliśmy".
Misha
Jest pewna dziewczyna, która pisze do mnie listy.
Kiedy byliśmy młodsi, nauczyciele z mojej szkoły i szkoły Ryen połączyli nas w parę korespondencyjnych przyjaciół. Nauczyciel Ryan myślał, że ktoś o imieniu Misha na pewno jest dziewczyną. Z kolei mój nauczyciel myślał, że Ryen to imię chłopaka. I tak to się zaczęło i trwa nieprzerwanie od siedmiu lat.
Ryen zawsze pisze listy na czarnych kartkach. Czasami wysyła mi jeden w tygodniu, czasami dostaję od niej trzy listy w ciągu jednego dnia.
Ustaliliśmy trzy zasady. Nie będziemy się kontaktować przez social media, nie dzwonimy do siebie, nie wysyłamy sobie zdjęć.  Wszystko działało... do czasu.
Pewnego dnia zobaczyłem zdjęcie dziewczyny w internecie. Nazywała się Ryen. Było w niej coś znajomego. Nie mogłem przestać o niej myśleć. Musiałem ją zobaczyć. To była ona.
Nie spodziewałem się tylko, że kiedy już ją poznam, okaże się, że dziewczyna z listów nie istnieje.
Ryen
Nie napisał ani jednego listu od trzech miesięcy. Coś jest nie tak. Trafił do więzienia? Wpadł w tarapaty? Znając Mishę, wszystko jest możliwe.
Bez niego nic nie ma sensu. Był jedyną osobą, która mnie znała. Teraz nie ma obok mnie nikogo, z kim mogłabym naprawdę pogadać. To wszystko moja wina. Czemu nie poprosiłam go o numer telefonu, zdjęcie, cokolwiek?
Wtedy bym wiedziała, jak się z nim skontaktować.
Wtedy bym go poznała, gdyby stał tuż obok mnie. 

Wydawnictwo: Albatros
Data: 15 maja

Co łączy Stephena Kinga z księżną Dianą? Co wspólnego mają ze sobą młotek, pornosy i jego opowiadania? Której swojej powieści Król Grozy najbardziej nie lubi? I wreszcie: co robił w piwnicy domu Kinga zespół Ramones?
Stephen King. Instrukcja obsługi to pierwszy kompleksowy przewodnik po literackim i filmowym świecie twórcy To. Omówiono tu wszystkie książki, jakie wydał (oraz kilka tych, które chciał napisać), każdą adaptację filmową. Znajdziecie tu miniprzewodnik po miasteczku Castle Rock i historię powstania Mrocznej Wieży.
Stephen King. Instrukcja obsługi to także rozmowy z twórcami, którzy pracowali z Kingiem – Mickiem Garrisem (Lśnienie, Bastion), Peterem Straubem (Talizman, Czarny dom) Zakiem Hilditchem (1922), Tommym Lee Wallace'em (To) – czy z tymi, którzy stali się częścią ikonicznych adaptacji jego prozy, jak Lisa i Louise Burns, czyli bliźniaczki Grady z Lśnienia Kubricka. 

Podły, okrutny, zły - 10 maja

John Wick 3 - 17 maja


Aladyn - 24 maja


Pokémon: Detektyw Pikachu - 31 maja


Paskudy. UglyDolls - 31 maja

A po zapowiedzi zagranicznych książek zapraszam do eM.

Ps. Tradycyjnie dajcie znać, co przykuło Waszą uwagę!
Ps2. Jeśli majówkę spędzacie w Krakowie, to zapraszam na moją ostatnią prelekcję na tym konwencie, która odbędzie się 3 maja o 16:30 w sali Debatowej Arteteki i będzie dotyczyła schematów w k-dramach!

Czytaj całość

Avengers: ENDGAME, czyli koniec ery i SPOILERY

Film Avengers Endgame spoilery


Jedenaście lat. Dwadzieścia trzy tytuły. Armia superbohaterów. I oto nadszedł Koniec Gry. 


[SPOILERY! Wszędzie spoilery! Poważnie, uważajcie, bo poniższy tekst jest prawdziwym polem minowym zdradzającym zakończenie! Przy okazji nawet nie śmiem udawać, że to recenzja]

"Endgame" zaczyna się tam, gdzie kończy się "Infinity War", czyli w momencie, gdy połowa żywych istot w całej galaktyce zmienia się w pył, a ocalali Avengersi, którzy tym razem mają do pomocy Kapitan Marvel, ruszają ponownie zmierzyć się z Thanosem. O dziwo tym razem Thor odcina mu łeb tuż po tym, gdy tytan przyznaje, że użył Kamieni do pozbycia się Kamieni, więc niewiele to zrobiło dla naszych zmienionych w kupki prochu bohaterów. Mija pięć lat, a Ziemia wydaje się wymarłą planeta - jakby wcale nie zniknęła połowa jej mieszkańców tylko 80%. Dramatyzm ma się dobrze. Czarna Wdowa płacze, jedząc kanapkę z masłem orzechowym. Kapitan Ameryka prowadzi grupę wsparcia. Thor zamiast paradować z sześciopakiem na wierzchu, połyka butle piwa. A Tony... Tony zaszył się w głuszy, spędzając czas z małą Starkówną. Aż tu nagle z wymiaru kwantowego wydostaje się Ant Man i wymyśla sobie, że fajnie byłoby się pobawić w podróżowanie w czasie. I tak oto zaczyna się misja zebrania Kamieni Nieskończoności z przeszłości.

Szczerze mówiąc, sądziłam, że Ant-Man wpadnie na pomysł, by wysłać się w kosmos, zmniejszyć do maciupkiej wersji siebie i zbierać w wymiarze kwantowym, to co zostało z Kamieni, ale hej! Przekręt czasowy też spoko. W ogóle niewiele rzeczy, które podejrzewałam, rzeczywiście wydarzyły się w filmie. Naprawdę mam nadzieję, że czytacie ten tekst, dopiero po wyjściu z kina, bo jeśli tak nie jest, to psujecie sobie zabawę. Osobiście nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak często zaskakiwana i to zarówno małymi rzeczami jak wielkimi. Znaczy... oczywiście wskrzeszenie rozsypanych postaci było nieuniknione i wiedzieli o tym wszyscy, którzy śledzili zapowiedzi nowych produkcji Marvela. Niemniej, jeśli jesteście totalnymi masochistami i jeszcze nie oglądaliście "Endgame", to musicie wiedzieć jedno: Musicie nadrobić wiele (najlepiej wszystkie) wcześniejszych filmów z MCU (w tym linku najważniejsze tytuły zostały pogrubione), w tym również "Kapitan Marvel", bo nikt się nie będzie z Wami pieścił w przedstawianie postaci, czy wyjaśnianie, co się działo wcześniej.


Avengers Endgame

Po "Infinity War" wyszły trzy filmy z superbohaterami Marvela, w tym dwa z MCU ("Ant-Man i Osa" oraz "Kapitan Marvel"), jednak żaden z nich mnie nie kupił w pełni. Moja małe geekowskie serduszko było zbyt zdewastowane po masowym mordzie, by mogło się dobrze bawić przy historiach poprzedzających pstryknięcie Thanosa. Musiał minąć rok, abyśmy dostali zakończenie, na które zasługiwaliśmy. I niby ciągle będę tu wspominać o końcu, choć tak naprawdę "Endgame" końcem MCU nie jest. W końcu niebawem dostaniemy "Spider-Man: Far From Home", a później oryginalny skład Avengersów zostanie zastąpiony nowymi superbohaterami, jak choćby Shang-Chi. Niemniej dla mnie ten film jest zakończeniem ciągnącej się od jedenastu lat przygody i końcem ery, którą rozpoczął pierwszy film o Iron Manie.

Dlatego przygotujcie się na to, że "Endgame" jest emocjonalnym rollercosterem - na przemian ściskało mi się serce i chichotałam, płakałam i zanosiłam się śmiechem. Zaopatrzcie się w chusteczki i nie wstydźcie się opłakiwania końca ery. Gdy zobaczycie scenę, w której do walki staną wszyscy bohaterowie MCU, może Was dopaść świadomość, że ta podniosła scena więcej się nie powtórzy, a uniwersum budowane na naszych oczach w ponad 23 produkcjach przez ostatnie 11 lat właśnie dobiega końca, umierając wraz z bohaterami. Może dramatyzuję, ale aktualnie mój wewnętrzny geek przechodzi kryzys egzystencjonalny i zastanawia się, jak funkcjonować w popkulturowym świecie po śmierci jedynego bohatera, którego prawdziwie fanił i było nie było tym, od którego zaczęła się cała przygoda z MCU. Wybaczcie, ale teraz nie będę się cackać w próbach zaoszczędzenia komukolwiek spoilerów. Wiem, że Marvel prosił, by tego nie robić, ale cóż... ja prosiłam, żeby nie zabijali mi Tony'ego. Najwyraźniej żyjemy w świecie, w którym nikt nie dostaje tego, co chce.


Byłam przygotowana psychicznie na to, że Iron Man zginie w "Infinity War". Jak wiecie, tak się nie stało. Tym razem gotowa nie byłam. Wyparłam ze świadomości, że bracia Russo mogliby nie wskrzesić Lokiego, a w dodatku po tym wszystkim zabić Tony'ego. Wiecie, dla mnie Tony Stark jest postacią tragiczną. Poznajemy go jako zabawnego playboya, geniusza, filantropa i wynalazcę, a później przez lata oglądamy, jak coraz mocniej i mocniej obrywa. Traci wiele, zalicza załamania nerwowe, bliscy go zdradzają, a mimo to podnosi się z kolan, by dalej walczyć. Raz za razem. Raz za razem. Aż dochodzimy do "Endgame", w którym zaraz po tym, gdy mały Pajączek umiera w jego ramionach, a on sam staje oko w oko z perspektywą umarcia z wycieńczenia oddalony o tysiące lat świetlnych od Ziemi, nagle wraca. Pomyślcie tylko jaki jest wykończony i zmęczony tym, że nikt go nie słuchał, gdy ostrzegał przed ponurą wizją przyszłości. Aż tu nagle po pięciu latach najtragiczniejszego etapu ludzkości, gdy Tony w końcu znajduje bezpieczną przystań i zakłada rodzinę, wpada do niego Kapitan Ameryka (sic!) i mówi: "Hej, cofniemy się w czasie i wszystko naprawimy, tylko weź to ogarnij". I co? Za kolejny akt heroizmu Marvel zafundował mu bohaterską śmierć w męczarniach. Dzięki, bracia Russo! Podbudowaliście moje morale! To naprawdę bardzo, bardzo milusie, że Cap za swoje nic, został uznany godnym dzierżenia Mjølner (sic!) i dostał pełne miłości życie u boku ukochanej kobiety, a Stark osierocił dzicko. Spoko, wcale nie mam żalu. WCALE!

Przy okazji mam jeszcze problem z innym wątkiem, konkretnie z Peggy i jej osią czasu. Widzicie, nie do końca rozumiem, dlaczego agentka Carter, która urodziła się 9 kwietnia 1921 roku, a w latach '70 zamiast być pięćdziesięcioletnią kobietą, wciąż jest młoda. Serio, nie łapię. Ją też zahibernowano, czy jak? I co u diabła stało się z Danielem Sousą, kiedy Cap wpadł na pomysł, by cofnąć się w czasie i wieść przytulne życie u boku Peggy? 

Wybaczcie, ale naprawdę w tym momencie pałam dziką nienawiścią do braci Russo, którzy mimo tego, że wykonali kawał dobrej roboty (zwłaszcza z odwróceniem roli Tony - Pajączek w scenach śmierci), do końca życia będą zajmować u mnie czołowe miejsce na liście najbardziej znienawidzonych ludzi na całej planecie. Tak to już jest, gdy zabiera się fance obiekt fanienia. Tak, to już jest, gdy zabija się Iron Mana. Po tym nie ma powrotu. A i przy okazji wskrzesili nie tę postać, którą powinni, bo zamiast Lokiego dostaliśmy Gomorę. Kolejna świetna decyzja, którą dopisuję do listu z pogróżkami (żartuje, nie wysyłajcie nikomu listu z pogróżkami. To karalne, nawet w przypadku braci Russo).


Avengers Endgame

Niemniej ja tu beczę, wygrażam i narzekam, a tak naprawdę "Endgame" to film 10/10. Nie żartuję. Marvel po raz kolejny pokazał klasę, a ja padłam na kolana. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego niezwykłego projektu, jakim niewątpliwie jest MCU, który tak zmieniał się na przestrzeni lat, bawiąc się formą, klimatem i wprowadzając całą armię unikatowych bohaterów, którzy zdobywali serca fanów na całym świecie, a przy tym pozostał wierny temu, za co go pokochaliśmy - humor powlekany smutkiem. Każdy film z MCU jest prawdziwą perłą, którą ogląda się 'z przyjemnością', a  "Infinity War" i "Endgame" jego idealnym zakończeniem. Spójnym, emocjonującym i w masochistyczny sposób satysfakcjonującym. Wybił się na wyżyny, zapewniając rozrywkę na najwyższym poziomie. Bawił. Wzruszał. Emocjonował. Zmiażdżył serca. Nie pozwalał odwrócić wzroku od ekranu. "Endgame" to trzy godziny popkulturowego vibranium, które odciśnie swój ślad w kinematografii na wieki, któremu składam niski pokłon.

 Pamięci Tony'ego Starka.

Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella