V-Wars, czyli Ian Somerhalder i wampiry z lodowca


Sporo czasu upłynęło od momentu, gdy po raz pierwszy usłyszałam, że Ian Somerhalder został producentem wykonawczym kolejnego serialu o wampirach. Po roli Damona Salvatore w "Pamiętnikach Wampirów" nadszedł czas, by stanąć po drugiej stronie barykady w wampirzych wojnach, dlatego gdy Netflix w końcu sprezentował nam "V-Wars" nawet nie pomyślałam, że coś mogłoby pójść źle.

Serial zaczyna się od przemówienia dr Luthera Swanna (Ian Somerhalder) na temat zagrożeń, jakie może pociągnąć za sobą topnienie lodowców, w tym między innymi fakt, że ludzkość zostanie narażona na działanie wirusów, które zamarzły tysiące lat temu i od tego czasu pozostawały uśpione. Zaraz po wystąpieniu do doktora Damona Luthera przychodzi człowiek, który wysyła go do placówki badawczej na Antarktydzie (przypadek?), a ten zamiast pozwolić się tam przetransportować, postanawia wyciągnąć swojego najlepszego przyjaciela, Michaela Fayne'a (Adrian Holmes) na wycieczkę (bo przecież powszechnie wiadomo, że bogacze mogą wchodzić do każdej placówki badawczej ot tak, jeśli tylko dotrą do niej na własną rękę). Na miejscu okazuje się, że wszyscy zniknęli i pozostała po nich tylko próbka niebezpiecznej substancji, przez którą oboje zostali zamknięci w kwarantannie. Zatrzymajmy się tu na chwilę, abyście w pełni zrozumieli, z jakim typem serialu mamy do czynienia.




Mamy w kwarantannie dwóch mężczyzn, którzy byli narażeni na działanie nieznanej substancji (przypomnę dla jasności, że z placówki, w której zaginął personel!), a jeden z nich jest naukowcem wygłaszającym prelekcje na temat zagrożeń związanych z nieznanymi wirusami z lodowców. To jasne, prawda? Jak przechodzą kwarantanne? Jeden z nich nagle zachorował i wyzdrowiał. Drugi nie wykazał żadnych niepokojących symptomów, ale za to nagle znacząco poprawił mu się refleks, a normalne jedzenie wydawało mu się paskudne. Zgadniecie, co się stało? Wypuszczono ich ot tak bez przeprowadzenia należytych badań zarówno na nich, jak i nad substancją. Z takim serialem mamy właśnie do czynienia! Zaskoczę chyba nikogo, jeśli powiem, że jeden z nich okazał się pacjentem zero roznoszącym chorobę zmieniającą ludzi w wampiry, a drugi wykazał się odpornością. Co dalej? Cóż... rząd się nie popisał i większość ludzi zachowywała się, jakby miała poziom IQ podobny do Homera Simpsona.

Są ludzie, którzy powiedzieliby mi, że nie powinnam szukać sensu w serialu o wampirach, ale tych ludzi zwyczajnie nie lubimy, więc nie będziemy ich słuchać. Wiecie dlaczego? Ponieważ właśnie ten brak logiki i niespójności pokazują, że scenariusz ma dziury i jest zwyczajnie kiepski. To boli, tym bardziej że scenarzyści (nie czytałam komiksu, więc właściwie nie jestem pewna, czy to ich powinnam obwiniać, ale mieli szansę poprawić błędy w razie czego) pokusili się o zabawę w pseudonaukowe mamrotanie, bo wirusy i priony to jednak nie to samo (swoją drogą polecam przeczytać Popkulturowe przyczyny wybuchu zombie apokalipsy, gdzie wyjaśniałam pokrótce tę różnicę i sposoby zarażania się inną fantastyczną chorobą). Między innymi dlatego nie zamierzam pochylać się nad sposobami zarażania się, a tym bardziej analizą genów, bo przez przypadek mógłby mnie szlag trafić. Za to sam wampiryzm jako zaraźliwa choroba mógłby być ciekawą koncepcją, gdyby nie fakt, że już to widzieliśmy. The Strain czy The Passage to tylko pierwsze przykłady, które przychodzą mi do głowy, ale jestem zwolennikiem starego dobrego legendarnego podejścia do przemiany.

Gdyby ktoś się zastanawiał, jak ewoluują wampiry. Po lewej V-Wars a po prawej Pamiętniki Wampirów.

Nie mówię, że "V-Wars" jest złym serialem, bo da się go obejrzeć, jeśli leci w tle, i tylko od czasu do czasu człowiek się złapie za głowę. Zwyczajnie jestem rozczarowana, bo spodziewałam się czegoś lepszego. Umówmy się, że jedyne, co mogę dobrego powiedzieć o "V-Wars" to to, że gra w nim Ian Somerhalder. Niby spoko, ale równie dobrze można przejrzeć sobie jego intagrama i mniej czasu nam to zajmie. Zresztą skoro przy aktorach jesteśmy, to znalazłam tam jeszcze kilka znajomych twarzy w tym między innymi Laurę Vandervoort w roli Mili, wcześniej znaną jako Elena z "Bitten" (okey, jej dorobek aktorski jest znacznie większy) i muszę przyznać, że miałam wrażenie, że oglądam tę samą postać, więc aktorsko też różnie się tutaj spisywano.

Po prawdzie najlepsza minuta serialu to ostatnia minuta finału. Nie tylko dlatego, że Ian jest bez koszulki. Po prostu drugi sezon zapowiada się bardziej ekscytująco. Jakby w końcu rzeczywiście miała nadejść tytułowa wojna, bo to, co widzieliśmy dotychczas, rozgrywało się głównie za kulisami ulic miast - w tajnych placówkach, rezydencji senatorskiej, czy leśnych chatkach. Przy okazji lub może właśnie przez to miałam wrażenie, że nastroje społeczne to jakaś kpina. Problem w tym, że chyba niewielu po obejrzeniu pierwszego sezonu będzie gotowych kontynuować tę wampirzą przygodę. Trochę to smutne, że dostaliśmy kolejną netflixowską papkę, która nie smakuje dobrze.

Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, traficie do miejsca, gdzie częściej marudzę o serialach i nie tylko! 

Czytaj całość

Dawno temu w Chinach, czyli True Story o legendarnej Mulan

Prawdziwa historia Mulan

Nadeszła pora na True Story o „Mulan”, czyli kolejną bajkę od Disneya, której oryginalne źródła są tak stare, że mózg się marszczy. Aż się dziwię, że się podjęłam pisania tego True Story. Tym bardziej że im lepsza bajka, tym mniej szokująca jest prawdziwa historia kryjąca się za nią. A „Mulan” udała się Disneyowi. Skoro jednak taki z Gosiarelli zawodowy niszczyciel bajek to grzechem byłoby nie spróbować.

Przy tworzeniu "Mulan" Disney oparł się na starej chińskiej 'balladzie o Mulan', która została spisana w VI wieku (Musical Records of Old and New /s 古今乐录, t 古今樂錄). Nie myślcie jednak, że wytwórnia zainteresowała się legendą, która cieszyła się popularnością wyłącznie piętnaście wieków temu. „Ballada o Mulan” przewijała się przez karty chińskiej historii wielokrotnie. Pierwszy zapis nie przetrwał do naszych czasów, jednak oryginalny tekst został zamieszczony przez Guo Maoqian w antologii tekstów, pieśni i wierszy zwanej „Music Bureau Collection” (s 乐府诗, t 樂府詩) z przełomu XI i XII wieku, a następnie w XVII wieku, Mulan stała się bohaterką historycznego romansu „Sui Tang Yanyi” napisanego przez Chu Renhuo. Ponadto jej postać jest wyjątkowo popularna w Chinach, a i w USA, przed pojawieniem się bajki, często wykorzystywano jej historię. A skoro o tym mowa, czas na poznanie oryginału na tyle na ile to jest możliwe. „Ballada o Mulan” jest bardzo krótka, więc zasadniczo mam wąskie pole do popisu (#smuteczek), dlatego możecie się cieszyć z przeplatania oryginalnego tekstu z informacjami historycznymi.


Legenda o Mulan vs Disney

Prawdziwa historia Mulan

W przeciwieństwie do wersji disneyowskiej historia nie zaczyna się od pokazania, jak mało kobieca jest Mulan. Pewnie to właśnie dlatego twórcy amerykańskiej bajki nie mieli pojęcia jak ją zacząć. Wśród pomysłów znajdował się między innymi proroczy sen cesarza o nadciągającym niebezpieczeństwie, a także wykorzystanie motywu tradycyjnego chińskiego teatru cieni. W oryginale od razu dowiadujemy się o powołaniu do wojska męskiego przedstawiciela każdej rodziny. Hua Mulan nie jest jedynaczką, ale jej młodszy brat jest zbyt młody, zaś ojciec zbyt stary i słaby. Dziewczyna, podobnie jak w bajce, martwi się tym tak bardzo, że postanawia zająć miejsce ojca. Nie było to aż tak szalone, jak mogłoby się wydawać, ponieważ Hua Mulan najprawdopodobniej mieszkała na terenach, które słynęły z uprawiania sztuk walki, dzięki czemu potrafiła całkiem nieźle strzelać z łuku, jeździć konno i wiedziała do czego służy miecz. Byłby problem, gdyby zamiast Kung Fu, czy walki mieczem zajmowali się tam uprawą ryżu. 

W każdym razie nasza dzielna Chinka postanowiła przebrać się za mężczyznę i ruszyć do boju! Przez dwanaście lat szło jej wręcz idealnie! Nie dość, że nikt nie połapał się, że jest kobietą (nie pytajcie mnie jakim cudem) to w dodatku dostąpiła wielu zaszczytów (pewnie jednym z powodów był brak karykaturalnych towarzyszy w postaci świerszcza przynoszącego pecha, czy smoka-ciamajdy. Przykro mi łamać wasze serduszka, ale one były jedynie wytworem amerykańskiej wytwórni). Gdy wojna dobiega końca, a armia powraca by zostać nagrodzona za swoje męstwo, Mulan gwiżdże na ordery i wysokie stanowiska, prosząc jedynie o szybkiego konia, który zabierze ją do domu. Rodzina wita ją mniej więcej tak, jak zostało to pokazane w animacji Disneya, ale zakończenie jest odrobinę inne, ponieważ zamiast przystojnego Li Shanga, odwiedzają ją ziomki z wojska, którzy dopiero wtedy odkrywają, że przez dwanaście lat (!!) mieli kobietę w obozie. The End.

Prawdziwa historia Mulan

Bardziej rozbudowanej, lecz nie do końca wiarygodnej fabuły z romansu „Sui Tang Yanyi” nie będę przedstawiać, bo chociaż jest bardzo dramatyczna i z pewnością zniszczyłaby Wasze dzieciństwo (zresztą co mi tam! Ojciec Mulan umiera nim ta wraca z wojny, jej matka wychodzi powtórnie za mąż, a na końcu Mulan popełnia samobójstwo - zdecydowanie na tej wersji Disney się nie wzorował) to traktuję ją jako beletrystykę, a wyjątkowo chciałabym opisać bohaterkę Disneya w kontekście historycznym i legendarnym. Zainteresowani pewnie później dotrą do jej źródeł, a tymczasem przeczytacie o kilku błędach, które popełnił Disney. 

Zacznijmy od Shan-Yu, który jest głównym złoczyńcą bajki. Disney mówi nam, że jest on przywódcą Hunów, jednak nie mogę się z tym zgodzić. Legenda Hua Mulan rozgrywa się w czasach panowania Północnej dynastii Wei. Nie musicie wiedzieć na jej temat nic więcej ponadto, że zawęża czas akcji do okresu między rokiem 386 a 535. Wojna z Xiongnu, czyli azjatyckim ludem koczowniczym wywodzącym się z Mongolii (a przynajmniej współcześnie tak nazywamy te tereny), to właśnie ta, na którą udała się nasza bohaterka, ale niewiele nam to daje, bo oni ciągle mieli ze sobą na pieńku. W każdym razie Xiangnu nie byli Hunami. Istnieje hipoteza, że Hunowie mogli się od nich wywodzić, ale wydaje się zbyt naciągana, by ją tu przytaczać. Ograniczmy się do prostego stwierdzenia, że daruję ten błąd Disneyowi tylko dlatego, że termin „Hun” często w przeszłości pełnił rolę generalnego określenia ludów barbarzyńskich. Niewybaczalne jest za to wprowadzenie do bajki sztucznych ogni, które w gruncie rzeczy odegrały znaczącą rolę w zwycięstwie Chin. Dyshonor dla Świerszcza! Dyshonor dla Krowy! Dyshonor dla historii! Nie wiem, czy pamiętacie z lekcji historii, że proch został wynaleziony w IX wieku, a wykorzystany do celów militarnych dopiero około XIII wieku, więc z tym całym strzelaniem ze smoczych rakiet Disney pomylił się o kilka wieków. Niby nic wielkiego, ale to trochę tak, jakby w „Pocahontas” Indianie biegali z bazukami i mieczami świetlnymi.

Gosiarella o Mulan

Oryginał ma zawsze pierwszeństwo, więc to od niego zacznę. Może legenda nie jest zbyt szczegółowa, ale przynajmniej jest jedną z najwcześniejszych chińskich historii dotyczących równouprawnienia. Dodatkowo zawsze daję plusa za waleczne heroiny, a bądźmy szczerzy, tych legendarnych wcale nie ma tak wiele. Głównie dlatego, że nie są tak promowane w popkulturze, jak na przykład czekające na ratunek księżniczki. Z tego powodu aż ciężko uwierzyć, że Disney podjął jej temat, a przy tym tego nie spartolił. A skoro już o tym mowa to bajka nie różni się tak bardzo od oryginału, jak podejrzewałam. Zastanawia mnie tylko dlaczego w disneyowskiej wersji, Mulan zakochała się w Li Shangu. Przecież on ciągle ją leje i daje odczuć, że jest gorsza od reszty. No tak, jak na animowanego gościa jest całkiem nieźle przypakowany i waleczny, ale… Może jestem niemądra, ale nie potrafiłabym zakochać się w facecie, który podbił mi oko. Fakt, że Shang myślał wówczas, że bije Pinga, czyli mężczyznę, którego musi szkolić, a nie dziewczynę, więc nie można zniego zrobić rasowego damskiego boksera. Rozumiem, że jej sytuacja była specyficzna i to była część treningu, jednak jako zasadniczo zdrowa psychicznie osoba mogłabym się tylko przemóc na tyle by darzyć go szacunkiem (bo z Li Shanga niezły wojownik), sympatią (kolega z wojska i te sprawy), ostatecznie lojalnością (wspólna walka, ratowanie sobie skóry itp.), a nie miłością. Ogólnie Disney promuje dziwne związki: Bella z porywaczem, Jasmina z oszustem i złodziejem, Śnieżka z pierwszym lepszym spotkanym w lesie facetem, Pocahontas z zabójcą Indian. Tiaa...

A niektórzy widzą to tak.

Z drugiej strony powinniśmy się także zastanowić, dlaczego Li Shang zainteresował się Pingiem Mulan. Chociaż nie. Sprawę orientacji seksualnej Shanga i transwestytyzmu Mulan lepiej nie poruszać. Za to chętnie wyznam (UWAGA! Panie, Panowie i Dzieciaczki to w końcu się stało!), że Shan-Yu jest chyba pierwszym disneyowym złoczyńcą, którego nie zamierzam bronić. Wiem, że musicie teraz zbierać szczękę z podłogi, zwłaszczazwłaszcza że stworzyłam na blogu mini serię o Czarnych Charakterach, w którym wszystkich baśniowych złoczyńców bronię jak dobrze opłacany prawnik. Niemniej Shan-Yu jest jakiś taki mało sympatyczny. Kto to widział tak od razu ruszać do walki z całą armią, zamiast knuć i wcielać w życie bardzo skomplikowane plany przejęcia władzy jak na porządnego złoczyńcę przystało. Nieładnie! Do tego jest równie dziki jak jego ptasi pomocnik, który notabene także nie jest najsympatyczniejszym pomagierem. Kradnie małym dziewczynkom creepy laleczki! To godne pożałowania! Nie dość, że mała Chinka pewnie była biedna, głodna i niebawem miała umrzeć (wraz z całą rodziną i mieszkańcami wioski) z ręki Shan-Yu, to w dodatku jego ptak ukradł jej najprawdopodobniej jedyną zabawkę. Wstydź się sokole! Wstydź się Shan-Yu! I idź do manikiurzystki, bo ci się pazury zaniedbały!

Podobało się?

Ps. Mam nadzieję, że prezent mikołajowy się Wam podobał!

Czytaj całość

Black Friday 2019 Książki i gadżety dla Geeków


Dziś ten dzień, w którym dzięki promocjom z okazji Black Friday powinniśmy oszczędzić masę pieniędzy, ale koniec końców skuszeni niskimi cenami czyścimy swoje konta z oszczędności. No cóż... skoro ja cierpię, Wy też będziecie, bo przygotowałam zestawienie najciekawszych rabatów na książki i gadżety dla Geeków!



Księgarnia Znaku jest jedną z moich ulubionych, w których zawsze można trafić na książki w cenach, obok których nie da się przejść obojętnie. Z okazji Black Friday książki objęte promocją podzielono na grupy: Rabat do -86%, 72%, 60%, 48% i 42%.
Przykładowo "Zastrzelić, zadźgać i otruć" z 49,99 zł został przeceniony na 6,99 zł, z kolei "Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku" aktualnie kosztuje 11,17 zł, a jeśli jesteście normalni i nie lubicie czytać o tym, jak kogoś zabić, to też nie będziecie rozczarowani ofertą. Przykładowo "Początek wszystkiego" Robyn Schneider kupicie za 8,12 zł.


Dziś kupicie książki z rabatem do -80%, a wśród ciekawszych pozycji znalazły się m.in. "Kosmiczne dziewczyny" (14,97 zł), czy "Uwikłana" (7,89 zł).


Do niedzieli obowiązuje promocja 3 za 2 na książki, filmy i muzykę, a na gry planszowe -20%.


Do niedzieli -20% z kodem: BW-2019


Do 3 grudnia rabaty do -45%.


Funko POPy od 35 zł i masa gadżetów na promocji do niedzieli!


Poza regularnymi promocjami, Collector przez cały weekend do zamówień przekraczających 100 zł będzie dorzucał losowego Funko POP gratis.

Dziś Yatta przygotowało rabat na mangi Studia JG do -50%. Dla przykładu seria "Noragami" i "Pokój w kolorach szczęścia" jest za -20%, a "Twoje Imię" -30%.


Co dwie godziny wrzucane są nowe produkty w ramach Black Friday, a przy okazji można upolować Funko w dobrych cenach (od -60%).



640 tytułów w księgarni grupy wydawniczej Foksal zostało objętych promocją trwającą do 1 grudnia.


Czytaj całość

Black Lightning, czyli serial o rodzinnym superbohaterze


Arrow, Flash, czy Supergirl to superbohaterowie, których wszyscy kojarzymy i jesteśmy świadomi, że seriale o nich, jak i o mieszanej ekipie z "Legends of Tomorrow" wchodzą w skład Arrowverse. A kto z Was słyszał o Black Lightningu? Ten superbohater zadebiutował w stacji The CW dwa lata temu, a wciąż jest o nim zaskakująco cicho. Z racji jego udziału w nadciągającym crossoverze Crisis on Infinite Earth, wypadałoby go przedstawić.


Kim jest Black Lightning?

To trochę taki rodzinny superbohater z sąsiedztwa, a raczej z czarnej dzielnicy, jak lubią to podkreślać twórcy. Niby to meta, lecz nie zyskał mocy, jak jemu podobni we "Flashu", lecz w ramach eksperymentu agencji rządowej, która testowała dziwne szczepionki na biednych, czarnoskórych mieszkańcach Freeland, a później wyłapywała dzieciaki, które rozwinęły supermoce i umieszczała je w zbiornikach, żeby sobie pohibernowały kilkadziesiąt lat, bo czemu nie?

W tym czasie nasz superbohater się jakoś uchował i działał na ulicach miasta, a następnie się ożenił i żona zaczęła marudzić, że superbohaterstwo to jednak trochę niebezpieczne, więc rzucił swoje hobby. Żona i tak się z nim rozwiodła, ale tak to już bywa. Co ciekawe wróciła do niego po kilkunastu latach, gdy ten ponownie włożył kostium, tylko po to, by ponownie gderać. Wydaje mi się, że już w poprzednich recenzjach serialowych adaptacji komiksów DC podkreślałam, że scenarzyści z The CW nie potrafią wykreować kobiet stojących u boków superbohaterów, a to tylko kolejny przykład.

Przynajmniej główny bohater jest całkiem w porządku.

Wracając do fabuły. Jefferson Pierce, bo tak nazywa się nasz bohater, jest dyrektorem liceum, Czarnym Jezusem (mnie nie oceniajcie, bo nie ja to wymyśliłam) i ojcem dwóch córek, które jak się później okazuje (albo wystarczy spojrzeć na plakat promujący) odziedziczyły po nim supermoce. To właśnie przez nie decyduje się ponownie wrócić do roli superbohatera i zaprowadzić porządek na ulicach miasta rządzonego przez gangi i prześladowanego przez agencje rządowe, które jakimś cudem nie obowiązuje żadne prawo i podcierają się konstytucją.

Myślę, że już zauważyliście, że trochę absurdów tu się znalazło. Podczas oglądania, serial dostarczy Wam ich znacznie więcej. Zazwyczaj irytuje mnie, gdy scenarzyści płyną niesieni prądem własnej fantazji, nie zważając na wszystkie dziury fabularne i brak logiki, ale "Black Lightning" stał się moim serialowym popychadłem. Wyśmiewanie głupot, które wynikają albo ze słabego scenariusza albo z nietypowych pomyłek pijanego montażysty, dostarcza mi nie lada frajdy. Żona pana Pirce'a to wisienka na torcie, bo jest jednorożcem wśród źle wykreowanych bohaterów. Podejrzewam, że ma zaburzenie dwubiegunowe plus całą masę innych schorzeń psychicznych (jeśli zdecydujecie się obejrzeć serial, to dla zabawy skupcie się na jej postaci. Gwarantuję, że będziecie mieli frajdę!).

Niemniej "Black Lightning" jest serialem, który jako pierwszy z Arrowverse wysuwa na pierwszy plan postać dorosłego czarnoskórego superbohatera, który ma rodzinę. To ciekawa odmiana, tym bardziej że z czasem jego córki również zyskują supermoce i zaczynają szukać własnej drogi na radzenie sobie z tym (jedna idzie w ślady ojca, a druga w ślady matki, czyli zaczyna irytować i wymyślać głupoty). Muszę przyznać, że pod tym względem serial się spisał. Jefferson Pierce nie jest impulsywnym chłystkiem, który skacze w ogień bez zastanowienia. Podoba mi się, jak dojrzała jest ta postać oraz jak radzi sobie z rodzinnymi dramami, a przy tym jest dyrektorem/nauczycielem, którego każdy z nas chciałby mieć przy sobie w czasach szkolnych. Jego relacje z uczniami są fenomenalne. Z córkami zresztą również. Ogólnie sceny, w których nie ma na sobie kostiumu, budują bardzo pozytywny przekaz.

A teraz nadciągnie zło...

Niestety to, co powinno być drugą charakterystyczną cechą tego superbohatera, okazało się jedną z największych bolączek serialu - rasizm. Miałam nadzieję, że "Black Lightning" pokaże czarnoskórą dzielnicę i problemy jej mieszkańców w sposób, w który pozwoli widzom zrozumieć, z czym borykają się na co dzień i z nimi sympatyzować. Tymczasem rasizm, aż się z niego wylewa i pochłania wszystkich, niezależnie od koloru skóry. Czarni gardzą czarnymi. Biali gardzą czarnymi. Czarni gardzą białymi. Nawet czarnoskóry albinos gardzi czarnymi. WTF? Początkowo było to tylko irytujące, ale z czasem stawało się niesamowicie absurdalne. Gdy dwie postacie o odmiennym kolorze skóry ma ze sobą problem, to oczywiście zostanie im wytknięty rasizm. Dla przykładu: biały dyrektor nie godzi się na urządzanie w szkole pośmiertnej wystawki na cześć gangstera, który zaatakował uczniów, zostaje nazwany rasistą i pociągnięty za to do odpowiedzialności. Na moje oko takie przewrażliwienie i postrzeganie wszystkich akcji przez pryzmat koloru skóry bohatera, jedynie podkreśla granice, których być nie powinno i potęguje rasizm, zamiast mu przeciwdziałać. Innymi słowy, serial wywołuje skutek odwrotny od zamierzonego, a stacja The CW ponownie poległa przy tworzeniu nowego wspaniałego świata, w którym każdy powinien być traktowany równo. Słabo. Strasznie słabo.

Wiecie już wystarczająco, by samodzielnie podjąć decyzję odnośnie tego, czy warto obejrzeć "Black Lightning". Na zakończenie od siebie dodam, że ten tytuł nie odstaje za mocno od pozostałych w Arrowverse, które również w niektórych kwestiach są prowadzone nieumiejętnie, a damskie postacie odstraszają. Tu przynajmniej mamy Cressa Williamsa, który jest świetnym aktorem.

Ps. Który serial z Arrowverse lubicie najbardziej lub przynajmniej dalej oglądacie?
Czytaj całość

Urbex History - Historia Debiutu [Wywiad]

Urbex History. Wchodzimy tam, gdzie nie wolno

Przeglądając księgarniane półki, coraz częściej możemy trafić na książki napisane przez popularnych blogerów i Youtuberów. W ich przypadku droga do wydania różni się od ścieżki opisywanej w serii The Story of Books. Zazwyczaj nie muszą tworzyć propozycji wydawniczej ani czekać miesiącami na odpowiedź wydawcy, bo oni sami się do nich zgłaszają. Tak było również w przypadku chłopaków z Urbex History, którzy pod koniec października zadebiutowali z "Urbex History. Wchodzimy tam, gdzie nie wolno".


Łukasz Dąbrowski, Konrad Niedziułka, Jakub Stankowski wpadli na pomysł założenia kanału na YouTubie w 2014 roku, gdy postanowili udokumentować swoją wyprawę do Czarnobyla, dając ludziom możliwość zobaczenie Zony oczami eksploratorów-amatorów. Od tamtej pory na ich kanale pojawiło się niemal dwieście filmów z wypraw, a wiele z nich zostało opisanych w ich książce.


Pięć lat temu, gdy rozpoczęliście przygodę z Urbex History, mieliście w planach rozszerzyć działalność poza YouTube?

Gdy rozpoczynaliśmy naszą przygodę z tworzeniem filmów, nawet nie spodziewaliśmy się, że tyle lat będziemy prowadzić kanał, nie wspominając już o innych aspektach typu napisanie książki. Po prostu byliśmy, a w sumie dalej jesteśmy grupą przyjaciół, którą połączyła wspólna pasja, zainteresowania oraz podobne wariactwo.

Kiedy narodził się pomysł na napisanie książki?

Pod koniec 2018 r. W dużej mierze to zasługa Wydawnictwa Otwarte, które podsunęło nam taki pomysł, a my po szybkiej burzy mózgów stwierdziliśmy - czemu nie.

Podsuwając ten pomysł, zasugerowali, w jaki sposób powinna wyglądać książka, czy zostawili tę decyzję w Waszych rękach?

Nazwałbym to mediacją, natomiast najwięcej do powiedzenia i ostateczne zdanie mieliśmy my. Właśnie dlatego ogromnie się cieszymy, że trafiliśmy pod ich skrzydła. Nikt nam nic nie narzucał, tylko podsuwał pomysły, a my mieliśmy kompletnie wolną rękę, co do treści i formy jak ma wyglądać książka. Jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt naszej współpracy, Wydawnictwo Otwarte rozumie, jak działa YouTube i internet i potrafi się odnaleźć w tym cyfrowym świecie.

Zaskoczyło Was to, że wydawnictwo samo się do Was zgłosiło, proponując wydanie?

Szczerze mówiąc to tak. Niby wcześniej myśleliśmy o książce, ale raczej traktowaliśmy temat po macoszemu. Kiedy zgłosiło się Wydawnictwo, dostaliśmy kopa do działania i nieocenione wsparcie z ich strony. Jesteśmy trójką przeciętych chłopaków, którzy kompletnie nie ogarniają, jak się wydaje książki, dlatego na początku wydawało się to skomplikowane jak lot w kosmos.

Napisanie książki to wyzwanie nawet dla jednej osoby, a Wy stworzyliście ją we trójkę. Jak poradziliście sobie ze współtworzeniem, jak wyglądał sam proces pisania i czy początku byliście zgodni w tym, jak powinien wyglądać efekt końcowy?

Jak to w życiu… zawsze pojawiają się mniejsze lub większe konflikty, ale na szczęście jesteśmy dosyć podobni do siebie i mamy podobne poczucie humoru. Po początkowej burzy, kiedy ustalaliśmy, jak ma wyglądać nasza książka, doszliśmy do konsensusu i ustaliliśmy, kto ma największy sentyment do każdej z naszych wypraw i powinien je opisać. W końcu kanał i książka to nasze wspólne dziecko, więc pisanie już później można powiedzieć szło samo.

Debiut “Urbex History. Wchodzimy tam, gdzie nie wolno” już za Wami, a książka znika z półek w zdumiewającym tempie, jednocześnie zbierając same pozytywne recenzje. Spodziewaliście się takiego sukcesu?


Jest nam bardzo miło to słyszeć, że naszą książkę można nazwać sukcesem. Szczerze mówiąc, żaden z nas nie miał nigdy doświadczenia pisarskiego, więc musieliśmy uczyć się na żywym organizmie. Biorąc to pod uwagę, to jeszcze bardziej rosną nasz skrzydła i motywacja do dalszej pracy. Widząc, że ludziom najzwyczajniej w świecie książka się podoba, jesteśmy spokojni, że wykonaliśmy dobrą pracę.



Możemy w przyszłości liczyć na kolejną?

Odpowiem może tak: DO ZOBACZENIA NA KOLEJNEJ WYPRAWIE

Do tej pory jako Youtuberzy spotykaliście się z widzami, teraz rozpoczęliście spotkania z czytelnikami w ramach promocji książki. Odczuwacie jakąś różnicę?

Różnica jest tylko taka, że ludzie przychodzą z książką :) Rozmowy wyglądają tak samo, jak wcześniej na jakiś spotkaniach a tematy są podobne. I w sumie nie ma się co dziwić, bo przecież książka jest o tych samych wyprawach co filmy z taką różnicą, że opisujemy je bardziej od strony za kamerą, a nie przed nią. Forma spotkań autorskich oraz miejsce dają ludziom więcej komfortu. Możemy usiąść razem na fotelach i chociaż chwilę porozmawiać sam na sam, poświęcając całą swoją uwagę konkretnej osobie. Również i dla nas jest to bardzo ważne, bo niezmiernie cenimy sobie kontakt z ludźmi, którzy nas oglądają.


Mam nadzieję, że Urbex History nieco rozjaśniło, jak wygląda kwestia wydawania książek przez internetowych twórców, a także dowiedzieliście się o nich czegoś więcej. Pozostaje mi trzymać kciuki, by więcej wartościowych książek blogerów i youtuberów pojawiało się na rynku, a Was zachęcam do sprawdzenia zarówno ich książki, jak i kanału!

Pssssyt! Jeśli chcecie być na bieżąco, to wiecie, co i gdzie trzeba kliknąć! 

Czytaj całość

Nadciąga listopad, czyli premiery książkowe i filmowe!


Krakowskie Targi Książki już za nami, a wraz z nimi kończy się tegoroczne wielkie boom w premierach wydawniczych. Na całe szczęście wciąż udało mi się naleźć kilka interesujących tytułów, które w tym miesiącu trafią do księgarni. A jeśli chodzi o nowości kinowe, to zdecydowanie bajki urzekły mnie tym razem najbardziej. Sprawdźcie!

Wydawnictwo: Kobiece
Data: 20 listopada

To jedyna książka, na którą w tym miesiącu czekam do tego stopnia, że już mnie palce świerzbią, by przewijać strony. Z Victorię Gische poruszaliśmy jej temat podczas wywiadu i pomysł spodobał mi się tak bardzo, że objęłam ten tytuł patronatem. Zresztą sami sprawdźcie!

Tęsknota za prawdziwą miłością jest zawsze taka sama, niezależnie od czasów.
Poruszająca saga rodzinna, w której niezwykłe historie miłosne rozgrywają się na tle prawdziwych wydarzeń z przełomu wieków.
Historia rodu, którego seniorką jest Róża von Goch. Razem z synem Henrykiem i wnuczkami – Leną i Norą – mierzy się z trudnymi wyborami i uczuciami, które powiązane są ze zdarzeniami piszącej się historii. W trudnych czasach wojny rodzina nieustannie szuka swojego miejsca. Dokąd poprowadzą ich drogi z ukochanego rodzinnego Nieczujowa?
Poczuj cudowny zapach przepysznych cytrynowych ciasteczek, stań twarzą w twarz z Marią Skłodowską-Curie, daj się porwać niezwykłym historiom miłosnym, które nie pozwolą ci odłożyć książki ani na chwilę. Ten wzruszający romans pełen zaskakujących zwrotów akcji to cudowna podróż w czasie: od ostatnich lat dziewiętnastego wieku i pierwszych dekad dwudziestego aż do wybuchu II wojny światowej. 
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Data: 13 listopada

Przyznaję, że gdy dostrzegłam tę książkę na Targach Książki w Krakowie i przeczytałam jej opis, nie mogłam powstrzymać śmiechu. Trochę mi się to kojarzy z wątkiem piątego sezonu "Flasha", a przy okazji zastanawiam się, co na to Apple, ale jednocześnie zapomnieć o tym tytule nie potrafiłam i pewnie ją przeczytam (jak widać, są różne powody, przez które kupuje się książki).

Zanim doszło do tego tragicznego zdarzenia, Tom był zwyczajnym nastolatkiem. Teraz w jego mózgu tkwi fragment roztrzaskanego iPhone'a. Chłopak wie i widzi więcej, niż kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić. Podczas gdy wszystko wymyka się spod kontroli, on ma nad wszystkim kontrolę, bo zyskał niezwykłą moc. Ma też wybór: wykorzystać ją, żeby zemścić się na członkach ulicznego gangu i pomścić krzywdę Lucy, czy milczeć? Cena jego decyzji może być bardzo wysoka, a jej konsekwencje – przerażające... 

Jakub Ćwiek - Brudnopis Boga. Stróże. Tom 2
Wydawnictwo: SQN
Data: 13 listopada

Czy pozornie spokojne anioły mogą mieć na koncie diablo interesujące historie? I to wiele!
Archiwa Wydziału Interwencyjnego Nadzoru Anielskiego aż trzeszczą od zagadkowych wydarzeń z różnych krańców świata. Od nadmorskiego kurortu skrywającego przerażający sekret po miasto stworzone dla zabawy bogatych – wszędzie łopoczą anielskie skrzydła. Zwykle niosą wybawienie, ale czasem ich podmuch oznacza śmierć.
W tym tomie poznacie początki WINY i wspaniałej, choć szorstkiej przyjaźni Butcha i Zadry. Dowiecie się również, za co jedno z indiańskich plemion nienawidzi skrzydlatych. Oczywiście po raz kolejny zjawi się Kłamca – w samą porę, by namieszać jak jeszcze nigdy wcześniej!

Wydawnictwo: NieZwykłe
Data: 6 listopada

Ludzie przeżyli, ponieważ ona zabijała. Ludzie ginęli, ponieważ on przeżył.
Zafira jest Łowcą. Aby wykarmić swoich ludzi, przebiera się za mężczyznę i dzielnie stawia czoła przeklętemu lasowi Arz. Nasir jest Księciem Śmierci. Zabija każdego głupca gotowego przeciwstawić się jego despotycznemu ojcu – królowi. Gdyby odkryto prawdziwą tożsamość Zafiry, wszystkie jej osiągnięcia straciłyby znaczenie; gdyby Nasir okazał łaskę, jego ojciec wymierzyłby mu brutalną karę.
Oboje są żywymi legendami królestwa Arawiyi – ale żadne z nich nie chce pełnić tej roli.
Szykuje się wojna, a mroczny, magiczny las Arz z każdym dniem się rozrasta, rzucając cień na ziemie królestwa. Gdy Zafira wyrusza na poszukiwania zaginionego artefaktu, który jest w stanie przywrócić magię w jej udręczonym świecie, Nasir otrzymuje od króla podobne zadanie: ma odnaleźć artefakt i zabić Łowcę. Jednak w trakcie ich podróży budzi się starożytne zło – a nagroda, jakiej szukają, może stanowić większe zagrożenie, niż są w stanie to sobie wyobrazić.
Akcja powieści Łowcy płomienia jest osadzona w niezwykłym świecie zainspirowanym starożytną Arabią. To niesamowicie wciągający debiut o odkryciach, pokonywaniu strachu oraz decydowaniu o własnej tożsamości. 
Wydawnictwo: Bellona
Data: 13 listopada

Słowianie wierzyli, że bogowie sterują kosmosem i naturą, żywiołami takimi jak światło, woda, ogień, odpowiadają za rytm dobowy i zmieniające się pory roku. Autor szeroko opisuje poszczególnych bogów: jak ich przedstawiano w źródłach pisanych i w sztuce, jakie mieli cechy i atrybuty, jak wyglądał ich kult w różnych odłamach Słowiańszczyzny. Sporo miejsca poświęcono demonom i istotom mitycznym, takim jak wilkołaki, wampiry i strzygi.
Tomasz Kosiński, autor książek "Rodowód Słowian", "Słowiańskie skarby", Runy słowiańskie", wydaje w Bellonie kolejną publikację pt. "Bogowie Słowian". Przedstawia w niej panteon słowiańskich bogów, bóstw i bohaterów-herosów, zarówno z ziem polskich, jak i Pomorza, Połabia, Czech, Rusi i Bałkanów. 

Salma w krainie dusz - 8 listopada


Kraina Lodu 2 - 22 listopada

Ps. I jak Wam się podobają najnowsze premiery?
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella