Popkultura przewidziała koronawirusa, czy tylko udaje?


Z ponurymi scenariuszami twórców popkultury jest tak, że giną w natłoku innych ponurych wizji (poza Simpsonami, bo powszechnie wiadomo, że Matt Groening jest współczesnym Nostradamusem), dopóki nie wydarzy się coś, o czym ostrzegali. Jak się okazuje, obecna sytuacja podobno została przewidziana przez kilku popkulturowych wieszczy. Jesteście ciekawi, ile w tym prawdy?

Zacznijmy od wspomnianego już "The Simpsons", który przez lata przewidział tyle wydarzeń, że powinnam poświęcić im osobny artykuł - od wyboru Donalda Trumpa na prezydenta po kupienie Foxa przez Disneya. Przed koronawirusem również ostrzegali w 21 odcinku 4 sezonu emitowanym w 1993 roku. Problem w tym, że ten news to fake, a powyższy kadr został zmanipulowany. W rzeczywistości dotyczył kociej grypy, a nie koronawirusa.

Kadr z "The Simpsons" (sezon 22, odcinek 6 z 2010 roku).

Wspomniany odcinek i pochodzące z niego screeny też nie do końca oddają to, co się aktualnie dzieje... chyba że mamy do czynienia z grypą pochodzącą z Osaki (dla wyjaśnienia Osaka znajduje się w Japonii, a nie w Chinach), która dotarła do Springfild paczką. Japoński pakowacz był chory, nakichał na zamówienie Homera, a gdy Homer otworzył paczkę, zarazki go dopadły i zaczęła się epidemia. Dla wyjaśnienia, jeśli ktoś w tym momencie drży na myśl o ostatnio otwartej paczce z Aliexpress to a) Aliexpress jest z Chin, nie z Japonii i b) zarówno Światowa Organizacja Zdrowia, jak i Główny Inspektorat Sanitarny w Polsce już podały do informacji, że nie da się w ten sposób zarazić koronawirusem. Innymi słowy, w tym przypadku mamy do czynienia z naginaniem fabuły (napisałabym, że to fajna ciekawostka, którą moglibyście opowiedzieć znajomym, którzy nabrali się na krążący po internecie fake, ale skoro nie można wychodzić... możecie im wysłać link. Nie ma za co!).

Kadry z "The Simpsons" (sezon 4, odcinek 21 z 1993 roku).

Równie często jak Simpsonów wspomina się o "Oczach Ciemności" Deana Koontza, czyli książce opublikowanej w 1981 roku, w której to możemy przeczytać taki oto fragment:


- Mam w nosie filozofię i moralność wojny biologicznej - oznajmiła Tina. - W tej chwili chcę wiedzieć, w jaki sposób Danny trafił do tego miejsca.


- Żeby to wyjaśnić - powiedział Dombey - musimy cofnąć się o dwadzieścia miesięcy. Właśnie wtedy chiński uczony Li Chen uciekł do Stanów, zabierając ze sobą dyskietkę z danymi o najważniejszej broni biologicznej Chińczyków z ostatnich dziesięciu lat. Nazwali ją "Wuhan-400", ponieważ została wynaleziona w laboratorium RDNA mieszczącym się w pobliżu miasta Wuhan i była to czterechsetna odmiana zdolnego do życia wirusa stworzona w ich centrum badawczym. Wuhan-400 jest bronią doskonałą. Zaraża tylko ludzi. Żadne inne żywe stworzenie nie może być nosicielem. Podobnie jak syfilis Wuhan-400 nie przetrwa poza ludzkim organizmem dłużej niż minutę, co znaczy, że nie może na długo skazić obiektów czy całych miast, jak w przypadku wąglika czy innych wirusów. Kiedy nosiciel umiera, żyjący w nim Wuhan400 umiera chwilę później, gdy tylko temperatura ciała spadnie poniżej 30 stopni Celsjusza. Widzicie, jakie olbrzymie ma to zalety?
~ Dean Koontz -"Oczu ciemności" (wyd. Albatros, 2009, tłum. Artur Leszczewski)


Dorzućmy do tego kolejny fragment:

Wuhan-400 ma jeszcze inne, nie mniej ważne zalety, które zapewniają mu przewagę nad większością broni biologicznej. Po pierwsze, można się zarazić i zostać nosicielem już cztery godziny po pierwszym kontakcie z wirusem. To niezwykle krótki czas inkubacji. Po zarażeniu nikt nie przeżyje dłużej niż dwadzieścia cztery godziny. Większość umiera w ciągu pierwszych dwunastu godzin. To gorsze niż wirus ebola w Afryce - bez porównania gorsze. Skuteczność Wuhanu-400 jest stuprocentowa. Nikt zakażony nie ma szansy przeżyć. Chińczycy wypróbowali go na Bóg wie ilu politycznych więźniach i nie znaleźli antyciał czy antybiotyków, które by go zwalczały.
~ Dean Koontz -"Oczu ciemności" (wyd. Albatros, 2009, tłum. Artur Leszczewski)

Przyznaję, że z hasłem "Wuhan" autor trafił w dziesiątkę, rozbijając bank, bo sprzedaż jego powieści wzrosła na całym świecie w zastraszającym tempie. Niemniej sam opisany przez niego wirus ma tyle wspólnego z obecnie panującym Covid-19, co ja z zombie (niby podobne, a jednak nie zabiję, jak ugryzę). Jak już zapewne wiecie 'nasz' wirus potrafi przetrwać znacznie dłużej niż minutę poza ludzkim organizmem, ale na całe szczęście okres inkubacji wynosi od 4 do 12 dni, a i śmiertelność wcale nie wynosi 100%. Istnieją nosiciele bezobjawowi, a chorzy w większości wracają do zdrowia.

Niemniej skoro już poruszyliśmy kwestię laboratorium znajdującego się niedaleko Wuhan, to czas na mój ulubiony news, który dalej mnie zdumiewa, ale z nieco innych powodów, niż sugeruje treść:


Dla niewtajemniczonych Umbrella Corporation pochodzi z serii gier "Resident Evil", która w swoim laboratorium stworzyła T-virus, czyli wirusa, który w zetknięciu z martwą lub słabą tkanką wskrzesza ją, a osobnika zmienia w zombiaka albo zombie podobnego stwora (więcej na ten temat możecie przeczytać w "Popkulturowe przyczyny wybuchu zombie apokalipsy"). Innymi słowy, Umbrella Corporation to zło, a ich logo u każdego gracza i widza powinno wzbudzać ciarki. I fakt, że Shanghai Ruilan Bao Hu San Biotech ma niemal identycznie zaprojektowane logo (link do strony firmy na potwierdzenie) tylko w innym kolorze, naprawdę wzbudza we mnie wątpliwości - Dlaczego u diabła komukolwiek przyszło do głowy, że TAKIE logo jest odpowiednie dla laboratorium badawczego?! Nie wiem. Wiem za to, że jak sama nazwa wskazuje, ich siedziba znajduje się w Szanghaju, a nie Wuhan. A skoro nikt jeszcze nie zmienił się w zombie, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie mają z obecną pandemią nic do czynienia.

Warto również wspomnieć o "Terius Behind Me" z 2018 roku, bo nie byłabym sobą, gdyby nie dorzuciła akcentu z k-dramy. Poruszenie wywołała poniższa scena z 10 odcinka:


Wątek był na tyle marginalny, że praktycznie zapomniałam o jego istnieniu, ale skoro scena jest, to wypadałoby ją wyjaśnić. Wiecie, nie jestem wirusologiem, więc jeśli mi nie wierzycie, to możecie sprawdzić, że koronawirusy to gatunek (!) wirusa, który zasadniczo zidentyfikowano w latach '60 XX wieku i ma wiele szczepów (w tym SARS, a oni chyba słyszeliście już wcześniej). Obecnie mamy epidemię zachorowań na chorobę COVID-19, która pochodzi ze szczepu wirusowego SARS-CoV-2, który należy do grypy koronawirusów. Dokładnie w tej kolejności, więc ciarki na wieść, że scenarzyści użyli znanego od dawna coronavirusa, są całkowicie niepotrzebne. Tym bardziej że dość dobrą informacją jest, że w przeciwieństwie do koreańskiego scenariusza śmiertelność wynosi obecnie około 3,4% (dane z marca 2020 r.) wśród wszystkich zarażonych, a nie 90%.
Potwierdza się za to inna część informacji, czyli okres inkubacji, który wynosi od 2 do 14 dni oraz to, że warto dokładnie myć ręce.

Komiks "Asterix and the Chariot Race" z 2017 roku.

W formie ciekawostki o dezinformacji z popkulturowymi wersjami koronawirusa warto równie wspomnieć, że nawet portal Polska Times uciekł się do wypuszczenia artykułu "Asteriks i Obeliks w Italii. Twórcy komiksu przewidzieli koronawirusa w 2017 roku?". Pozwólcie, że odpowiem na zadane przez nich w tytule pytanie. Nie, twórcy komiksu nie przewidzieli niczego, jedynie nazwali jednego z uczestników wyścigu rydwanów Coronavirus. Tyle. Nie był niczym zarażony. Po prostu był zły. Kropka.

Obawiam się, że pomimo tego, że twórcy popkultury są zwyczajnie diabelsko kreatywni, to nie posiedli jeszcze mocy przewidywania przyszłości, więc ich dzieła pozostaje nam czytać i oglądać dla samej przyjemności, zamiast szukać w nich źródła lub rozwiązania problemu.

Psssyt! Dołączajcie do fanpage'a, gdzie nigdy nie natkniecie się na fake newsy, bo za bardzo lubię research.

Także tego... zostańcie w domu.
Ostatni gasi światło.

Ps. Kocham przykłady szukania w popkulturze odbicia naszej rzeczywistości, ale mam nadzieję, że osoby, które je znajdą będą wyjaśniać, jak się mają do prawdy. Swoją drogą znacie inne fake newsy związane z popkulturą?
Czytaj całość

Nadciąga kwiecień i (być może) premiery książkowe


Miałam sobie odpuścić, bo wiecie koronacja przekładanych premier i pozamykane ośrodki wsparcia geeków, ale na szczęście paczki wciąż dochodzą, więc są spore szanse, że przynajmniej świeżutkie premiery książkowe do nas dotrą. Aby ułatwić Wam życie podlinkowałam tytuły do księgarń, w których możecie kupić je w przedsprzedaży (niektóre mają nawet darmową wysyłkę). Wiem, jestem wspaniała, nie musicie dziękować!


Data: 15 kwietnia


Kiedy kapitan Shang zostaje śmiertelnie ranny w bitwie, Mulan musi udać się do zaświatów, aby uratować go przed pewną śmiercią. Ale król Yama, władca podziemi, nie chce oddać Shanga. Mulan musi znaleźć w zaświatach ducha Shanga, stawić czoła wielu przeszkodom i odejść przed wschodem słońca – inaczej zostanie tam na zawsze.



Wydawnictwo: Egmont
Data: 15 kwietnia

Bella – uwięziona w zamku Bestii – dotyka zaczarowanej róży skrytej w opustoszałej komnacie. Nagle jej umysł zalewają obrazy matki, którą ledwie pamięta. Matki, która lata temu przeklęła Bestię, jego zamek i sługi. Ogłuszeni i zdezorientowani Bella i Bestia muszą współpracować, aby rozwikłać tajemnice i odkryć prawdę.
Wydawnictwo: Zysk i ska
Data: 28 kwietnia

Miłość, poświęcenie i zdrada w pasjonującej opowieści fantasy, w której słowiańska mitologia miesza się z barbarzyńskimi kultami i wszechobecną magią.
Minęły stulecia odkąd rycerze Wielkiego Księstwa Ostrodu powstrzymali pochód tysięcy stepowych wojowników, zalewający ze wschodu kontynent Poncji. Cena zwycięstwa okazała się jednak wysoka, zniszczone wojną państwo nigdy nie odzyskało dawnej świetności. Teraz na odległych stepach nowy władca znów jednoczy nomadów – jeśli mu się uda, Ostród nie wytrzyma kolejnego ciosu.
Na Koro, ciemnoskórego wędrowca z południa, czeka w Wielkim Księstwie zadanie, któremu nikt dotąd nie sprostał – poskromienie wielkiego ptaka, zdolnego unieść człowieka w powietrze, ale też rozpruć go jednym celnym kopnięciem.
Z kolei Tami, krewna ostródzkiego dowódcy Derwana, szuka sposobu by wrócić do ukochanego wiejskiego majątku. Nie rzuciłaby tego miejsca dla wędrówek nawet na najbardziej niezwykłym wierzchowcu.
Sam Derwan nie ufa Koro, lecz potrzebuje jego powietrznych patroli. Jeśli kolejny rajd stepowych łowców niewolników nie zostanie zatrzymany, legnie w gruzach cały cywilizowany świat...

Wydawnictwo: We Need YA
Data: 15 kwietnia

Jedyne, o czym marzył Magnus Bane, to podróż po Europie z Alekiem Lightwoodem – Nocnym Łowcą, który wbrew przeciwnościom losu w końcu został jego chłopakiem. Jednak gdy tylko para zadomawia się w Paryżu, przybywa stary przyjaciel z wiadomościami o sławiącym demona kulcie zwanym Szkarłatną Ręką. Kult został lata temu założony przez Magnusa dla żartu, teraz pod nowym przywództwem dąży do wywołania chaosu na całym świecie. Magnus i Alec wyruszają w pogoń po Europie, aby wyśledzić Szkarłatną Rękę i ich nieuchwytnego nowego przywódcę, zanim zgrupowanie spowoduje więcej szkód. Magnus i Alec będą musieli zaufać sobie bardziej niż kiedykolwiek – nawet jeśli oznacza to ujawnienie tajemnic, które chcieli zatrzymać tylko dla siebie.

Wydawnictwo: WAB
Data: 15 kwietnia

Biorąc pod uwagę fabułę raczej nie jet to książka, którą chciałabym przeczytać, ale biorąc pod uwagę autorkę, zdecydowanie to zrobię, więc wypada dać znać, że Katarzyna Berenika Miszczuk wydaje nową książkę!
Zwariowana komedia kryminalna. Ilustratorka Ala ma kota o imieniu Lord. Znudzony życiem na zbyt niskim w jego mniemaniu poziomie Lord postanawia przegnać narzeczonego swojej ukochanej właścicielki i wziąć sprawy w swoje łapki. Za jego drobną zachętą Ala wyjeżdża razem z innymi artystami do położonego na odludziu dworku. Jego właściciel, pan Stefan, postanowił ufundować wyjątkowe stypendium. Wybrany przez fundatora twórca będzie miał okazję zostać spadkobiercą pana Stefana. Rywalizacja o jego względy staje się zaciekła. Tak zaciekła, że pewnego dnia w salonie zostają odnalezione zwłoki jednego z artystów. Czy Lordowi uda się uratować swoją panią?

Wydawnictwo: IUVI
Data: 15 kwietnia

W ogromnej rezydencji pełnej egzotycznych skarbów, w której upływa jej młodość, January Scaller sama stanowi nie lada osobliwość. Będąc podopieczną bogacza pana Locke’a, ma wrażenie, że niewiele różni się od eksponatów na ścianach jego willi: jest tu wprawdzie otoczona opieką, ale zarazem czuje się ignorowana i kompletnie nie na miejscu.
Wszystko zmienia się, gdy w jej ręce wpada tajemnicza księga – spowita wonią innych światów, kryje w sobie opowieść o sekretnych drzwiach, miłości, przygodzie i niebezpieczeństwie. Każda jej strona przynosi odkrycia z trudem dających się objąć rozumem prawd o tym, czym jest świat. January stopniowo zaczyna też rozumieć, że historia przedstawiona w książce powiązana jest z jej własnym losem.

Yasmin Rahman - Czego Ci nie mówię
Wydawnictwo: IUVI
Data: 11 kwietnia

OLIVIA, CARA i MEHREEN – trzy zwykłe dziewczyny, każda inna. Trzy dziewczyny, które postanowiły popełnić samobójstwo. Żadna nie ma tyle odwagi, by zrobić to samodzielnie, dlatego logują się na stronie Memento.Mori i zostawiają informację o poszukiwaniu partnera do samobójstwa, a algorytm strony dokonuje wyboru. W ten sposób się poznają.
Imię i nazwisko
Wiek
Miejsce zamieszkania
Dlaczego chcesz umrzeć?
Wydaje ci się, że wiesz, co będzie dalej?
Że twórcy Memento.Mori tak pokierują dziewczętami, żeby odwieść je od dramatycznego kroku?
Albo wyślą do ich domów terapeutów, którzy pomogą wszystkim uporać się z problemami?
Albo skontaktują się z ich rodzicami, żeby ostrzec, co planują dziewczyny?
No cóż. To nie jest prosta historia z przewidywalnym finałem.
Dlatego warto ją przeczytać. A nawet trzeba.

Wydawnictwo: Fabryka łów
Data: 15 kwietnia

TOY STORY – O BABECZCE ZWANEJ „ZABAWECZKA”
Pies wojny o zabójczym uroku Matyldy, wytrzymałości G.J.Jane, skuteczności Ripley i Obcego razem wziętych. Za dowódcą o ksywie Dante wejdzie we wszystkie kręgi ziemskich piekieł. Była narkomanka i prostytutka. Odziedziczy miliony, jeśli przez 10 lat utrzyma się z pracy prywatnego detektywa. Tylko kto zatrudni Marlowa o wyglądzie licealistki? Czekając na robotę mieszka w biurze i żywi się kocim żarciem.

Wydawnictwo: Czarna Owca
Data: 15 kwietnia

Christopher Berry-Dee, kryminolog i autor bestsellerów, ukazuje czytelnikom mroczne zakamarki psychiki najbardziej bezlitosnych i niebezpiecznych morderców na świecie. Przez wiele lat prowadził wywiady z przestępcami przebywającymi w więzieniach – w tym osławionymi seryjnymi zabójcami – i odkrył, że okazywany przez nich brak wyrzutów sumienia jest często jeszcze bardziej przerażający od popełnionych zbrodni.
"Rozmowy z psychopatami i bestiami" niewątpliwie zmienią poglądy czytelników na to, kim są ludzie zdolni do najbrutalniejszych zabójstw, a poza tym stanowią dowód, że horror może być bliższy, niż sądzimy.


Pro tip: Ostatnio niewiele piszę na blogu o książkach, bo... robię to na Instagramie.

Ps. Standardowo dajcie znać, co przyciągnęło Waszą uwagę, a także co ostatnio dobrego czytaliście.
Czytaj całość

Jaką dramę obejrzeć, czyli paczka tytułów z Korei #11


Mamy teraz taki okres, że lepiej siedzieć w domu, niż wychodzić i wiecie co? Są tego plusy, bo zyskujemy dużo czasu, który można przeznaczyć na zjadanie kolejnych tytułów z popkultury i może nikt nie będzie miał mi za złe, że podrzucam kilka dram godnych uwagi. Tym razem ułatwiam Wam życie, bo wiele z poniższych produkcji jest dostępna na Netflixsie. Przy okazji fani sageuk znajdą poniżej sporo tytułów dla siebie.


[Tradycyjnie przypominam wszystkim, którzy z dramami nie mieli jeszcze do czynienia, że przed oglądaniem lepiej zapoznać się z Przewodnikiem po k-dramach]


Kingdom (sezon 2)
Gatunek: historyk, zombie

Fabuła: [Polecam zapoznać się z pierwszym sezonem "Kingdom", by uniknąć spoilerów] Po przemianie króla Joseon w żywego trupa i wybuchu epidemii na prowincji, którą książę dzielnie chce obronić, banda zombie atakuje z całą mocą. Z nadejściem zimy zombiaki nie muszą już chować się za dnia, co stanowi spore wyzwanie dla żywych. Tymczasem w stolicy królowa dalej knuje, jak przejąć władze nad krajem.

Ocena: "Kingdom" jest bardzo dobrą produkcją. Dobrze nakręconą i z ciekawym pomysłem na siebie, zarówno biorąc pod uwagę produkcje o zombiakach, jak i historyk, bo ma dobrze skonstruowane dworskie intrygi i oryginalne podejście do wybuchu zombie epidemii, walki z żywymi trupami, a także sposobami radzenia sobie z nieprzewidzianymi skutkami ubocznymi. Dodatkowo romans w tej dramie nie istnieje, co jest miłą odmianę. Jedynym problemem jest to, że produkcja została niepotrzebnie podzielona na dwa sezony, przez co po ponad rocznej przerwie można się pogubić, kto jest kim i co złego zrobił. Niemniej samo zakończenie drugiej serii uznaję za rewelacyjne, bo z jednej strony zamyka wątki, a z drugiej daje możliwość rozbudowania akcji o kolejny sezon.

Gdzie obejrzeć? Netflix

Rookie Historian Goo Hae Ryung
Gatunek: Komedia romantyczna, historyk, 

Fabuła: Zapomniany książę zamknięty w najdalszej części królewskich posiadłości zabija czas pisaniem tanich romansów, które cieszą się szaloną popularnością wśród kobiet. Wyjątkiem jest Goo Hae Ryung, która jak na szlachciankę, a przede wszystkim kobietę została dobrze wyedukowana, a jej sposób myślenia znacząco odbiega od przyjętych norm. Dziewczyna chce czegoś więcej, niż tylko być czyjąś żoną, dlatego w dzień ślubu bierze nogi za pas i podchodzi do egzaminu na dworską historyczkę.

Ocena: Nie jestem pewna, czy wszystkie dramy historyczne są ciężkie, czy tylko ja na takie zazwyczaj trafiam, ale warto już na samym początku powiedzieć, że "Historian Goo Hae Ryung" należy do bardzo lekkich i przyjaznych, w których na pierwszym planie kwitnie nam uroczy romans między niedoświadczonym, wręcz naiwnym księciem i nieco bardziej zaradną historyczką. Za to odwrócenie ról duży plus. I chociaż drama nie należy do najbardziej wciągających, to ma sporo plusów, jak choćby humor i poruszanie ciekawych wątków (np. zderzenie się idei wschodu z zachodem, czy edukacja kobiet w Joseon), choć te stanowią bardziej tło. Niemniej największymi zaletami zdecydowanie jest lekkość i urok zarówno bohaterów, jak i prowadzonej akcji. 

Gdzie obejrzeć? Netflix

Queen: Love and War
Gatunki: historyk, romans, dramat, fantasy

Fabuła: Król i królowa umierają w dniu swojego ślubu, a przynajmniej wszystko na to wskazuje do momentu, gdy Kang Eun Bo pracująca w agencji detektywistycznej, zakrada się do sali, w której spoczywają ich ciała i przez przypadek go 'ożywia'. Niedługo później dziewczyna dowiaduje się, że zmarła królowa była jej siostrą bliźniaczką, a jej rodzina została oskarżona o zdradę. By znaleźć mordercę, Kang Eun Bo startuje w selekcji na kolejną królową i przez przypadek wplątuje się w spisek.

Ocena: "Queen: Love and War" nie jest złą dramą, ale zestawiając ją z pozostałymi historykami, które pojawiły się w tej paczce, wypada słabo. Może po części dlatego, że jest dość przewidywalna, a bohaterowie nie są specjalnie wyraziści. Nie jest ani zabawna, ani nie powoduje potoku łez. Ot po prostu jest. Za to ma w sobie coś, co sprawiało, że kojarzyła mi się z "Rywalkami" i tym czymś zapewne jest sam proces selekcji przyszłej królowej. To zdecydowanie jest najciekawszy wątek dramy, dzięki któremu możemy dowiedzieć się nieco więcej na temat samego procesu.

Gdzie obejrzeć? Viki.com

My country: New Age
Gatunek: Historyk, Romans, Melodramat

Fabuła: Królestwo Goryeo się nie sprawdziło. Nikt nie był zadowolony z tego, jak się sprawy mają i każdy chciał stworzyć swój kraj wedle własnego pomysłu, co ostatecznie doprowadza do licznych podziałów i wojen. Ten konflikt rozdziela również dwóch zdawałoby się najlepszych przyjaciół, którzy wspierali się od dzieciństwa. Stojąc po przeciw nych stronach muszą zmierzyć się ze sobą, stopniowo tracąc wszystko co kochają w imię górnolotnych idei. 

Ocena: Będę niesprawiedliwa, bo tę dramę oglądałam w momencie, gdy nie miałam ochoty oglądać tego, co dostałam i po pierwszej ekscytacji szybko zaczęłam się nudzić... fabułą i bohaterami. Niemniej nie mogę napisać, że ten tytuł jest zły, bo nie jest. Jest przemyślany, pełen intryg i dobrze nakręconych scen walki. Problem chyba polega na tym, że niemal wszyscy bohaterowie podążając za swoimi wizjami świata, a ja chciałam choć przez moment zobaczyć jak żyją w tym, który mają. Poza tym "My country" jest dość typowe dla gatunku, czyli niewielu bohaterów dożywa ostatnich scen, a nawet ci, którym się to udaje są dalecy od bycia szczęśliwymi.

Gdzie obejrzeć? Netflix


Gatunek: Romans, 

Fabuła: Paralotnia napędzana trąbą powietrzną przenosi Yoon Se Ri z Korei Południowej do Północnej, gdzie natyka się na pole minowe i oddział żołnierzy. Pech chciał, że w trakcie ucieczki skręca w złą stronę i trafia do wioski zamieszkałej przez rodziny wojskowych. Ostatecznie udaje jej się ukryć w domu kapitana Ri Jung Hyeok, który stara się bezpiecznie odesłać ją do domu.

Ocena: Bez wahania mogę napisać, że oglądanie CLoY było wspaniałą rozrywką, podczas której zazwyczaj chichotała do ekranu jak szalona. Postacie pierwszo, a przede wszystkim drugoplanowe zostały rewelacyjnie wykreowane i raziły po oczach swoim urokiem. Wiejskie ajummy i oddział słodziaków jest czymś, co potrzebuje każdy z nas! Kontrast podczas zderzenia obu światów był wręcz porażający, a jednocześnie potrafił zachwycić. Spodziewałam się znacznie bardziej ponurego obrazu Północy i wyidealizowanego Południa, lecz twórcy poszli w inną stronę i chwała im za to. Możliwość słuchania Yirumy było wisienką na torcie. Mogę z czystym sercem polecić ten tytuł, a jeśli potrzebujecie przeczytać o nim więcej, to podrzucam link to pełnej recenzji "Crash Landing on You".

Gdzie obejrzeć? Netflix

Kroniki Arthdalu
Gatunek: Fanstasy,

Fabuła: Drama przenosi nas do starożytnej, mitycznej krainy, w której Sarmanie po zgładzeniu Neandertalczyków budują podstawy cywilizacji. Eunseom jest mieszańcem, który wychowuje się w wiosce Wahan. Jego spokojny świat w jednej chwili znika, gdy Sarmanie napadają na 'dzikusów' i zabierają ich do swojego miasta w roli niewolników. Eunseom robi co w jego mocy, by ich uwolnić.

Ocena: Warto zaznaczyć, że choć opowieść jest osadzona w przeszłości, to z historią ma tyle wspólnego co "Gra o Tron". Znacznie mocniej skupia się na wątkach mitologicznych, zapierających dech kadrach i przeciwnościach, które musi pokonać nasz główny protagonista, by wyzwolić swój lud spod tyrani bardziej rozwiniętej osady. Dużym plusem jest tu rozłożenie scen i wątków na wielu bohaterów, dzięki czemu cała akcja stała się znacznie ciekawsza. Postacie są dobrze stworzone i odegrane. Właściwie nie ma rzeczy, do której mogłabym się przyczepić. Kroniki zdecydowanie są produkcją udaną, którą warto się zainteresować, jednocześnie mam nadzieję, że drama będzie kontynuowana, bo zakończnie pozostawia spory niedosyt. 

Gdzie obejrzeć? Netflix

My holo love
Gatunek: romans, science-fiction

Fabuła: Wyobraźcie sobie okulary AR, dzięki którym jesteście w stanie zobaczyć Asystenta Google, Siri, czy czego tam używacie. Z tym że ów asystent nie ogranicza się do wykonywania zadań, lecz jest wysoko rozwiniętą sztuczną inteligencją wpakowaną do przystojnego holograficznego ciałka - taki właśnie jest Holo. Han So Yeon przez przypadek zostaje beta-testerką i zakochuje się w Holo. Z kolei twórca Holo zakochuje się w niej.

Ocena: Produkcja tematycznie jest dość podobna do "I am NOT a robot" i "Are You Human Too?", jednak ogólnie wypada przy nich dość słabo. Najprawdopodobniej dlatego, że te dwa tytuły są znacznie lepsze, ten wypada nijak, bo sam w sobie zły nie jest. No może odrobinkę się męczyłam przy oglądaniu, ale to było spowodowane banalnością romansu i fabuły oraz błędami logicznymi, które działały na mnie, jak płachta na byka (jeśli się nie zgadzacie, to proszę ładnie mi wytłumaczyć, jakim cudem poziom dedukcji pana policjanta był lepszy, niż Sherlocka Holmesa, choć miał znacznie mniej wskazówek. Śmiało!). Jestem daleka od polecenia tego tytułu, jednak równocześnie wiem, że wielu osobom może się spodobać.

Gdzie obejrzeć? Netflix

WHY: The Real Reason You Got Dumped
Gatunek: romans, komedia, web drama

Fabuła: Yeon Woo w rocznicę stu dni związku zostaje rzucony przez swoją dziewczynę i nie ma bladego pojęcia dlaczego. Nagle złamane serce i ciągłe obwinianie się o drobnostki, które mogły doprowadzić do zerwania, powodują u niego tak duży kryzys, że przyjaciele postanawiają zabrać go na kilkudniową wycieczkę na wyspę Jeju. Dopiero dzięki temu chłopak poznaje powód.

Ocena: Tym razem coś lekkiego i krótkiego dla tych, którzy mają mało czasu i wolą dramy w wersji RAR. "WHY..." ma jedynie dziesięć około 10-minutowych odcinków, które i tak momentami wydają się przeciągane. Umówmy się, w takim czasie trudno stworzyć powalającą dramę, więc nie powinniście mieć względem niej dużych wymagań.

Gdzie obejrzeć? DramaQueen

Extraordinary You
Gatunek: Romans młodzieżowy, fantasy

Fabuła: Główna bohaterka dramy odkrywa, że żyje w komiksie i to wcale nie jako główna bohaterka, lecz postać wspierająca, co gorsza przeznaczona na odstrzał lub wieczne poniżanie przez swojego ukochanego. Dziewczynie nie pozostaje nic innego, jak zmienić swoje przeznaczenie i zbuntować się przeciwko woli autora. Wychodzi to różnie, ale muszę przyznać, że to, co się dzieje za kulisami i na scenie świetnie ze sobą kontrastuje, przy okazji zahaczając o wiele interesujących kwestii na temat problemów fikcyjnych postaci.

Ocena: Uwielbiam ten tytuł i jest jedną z moich trzech ulubionych zeszłorocznych produkcji, więc zdecydowanie polecam. Może i nie ma spektakularnie nakręconych zdjęć, wysokiego budżetu, czy wybitnie utalentowanych aktorów, ale ma tak urzekający klimat, że nie sposób się od niej oderwać. Jest urocza i ciepła, dzięki czemu choć tematycznie kojarzy się z "W - Two Worlds", to jednocześnie wywołuje tak przyjemne uczucia, jak "I'm not a robot", więc fani obu produkcji powinni być zadowoleni.
Gdzie obejrzeć? Viki

Wiecie, że każdy wtorek na fanpage'u to Wtorek Azjatycki? Klikajcie po dodatkową dawkę opinii o dramach na bieżąco!

Szukacie więcej dram? Sprawdźcie Paczkę k-dram #10

Ps. Jak tam izolacja? Jak wypełniacie czas?
Czytaj całość

Dwa kraje, jeden naród, czyli o Crash Landing on You


Pamiętacie historię Dorotki z "Czarnoksiężnika z Krainy Oz", która zostaje porwana przez trąbę powietrzną i niespodziewanie trafia do krainy, która w niczym nie przypomina Kansas? Se Ri z "Crash Landing on You" przydarzyła się podobna sytuacja, z tym że zamiast trafić do fantastycznej krainy po drugiej stronie tęczy, trafia do Korei Północnej. Możemy śmiało powiedzieć, że to nie jest podróż marzeń, tym bardziej gdy pochodzi się z Korei Południowej, a przekroczenie granicy jest nielegalne, nawet jeśli zrobiło się to na paralotni ciągniętej przez tornado.


[Tradycyjnie przypominam wszystkim, którzy z dramami nie mieli jeszcze do czynienia, że przed oglądaniem lepiej zapoznać się z Przewodnikiem po k-dramach]

I tak oto Yoon Se Ri, wyrachowana i chłodna pani prezes, dzień po tym, gdy została wyznaczona na następcę ojca w jego konglomeracie, przeniosła się o kilkanaście kilometrów i całe dziesięciolecia od domu, by trafić w sam środek strefy zdemilitaryzowanej, natknąć się na żołnierzy z Północy, uciekać przed kulami po polu minowym i wbiec do Korei Północnej. Z racji tego, że Se Ri nie ma magicznych pantofelków, które mogłyby ją przenieść do domu, musi znaleźć realniejszą drogę, a pomaga jej w tym kapitan Ri Jung Hyeok i chłopcy z północnokoreańskiego oddziału, na który trafiła na granicy.


Nie jestem fanką wojskowej tematyki, ale wystarczył mi zarys fabuły, by wiedzieć, że muszę obejrzeć "Crash Landing on You". Byłam ogromnie ciekawa, jak twórcy podejdą do wrażliwego tematu oraz jak pokażą sceny z Północy. Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie na temat tego, jak wygląda życie w KRLD (Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna) i co ciekawe, z tego co się dowiedziałam, wiele szczegółów w dużej mierze pokrywa się z tym, co przedstawiono w dramie. Twórcy konsultowali się z uchodźcami z KRLD przy najdrobniejszych kwestiach, jak choćby wybór fryzur w salonach fryzjerskich, czy sposobach ułożenia jedzenia na stołach. I mając tę wiedzę, jest mi jeszcze trudniej zrozumieć, że w tych czasach istnieją osoby, które nigdy nie jadły cheeseburgera z McDonalda.

Żyjemy w fajnych czasach i w fajnym miejscu (pomijam obecną pandemię), dzięki czemu częścią naszej codzienności są rzeczy, które nawet nie postrzegamy jako luksusowe, czy choćby warte docenienia. Braki w dostawie prądu (nawet bardziej regularne, niż same dostawy), brak internetu, czy ciepłej wody w kranie są dla mnie tak abstrakcyjne, że sceny z Północy bardziej, niż oglądanie innego kraju, przypominały mi oglądanie dawnych czasów, o których często opowiada mi babcia. Se Ri równie dobrze mogłaby przejść przez tunel czasu, niż przez granicę łączącą dwa kraje. Jest taka scena rozgrywająca się na granicy (spoiler: wymiana więźniów), w której dosłownie widzi się, jak teraźniejszość mierzy się z przeszłością.


Zresztą symetria "Crash Landing on You" potrafi zachwycić. Sceny i problemy, którym bohaterowie musieli stawić czoła w Korei Północnej, miały później lustrzane odbicie w Korei Południowej - od przekroczenia granicy, przez odnalezienie się w obcym świecie po powrót do domu. Relacje pomiędzy Yoon Se Ri, Ri Jeong Hyukiem, Alberto i Seo Dan też są dobrym tego przykładem. I nie mówię tu tylko o historiach dwóch głównych par, ale o relacjach każdej osoby zaangażowanej w ten miłosny kwadrat. Twórcy naprawdę się spisali, ale i tak największy pokłon należy im się za kreację bohaterów.

Polubiłam główną parę. Se Ri dużo zyskuje dzięki temu, że ma dwa oblicza. Z jednej strony potrafi być przerażającą szefową, która mierzy się z mocno popieprzoną rodziną, a z drugiej strony w sytuacji, gdy traci grunt pod nogami, potrafi być bardzo ludzka, a wręcz ciepła. Jednak to kapitan Ri zaskoczył mnie znacznie bardziej. Nie spodziewałam się tak uroczej i prostodusznej postaci wojskowego z Korei Północnej. Druga para była chyba jeszcze lepsza. Alberto i Dan mieli tak ciekawą relację, że do tej pory nie wierzę w to, jak się zakończyła.


Niemniej to postacie dalszoplanowe całkiem podbiły moje serce. Wiejskie ajummy to mistrzostwo, a oddział żołnierzy służących pod kapitanem Ri to chodzące diamenty i narodowy skarb Północy! Świetnie skonstruowani i odegrani. Podobało mi się, jak charakterologicznie dobrano ich grupę. Mamy uroczego szczeniaczka, który jest niewinniejszy od płatka śniegu. Przystojniaka, który praktycznie się nie odzywa (zazwyczaj ten typ odgrywa większą rolę). Nadętego głupka, który nie potrafi wyrażać emocji inaczej, niż przez złośliwości. I szczeniaczka zakochanego w kulturze wrogiego kraju (uwielbiam, że powierzono mu rolę tłumacza z koreańskiego na koreański). Sceny z ich udziałem skradły show i nie mogłam przestać się śmiać. Byli absolutnie uroczy i słowo daję, przygarnęłabym ich do siebie i dała własną kartę bez mrugnięcia oka, byle tylko móc obserwować, na co wydają pieniądze. Niestety obawiam się, że prawdziwym żołnierzom z KRLD daleko do nich.

Raczej nikogo nie zaskoczę, pisząc, że "Crash Landing on You" szalenie mi się podobało. Dlatego zamiast tego napiszę, że niesamowicie mnie zaskoczyło. Spodziewałam się romansu południowej Julli z północnym Romeo na tle ponurego kraju, w którym wszystko jest śmiertelnie poważne i niebezpieczne. Tymczasem zazwyczaj pękałam ze śmiechu lub roztapiałam się nad uroczymy żołnierzykami - najczęściej oba. Nie spodziewałam się, że twórcy z Korei Południowej będą gotowi pokazać piękno kraju, z którym mają najbardziej napięte stosunki, a tym bardziej że przeważającą większość postaci z KRLD przestawią jako ciepłe i dobre. I choć z tego co słyszałam, nie przedstawiono nawet połowy zagrożeń, od których cierpłaby nam skóra, to uważam, że wykonali kawał dobrej roboty. Zdecydowanie polecam każdemu zapoznać się z  "Crash Landing on You", tym bardziej że ten tytuł wydaje się odpowiedni na rozpoczęcie przygody z k-dramiami.

Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, każdy Wasz wtorek będzie Wtorkiem Azjatyckim!

Ps. Znacie inne tytuły, które przedstawiają życie w Korei Północnej?
Ps dla tych, którzy mają już dramę za sobą: Która scena/sceny najbardziej Wam się podobały?
Czytaj całość

Miłość z przyszłości, czyli sposoby dobierania par w popkulturze


Muszę przyznać, że żyjemy w fajnym świecie, w którym większość z nas ma całkowitą swobodę w kwestii wybierania sobie partnera, bo robimy to sami. Niemal do historii przeszły małżeństwa aranżowane (a przynajmniej niewiele już mają wspólnego ze sprzedawaniem córek za kozę) i może po części dlatego w naszym monogamicznym społeczeństwie ludzie zaczęli wykazywać się coraz większą pomysłowością w sposobach poszukiwania partnera.


Jednym z takich przykładów jest zalew reality show typu "Ślub od pierwszego wejrzenia" czy "Miłość jest ślepa", która została oparta na eksperymencie idealnie nadającym się na podstawę łączenia par w powieściach futurystycznych. Zresztą dość podobny pomysł został już wykorzystany przez Victora Dixena w trylogii "Fobos" z tą różnicą, że w tym fikcyjnym reality show dodatkową atrakcją było 'kręcenie' uczestników podczas lotu na Marsa. Do programu Genesis wybrano sześć dziewczyn i sześciu chłopaków w wieku od 17 do 20 lat, którzy spotkali się dopiero na pokładzie statku kosmicznego. Tam mogli spotkać się jedynie kilkanaście razy przez sześć minut — to miało im wystarczyć, by się poznać i wybrać swoje przyszłego partnera, z którym wezmą ślub, gdy tylko wylądują na Marsie. Muszę przyznać, że przy takiej presji (w końcu lot powrotny nie wchodził w grę) netflixowa "Miłość jest ślepa" wydaje się całkiem racjonalną opcją, a przynajmniej tu uczestnicy mieli więcej czasu, by nawiązać ze sobą nić porozumienia podczas rozmów w kabinach, a przy tym możliwość wycofania się w dowolnym momencie.

Teraz wyjdzie, że mam wyjątkową słabość do książkowych reality show, bo jako drugi sposób łączenia się w pary w popkulturze przytoczę "Rywalki" Kiery Cass. Tym razem mamy do czynienia z fikcyjnym królestwem Illéa, które wyrosło na gruzach USA. Teoretycznie wśród normalnych mieszkańców nie istnieją specjalne metody znajdowania sobie partnera poza tym, że istnieje społeczny podział na kasty a właściwie numerki od 1 do 8. Jednym ze sposobów na podniesienie swojej rangi jest ślub z mężczyzną o wyższym statusie. System jest delikatnie mówiąc sekistowski, bo jeśli kobieta poślubi mężczyznę o niższym numerze, jej status spada, czyli mężczyźni ugrzęźli w swojej grupie. Niemniej istotą "Rywalek" nie jest zawieranie małżeństw przez zwykłych zjadaczy chleba, lecz wybór księżniczki dla księcia, który jest już bardziej wyszukany. Żonę dla książątka wybiera się w Eliminacjach. W pierwszym etapie Eliminacji wszystkie młode niewiasty z Illéi zgłaszają swoją aplikację na stanowisko książęcej małżonki. Wśród nich losuje się po jednej z danej mieścinki, co daje w sumie 35 kandydatek, które wyszorowane, wypucowane i ogólnie podrasowane transportuje się do Zamku, by książę mógł urządzić sobie casting, kolejno odprawiając do domów te, które nie przyciągnęły jego uwagi. Całość oczywiście jest transmitowana ku uciesze obywateli.


Choć wybieranie miłości swojego życia w przedstawionych powyżej programach randkowych może się wydawać się dość skrajne, to ich największą zaletą jest to, że wciąż dopuszcza się w nich własne wybory. Co jednak z tymi wizjami, w których wybór jest nam odbierany? Istnieją autorzy, którzy swoimi romantycznymi historiami starają się nas przekonać, że przymus wcale nie jest końcem świata. Pamiętacie wpojenie w "Zmierzchu" Stephenie Meyer (tak po prawdzie to pomysł wpojenia wymyśliła i użyła przed nią L.J. Smith podczas pisania "Świata Nocy"), które przydarzało się wilkołakom, gdy po raz pierwszy spojrzeli na miłość swojego życia? Jak dla mnie dość creepy, skoro dwukrotnie wpojenie dotyczyło dorosłych mężczyzn i małych dzieci, ale co ja tam wiem, skoro wciąż narzekam na syndrom sztokholmski w "Pięknej i Bestii". Ale hej, widocznie porwanie to też jakaś metoda na love story.

Najlepszym przykładem pokazującym, jak bezduszne jest pozbawianie wyboru partnera, jest jedna z moich ulubionych książek, czyli "Dobrani" autorstwa Ally Condie. W wykreowanym przez autorkę antyutopijnym świecie Społeczeństwo kontroluje każdy aspekt życia obywateli - co jedzą, gdzie pracują i z kim spędzą życie. Każdy z tych wyborów podejmuje się w oparciu o zebrane informacje na temat danego obywatela, jak wyniki w nauce, predyspozycje zawodowe, wyniki w grach, ulubione sposoby spędzania wolnego czasu, czy tysiące innych, które gwarantują 100% zadowolenia. Oczywiście nie ma przymusu. Każdy może zrezygnować z wybranka przydzielonego w puli Doboru na rzecz bycia Singlem. Innymi słowy, Ten Jeden Jedyny albo nic. Nie ma opcji, jeśli zakochacie się w kimś innym. Brzmi przerażająco, prawda?

Poruszając temat ponurych wizji przyszłości, nie sposób pominąć "Black Mirror", które i tematowi związków poświęciło jeden z odcinków - "Hang the DJ". Pomysł jest bardzo podobny do tego z "Dobranych", bo i tu system na podstawie analizy osobowości dobiera partnera i zmusza do całkowitego podporządkowania. Największą różnicą jest fakt, że zamiast partnera na całe życie, dostajemy partnera na... właściwie czas trwania ustawionego związku poznaje się w momencie spotkania. Może to być 12 godzin, 5 miesięcy albo całe 2 lata. Po rozstaniu nadchodzi czas na kolejny związek i tak w kółko do momentu... a zresztą nie będę Wam spoilerować, skoro sami możecie się przekonać.


Przerobiliśmy już miłość sprzedawaną w reality show ku uciesze gawiedzi, jak i tę, która teoretycznie perfekcyjną, choć obdzierającą nas z wolnej woli, więc czas na najgorszą opcję - brak miłości. W serii "Delirium" Lauren Oliver przedstawia wizję przyszłości, w których miłość jest zakazana. Traktowana jak choroba, którą trzeba leczyć. Stworzono zabieg pozwalający wyleczyć się z miłości i każdy obywatel po osiągnięciu pełnoletności jest mu poddawany. Zresztą jak mogliby odmówić, skoro w ich społeczeństwie surowo karane jest odczuwanie radości, smutku, czy empatii. Wyleczone osoby nie są impulsywne, nie reagują emocjonalnie, nie odczuwają współczucia, smutku, ani szczęścia. Zupełnie, jakby na sali operacyjnej lekarze pozbawiali pacjentów duszy, a pozostawiali pustą skorupę.

Przyglądając się scenariuszom wysnutym przez twórców popkultury futurystycznej, aż chce się podziękować, że w naszym świecie nikt jeszcze nie wpadł na to, by kontrolować nasze miłosne wybory.

Psssssyt! Klikajcie Lubię to, by przez okres zamknięcia kin dostawać codzienną dawkę propozycję filmów wartych nadrobienia!

Ps. Gdybyście już koniecznie musieli wybrać któryś z powyższych sposobów na znalezienie dla siebie partnera, to na który byście się zdecydowali?
Ps2. Znacie inne ciekawe pomysły twórców?
Czytaj całość

Miłość jest ślepa, więc jak znaleźć swoją drugą połówkę?


Znalezienie swojej drugiej połówki teoretycznie wydaje łatwe - w końcu udaje się to miliardom ludzi. Jednak czasami pozornie najprostsze sprawiają nam najwięcej problemów. Gdyby było inaczej, nie istniałyby swatki, nie powstałby Tinder, ani programy reality show, które łączą ze sobą ludzi, dzięki dość nietypowym eksperymentom. Jednym z takich programów jest "Love is blind", który ostatnio zadebiutował na Netflixie.

Twórcy programu postanowili przetestować, czy miłość rzeczywiście jest ślepa i zaprosili do swojego eksperymentu 15 kobiet i 15 mężczyzn, którzy przez 10 dni mieli okazję ze sobą randkować do woli. Był tylko jeden haczyk - rozmawiali w osobnych kabinach, nie mogąc się zobaczyć. Wedle założeń rozmowy prowadzone 'na ślepo' miały pomóc im lepiej się poznać i stworzyć głęboką więź. Można powiedzieć, że niektórzy uczestnicy rzeczywiście ją poczuli, skoro pierwsze wyznanie miłości i propozycja małżeństwa padła po czterech dniach. Ostatecznie do etapu oświadczyn dobrnęło kilka par, a część z nich nawet dotarła przed ołtarz.

"Miłość jest ślepa" składa się z 10 odcinków (11 powstał w postprodukcji), które dzieją się na przełomie trzech tygodni - od poznania się w kabinach po dzień ślubu, więc akcja pędzi dość szybko. Na poszczególne etapy składają się m.in. wspomniane szybkie randki w kabinach, spotkanie narzeczonych twarzą w twarz, wyjazd na wcześniejszy miesiąc miodowy, wspólne zamieszkanie, poznanie rodziców drugiej połówki, przygotowania do ślubu i oczywiście ślub. Trochę taki związek w 5 minut, ale i tak uczestnicy dostali więcej czasu, by się poznać i stawić czoło głównym związkowym problemom, niż uczestnicy innych reality show tego typu.

Niby miłość może zakiełkować wszędzie, nawet w takim małych celach.

Właściwie nie do końca rozumiem, dlaczego twórcy miłosnych eksperymentów tworząc koncept dla reality show, opierają się na założeniu, że pary powinny dobierać się w ciemno. Bo umówmy się, to nie jest świeży pomysł. Już w latach '90 źle ubrani ludzie zadawali trzy pytania osobom zza parawanu i na podstawie ich mocno creepy odpowiedzi wybierali jedną, z którą jechali na wycieczkę (jeśli nie kojarzycie "Randki w ciemno", to zdecydowanie polecam zerknąć na filmy Niekrytego Krytyka). Niemniej samo "Love is blind" bardziej kojarzyło mi się ze "Ślubem od pierwszego wejrzenia", który bez wątpliwości zajmuje pierwsze miejsce na podium najbardziej absurdalnego pomysłu na swatanie ludzi. Trochę martwiłam się, że twórcy "Love is blind" pójdą w tym samym kierunku i również pozwolą parą się spotkać dopiero na ślubnym kobiercu, ale na szczęście wykazali się odrobiną zdrowego rozsądku i przynajmniej próbowali zachować pozory tego, że ich eksperyment ma sens. I wiecie co? Jakby się nad tym zastanowić, to właściwie trochę ma, a wręcz mógłby stanowić świetną podstawę pod założenie doboru par w powieściach futurystycznych.

Problem tkwi w tym, że pierwsza edycja eksperymentu nie okazała się pełnym sukcesem, choć liczba zaręczyn przewyższyła oczekiwania twórców. Pierwszym dość poważnym zgrzytem jeszcze z etapu 'na ślepo' był fakt, że co najmniej trzy uczestniczki zdecydowały się na tego samego faceta, a i on zbyt zdecydowany nie był. Dlaczego to problem? Cóż... pomijając, że ta sytuacja pokazała, że nie każdy znajdzie sobie parę (14 osób nie dotarło do etapu zaręczyn w ciemno, a 12 kolejnych zrezygnowało niedługo po nich - co ciekawe większość z nich nie została przedstawiona w programie, bo... brakło budżetu), to doprowadziła do tego, że jedna z kobiet wybrała sobie na przyszłego męża opcję zapasową.
Drugim dość rzucającym się w oczy problemem jest fakt, że większość uczestników programu stanowiły piękne kobiety i przystojni mężczyźni, więc szok po poznaniu był w ich przypadku dużo mniejszy, niż gdyby nagle dowiedzieli się, że ich wybrańcem jest ktoś przeciętny, czy brzydki.



Naprawdę sądziłam, że twórcy podstawią kilka min, które udowodnią, jak ludzie są płytcy, ale ostatecznie okazało się, że to nie wygląd stanowił powód rozstań, lecz to, że zostali dobrani w odrealnionych bańkach. W mojej subiektywnej opinii przez upadło wyjściowe założenie. W końcu co to za wyzwanie związać się z osobą, która po tym, jak oczarowała nas swoim wnętrzem, okazała się atrakcyjna fizycznie? Oh wait... [Spoiler] Jednak sześć z ośmiu zaręczonych par się rozstała. Może zabrzmię cynicznie, ale jak dla mnie program udowodnił, że niezależnie od tego, czy poznajemy się w sprzyjających warunkach, pozwalających poznać wnętrze drugiej osoby oraz pomimo tego, że pasuje do obowiązujących kanonów piękna, to ludzie zwyczajnie nie potrafią się ze sobą dogadać.

Wybaczcie, ale naprawdę potrafię patrzeć na ten program głównie przez pryzmat eksperymentu, bo mimo wszystko jest on całkiem fascynujący. Uwłaczający, ale fascynujący. Niemniej jako rozrywka też się sprawdzi i zdecydowanie wciągnie bardziej, niż pozostałe programy tego typu, chociaż gdybym rzeczywiście miała Wam polecić reality show z Netflixa, to zdecydowanie byłoby to The Circle.



Ps. Moja ulubiona para przetrwała, a Wasza?
Ps2. A teraz przyznajcie się, które z oglądanych reality show podobało Wam się najbardziej?
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella