Najlepsze dramy 2020, czyli Różowe Ekrany odsłona azjatycka


Może rok 2020 nie będzie się w pierwszym odruchu nikomu kojarzył pozytywnie i może zapisać się w historii jako okropny zarówno z powodów oczywistych, jak również wszystkich następstw, w tym też tych popkulturowych, jak choćby początków wymarcia kin, ale...! No właśnie ale! Tym razem skupiamy się na pozytywach, czyli najlepszych tegorocznych dramach, a tych mieliśmy w ostatnich miesiącach prawdziwe zatrzęsienie! Nie pamiętam tak udanego roku pod tym względem, więc było z czego wybierać. 

[Tradycyjnie przypominam wszystkim, którzy z dramami nie mieli jeszcze do czynienia, że przed oglądaniem lepiej zapoznać się z Przewodnikiem po k-dramach, a także z rankingiem najlepszych dram z 2019 roku]

NAJLEPSZA K-DRAMA / NAJBARDZIEJ KLIMATYCZNA DRAMA

Historia skupia się na autorce bajek, która jest wręcz szokująco pozbawiona presji społecznej, chociaż oficjalnie przypina się jej łatkę osoby z antyspołecznym zaburzeniem osobowości (osobiście się z tym nie zgadzam!). Robi, co chce i bierze to, co jej się podoba. Jedną z tych rzeczy jest Moon Kang Tae, pielęgniarz z oddziału psychiatrii, który jest w pakiecie z autystycznym bratem. Dynamika pomiędzy tą trójką jest wprost oszołamiająca, gdy wzajemnie się ścierają i próbują uwolnić od dręczących ich demonów.

Nie miałam najmniejszych wątpliwości przy umieszczeniu tego tytułu na szczycie tegorocznej listy. Prawdopodobnie już po pierwszej obejrzanej scenie podświadomie czułam, że "It's Okay to Not Be Okay" będzie diamentem pod każdym względem i aż do samego końca się nie zawiodłam. Fabuła, klimat, kreacja bohaterów i gra aktorska, a nawet ścieżka dźwiękowa - wszystko jest najczystszej próby, a morał jest wisienką na torcie. Ten tytuł jest tak dobry, że musiałam poświęcić mu osobną recenzję, aby opisać wszystkie rzeczy, które mnie zachwyciły!

Flower of Evil
NAJLEPSZA DRAMA Z ELEMENTEM SUSPENSE

Baek Hee Sung to mąż i ojciec jak z bajki - idealny pod każdym względem, a przynajmniej na takiego się kreuje. W rzeczywistości Baek Hee Sung ma klika wad, jak choćby to, że nie odczuwa emocji, nazywa się zupełnie inaczej, jest ściany listem gończym, a jego ojcem jest seryjny morderca. Jak na ironię jego żoną jest pani detektyw, która wydaje się niczego nie podejrzewać, nawet gdy w jej ręce trafia sprawa łącząca się bezpośrednio z jej mężem.

Kolejny tytuł, przez który można oszaleć z zachwytu. Pełen napięcia scenariusz połączony z wyborną grą aktorską Lee Joon Gi, to prawdziwa uczta dla fanów popkulturowych psychopatów!  Nie sposób również nie wspomnieć o fenomenalnym klimacie i panującej w dramie atmosferze. Mieszanina napięcia i tajemnicy zwyczajnie zmusza do oglądania kolejnych odcinków, aż pozna się wszystkie tajemnice.

365: Repeat The Year
NAJLEPSZY THRILLER / NAJLEPSZY KRYMINAŁ

Podróż w czasie połączona z motywem prosto z "I nie było już nikogo" w tym przypadku stanowi idealną mieszankę, w której stopniowo poznajemy historię dziesięciu osób, które dostają szansę, by cofnąć się w czasie o rok. Wśród nich jest detektyw, któremy stracił przyjaciela i zyskał szansę, by go uratować. Pisarka, która unika wypadku, przez który wylądowała na wózku etc. Problem polega na tym, że dość szybko okazuje się, że cała dziesiątka jest ze sobą mocniej powiązana, niż im się początkowo zdawało, a zmiana losu niesie za sobą poważne konsekwencje, przez które kolejno umierają. Jedno po drugim.

Tej dramie również nie mam nic do zarzucenia i mogłabym ją jedynie chwalić. Dobrze wykorzystała znany motyw, jednocześnie w odpowiednim momencie się od niego odcinając. omans prawie nie istnieje, dzięki czemu twórcy wykorzystali czas antenowy na skonstruowanie rozbudowanej fabuły, która jest dla widzów zagadką. Każdy odcinek trzymał w napięciu i zmuszał do przedefiniowania swoich przypuszczeń na temat tego, co przytrafia się bohaterom, kto jest zły, a kto dobry.


Crash Landing on You
NAJLEPSZA DRAMA Z ZAKAZANĄ MIŁOŚCIĄ


Zeszłorocznym zwycięzcą w tej kategorii było "Angel's Last Mission: Love", lecz tym razem mamy do czynienia z bardziej przyziemnym problemem ciągnącym się przez 238 km wokół 38 równoleżnika. Chodzi oczywiście o Koreańską Strefę Zdemilitaryzowaną, którą przekracza nasza główna bohaterka, bo została wciągnięta przez... trąbę powietrzną. Yoon Se Ri z Korei Południowej przenosi się do Północnej, gdzie natyka się na pole minowe i oddział żołnierzy. Pech chciał, że w trakcie ucieczki skręca w złą stronę i trafia do wioski zamieszkałej przez rodziny wojskowych. 

Wbrew pozorom "Crash Landing on You" to urocza i zabawna historia, pełna przekomicznych wiejskich ajumm i rozkosznego oddziału żołnierzy. Dobra dynamika i piękne krajobrazy to dodatkowy plus tej produkcji, jednak jedną z największych zalet jest możliwość zajrzenia do jednego z najbardziej zagadkowych krajów, czyli Korei Północnej. Chociaż drama nie była tam kręcona, to twórcy starali się zachować autentyczność i konsultowali wszystkie aspekty z byłymi obywatelami, którzy uciekli na południe.


Kingdom (sezon 2)
NAJLEPSZA DRAMA O ZOMBIE / NAJLEPSZY SEGEUK

Przez Netlixa i jego niefortunne rozbicie dramy na dwa sezony "Kingdom" drugi rok z rzędu ląduje na tej liście. W sumie trudno się dziwić, bo zwyczajnie pożarł konkurencję! Mam nadzieję, że mieliście już okazję zapoznać się z pierwszym sezonem "Kingdom". Drugi zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym twórcy nas zostawili, czyli w momencie, gdy ogromne zombiacze siły mają zetrzeć się w walce z księciem koronnym Joseon na ufortyfikowanym gruncie, którym robić za ostatnią linię obrony królestwa. Tymczasem w stolicy królowa dalej knuje, jak przejąć władze nad krajem.

Oceniając oba sezony, muszę przyznać, że "Kingdom" jest nie tyle tegorocznym, czy azjatyckim, ale jednym z najlepszych seriali o zombie w ogóle! Przemyślany scenariusz z ciekawym podejściem do gatunku plus duży budżet zdziałały cuda! Dodatkowo, chociaż produkcja w końcu zyskała właściwe zakończenie, to twórcy zostawili sobie furtkę na wypadek kręcenia kolejnych części. Podsumowując, będą nim zachwyceni zarówno fani dram, jak i zombiaków.

Tale of the Nine-Tailed 
NAJLEPSZA POSTAĆ DRUGOPLANOWA

Dawno, dawno temu potężny Gumiho zakochał się w dziewczynie, a ta, jak  to już śmiertelnicy mają w zwyczaju, umarła. Na tym historia mogłaby się zakończyć, ale  po upływie sześciuset lat Gumiho odnalazł kolejne wcielenie swojej ukochanej, a przynajmniej wiele na to wskazuje, włącznie z pojawieniem się ich nemezis, który w poprzednim życiu zgotował im tragiczne rozstanie. Jednak nic z tego nie jest ważne, bo choć "Tale of the Nine-Tailed" ma bardzo fajną tematykę związaną z koreańskim folklorem oraz niezwykle przyjemny klimat, to ogląda się go wyłącznie dla postaci drugoplanowej: Dla Ranga!

Rola, w którą wcielił się Kim Bum to idealne połączenie złoczyńcy o dobrym sercu z  niedojrzałym, wręcz zakompleksionym dzieciakiem z obsesją na punkcie swojego hyunga. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, jednak wierzcie mi, że to gumiho, którego dostaliśmy, ale na którego nie zasługujemy! Rewelacyjna kreacja, która z sukcesem mogłaby zostać pierwszoplanowym bohaterem po wywaleniu niepotrzebnego romansu przez okno!

NAJLEPSZA C-DRAMA

Nasza główna bohaterka jest scenarzystką, która w wyniku choroby połączonej z przepracowaniem padła i obudziła się w świecie dramy, którą stworzyła. Większość twórców mogłaby być zachwycona takim obrotem spraw, gdyby nie jeden malutki szczególik - dziewczyna weszła w postać Chen Qianqian, Trzeciej Księżniczki, która jest uparta, brutalna, lekkomyślna i wedle scenariusza ma umrzeć już w pierwszym odcinku otruta w noc poślubną przez swojego pana młodego, którego notabene uprowadziła. Oczywiście znając swój los, skoro sama go wymyśliła, wie, że lepiej nie pić niczego, co podaje jej Han Shou, ale zdaje sobie również sprawę, że nie tak łatwo uniknąć przeznaczenia i mąż raczej na pewno podejmie kolejne próby zabicia jej, więc wszelkimi sposobami próbuje się utrzymać przy życiu, jednocześnie starając się pchnąć pozostałe wątki na przód, by jak najszybciej dobrnąć (żywa) do sceny finałowej, bo jak podejrzewa, wtedy będzie mogła wrócić do swojego świata.

"The Romance of Tiger and Rose" to przede wszystkim komedia i romans, jednak docenią go fani isekai, tymbardziej że przenosi nas do świata, w którym dwa główne miasta mają przeciwstawne systemy - matriarchat i patriarchat.  Może i ta wizja jest momentami zbyt naiwna i cukierkowa, ale zdecydowanie dobrze się ją ogląda, gdy nie podchodzi się do tematu zbyt poważnie.

The School Nurse Files
NAJDZIWNIEJSZA DRAMA

Nie będę udawała, że wiem, o co chodziło scenarzystom "The School Nurse Files", gdy tworzyli fabułę. Wiem tylko, że szkolna pielęgniarka biega z mieczem świetlnym z edycji Sailor Moon i wali nim uczniów po głowie, gdy zainfekuje ich śluz, którego nie widzi nikt poza nią, a kaczki spacerują bez celu. Chyba bez celu. Zdecydowanie absurd i chaos, ale z jakiegoś powodu to nie jest złe. Zrozumiecie po obejrzeniu, bo mi brakuję słów.

Wiem, że mamy tu całkiem sporo dramaholików, którzy dzięki obecnej sytuacji zyskali dodatkowy czas na oglądanie, więc na wypadek, gdybyście wszystkie powyższe tytuły już obejrzeli, to podrzucę kilka dodatkowych godnych uwagi, jak choćby "Train" czy "The King: Eternal Monarch". Oba rozgrywają się jednocześnie w dwóch równoległych światach, a ich twórcom wyszedł dość spójny i ciekawy obraz, który warto sprawdzić. 

Kliknijcie poniżej, by przejrzeć wszystkie dotychczas opublikowane teksty o dramach:

i...
...wpadnijcie na Facebooka, gdzie każdy wtorek jest Azjatyckim Wtorkiem!

Ps. Dajcie znać które tegoroczne dramy są Waszym zdaniem najlepsze i dlaczego?



Czytaj całość

Dawno temu w Animkowie, czyli kto wrobił Królika Rogera?



„Kto wrobił Królika Rogera” z 1988 roku to jedno z najciekawszych połączeń bajkowej animacji z filmem aktorskim. Disney naprawdę się postarał inwestując w tę produkcję 58 milionów dolarów, a dzięki Stevenowi Spielbergowi udało się zgromadzić animowanych bohaterów należących do wielu wytwórni, w tym Królika Bugsa i Kaczora Duffy od Warner Bros, choć tylko pod warunkiem, że disneyowska Myszka Miki i Kaczor Donald nie będą występowały na ekranie dłużej od nich. Ach, te gwiazdy! Nie myślcie sobie jednak, że Disney sam wpadł na tak nieszablonowy pomysł! Już wcześniej animowane postacie przenosiły się do rzeczywistego świata, choć nigdy na taką skalę. Jednak fabuła została oparta na powieści „Who Censored Roger Rabbit?” Gary'ego K. Wolfa z 1981 roku, do której Disney nabył prawa zaraz po premierze. Jesteście ciekawi różnic między filmem, a pierwowzorem?

Kto ocenzurował Królika Rogera?


Dawno, dawno temu w 1947 roku w Los Angeles istniało miasto zamieszkiwane przez Animków – postacie animowane, które wspólnie z ludzkimi aktorami grały w filmach. Już na tym etapie pojawia się pierwsza znacząca różnica między oboma dziełami. W książce bohaterowie komiksów nie potrafią mówić. Do komunikowania się używają dymków, które znamy z komiksów. W adaptacji ta różnica w wypowiadaniu się ludzi i Animków nie istnieje. Zresztą to nie jedyna rozbieżność.

W filmie reżyserowanym przez Roberta Zemeckisa szef wytwórni filmowej wynajmuje prywatnego detektywa Eddiego Valianta, by ten śledził żonę Królika Rogera, czyli Animka, który występuje w jego filmach. Szybko okazuje się, że Jessica Rabbit ma romans z Marvinem Acme, właścicielem miasteczka Animków. Po zobaczeniu zdjęć z zabawy w koci koci łapci Jessici i Marvina, Roger załamuje się. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby niedługo po tym Acme nie został zamordowany. Domyślacie się, kto stał się głównym podejrzanym? Oczywiście Roger, który miał motyw, za to nie miał mocnego alibi. Co najgorsze, gdyby go pojmano od razu, przypłaciłby to życiem, ponieważ animowane postacie nie miały sprawiedliwego procesu – za samo podejrzenie zostawali zanurzeni w tzw. sosie, czyli jedynej substancji zdolnej zabić Animka. Roger postanowił zmusić Valianta do pomocy w oczyszczeniu swojego imienia oraz w odnalezieniu testamentu Marvina Acme, bo tylko dzięki niemu będą w stanie uratować Animkowo.

W książce Gary'ego Wolfa wyglądało to odrobinę inaczej. Eddiego Valianta wynajął Królik Roger, by detektyw dowiedział się dlaczego jego pracodawcy, bracia DeGreasy, zawarli w umowie klauzulę wyłączności, która nie pozwala mu grać w filmach innych wytwórni, a jednocześnie nie pozwalają Rogerowi rozwinąć swoich możliwości na planie. Nim Valiant rozwiązał tę zagadkę okazuje się, że Rocco DeGreasy zostaje zamordowany. Spokojnie, Roger ma alibi, ponieważ ma świadków potwierdzających, że w chwili morderstwa był w zupełnie innym miejscu. Niemniej niedługo później on również umiera. Biedaka zastrzelono w jego własnym domu. Przy zwłokach Królika zostaje odnaleziony jego ostatni dymek, sugerujący, że ktoś go zabił, nim zdążył wyjawić prawdę o swoim zabójcy i podejrzanym kontrakcie. Ten moment stanowi wyjaśnienie oryginalnego tytułu powieści, ponieważ przerwanie ostatniej wypowiedzi może zostać odebrane jako ocenzurowanie słów Królika, nim ten zdradzi informacje, przez które ostatecznie zginął.

Pewnie zastanawiacie się jak to możliwe, że postać, którą u Disneya oglądamy na ekranie przez niemal cały czas, mogła zostać zabita na samym początku książki. Otóż nie martwcie się w powieści „Who Censored Roger Rabbit?” Animki mają prawo do tworzenia swoich duplikatów w charakterze kaskaderów. Roger zrobił własnego tuż przed swoją śmiercią i to on wraz z detektywem Valiantem próbują rozwiązać zagadkę morderstwa. Niestety ich czas jest ograniczony, ponieważ klon może pożyć najwyżej kilka dni, nim się rozpadnie.

W obu utworach widzowie i czytelnicy mogą posądzić o zabójstwo żonę Królika Rogera. Postać Jessici Rabbit jest niezwykle interesująca i charakterystyczna. Gary Wolf przyznał, że tworząc ją inspirował się dość nietypową odsłoną Czerwonego Kapturka z „Red Hot Riding Hood” (amerykański krótkometrażowy film animowany z 1943 roku. w reżyserii Texa Averego.). Rude włosy, czerwona sukienka, mocny makijaż, uwodzicielski taniec i całkiem niezły głos to nie jedyne podobieństwa między Jessicą i Red. Obie śpiewają (i tańczą) w nocnym klubie, a ich występy wywołują u męskiej części publiczności niemal identyczne reakcje. Choć obie panie, a raczej animacje, z których pochodzą dzieli ponad czterdzieści pięć lat, to i tak po końcowym efekcie prac animatorów Disneya widać inspirację postacią wykreowaną przez Texa Averego. Dodatkowo w fabułę „Kto wrobił Królika Rogera” został wpleciony bardzo charakterystyczny motyw z „Red Hot Riding Hood”. Mowa o scenie, w której detektyw Valiant pomylił Jessicę z nieco mniej piękną i bardziej skłonną do amorów Animką, Leną Hyeną. Było to wzorowane na przygodzie Wilka z babcią Red, która również tak bardzo chciała całować swojego gościa, że goniła go z całych sił i także wpadła przy tym na ścianę, choć jej wysiłki się na tym nie zakończyły.



Zajmijmy się jednak wersją Jessici z książki i animacji, bo różnic jest całkiem sporo. U Wolfa pani Rabbit miała dość paskudny charakter. Przedstawiono ją jako wschodzącą gwiazdę estrady, której zależy jedynie na sławie i bogactwie często wykorzystującej do tego swoje wdzięki. W młodości wystąpiła w porno Tijuana bible (pornograficzne komiksy małego formatu produkowane w Stanach Zjednoczonych od 1920 roku do początku 1960 roku), później zaczęła się piąć po szczeblach kariery i została żoną Rogera. Od początku otwarcie przyznaje, że nigdy go nie kochała, wręcz nim gardzi i nie potrafi powiedzieć dlaczego za niego wyszła. Za pomoc w udowodnieniu, że nie zabiła Rogera, dość jednoznacznie oferuje Valiantowi seks. Eddie wyraźnie jej pragnie, a ona bawi się z nim dosadnie dając do zrozumienia, jak bardzo go uszczęśliwi, gdy już oczyści jej imię. Choć w końcu Jessica okazuje się niewinna to do sceny łóżkowej nie dochodzi.

Wizerunek tej bohaterki w pewnym stopniu ma swoje przełożenie na animowaną wersję, jednak u Disneya Jessica ciągle zapewnia o swojej miłości i lojalności względem swojego męża. Zabawa w koci łapci z Acme była zaaranżowana przez szefa Rogera, który zagroził Jessice, że więcej go nie zatrudni, jeśli dziewczyna tego nie zrobi. Gdy zrozumiała co się stało starała się za wszelką cenę oczyścić swojego ukochanego ze wszystkich zarzutów, a przede wszystkim chronić, by nie stała mu się krzywda. Jej oddanie, choć początkowo podejrzane, w końcu było bardzo ujmujące, a to w efekcie całkowicie zmienia postrzeganie Jessici w oczach widzów.

Czas na punkt kulminacyjny, czyli kto zabił! U Disneya oczywiście był to Sędzia Doom, który okazał się Animkiem udającym człowieka. Wyszło na jaw, że stał on również za licznymi napadami na bank w Animkowie oraz zabójstwem brata naszego uzależnionego od alkoholu detektywa. W książce jest to nieco bardziej skomplikowane, zwłaszcza, że postać Sędziego Dooma i brata Eddiego zwyczajnie nie istnieją. Podobnie zresztą jak gangsterzy Łasice, Dolores, czy Marvin Acme (i wielu innych bohaterów). Prawdziwym mordercą Królika Rogera okazuje się złośliwy dżin z lampy. Otóż moi mili nasz uroczy królik zdobył żonę i kontrakt ze studiem braci DeGreasów przez nieświadome wykorzystanie życzeń (każdemu może się zdarzyć, gdy jego pragnienia wyrażają dymki, a jakiś dżin przebywa w pobliżu, gdy nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy). Dlatego Jessica poślubiła go, choć absolutnie nie darzyła go żadnym pozytywnym uczuciem, zaś studio nie dawało mu najbardziej korzystnych ról w filmach. Dodatkowo okazuje się, że spełnione życzenia mają charakter krótkoterminowy, ponieważ tuż po ślubie Jessica zaczęła zdradzać męża z Rocco DeGreasy. Roger dowiedział się o tym przed swoją śmiercią i z tego powodu Królik zabił Rocco, gdy jego klon przebywał w miejscu publicznym, dzięki czemu zdobył żelazne alibi. Cwaniak! Jednak jak wspomniałam za śmierć Królika Rogera odpowiada dżin, który musiał wyładować się na kimś za tysiące lat, które spędził zamknięty w lampie. Szkoda, że tuż przed śmiercią Roger zrozumiał, że wszystko co dobre w jego życiu było zasługą magii. Po rozwiązaniu zagadki klon Królika się rozpada. The End. 

Jeden królik, wielu ojców


Mimo bazowania na książce, do której twórcy filmu nabyli prawa są spore różnice między powieścią, a adaptacją. Jednak początkowo twórcy chcieli wiernie przedstawić pierwowzór. Nawet tytuł miał brzmieć inaczej - "Who shot Roger Rabbit". Po samej nazwie można domyślać się, że akcja mogła w większym stopniu odzwierciedlać książkę. Poważnie rozważano również uśmiercenie Królika Rogera pod koniec filmu, jednak producenci doszli do wniosku, że takie zakończenie u Disneya może się nie sprawdzić.

Co ciekawe „Who Censored Roger Rabbit?” oraz „Red Hot Riding Hood” nie były jedynymi inspiracjami twórców. Skorzystano również z filmu Romana Polańskiego "Chinatown" z 1974 roku, w którym to prywatny detektyw zostaje wynajęty przez kobietę, która podejrzewa męża o zdradę. Gdy jej przypuszczenia okazują się mieć pokrycie w rzeczywistości, niewierny mąż umiera, a detektyw zostaje wplątany w śledztwo. Ostatecznie okazuje się, że motywem tej zbrodni były przekręty finansowe związane z budową tamy wodnej w Los Angeles. Powiązane z tym były także próby usunięcia farmerów z ziemi, by zdobyć prawa do ich wody. Przedstawione w filmie Polańskiego szefostwo wodociągów stało się inspiracją do stworzenia postaci Sędziego Dooma, który zabił Marvina Acme, by móc przejąć i zniszczyć Animkowo, a w jego miejsce wybudować autostradę. Częścią tego planu było wykupienie przez Dooma, a raczej przez jego firmę Koniczynę, transportu miejskiego, a to z kolei jest historycznym odniesieniem do likwidacji linii komunikacji miejskiej przez National City Lines w latach trzydziestych ubiegłego wieku, w którym dopatrywano się spisku.

Trzeba przyznać, że Disneyowi udało się zrobić dobry film, zarówno pod względem fabularnym, jak i wizualnym. Dodatkowo godne podziwu jest połączenie animacji z live action na tak szeroką skalę. Nawet wytwórnia kupiła prawa do książki, by stworzyć adaptację, zamiast jak zazwyczaj czekać, aż prawa autorskie wygasną lub co gorsza zainspirować się jakimś dziełem i udawać, że nikt z pracowników nigdy o nim nie słyszał. Przeczytaliście już wystarczająco dużo na temat źródeł inspiracji Disneya, by zauważyć, że nad wyraz często uchodziło to wytwórni płazem. Jeśli zastanawiacie się, dlaczego nikt wcześniej (i niewielu później) nie zaciągnął giganta animacji przed sąd to historia związana z Królikiem Rogerem może być podpowiedzią. We wstępie dowiedzieliście się, że łączny koszt wyprodukowania „Kto wrobił Królika Rogera” wynosił 58 milionów dolarów, sporo prawda? Jednak jest to tylko ułamek tego ile łącznie zarobił. Prawie 330 milionów, dokładnie 329 803 958 dolarów. Teraz grzecznie przyznajcie się kto z was chciałby mieć chociaż kilka milionów z tej kwoty dla siebie? Właśnie, Wolf też tak pomyślał z tym, że on miał większe podstawy niż my, by uszczknąć coś dla siebie. Konkretnie 6-7 milionów dolarów niezapłaconych należności licencyjnych. Po dziesięcioletnim sporze z wytwórnią postanowił skierować sprawę do sądu. Problemem było niewypłacenie 5% zysków ze sprzedaży wszystkich produktów związanych z filmem. Wolf otrzymał wcześniej część kwoty (około 2,5 mln dolarów), zaś według jego wyliczeń należało mu się znacznie więcej biorąc pod uwagę umowy zawarte z innymi firmami, jak np. McDonalds, czy Burger King, które miały w ofercie kubki z Królikiem Rogerem. Według Disneya (i innych gigantów świata rozrywki) zyski z tego typu umów nie wliczają się do przychodów brutto. W dodatku wytwórnia znalazła u siebie błąd księgowy, przez który ich zdaniem wypłacili Wolfowi 500 000 - 1 000 000 dolarów za dużo i chcą je z powrotem. W lipcu 2005 roku sąd w Los Angeles wydał werdykt. Autor wygrał 180 tysięcy dolarów, jednak ich wypłata została wstrzymana przez wspomnianą nadpłatę. Nawet, gdyby Disney bez problemów wypłacił tę kwotę po orzeczeniu sędziego to i tak jest ona znacznie niższa od wyliczeń Wolfa. Po tylu latach nerwów, sporów sądowych i cudownie odnalezionych nadpłatach nie powinniśmy się dziwić, że twórcy nie lubią procesować się z wytwórnią. Z drugiej strony może nie było to tak straszne przeżycie, skoro już po kilku latach Wolf postanowił pracować z Disneyem nad stworzeniem kontynuacji, a raczej prequelu.

Gosiarella o wrobieniu Królika Rogera


Cztery Oscary, jedna wygrana BAFTA, trzy Saturny i masa innych nagród nie wzięły się znikąd. „Kto wrobił Królika Rogera” jest naprawdę rewelacyjnym filmem, który łączy w sobie nie tylko dwa światy (animacji i rzeczywisty), animowanych bohaterów z wielu konkurencyjnych wytwórni, czy też inspiracje z wielu dzieł, ale również fabułę i postacie, które pokochają zarówno dzieci, jak i dorośli. Chociaż to właśnie z myślą o tych ostatnich stworzono film, to przy doborze kategorii wiekowej odbiorców oceniono, że dzieciaki mogą go obejrzeć przy nadzorze rodziców. Jestem niezmiernie ciekawa, czy w trakcie tych ustaleń zdawano sobie sprawę z psikusów animatorów Disneya, którzy najwyraźniej chcieli, by Jessica Rabbit była prawdziwą animowaną kobietą. Dwuznacznych scen w filmie nie brakowało, jednak scena z wypadku podczas ucieczki z Animkowa, gdy Jessica wypada z taksówki jest chyba najbardziej popularna wśród męskiej części publiczności. W normalnym tempie nie da się zauważyć w tej scenie nic zdrożnego, jednak odtwarzając klatka po klatce można odkryć, że tego dnia Animka postanowiła nie wkładać bielizny. Co prawda tę scenę można zobaczyć tylko w pierwszym płytowym wydaniu filmu (oraz w odmętach internetu, jeśli dobrze poszukacie), który rozszedł się jak świeże bułeczki, po ujawnieniu tej informacji w mediach. W późniejszych wersjach twórcy założyli naszej bohaterce majtki. Zastanawiam się, dlaczego akurat ta krótka scena budzi takie emocje, a o łasicy wkładającej łapę pod dekolt i obmacującej piersi Jessici wszyscy zapominają. Czyżby tylko dlatego, że łasica za to oberwała?



Zdecydowanie przy tej produkcji pracowało dużo żartownisiów. Wiele tekstów przeszło do historii, w tym m.in. „Masz królika w kieszeni, czy po prostu cieszysz się, że mnie widzisz?”, „Nie jestem zła, po prostu tak mnie narysowano.”, czy „Mam dorosłe żądze, ale interes dziecka”. Jednak ukryte sceny i kultowe teksty to nie jedyne ciekawe pomysły twórców. Moim ulubionym jest słynny sos, który miał być jedyną rzeczą potrafiącą zabić Animki. Wymienione składniki do produkcji tej super broni, czyli terpentyna, aceton i benzen to nie tylko wymysł scenarzystów, lecz powszechnie stosowane przez rysowników środki do rozcieńczania farb. Innymi słowy w Hollywood grasuje banda morderców Animków i uchodzi im to płazem!

Na koniec pozostaje najważniejsze pytanie postawione już przez Disneya: Kto wrobił Królika Rogera? Poważnie pytam, kto tak naprawdę go wrobił? Wiemy, że za wszystkim krył się Sędzia Doom – Animek udający człowieka, ale kim był naprawdę? Z ostatniej sceny po rozpuszczeniu złoczyńcy w sosie widzimy, że zostały po nim ubranie i gumowa maska. Myszka Miki i pozostałe Animki jako pierwsi zaczęli się nad tym zastanawiać, jednak nie doszli do żadnych sensowny wniosków. Czy jego prawdziwa tożsamość na zawsze zostanie tajemnicą?

Podobało się i chcecie więcej True Story?


Czytaj całość

Jaką koreańską dramę obejrzeć, czyli K-Paka #14


Świeża dostawa tegorocznych dram nadeszła, a wśród nich parę interesujących tytułów, na które warto zwrócić uwagę.  Przede wszystkim polecam "Flower of Evil", które zachwyca od pierwszego do ostatniego odcinka! Ale nie uprzedzajmy faktów! Sprawdźcie, co dobrego tym razem znajdziecie w K-Pace!
 

[Tradycyjnie przypominam wszystkim, którzy z dramami nie mieli jeszcze do czynienia, że przed oglądaniem lepiej zapoznać się z Przewodnikiem po k-dramach]

Flower of Evil
Gatunek: suspense, romans, dramat, thriller, melodramat

Fabuła: Baek Hee Sung to mąż i ojciec jak z bajki. Każdy byłby zazdrosny, widząc kogoś tak oddanego i troskliwego wobec swojej rodziny, a przynajmniej dopóki nie dowie się, że w rzeczywistości Baek Hee Sung nie odczuwa emocji, nazywa się zupełnie inaczej, jest ściany listem gończym, a jego ojcem jest seryjny morderca. Tak... to może wiele zmienić.

Ocena: Zakochałam się! I trudno mi się dziwić, bo czego my tu nie mamy? Główny bohater z antyspołecznym zaburzeniem osobowości, który przy okazji jest synem seryjnego mordercy i sam od lat ukrywa się przed policją, a teraz udaje przykładnego ojca i męża...policjantki. Wyborne! Gra aktorska Lee Joon Gi jest genialna! Chyba wyszła jeszcze lepiej, niż w "Moon Lovers", ale zdecydowanie można dojść do wniosku, że role silnych, żadnych krwi i pozbawionych empatii bohaterów aż za dobrze mu pasują. Nie sposób również nie wspomnieć o fenomenalnym klimacie i panującej w dramie atmosferze. Mieszanina napięcia i tajemnicy zwyczajnie zmusza do oglądania kolejnych odcinków. Zarezerwujcie sobie sporo czasu, bo ciężko się od tego oderwać!

Gdzie obejrzeć? Viki

ALICE

Gatunek: science-fiction, fantasy, tajemnice, dramat

Fabuła: Matka Park Ji Gyeoma przeszła przez bramę czasu w czasie ciąży, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że chłopak nie okazuje żadnych emocji. Praktycznie wcale, a przynajmniej do momentu, gdy jego matka zostaje zamordowana. To wydarzenie zmienia go na tyle, by zostać detektywem i poświęcić całe życie szukaniu sprawcy. Problem polega na tym, że w końcu dowiaduje się o istnieniu podróży w czasie i niczym Flash od DC, często wraca do sceny zbrodni, nie mogąc niczego zmienić, choć pomaga mu genialna fizyk, która wygląda jak młodsza kopia jego matki.

Ocena: Bardziej niż 'obejrzałam', pasowałoby określenie, że 'zmęczyłam' ALICE, bo choć początkowo drama przypadła mi do gustu, to im dalej w las, tym ciężej. Sam koncept jest bardzo na plus, bo w przyszłości odkryto, jak podróżować w czasie i stworzono Alice - jednostkę zajmującą się towarzyszeniu podróżnikom w czasie ich terapii (wiecie, w myśl zasady: że spotkanie zmarłych bliskich pomoże uporać się ze stratą). Problem polega na tym, że nic nie działa tak, jak powinno i zarówno pacjenci, jak i nielegalni podróżnicy robią bałagan w przeszłości, która notabene jest ich przeszłością w innym wymiarze. Napiszę tak: albo twórcy polegli przy spinaniu wątków, albo jestem za głupia na ten tytuł (nie, nie jestem). Z odcinka na odcinek robi się coraz większy bałagan. Alternatywne rzeczywistości nie są odpowiedzią, która by to wyjaśniała, bo wciąż końcówka pokazała, jak bardzo nie przemyślano relacji przyczynowo-skutkowej. Niemniej jeszcze nie trafiłam na dobrze skonstruowaną oś czasu w produkcjach zajmującą się podróżami w czasie, wiec nie będę się bardzo pastwić i przejdę do kolejnego problemu.

Wiesz, że twórcom "Król Edyp" wszedł za mocno, gdy główna para to biologiczna matka i syn, a ten syn przez pół produkcji próbuje zabić ojca. Just sayin. I na koniec dodam, że aleksytymia się głównemu bohaterowi pod koniec rozjechała. Sooo... trochę mnie irytuje, gdy ludzie chcą się zabrać za poważne tematy, jak zaburzenia psychiczne, kompleks Edypa, alternatywne rzeczywistości czy podróże w czasie, ale nie poświęcają należytego wysiłku na przemyślenie, jak przedstawić ten wątek. Niestety pozostałe elementy k-dramy też jej nie ratowały. I choć daleka jestem, by stwierdzić, że oglądanie "Alice" było marnotrawstwem czasu, to napisanie, że to było dobre, też nie przejdzie mi przez klawiaturę.

Gdzie obejrzeć? Viki

The School Nurse Files
Gatunek: Fantasy

Fabuła: W sumie to nie wiem, ale szkolna pielęgniarka biega z mieczem świetlnym z edycji Sailor Moon i wali nim uczniów po głowie, gdy zainfekuje ich śluz, którego nie widzi nikt poza nią. Ani dialogi, ani ekspresja twarzy głównej bohaterki nie pomagają w domyśleniu się, co tam się odwala, ale o dziwo nie jest ona psychicznie chora... a może jest? Nie wiem. Serio. 

Ocena: To było dziwne. To było tak dziwne, że koreański "Iron Man" się chowa. To było tak dziwne, że j-dramy się przy tym chowają. To było tak dziwne, że nawet nie wiem, czy to polecić, a już tym bardziej, jak to w ogóle skomentować. Fabuła i sposób jej przedstawienia były tak chaotycznie przedstawione, że ciężko to ogarnąć, tym bardziej że niemal nic nie zostało wyjaśnione do końca (ktoś wie, o co chodziło z kaczkami, bo miałam wrażenie, że oglądam teledysk do "Get Up (Rattle)"). Ta produkcja to czysty absurd, a gdyby śluz wymienić na krew, to zamiast wrzucać ten tytuł do K-Paki, nagrałabym kolejny skrót z Kiczowatego Horroru.

Gdzie obejrzeć? Netflix 

Tale of the Nine-Tailed
Gatunek: Romans, Fantasy

Fabuła
: Dawno, dawno temu potężny Gumiho zakochał się w dziewczynie, a ta, jak  to już śmiertelnicy mają w zwyczaju, umarła. Na tym historia mogłaby się zakończyć, ale  po upływie sześciuset lat Gumiho odnalazł kolejne wcielenie swojej ukochanej, a przynajmniej wiele na to wskazuje, włącznie z pojawieniem się ich nemezis, który w poprzednim życiu zgotował im tragiczne rozstanie. 

Ocena: Drama ma swoje wady i zalety - na szczęście te drugie przeważają, dlatego zacznę od nich. Zdecydowanie najmocniejszą stroną tej dramy są dwie główne postacie i nie mam tu na myśli głównej pary, lecz lisie rodzeństwo. Rang (Kim Bum) jest niepodważalnie obłędną i szalenie interesującą postacią, która ratuje tę produkcję, gdy  romantyczne sceny zaczynają nudzić. Jego obsesja na punkcie starszego brata jest tak wkręcająca, że tylko dzięki temu dotrwałam do końca. Zresztą jego hyung też prezentuje się bardzo dobrze i śmiem twierdzić, że gumiho było rolą życia Lee Dong Wook (nawet Ponury Żniwiarz z "Goblina mu tak nie pasował, jak ta postać) i całkiem przepadłam, oglądając, jak dobrze aktor czuł się w lisiej skórze. Niestety przy tym główna postać kobieca gdzieś zginęła i wręcz wydawała się niepotrzebna.
Kolejną mocną stroną "Tale of the Nine-Tailed" jest oparcie fabuły o elementy koreańskiego folkloru. Wyszło bardzo na plus! Na minus za to muszę zaliczyć samo zakończenie, ale żeby nie spoilerować napiszę tak: najlepiej, jeśli pominiecie ostatni odcinek, udając, że nie istnieje. Powodów jest, aż za dużo, ale dużą rolę odebrała tu schematyczność, która jest już zmorą każdego południowokoreańskiego romansu, w którym jedna ze stron jest typową postacią fantasy.

Gdzie obejrzeć? Viki
Pro tip: Po obejrzeniu dramy nie zapomnijcie obejrzeć również trzech krótkich odcinków z historiami Ranga!

Nobody Knows

Gatunek: tajemnice, dramat, kryminał

Fabuła: Pani detektyw w młodości omal nie została ofiarą seryjnego mordercy. Jej miejsce ostatecznie zajęła jej najlepsza przyjaciółka. Skąd ta pewność? Morderca zadzwonił i sam jej to powiedział. To wydarzenie ją ukształtowało i skierowało na ścieżkę policyjnej kariery. Po wielu latach pani detektyw udaje się w końcu trafić na trop zabójcy, jednak dość mocno łączy się on z jedyną osobą, na której jej zależy. Pytanie tylko, czy zdąży złapać mordercę, nim ten zabije kolejną bliską jej osobę?

Ocena: Mam mieszane uczucia, bo z jednej strony sama fabuła nie jest zła. Powiedziałabym, że wręcz dobra, bo mamy seryjnego mordercę, który oznajmia, że przestaje zabijać i dziewczynę, która skłamała przeinaczając jego słowa, żeby policja nie przestała go szukać. Po latach dziewczyna zostaje policjantką i ciągle go szuka, aż w końcu znajduje trop. Wszystko nawet ładnie się spina, a historia nie jest oczywista, więc wskazanie tego złego jest dość trudne.
Jednak z drugiej strony coś mi nie gra w wykonaniu. Było zbyt szaro i smętnie nawet jak na kryminał. Niby ciągle się coś działo, a nie czułam się zainteresowana. Brakowało tego czegoś, co by mnie pochłonęło. Niemniej ogólnie oceniam bardziej na plus, niż na minus.

Gdzie obejrzeć? Viki 

Chip-In 
Gatunek: czarna komedia, suspense,  dramat,

Fabuła: Ekscentryczna rodzinka zbiera się w domu słynnego malarza, by uczcić jego urodziny, jednak w rzeczywistości bardziej od świętowania, zależy im na podlizaniu się, by zostać ujętym w jego testamencie. W nocy członkowie rodziny dostają list ze wskazówkami, gdzie ów testament się znajduje, a rankiem okazuje się, że malarz nie żyje, a testament zaginął.

Ocena: Jak widać fabuła została stworzona na wzór schematu znanego choćby z książek Agathy Christie, problem w tym, że poziomem absolutnie im nie dorównuje. Miałam nadzieję, że z czasem się rozkręci, ale się nie udało. Największym winowajcą jest tu połączenie gęstej atmosfery zbrodni i szukania winnego pośród zamkniętej grupy z dość absurdalnie wykreowanymi bohaterami i słabym humorem. Osobiście odradzałabym sięganie po ten tytuł.

Gdzie obejrzeć? Viki

Kliknijcie poniżej, by przejrzeć wszystkie dotychczas opublikowane teksty o dramach:

i...
...wpadnijcie na Facebooka, gdzie każdy wtorek jest Azjatyckim Wtorkiem!

Poprzednia K-Paka!

Ps. Dajcie znać, co dobrego z powyższych tytułów już macie za sobą i co oglądacie teraz! I szykujcie się, bo już niebawem pojawi się TOP dram z 2020 roku!

Czytaj całość

Jak uszczęśliwić geeka, czyli Świąteczny Poradnik Zakupowy!


Pandemia, nie pandemia, Świąt nie sposób zatrzymać, a wszyscy doskonale wiemy, że jednym z ich najważniejszych elementów są prezenty. Cudowne w nich jest to, że sprawiają tyle samo przyjemności, gdy są ofiarowane nam, jak i przez nas. Pod warunkiem oczywiście, że są trafione, a z tym bywa różnie. Na szczęście Gosiarella zawsze przychodzi z pomocą, i i tym razem przygotowałam dla Was poradnik wraz z garścią inspiracji. 

Pierwszym krokiem na ścieżce prowadzącej do wyboru idealnego prezentu jest zdiagnozowanie gustu Waszego Geeka. Wbrew pozorom to śmiesznie proste zadanie. Często wystarczy chwila rozmowy lub rzut oka na geekową jaskinię, by zorientować się, która gałąź popkultury najmocniej go pochłania. Wśród najpopularniejszych kategorii możecie znaleźć: kinomanów, fanów seriali, moli książkowych i gamerów. Macie to? Świetnie! Przejdźmy więc do kroku drugiego!

Typowy Geek nie potrafi się powstrzymać przed fanieniem, więc wystarczy zapytać go, co ciekawego ostatnio obejrzał/grał/przeczytał i zapewne Wam powie, a przy okazji rzuci tekst, że "to i tak nie było tak dobre jak [Tu wstawi tytuł]"* i ten właśnie tytuł powinien być dla Was wskazówką!
Pro tip: Im więcej dobrych tytułów wyciągniecie od Waszego Geeka, tym szersze będzie Wasze pole manewru w trakcie poszukiwań prezentu.
* jeśli nie usłyszycie podobnego tekstu, to po prostu poproście o rekomendację lub prosto z mostu zapytajcie, o to co lubi najbardziej

Dwa etapy za Wami, więc przechodzimy do trzeciego kroku, czyli wybrania PREZENTU!


Nie idźcie w oczywistość i nie kupujcie filmu. Jeśli Wasz Geek kocha Star Wars, to zapewne w jego filmowej kolekcji jest już cała saga w ładnym wydaniu. Znajdźcie coś, co będzie do tego nawiązywać. Może figurka Funko POP z Lordem Vaderem czy Yodą (i analogicznie, jeśli Wasz Geek jest fanem Marvela, to świetnym wyborem będzie figurka Iron Mana czy Kapitana Ameryki. Jeśli jara się "Scarface", to sprawdźcie Funko z Tony Montaną, etc.), którą będzie mógł postawić obok telewizora lub zestawu płyt? Nawet dyskretnych geeków, którzy jeszcze nie spuścili swojego wewnętrznego fana ze smyczy, taki nienachalny drobiazg będzie cieszył. Dobrym rozwiązanie będzie także kubek, który od pierwszej porannej kawy poprawi mu dzień!

Jeśli kinoman ma jeszcze jakąś wolną ścianę w pokoju i nigdzie nie wisi plakat jego ulubionego filmu, to już wiecie czego tam brakuje! Dobrą alternatywą może być również obraz. 


O ile kinoman ma swój ulubiony film, który kocha najbardziej ze wszystkich, tak serialomaniacy często dzielą miłością wiele różnych tytułów. Sama potrafię wymienić przynajmniej dyszkę, która ex aequo zajmuje u mnie pierwsze miejsce, a i ona często się zmienia i nowo obejrzane produkcje potrafią wypchnąć starsze. Z tego powodu najlepiej będzie wybrać tytuł kultowy, który będzie u serialomaniaka wywoływał nostalgię.  Świetnym przykładem jest tu "Gra o Tron" czy "Przyjaciele", bo często Geek ogląda je więcej niż raz (znam takich, którzy "Przyjaciół" oglądają co roku i mogą już swobodnie wypowiadać kwestie razem z aktorami).

Taki serialomaniak nie potrzebuje plakatu. O nie! On potrzebuje gadżetu z wnętrza serialu! Dlatego lepszym rozwiązaniem będzie mapa Siedmiu Królestw lub obrazy z herbami rodów z Westeros. Osobiście polecam Monopoly z edycji "Gry o Tron", gdzie można samemu podbijać kupować królestwa.
Za to fani "Przyjaciół" z pewnością będą zachwyceni firmowym kubkiem Central Perk czy lampką z logiem kawiarni.  



Mole książkowe to zupełnie inna kategoria i dla nich istnieje dość mocno okrojona pula gadżetów związanych z ukochanymi tytułami... no chyba że mają szczęście i akurat są fanami "Harry'ego Pottera", "Igrzysk Śmierci", "Władcy Pierścieni", czy innego tytułu, który został zekranizowany. Wtedy macie szczęście! W przeciwnym razie musicie zatroszczyć się o Waszego mola, ułatwiając mu czytanie. Zakładki do książek zawsze na plus, o ile jeszcze nie porzucił papierowych wydań na rzecz e-booków. Na szczęście to jedyny przedmiot, który Wam w takiej sytuacji odpada, bo otulacze/etui są zarówno na książki, jak i na czytniki.

Torebki i portfele przypominające stare woluminy wyglądają rewelacyjnie i są bardzo efektownym prezentem. Nie brakuje również toreb i kubków przeznaczonych dla czytaczy, i które sprawdzą się, nawet gdy nie znamy dokładnego gustu naszego mola. W takiej sytuacji świetnie sprawdzają się również bony podarunkowe do księgarni, bo chociaż wydaje się to mało spersonalizowanym prezentem, to wierzcie mi, półki na regałach się nie rozciągają, a na książki wydajemy mały majątek, więc sami najlepiej wiemy, jaki tytuł powinien trafić do naszej biblioteczki!


Najpewniej przez problemy z dostępnością, nie wszyscy dostaną od Mikołaja Playstation 5, ale na szczęście Gamerzy są grupą mocno związaną z ukochaną marką. Gracze kochają logo swojej konsoli i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej! Zresztą nie tylko logo Playstation, ale kontroler czy same symbole O  są dla fanów Playa wystarczającym powodem, by kupić kubek, lampkę, poduszkę czy budzik. Nie inaczej jest z właścicielami Xboxa.

Co jednak z tymi, którzy wolą grać na PC? W tym wypadku polecałabym pójść w sprzęt, bo myszki i słuchawki trzeba od czasu do czasu wymieniać, lub w gadżety związane z popularnymi grami. Ciekawych produktów nawiązujących do Wiedźmina czy serii Assassin's Creed znajdziecie mnóstwo - od ubrań po akcesoria. 

Znaleźliście idealny prezent? Świetnie! Możemy przejść do ostatniego kroku, czyli dostarczenia prezentu! Wszyscy doskonale wiecie, jaką ogólnoświatową niespodziankę zafundował nam rok 2020, więc nie ma co narażać biednego Mikołaja na ewentualne zarażenie, bo wiecie... on już ma swoje lata i lepiej nie ryzykować. My też nie zawsze możemy czy też nie powinniśmy spotykać się ze wszystkimi, którym chcielibyśmy wręczyć świąteczny upominek, dlatego w obecnej sytuacji lepiej skorzystać z usług kuriera i to jemu pozwolić pomóc Mikołajowi przy dostarczaniu prezentów. Tym bardziej że dzięki temu zyskamy pewność, że trafią do naszych Geeków na czas niezależnie od tego, gdzie się znajdują. Paczka do Anglii doleci w ciągu ok. 4 dni, a do Niemiec w mniej niż 48h, więc nawet ci, którzy jak ja czasami ogarniają wszystko na ostatnią chwilę, powinni zdążyć. W końcu trochę głupio dostać gwiazdkowy prezent, gdy choinka jest już rozebrana. Just sayin.

Ps. A Wy co kupujecie swoim Geekom i który ich rodzaj przeważa w Waszym otoczeniu?
Czytaj całość

Suburra, czyli jak wyglądałaby współczesne BL u Szekspira?


Mafia, watykańskie ziemie, cyganie i brudna polityka, a na tle tego jeden Romeo z nożem i drugi Romeo z gnatem - taki obraz maluje przed nami "Suburra". Trzysezonowy włoski serial, w którym przeplatają się ze sobą mafijne interesy, deweloperski inwestycje, walki gangów i poświęcone pieniądze, to niby kolejna tego typu produkcja, ale nie do końca.

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy Watykan decyduje się sprzedać część swoich ziem na wybrzeżu, a potencjalni kupcy zaczynają ostrzyć sobie na nie zęby. To rozpoczyna brudną rozgrywkę pomiędzy dwójką najważniejszych graczy - trzęsącym Rzymem Samurajem (Francesco Acquaroli) oraz Sarą Monaschi (Claudia Gerini) doradczynią Watykańską. Pierwszy ruch wykonuje Sara, zabierając księdza na orgię, z której przez nadmiar seksu i prochów wychodzi z zawałem. Ma pecha, bo właśnie wtedy trafia na serialowe główne trio: Aureliana (Alessandro Borghi) - księcia mafijnego rodu Adamich, Spadino (Giacomo Ferrara) - księcia cyganów, oraz Lele (Eduardo Valdarnini) - syna policjanta, a zarazem kochanka Sary i drobnego dilera, którego kontroluje Samuraj.



W normalnych okolicznościach ta trójka nie miałaby szans się dogadać, ale tym razem wyczuli świetny materiał do szantażu i co za tym idzie grube pliki pieniędzy z tacy, więc wbili w kardynała zęby i żaden z nich nie zamierzał puścić, więc połączyli siły. Jak to już w mafijnych serialach bywa, nie wniknęło z tego nic dobrego, ale przyznaję, że pierwszorzędne było oglądanie jak ich układ Romeo-Romeo-upośledzony Lele, musi znosić rodzinne spory, konflikty interesów i przelewaną wzajemnie krew. A wierzcie mi, to jak oni w tym trzyosobowym związku przelewają krew członków swoich rodzin, jest w pewnym momencie mocno Szekspirowskie. W sumie właśnie tak wyobrażam sobie współczesną BL-kę napisaną przez Szekspira (spróbujcie teraz obejrzeć "Suburrę" mając to w głowie, a jeszcze mi za to podziękujecie!). 

I może jestem trochę (może trochę więcej niż trochę) przesiąknięta BL, ale to właśnie relacja między Spadinem i Aurelianem była moim ulubionym elementem serialu. Pewnie dlatego, że po raz pierwszy miałam do czynienia z romantycznym uczuciem pomiędzy gangsterami w europejskim kinie (ale raczej nie często zabieram się za europejskie kino, więc trudno mi powiedzieć, czy jest to taki płatek śniegu, jak mi się wydaje). I teraz fun fact dla wszystkich homofobów (chociaż mam nadzieję, że ich tu nie ma) - serial polecił mi brat dresiarz, który jeszcze dwa miesiące wcześniej przyszedł do mnie się pożalić na zakończenie "Piratów", so... Pokuszę się o stwierdzenie, że nawet obiektywnie patrząc, jest to naprawdę fajna relacja balansująca na granicy bromance'u i Boys Love, i co zaskakujące było dość zabawne, gdy patrzyło się na to z boku, ale to akurat duża zasługa głównych bohaterów, którzy są rewelacyjnie wykreowani.

Przyznaję bez bicia, że straciłam głowę zarówno dla Aurealiano, jak i dla Spadino. Zacznijmy od tego pierwszego, który przeszedł chyba największą metamorfozę na przestrzeni trzech sezonów. Uwielbiam jego styl - najpierw takiego typowego Sebixa, który wbił sobie do głowy, że duma oznacza bycie dzikusem latającym z bronią, a później pewnego siebie księcia po przejściach, który nie pierdoli się w tańcu, tylko bierze, co chce, jednocześnie pamiętając, co jest najważniejsze. Zdecydowanie typ bad assa, którego nie sposób nie lubić.
Z kolei Spadino jest trochę, jak szczeniak cierpiący na permanentny zaciesz. To wręcz urocze, jak wszystko go bawi, a dodając do tego cygańską manierę niemal żywcem wyrwaną z kreacji aktorskich Johnny'ego Deppa, staje się pewne, że będzie ulubieńcem każdego. Nazwijcie mnie skrzywioną, ale lubię gdy fikcyjni przestępcy czerpią frajdę ze swojej pracy. Na to po prostu miło się patrzy... przynajmniej gdy jest się skrzywionym, a gdyby ktoś był ciekaw, to scena z sauną jest moją ulubioną - płakałam ze śmiechu!


Mówiąc o "Suburrze" nie sposób nie pochwalić również tego, jak serial został nakręcony. Samo oglądanie wiecznego miasta jest zawsze na plus, a dodając do tego kontrast między poszczególnymi lokalizacjami, jak choćby odrapanymi budynkami i nagłym przeskokiem do opływających złotem wnętrz, to uczta dla oczu. A ścieżka dźwiękowa? Napiszę tak: nie myślałam, że przepadnę dla włoskiego rapu, ale kawałki Piotty na stałe zagościły na mojej playliście. I chyba nie tylko mnie się podobało, bo lektor Netflixa zdecydował się śpiewać razem z Piottą... Mnie nie pytajcie, nie wiem, co się tam wydarzyło.

Jeśli szukacie dobrego serialu na Netflixie, to zdecydowanie warto sprawdzić "Suburrę". Mnie osobiście pierwsze odcinki nie porwały, ale nim się obejrzałam, bawiłam się świetnie! Przy okazji włoski serial był miłą odmianą dla amerykańskich i azjatyckich produkcji, bo choć wiele rzeczy było dość przewidywalnych, to równie wiele szczegółów stanowiło dla mnie powiew świeżości.

Pamiętajcie, by wpaść na Facebooka, gdzie serialowe marudzenie pojawia się częściej!

Ps. W roli wyjaśnienia: Prawdziwych bandytów np. takich jak mamy w rządzie, bardzo nie lubię. 
***** ***
Czytaj całość

Odrodzić się w roli złończyńcy, czyli 8 najlepszych Villain Isekai


Isekai to bardzo przyjazny gatunek, szczególnie dla geeków, dla których bez wątpienia odrodzenie się w świecie powieści byłoby dość ciekawą formą życia po śmierci… chyba że akurat odrodziliby się jako złoczyńcy, bo umówmy się, że akurat na tych na końcu nic dobrego nie czeka. I tak bohater umiera, odradza się w ciele fikcyjnej postaci, tylko po to, by odkryć, że niebawem czeka go powtórka z rozrywki. Brzmi ciekawie? Sprawdźcie moją ulubioną dyszkę Villain Isekai wśród manhw, webtoonów etc.

1. Beware of the Villainess!


Jak to już w isekaiach bywa, główna bohaterka zapewne umarła i obudziła się w świecie powieści, którą czytała i jak to już w tym zestawieniu będzie standardem - obudziła się w ciele złoczyńcy, lecz wbrew standardom uznała to za całkiem wygodne. Jako córka arystokraty opływa w bogactwa, a przez paskudny charakter Melissy 1.0 (oryginalnej właścicielki ciała), nikt nie wymaga wiele od Melissy 2.0 (naszej głównej bohaterki). Do wygodnego życia brakuje jej tylko pozbycie się swojego narzeczonego księcia śmiecia, który regularnie przyprawia jej rogi, i który ostatecznie ma się związać z Yuri - główną bohaterką powieści. Oczywiście nie wychodzi to dokładnie tak, jak zamierzała, bo ostatecznie Melissa 2.0 zaprzyjaźnia się z Yuri postanawia wyświadczyć jej przysługę i pozbyć się jej wszystkich czterech koszmarnych adoratorów.

"Beware of the Villainess!" to kopalnia memów, a każdy z nich zasługuje na osobną nagrodę ze szczerego złota. I w przeciwieństwie do innych manhw-memów, ta ma przepiękną kreskę oraz naprawdę zabawną i interesującą fabułę pełną zwrotów akcji. I Nine'a - najbardziej uroczego, słodkiego i rozkosznego bohaterka, na jakiego dotąd udało mi się trafić. Powiem tak: ta manhwa nie ma wad. I dodam: zakochacie się!

2. Death Is The Only Ending For The Villainess

Tym razem nasza główna Koreanka (tak, znów mamy do czynienia z manhwą!) uzależniła się od gry otome, z którą nie miała większego problemu na podstawowym poziomie trudności, gdy musiała wcielić się w zaginioną przed laty córkę arystokraty, która powraca z dnia na dzień i musi podbić serca przystojnych bohaterów. Problemy pojawiają się po rozpoczęciu poziomu hard, w którym główną bohaterką jest znienawidzona przez wszystkich przybłęda Penelope Eckart, którą arystokrata adoptował zaraz po zaginięciu swojej prawdziwej córki. Po nieprzespanej nocy, w której nasza główna bohaterka co chwilę ginęła na samym początku gry, dziewczyna budzi się w ciele prawdziwej Penelopy i napisać, że jest przerażona, że za moment umrze, to nie napisać nic. Ostatecznie decyduje się zaryzykować i porzucić podpowiedzi gry, by na własną rękę spróbować zdobyć przychylność ludzi, którzy marzą o ścięciu jej głowy.

W przeciwieństwie do wcześniejszego tytułu, "Death Is The Only Ending For The Villainess" jest momentami mocno przygnębiające i potrafi chwycić za serce. Ciężko czyta się historie dziewczyny, która była poniżana na setki sposobów przez swoją rodzinę, i która po wciągnięciu do innego świata znów musi znosić fizyczne nadużycia i psychiczną przemoc w ciele innej postaci. Obserwowanie jak bardzo jest pogodzona z tą wszechobecną niesprawiedliwością jest naprawdę gorzkie. Mimo to manhwę czyta się naprawdę dobrze i im dalej, tym mocniej wciąga - w końcu nie bez powodu znalazła się na drugim miejscu!

3. It Looks Like I’ve Fallen into the World of a Reverse Harem Game

Ponownie mamy do czynienia z grą otome i reverse harem, z tym że nasza główna bohaterka manhwy nie jest główną bohaterką gry, lecz księżniczką-złoczyńcą, którą trzeba zgładzić. - w zasadzie najpierw trzeba odbić mężczyzn z jej haremu, by oni pomogli ją zgładzić.

Zakładam, że gdy przeczytaliście, że będę rekomendować Villain Isekai Story, to nie  braliście pod uwagę, że jednym z tych złoczyńców będzie krwawa księżniczka nimfomanka, która nie bierze do łóżka tylko tych, którzy tego chcą. Dodajmy do tego jeszcze, że jest uzależniona od narkotyków i zdarza jej się kupować niewolników (wiadomo do czego). Cóż... nasza główna bohaterka też nie jest specjalnie zachwycona takim obrotem spraw, ale dość zgrabnie wychodzi jej ogarnianie bałaganu, który narobiła poprzednia właścicielka jej ciała. A przynajmniej do rozdziału, w którym skończyłam czytać, wciąż miała głowę przytwierdzoną do karku i udało jej się zgarnąć najsłodszego członka księżniczkowego haremu. Oj czuję, że każdy będzie miał tu swój własny ship - taki urok haremowych opowieści.

4. When the Villainess Loves

O ile w przypadku większości powyższych i poniższych tytułów, bohaterowie po przeniesieniu się do innego świata przeżywają choć minimalny szok, czy obawy, tak w tym przypadku mamy do czynienia z fangirl totalnie zachwyconą sytuacją, bo nie dość, że trafiła do książki, którą lubi, to jeszcze do ciała swojej ulubionej postaci, Libertii - księżniczki wykutej z lodu. Co więcej, to właśnie ona wciągnęła dziewczynę do tego świata i łaskawie oznajmiła, że będzie musiała się mierzyć z jej nieuleczalną chorobą tylko przez 3 miesiące, a później całkiem wyzdrowieje, o ile uda jej się uniknąć śmierci z rąk przyrodniego brata/następcy tronu. Nasza Libertia 2.0 postanawia zagrać kartą chorej i prosi króla, by pozwolił jej odejść z pałacu, a do czasu swojej eksmisji zamierza odpalić fangirl na całego.

To jest dokładnie takie isekai, jakie chciałam poznać, odkąd poznałam ten gatunek. W końcu mamy prawdziwego fana, który jara się jak szalony możliwością poznania swoich ulubionych bohaterów i bez większych żali postanawia zmienić fabułę, by uratować ich od tragicznego końca. Nie jest to w tak memicznym stylu, jaki być może znacie z "Miss Not-So Sidekick", ale wciąż zabawne plus urocze i nastawione na romans, choć na tę chwilę bardziej strzelam, niż zapewniam, bo manhwa wciąż jest na dość wczesnym etapie tłumaczenia.

5. To Be or Not to Be

Tym razem to pan prezes niespodziewanie przenosi się do powieści, którą w ostatnim czasie przeczytał i wszedł w postać króla-złoczyńcy, który dość szybko powinien zostać zabity przez głównego bohatera. Na jego szczęście historia, którą poznał dopiero się rozpoczyna, więc robi wszystko, by uniknąć przeznaczenia, zaczynając od uwolnienia księcia i zrobienia wszystkiego, by przeciągnąć go na swoją stronę. Z racji tego, że jest znany z wykorzystywania swoich jeńców w roli łóżkowych niewolników, ma dość spory bałagan do posprzątania.

"To Be or Not to Be" to BL i polecałam ją już w TOPce moich ulubionych webtoonów Shounen Ai, gdy jeszcze sądziłam, że będzie to dość sympatyczna i zabawna manhua. Cóż... od tego czasu regularnie publikowano nowe rozdziały, więc historia nabrała tempa i skręciła mocno w pełen niedopowiedzeń dramat. O dziwo, wcale nie wyszło jej to na złe, wręcz powiedziałabym, że dzięki temu twórcom udało się utrzymać zainteresowanie odbiorców, a ja dalej przebieram nogami z tygodnia na tydzień, by dowiedzieć się co będzie dalej. Zdecydowanie warto sprawdzić ten tytuł - w końcu jak często mamy do czynienia z połączeniem BL, villain i isekai?

6. Trash of the Count’s Family

Wyjątkowo nie mamy do czynienia ani z główną bohaterką, ani z romansem. "Trash of the Count’s Family" to typowe adventure story, z tym że główny bohater budzi się w ciele śmiecia z arystokratycznej rodziny tj. przeciętnym złoczyńcą, który zgodnie z fabułą książki ma zostać dość szybko zmieciony przez głównego bohatera.

Ogromnym plusem tej pozycji jest osobowość śmiecia 2.0, który nie jest ani specjalnie sympatyczny, ani dobry. Powiedziałabym raczej, że myśli praktycznie i w chłodny, wręcz wyrachowany sposób wykorzystuje swoją wiedzę na temat fabuły, by wyeliminować zagrożenia i zdobyć przydatne artefakty... i smoka! Manhwa dopiero raczkuje, ale bierzcie ją w ciemno! Warto!

7. The Villain Discovered My Identity

Selena 2.0 urodziła się jako siostra Celestina Evana - pomocnika głównego złoczyńcy, którego działania doprowadziły do zagłady całej rodziny Evanów. Nie uśmiechało jej się oddać głowy gilotynie, więc postanowiła wychować Celestiana na chłopaka, który będzie się kierował sercem i cóż... udało jej się to, aż za dobrze, bo zamiast wypełnić obowiązek rycerski, uciekł ze swoją ukochaną, co w zasadzie też sprowadziłoby śmierć na całą rodzinę Evanów, gdyby nie tak, że Selena jako siostra bliźniaczka, skradła jego tożsamość i stawiła się zamiast niego. Od tego momentu musi spełnić tylko trzy wymogi, by nie skończyć, jak w oryginalnej historii: Po pierwsze unikać głównego bohatera (nie wyszło). Po drugie unikać głównego złoczyńcy (nie wyszło). Po trzecie nie pozwolić nikomu odkryć jej prawdziwej tożsamości (patrz: tytuł).

Jest jeszcze zbyt wcześnie, by stwierdzić, w jakim kierunku rozwinie się ten tytuł, ale zdecydowanie ma spory potencjał i wciągającą fabułę. 

8. I Became the Villain’s Mother

Raczej niezbyt przyjemnie jest się obudzić w ciele pozbawionej uczuć bohaterki, która jest żoną bezwzględnego mordercy/królewskiego psa i macochą przyszłego złoczyńcy, który już w wieku kilkunastu lat jest tresowany godnego zastępcę ojca. Niemniej nasza główna bohaterka wierzy, że młodego Aina da się jeszcze naprawić, więc postanawia być dla niego prawdziwą matką i naprostować tę potworną rodzinkę, w której przyszło jej żyć. 

"I Became the Villain’s Mother" w porównaniu do swoich poprzedników ma momentami nieco toporną kreskę i fabułę, ale wciąż pozostaje jednym z lepszych tytułów w gatunku.  Zdradzę Wam, że niemal równą przyjemność czytaniu manhwy, sprawia czytanie komentarzy, w których momentami dochodzi do dość aburdalnych dyskusji na temat wychowania np. młody Ain od dziecka przyjmuje trucizny, by się na nie uodpornić, a czytelnicy zarzucają głównej bohaterce lekkomyślność za to, że przerwała ich podawanie. Bo wiecie, wychodzi na to, że współcześni ludzie wierzą, że a) każde dziecko powinno przyjmować trucizny, by przeżyć dorosłość, bo b) najwyraźniej tylko tak można zginąć. Serio, jeśli zaczniecie czytać ten tytuł, nie zapomnijcie regularnie czytać komentarzy pod rozdziałami!

Pamiętajcie, by wpaść na Facebooka, gdzie każdy wtorek jest Azjatyckim Wtorkiem!

Wiem, wiem, że wszyscy tu kochamy złoczyńców, a 8 tytułów szybko skończycie, więc dorzucę w gratisie kilka kół ratunkowych: "The Justice of Villainous Woman ( What It Takes to be a Villainess)", "Wish to Say Farewell" i "I’ve Become the Villainous Emperor of a Novel". Niech Wam dzielnie służą, a jeśli znacie inne godne polecenia tytuły, to podzielcie się nimi w komentarzu - napewno komuś się przydadzą (zapewne mi!).

Ps. Bawcie się dobrze i dajcie znać, czy któryś już znacie!
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella