Cesarstwo Koreańskie w morderczym wydaniu, czyli o The Last Empress


Cesarstwo Koreańskie oficjalnie przestało istnieć w 1910 roku, gdy zaczęła się japońska okupacja, jednak twórcy "The Last Empress" pokusili się o pokazanie, co by się stało, gdyby Cesarstwo Koreańskie przetrwało, a ich dynastia wciąż zasiadała na tronie. Przyznaję, że uwielbiam zabawę w gdybanie i zaglądanie za kulisy uwspółcześnionych monarchii, więc byłam ciekawa, jak to wyjdzie. Wyszło genialnie i dlatego muszę się z Wam podzielić przemyśleniami, a z racji tego, że akcji jest tam zaskakująco wiele, uważajcie na spoilery!

Cała historia zaczyna się od zamachu na panującego cesarza Lee Hyuka (Shin Sung Rok), do którego dochodzi w czasie spotkania z grupką podanych, w tym z Oh Sunny (Jang Na Ra). Powiedzmy sobie szczerze, cesarz jest zepsutym człowiekiem. Tchórzliwym, zadufanym w sobie egocentrykiem, dla którego ludzkie życie nie ma żadnej wartości, dlatego przez przypadek potrąca autem starszą kobietę, bardziej martwi się o samochód, niż o nią. Zamiast przyznać się do wypadku, porzuca ją schowaną wśród śmieci przy drodze, by kolejne auto ją potrąciło. Mało tego, zleca zabójstwo jej syna, a sam, by zapewnić sobie alibi, idzie obejrzeć musical, na który zaprosiła go Oh Sunny i przez zbieg okoliczności i intrygi cesarzowej wdowy, ostatecznie poślubia niczego nieświadomą i po uszy zakochaną w nią dziewczynę, którą zresztą później próbuje zamordować. Zły człowiek, nie?

Ach ci nowożeńcy!

Cóż... to zabrzmi dziwnie, ale wbrew wszystkiemu lubiłam cesarza, bo był postacią tragiczną. Wychowywany przez socjopatycznych rodziców, którzy wpajali mu złe wartości i znęcali się nad nim od najmłodszych lat, mógłby wyjść na ludzi, gdyby tylko udało mu się uwolnić spod kontroli matki. Na nieszczęście dla niego, cesarzowa wdowa była mistrzynią manipulacji, która nie cofnęła się przed niczym, by zrobić z niego swoją kukiełkę. Zresztą nie tylko ona nim manipuluje. Cesarz nie ma po swojej stronie nikogo, komu mógłby zaufać. Jeśli przyjrzycie się wątkowi wychowania księżniczki Ari, zrozumiecie, co mam na myśli i nawet ta urocza postać w końcu poszłaby w jego ślady, gdyby nie pojawiła się Sunny (jeśli ktoś już oglądał i chciałby teraz wspomnieć o tym, że książę koronny wyszedł normalny, a miał tych samych rodziców, to proszę zwrócić uwagę, że młodego cesarza wychowywano zupełnie inaczej, bo to on miał być następcą tronu). To zrozumiałe, że stał się potworem.

Bardzo podobały mi się sceny, w których z tego potwora spoglądał skrzywdzony chłopczyk. Żałuję, że ostatecznie jego wątek potoczył się tak, jak się potoczył. [Uwaga Spoiler i to z gatunku tych, które zdradzają zakończenie!] Do ostatniej minuty miałam nadzieję, że jednak twórcy okażą mu litość. Z jednej strony to w jakiś sposób dobre, że ostatecznie umarł próbując odpokutować swoje grzechy, a z drugiej mam świadomość, że całe jego życie było jedną wielką karą. Tym bardziej, że zasadniczo nie dostałby wysokiego wyroku, gdyby postawić go przed sądem. Nikogo nie zabił (choć chciał) poza niefortunnym wypadkiem, który ostatecznie i tak przypisałabym bardziej Min Yu Ra, niż jemu. Jako zabójca był nieudacznikiem. A skoro wspomniana Min Yu Ra dostała swój happy end, a nawet jego matka przeżyła, to trochę smutne, że ona sam nie. [Uffff... spoiler zakończony, możecie czytać dalej] Muszę przyznać, że postać cesarza była rewelacyjnie rozpisana i fenomenalnie odegrana. Shin Sung Rok spisał się fenomenalnie. Zresztą nie tylko on. Wbrew moim oczekiwaniom Jang Na Ra też wypadła znakomicie.



Na tym etapie powinnam zaznaczyć, że pierwsze odcinki "The Last Empress" sugerowały, że twórcy zmarnują potencjał pomysłu, tworząc kulawą komedyjkę z jeszcze bardziej kulawym romansem i zastraszająco żenującymi gagami, w których główna bohaterka jest niezdarną ofiarą losu. Na szczęście w porę poszli po rozum do głowy i stworzyli historię, od której nie sposób się oderwać. Pełną akcji dramę wypełnioną intrygami dworskimi i zagadkami kryminalnymi, a także scenami walk i okrucieństwem tak nieludzkim, że trudno uwierzyć, by człowiek mógł się go dopuścić (sami zobaczycie, do czego zdolna jest choćby Min Yu Ra). Na tle tych wszystkich wydarzeń postać cesarzowej Oh Sunny wyrasta z naiwniaczki w silną i zdeterminowaną bohaterkę, której poczynania chce się oglądać. Przynajmniej w momentach, gdy kamerzysta nie dostaje drgawek. Drodzy dramaholicy, myślę, że nadszedł czas, by zrobić zrzutkę na statywy dla koreańskich operatorów kamery!

Czas się pochylić nad wykorzystaniem głównego pomysłu, czyli cesarstwo w XXI wieku! Jeśli mam być szczera, to moim zdaniem ten wątek nie został należycie rozpisany. Niby fajnie zagrano cesarzową prowadzącą pałacowe streamy,  wątkiem z mediami inspirowany księżną Dianą, czy cesarzem biegającym z bronią palną, ale wciąż mam poczucie, że można było to bardziej rozwinąć. Wykorzystać więcej smaczków. Czuję niedosyt.

Co ciekawe drama została zakwalifikowana jako thriller, akcja, komedia i romans. O ile jestem w stanie zgodzić się z trzema pierwszymi kategoriami, tak ta ostatnia kompletnie mi nie pasuje do "The Last Empress", a przynajmniej nie w formie romansu typowego dla koreańskich dram. Nie ma tam przeciągłych spojrzeń, odwzajemnionych uczuć i ani krzty romantyczności. Uczuć używa się tam do zyskania przewagi w pałacowych gierkach i tyle. Nie narzekam, tylko uprzedzam wszystkich, którzy sięgną po dramę z nadzieją na zobaczenie wiele ckliwych scen. Chociaż i tak nie będziecie rozczarowani, bo to świetna produkcja, którą zwyczajnie trzeba obejrzeć. W końcu przeciętniakowi nie poświęciłabym tylu literek!


Pssyt! Chcecie więcej dram? Zerknijcie na fanpage!
Czytaj całość

Paczka dla Otaku #4, czyli jakie anime obejrzeć?


Znów wpadłam po uszy w anime. Przeraźliwie są uzależniające, więc nie mówcie później, że Was nie ostrzegałam. Co prawda nie wszystkie tytuły, które dla siebie wybrałam, okazały się godne dalszego polecenia, ale są też takie, które powinniście obejrzeć jeszcze dziś. Także sprawdźcie, czym warto się truć!


Sankarea
Anime o dziewczynie zombie
[13 odcinków + 2 x OVA]

Opis: Furuya jest fanem zombie, ale nie jednym z tych, którzy oglądają wszystkie dostępne filmy i zbierają gadżety, bo szykują się na zombie apokalipsę z nadzieją, że rozwalą kilka mózgożerców. Nie. Furuya zwyczajnie marzy, by kiedyś przytrafił mu się romans ze słodką zombiaczką. Gdy pewnego dnia jego kot ginie w wypadku, postanawia go ożywić i tak poznaje żywą dziewczynę, która po wypiciu stworzonej przez chłopaka mikstury faktycznie zmienia się w zombie. Acha, kot też zostaje zombie, więc nie musicie się o niego martwić.

Ocena: Uwielbiam zombie, ale mieszczę się w kategorii przyszłych zombie hunterów. Romans z zombie jestem w stanie przetrwać tylko w anime i jeśli mam być całkiem szczera miałam względem tego tytułu spore oczekiwania. Początkowo uznałam go za całkiem przyzwoity tytuł. Ma ładną kreskę i kolorystykę, jest o zombie, więc zasadniczo czego mogłabym chcieć więcej. Niestety anime byłoby znacznie lepsze, gdyby twórcy się zdecydowali, czy chcą robić romans z zombiaczkiem, czy jednak hentai.

Devils Line
[12 odcinków + OVA]

Opis: W świecie, w którym wampiry wtopiły się w otoczenie i pokazują prawdziwą naturę jedynie, gdy zmieniają się w groźne potwory, funkcjonują jednostki do ich zwalczania. Wśród nich jest Anzai, półwampir, który zakochuje się w dziewczynie, którą uratował. Problem w tym, że chociaż ją lubi, to chciałby ją też zjeść, więc stara się trzymać od niej na dystans, a to doprowadza do tego, że jeszcze mocniej wciąga ją w swój niebezpieczny świat.

Ocena: Anime pierwsza klasa! Ma rewelacyjny, odrobinę mroczny klimat i mimo że wszystko opiera się na założeniach romansu, to jest go tam mało i kompletnie nie jest przesłodzony. Swoją budową bardzo przypomina mi Tokio Ghula. Jest wiele akcji i jej nagłych zwrotów, a także przedstawienie nastrojów społecznych, gdy istnienie wampirów wychodzi na jaw. Naprawdę świetna produkcja, która mam nadzieję, doczeka się kolejnych sezonów.

Kakuriyo no Yadomeshi
Anime o Youkai
[26 odcinków]
Fabuła: Aoi odziedziczyła po swoim dziadku zdolność widzenia ayakashi i ogromne długi zaciągnięte u jednego z nich, demona i zarazem gospodarza „Tenjin-ya”. To właśnie on pojawia się pewnego dnia i uprowadza dziewczynę do Ukrytego Świata, gdzie dziewczyna ma zostać jego narzeczoną. Zamiast tego postanawia odpracować dług w kuchni.

Ocena: Na tytuły mocno związane z Youkai zazwyczaj nie narzekam z prostego powodu, co by się nie działo, zawsze fajnie popatrzeć na stworzenia z japońskiego folkloru. Tym razem jednak poddałam się w połowie, bo anime ma okropnie męczący schemat odcinków, który opiera się na prostej koncepcji: pojawia się problem, główna bohatera zaczyna gotować i serwować swoje dania (zazwyczaj postaci, która ją nienawidzi) i nagle problem znika. Taaaa, ja naprawdę łapię, że głodni ludzie to wkurzeni ludzie, ale nie mogłam już zdzierżyć tak naiwnego podejścia. Zresztą, po co oglądać produkcje, która z odcinka na odcinek wcale nie zaskakuje, a akcja praktycznie nie istnieje?

Dusk Maiden of Amnesia / Tasogare Otome x Amnesia
Niepamięć panny zmierzchu
[2 sezony po 12 odcinków]
Opis: Gdy szkoły mają długoletnią historię, przeważnie jest ona mocno związana z duchami zmarłych uczniów. Najsłynniejszym duchem szkoły, do której chodzi Teiichi jest Yuuko, duch zmarłej przed laty licealistki. Pewnego dnia chłopak trafia do opuszczonych pokoi w starej części budynku, gdzie spotyka ducha dziewczyny, która zamiast go straszyć, zaczyna się do niego lepić i nie chce opuścić go na krok. Co ciekawe wspomniany duch cierpi na amnezję i nie pamięta, dlaczego umarła i nie może opuścić szkoły.

Ocena: Warto mieć na uwadze, że choć "Dusk Maiden of Amnesia" jest przepełnionym żartobliwymi scenkami romansem ducha z licealistą, to widnieje również pod gatunkiem horror. Jasne, nie jest to typowy horror (chociaż akurat ja na temat typowych horrorów nie powinnam się wypowiadać), bo creepy scen wcale nie jest tak wiele, to jednak oglądając to anime nocą, możecie mieć ciary. Głównie przez bardzo udaną kolorystykę i klimat, który osobiście szczerze doceniam. Muszę przyznać, że było to naprawdę ciekawe i wciągające anime z ciekawym pomysłem i dobrym scenariuszem. Zdecydowanie polecam!

Servamp
[12 odcinków]

Fabuła: Po mieście krąży plotka o atakach wampirów, ale kto normalny by w to uwierzył. Z pewnością nie Shirota Mahiru, który wyznaje zasadę, że życie powinno być pozbawione komplikacji. Pewnego dnia sam je na siebie ściąga, gdy przygarnia z ulicy małego czarnego kociaka, który okazuje się zmiennokształtnym wampirem. Nie z gatunku tych groźnych, lecz leniwych. Nic mu się nie chce, nie przepada za przemocą, a sama myśl, że musi się ruszyć, wywołuje w nim odruch autodestrukcyjny. Na nieszczęście dla niego czasami musi, bo niebezpieczeństwo czai się za rogiem.

Ocena: Pomysł mi się podoba. Wiele wątków jest ciekawie prowadzonych, tak jak i postacie, jednak na razie mamy tylko jeden sezon, który jest bardziej wprowadzeniem, niż historią właściwą, więc lepiej wstrzymać się z oglądaniem, aż pojawi się kontynuacja.

3D Kanojo: Real Girl
[2 sezony po 12 odcinków]

Fabuła: Tsutsui Hikari to szkolny dziwak, który stroni od ludzi i woli fikcyjne dziewczyny od tych prawdziwych. Z kolei Igarashi Irohą jest kwintesencją popularnej dziewczyny, z którą chciałby być każdy chłopak. No prawie każdy. Hikari jest do niej mocno uprzedzony i tym bardziej dziwi się, gdy Iroha postanawia zostać jego dziewczyną. Całe anime skupia się na jego niezdarnych próbach wejścia w narzuconą przez nią rolę.

Ocena: Spodziewałam się czegoś innego (bo najwyraźniej nie potrafię przeczytać opisu, tylko od razu biorę się za oglądanie), ale ogólnie anime przypadło mi do gustu przez swój dziwnie uroczy klimat. Nie oszukujmy się to typowy szkolny romans, z tym że od samego początku wiadomo, że główna bohaterka skrywa raczej niezbyt przyjemną tajemnicę. Początkowo dziwność Hikariego jest dość zabawna, ale z czasem człowiek ma ochotę go zdzielić w łeb przez ekran. Ogółem mam dość mieszane uczucia, ale bardziej pozytywne, niż nie.

Kiznaiver
[12 odcinków]

Opis: W eksperymentalnym miasteczku siedmioro licealistów z jednej klasy zostaje Kiznaiverami. Połączeni system Kizuny dzielą ból jednej osoby na całą grupę. Dzięki temu ich własne obrażenia stają się mniej bolesne, jednak równocześnie odczuwają ból innych. Eksperyment ma na celu znalezienie sposobu na zaprowadzenie pokoju na świecie (w myśl "Gdyby ludzie dzielili swój ból to ustałyby wszystkie konflikty, a na świecie panowałby pokój"), lecz skutki uboczne mogą okazać się dość bolesne, zwłaszcza gdy wewnątrz grupy pojawiają się nieodwzajemnione uczucia.

Ocena: Pomysł z eksperymentem bardzo mi się podobał. Wykonanie również było całkiem ciekawe, a przy okazji mam słabość do ponurych bohaterów z dużą odpornością na ból. Niestety obejrzałam to anime w momencie, gdy potrzebowałam czegoś ambitniejszego, niż pompatyczne rozmowy o przyjaźni i fochy przez fatalne zauroczenia, więc nie mogę napisać, że było rewelacyjne. Niemniej okazał się całkiem ciekawym wypełniaczem wolnego czasu.

Violet Evergarden

Fabuła: Violet Evergarden budzi się w szpitalu po zakończeniu wojny, która podzieliła kontynent Telesis. Jedynym pragnieniem dziewczyny, która nie rozumie emocji jest spotkanie Majora i zrozumienie znaczenia słów ("Kocham Cię"), które powiedział do niej, gdy widziała go po raz ostatni. W tym celu zostaje samozapamiętującą lalką (czyt. dziewczyną, która na życzenia klientów przelewa ich emocje na papier) i w każdym kolejnym odcinku poznaje historie ludzi i kryjące się za nimi emocje.

Ocena: Wszyscy się zachwycają i mówią, że Violet Evergarden jest genialna. Ciężko byłoby mi zaprzeczyć, bo to naprawdę porządnie zrobione anime. Graficznie przepiękna. Scenariusz rewelacyjny. Ogląda się świetnie. Tylko wbrew temu, co mi obiecano, nie wzrusza mnie. A cały romans, który podobno gdzieś tam się chowa, też specjalnie mnie nie ruszył [Spoiler: wręcz poważnie się wkurzę, jeśli w końcu okaże się, że Major żyje], chyba że mowa o tym z szóstego odcinka, wtedy okey. Warto również wspomnieć, że szalenie zachwycające są historie, które bohaterka poznaje przy pisaniu listów. Każda z nich jest urzekająca i wyjątkowa. Czekam z zapartym tchem na pełnometrażową kontynuację, a Wam już teraz polecam nadrobić ten tytuł!


W gratisie dorzucam kilka słów o mandze, która ostatnio całkowicie mnie kupiła:

Wcześniejsze paczki z anime:

Ps. Dajcie znać, czy coś już widzieliście lub znaleźliście wśród powyższych tytuł dla siebie, a przy okazji możecie podrzucić w komentarzach własne rekomendację, bo ciągle szukam nowych tytułów. A jeśli znacie coś podobnego do "Pokój w kolorach szczęścia", to zlitujcie się nad biedną Różową Blogerką i podzielcie się dobrem!
Czytaj całość

Nadciąga wrzesień, czyli premiery książkowe i filmowe!


Nie chcę mówić, co się kończy i co się zaczyna. Po co mam Was traumatyzować jeszcze mocniej pisząc, że nadchodzi jesień? Skupię się na zaletach, a te dla wszystkich moli książkowych są oczywiste - wysyp ciekawych nowych tytułów w księgarniach. Po wakacyjnym poście w końcu będziecie mogli się najeść! Smacznego!


Ashley Poston - Księżniczka i fangirl

Wydawnictwo: We need YA 
Data: 18 września

Miałam problem z oceną pierszego tomu "Geekerelli", więc może "Księżniczka i Fangirl" wyjaśni mi, co powinnam sądzić o książkach Ashley Poston.

Nikt nie broni ulubionego uniwersum tak zaciekle jak fandom! Imogen Lovelace to pozornie zwykła dziewczyna, która podejmie się niemożliwej misji. Ta szalona fangirl zrobi wszystko, by uratować swoją ulubioną postać, księżniczkę Amarę, przed uśmierceniem jej w ukochanej serii filmowej.
Po epickiej Geekerelli przyszedł czas na nową fanowską baśń, w której przyjaciele staną się wrogami, wrogowie sprzymierzeńcami, a w międzyczasie wybuchnie płomienny romans. Tylko jak odnaleźć się w całym tym bałaganie, skoro właśnie wypłynął do sieci scenariusz sequela Starfield?
Poznaj porywającą opowieść o "Księciu i żebraku" w zupełnie nowej odsłonie. Wejdź do świata fandomu i poczuj magnetyzującą siłę wciągającej kosmicznej podróży. 

Wydawnictwo: SQN
Data: 18 września

Rozdarty świat. Królowiectwo bez dziedziczki.
W trzewiach ziemi pradawny wróg budzi się z tysiącletniego snu.
Dom Berethnet włada Inys od stuleci. Wciąż niezamężna królowa Sabran IX musi wydać na świat córkę, by uchronić swoje królowiectwo przed zgubą – lecz u jej wrót kłębią się skrytobójcy. Ead Duryan, choć jest na dworze od lat i wyniesiono ją do rangi damy dworu, pozostaje lojalna jedynie wobec tajemniczej organizacji czarodziejek. Ma za zadanie strzec Sabran przed zakazaną magią.
Po drugiej stronie mrocznego morza Tané jest gotowa poświęcić wszystko, by zostać jeźdźcem smoków, ale los zmusza ją do podjęcia decyzji, która może zniszczyć jej życie.
Wschód i Zachód nie potrafią się wyzbyć wzajemnej wrogości nawet w obliczu wzbierających sił chaosu, żądnych na zawsze odmienić oblicze świata.

Wydawnictwo: NieZwykłe 
Data: 18 września

Wszyscy czarownicy są źli. Elisabeth wie o tym, odkąd sięga pamięcią. Wychowana jako podrzutek w jednej z Wielkich Bibliotek Austermeer, dorastała pośród narzędzi magii–grymuarów, szepczących na półkach i drżących w żelaznych okowach, gotowych przemienić się w potwory z tuszu i skóry, jeśli tylko ktoś je sprowokuje. Dziewczyna ma nadzieję dołączyć do strażników strzegących królestwa przed ich mocą.
Tymczasem w wyniku sabotażu w bibliotece najbardziej niebezpieczny grymuar wyzwala się z niewoli. Elisabeth, chcąc ratować sytuację, zostaje zamieszana w zbrodnię. Dziewczyna musi opuścić dom i udać się do stolicy, aby tam stanąć przed wymiarem sprawiedliwości. Nie może się zwrócić o pomoc do nikogo poza swoim największym wrogiem, czarownikiem Nathanielem Thornem, i jego tajemniczym demonicznym sługą. Wkrótce Elisabeth zdaje sobie sprawę, że wplątała się w sieć trwającej od wieków konspiracji, a zagłada grozi nie tylko Wielkim Bibliotekom, ale również całemu światu. Stopniowo zaczyna podawać w wątpliwość wszystko, czego ją uczono o czarownikach, o ukochanych przez nią bibliotekach, a nawet o samej sobie. Ma bowiem moc, o której nie miała pojęcia. 

Wydawnictwo: Młody Book
Data: 25 września

Szkoła Norra Latin skrywa straszliwą tajemnicę – wiele lat temu, podczas spektaklu „Snu Nocy Letniej” Shakespeare’a jeden z nauczycieli zmarł na deskach sceny teatralnej. Choć prasa i grono pedagogiczne twierdzi, że był to jedynie nieszczęśliwy wypadek, wokół tego tragicznego wydarzenia narosło wiele legend… Wszystko to brzmi jak typowa bajka dla nowych uczniów, których starsi koledzy chcą przestraszyć pierwszego dnia szkoły. Ale czy na pewno?
W momencie, gdy do szkoły, do klasy o profilu teatralnym, trafiają Clea i Tamar, zaczynają się dziać wokół nich dziwne rzeczy…
Losy nastolatek, choć skrajnie się od siebie różnią, zostają wplecione w jedną, tajemniczą historię.

Wydawnictwo: Galeria Książki
Data: 18 września

Oparta na mitologii Majów, pełna przygód opowieść z serii "Rick Riordan Przedstawia"!
Zane Obispo spędza niemal każdy dzień na badaniu wulkanu drzemiącego za jego domem. Wulkan, zwany przez niego "Bestią", to jedyne miejsce, w którym chłopiec może się schronić przed innymi dzieciakami – często się z niego naśmiewają, bo Zane kuleje i musi chodzić o lasce. 
Pewnego dnia w kraterze Bestii rozbija się dwusilnikowy samolot, a wkrótce potem Zane'a zaczepia tajemnicza dziewczyna o imieniu Brooks. Chce, by chłopak spotkał się z nią na osobności – zdradzi mu wówczas straszliwą tajemnicę. Zane godzi się, choć głównie dlatego że śliczne dziewczęta zwykle się do niego nie odzywają... Brooks wyjawia mu, że wulkan jest w rzeczywistości istniejącym od stuleci więzieniem boga śmierci Majów, którego los jest bezpośrednio związany z przeznaczeniem Zane'a. 
Brooks otwiera mu oczy: magia, potwory i bogowie naprawdę istnieją, a według pradawnej przepowiedni, głoszącej zniszczenie świata, Zane ma do odegrania ważną rolę. Uwikłany w sieć niebezpiecznych tajemnic chłopiec wyrusza na wyprawę, która zabierze go daleko od domu i wystawi na ciężkie próby.

Wydawnictwo: Marginesy
Data: 18 września

Trzydziestoletni copywriter uświadamia sobie, że uczestniczy w upiornej grze, a od tego, czy w porę zrozumie jej zasady, zależy los całego miasta. Obłęd gęstnieje, kreacja miesza się z rzeczywistością... 

Wydawnictwo: Albatros
Data: 11 września

Zjawiają się w nocy.
W ciągu dwóch minut eliminują wszystkie przeszkody.
I uprowadzają obiekt.
Interesują ich dzieci.
Wyjątkowe dzieci...
Luke Ellis budzi się w pokoju do złudzenia przypominającym jego własny, tyle że bez okien. Wkrótce orientuje się, że trafił do tajemniczego Instytutu i nie jest jedynym dzieciakiem, którego tu uwięziono. To miejsce odosobnienia dla nastolatków obdarzonych zdolnościami telepatii lub telekinezy. W Instytucie zostaną poddani testom, które wzmocnią ich naturalną, choć nadprzyrodzoną moc. Opiekunowie nie mają skrupułów – grzeczne dzieci są nagradzane, nieposłuszne – są surowo karane. Wszyscy jednak, prędzej czy później, trafią do drugiej części Instytutu, a stamtąd nikt już nie wraca.
Gdy kolejne dzieci znikają w Tylnej Połowie Luke jest coraz bardziej zdesperowany. Musi uciec i wezwać pomoc. Bo jeśli komuś miałoby się udać, to właśnie jemu. 
Wydawnictwo: YA!
Data: 18 września

W upalne wakacje 1982 roku Sep, Arkle, Mack, Lamb i Hadley zostają połączeni przez więzy przyjaźni... oraz mroczny sekret, który po latach powraca, aby ich nawiedzać.
Kiedy nastolatkowie znajdują w lesie starożytną kamienną skrzynię, pod wpływem sennej wizji postanawiają złożyć w niej ofiary. Każde z nich oddaje skrzyni coś wyjątkowo bliskiego swojemu sercu. Zawierają przy tym pakt: nigdy nie powrócą do skrzyni nocą, nigdy nie przyjdą do niej samotnie i nigdy nie zabiorą z niej swoich darów.
Cztery lata później losy dawnych przyjaciół ponownie łączy ze sobą seria przerażających, krwawych wypadków, która może oznaczać tylko jedno – któreś z nich złamało przysięgę. Jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić?

Na koniec coś dla serialomaniaków:

Wydawnictwo: Zysk
Data: 17 września

"Lady Almina i prawdziwe Downton Abbey" prezentuje historię pałacu Highclere oraz jednej z jego najsłynniejszych mieszkanek, Lady Alminy, piątej hrabiny Carnarvon. Oto rzeczywista sceneria wielokrotnie nominowanego do nagród i nagradzanego serialu Downton Abbey, a także inspiracje twórców tego dzieła.
Korzystając z bogatego skarbca materiałów – takich jak pamiętniki, listy i fotografie – obecna hrabina Carnarvon nakreśliła wciągającą historię tej bajecznej posiadłości na przełomie wieków, podczas wzrastającej grozy Wielkiej Wojny oraz w jej trakcie. Podobnie jak jej serialowa odpowiedniczka lady Cora Crawley, lady Almina była córką bogatego przemysłowca Alfreda de Rothschilda, wydaną w młodym wieku za angielskiego arystokratę, earla Carnarvona, który dzięki posagowi żony mógł odegnać kłopoty finansowe od swej siedziby rodowej. Otwierając podwoje pałacu Highclere przed żołnierzami rannymi na frontach Wielkiej Wojny, lady Almina wkroczyła na drogę, która zapewniła jej podziw i sławę kobiety nieustraszonej, zdecydowanej i gotowej do bezgranicznych poświęceń.
Bogata opowieść kontrastuje splendor arystokratycznego życia w epoce edwardiańskiej z brutalną i okrutną rzeczywistością wojny światowej, kreśląc zarazem inspirujący portret kobiety, wokół której od pewnego momentu koncentrowało się życie Highclere. 

Wydawnictwo: SQN
Data: 18 września

Szóstka przyjaciół, którzy stali się rodziną. Serial telewizyjny, który stał się fenomenem.
"Przyjaciele" to ikona, najchętniej oglądany serial telewizyjny. Kiedy w1994 roku debiutował na ekranach, nikt nawet nie przypuszczał, jak wielki odniesie sukces. Wjakich okolicznościach Jennifer Aniston, Matthew Perry ireszta otrzymali swoje role? Kto spośród nich zarabiał najwięcej? Iczy wrzeczywistości również byli przyjaciółmi?
"Przyjaciele. Ten onajlepszym serialu na świecie" przywołuje nieznane dotąd fakty na temat kultowej produkcji, wspomina najważniejsze iprzełomowe sceny, wyjaśnia genezę niektórych wątków oraz pokazuje, jak serial kształtował nowe trendy. Zabiera czytelników za kulisy izdradza, jak zmieniali się aktorzy, awraz znimi Ross, Rachel, Monica, Chandler, Joey iPhoebe.
Książka Kelsey Miller to pozycja obowiązkowa dla fanów serialu, atakże dla tych, którzy jakimś cudem jeszcze go nie znają isą ciekawi, oco tyle zamieszania.
We wrześniu 2019 roku minęło dokładnie 25 lat od emisji pierwszego odcinka. Ćwierć wieku zPrzyjaciółmi to dobry moment, by dać fanom serialu coś specjalnego – książkę, dzięki której spojrzą na swoich ulubionych bohaterów wzupełnie nowy sposób idostrzegą rzeczy, których wcześniej nie widzieli!


To: Rozdział 2 - 6 września

Downton Abbey - 13 września


Ad Astra - 20 września


Nie żebym Was zmuszała, ale kliknijcie lubię to! No już! Myk myk!
A po zagraniczne zapowiedzi udajcie się do eM poleca.

I jak zawsze pytanie do Was: Co tym razem przyciąga Waszą uwagę?
Czytaj całość

Popkulturowe przyczyny wybuchu zombie apokalipsy


Zauważyliście, że w filmach, serialach, książkach, czy grach poświęconych zombie apokalipsie zazwyczaj mało który twórca podaje powód wybuchu epidemii? Jesteśmy na starcie wrzucani do świata, w którym hordy mózgożerców już biegają po ulicach za ludziną, a nawet nie wiemy, dlaczego to robią! A przecież zombie nie bierze się znikąd! COŚ je stworzyło, a ja jeszcze bardziej od oglądania skutków lubię poznawać przyczynę, dlatego przygotowałam dla was popkulturowe źródła wybuchu epidemii Zombie!


1. Wirusy
To zdecydowanie będzie najdłuższa część, ponieważ twórcy uwielbiają zmieniać ludzi w zombie za pomocą wirusów. Jednak nim przejdziemy do przykładów, zacznijmy od tego jak wyglądają współczesne realia:

Amerykańskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom nie zna wirusa ani innej przyczyny, która mógłby wskrzesić martwe ciało, ani mógłby powodować "zombie-podobnych" objawów - napisał rzecznik agencji David Daigle dla The Huffington Post.

To dość optymistyczna informacja, jednak według amerykańskiej pisarki Miry Grant CDC jest źródłem wszelkiego zła i często kłamie. W swojej trylogii Przegląd Końca Świata, którą swoją drogą szczerze polecam, winą za zombie apokalipsę obarczyła "naukowców z dwóch zupełnie niezwiązanych ze sobą jednostek, którzy pracowali nad dwoma całkowicie oddzielnymi projektami dotyczącymi modyfikowanych genetycznie „dobrych wirusów”nowe choroby miały poprawić jakość życia całej pieprzonej populacji ludzkiej. Jeden z nich oparty był na wyjątkowo paskudnej gorączce krwotocznej o nazwie Marburg, a miał leczyć raka. Drugi bazował na szczepie wirusa przeziębienia i miał pozbyć się tej choroby na zawsze. Oto na scenę wchodzi Marburg Amberlee oraz grypa Kellis, dwa piękne owoce inżynierii wirusowej, które robiły dokładnie to, co powinny. Nigdy więcej raka, nigdy więcej przeziębienia, tylko szczęśliwi ludzie z całego świata, świętujący nadejście nowej ery. Niestety w jednej kwestii wirusy naśladowały swoich stwórców: można powiedzieć, że w wyniku naturalnego łańcucha transmisji i infekcji zakochały się w sobie od pierwszego wejrzenia. Najpierw miłość, potem małżeństwo, a potem szczep hybrydowy znany jako „Kellis-Amberlee”. Opanował cały świat, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, o co chodzi. A potem ludzie zaczęli umierać i budzić się z powrotem, żeby schrupać najbliższych." [Cytat z książki Miry Grant - Przegląd Końca Świata: Deadline]

Wirusologiem nie jestem, ale podoba mi się połączenie dwóch genetycznie zmodyfikowanych wirusów mutujący w jeden i uznaje go za wystarczająco sensowne wyjaśnienie, by budować na nim fikcyjny, futurystyczny świat i to jeden z nieliczynych, w których pojęcie 'zombie' istniało na długo przed pojawieniem się pierwszych zarażonych. Tak, Mira Grant stworzyła książkę, w której ludzie znali filmy Romero i dzięki nim wiedzieli, że powinno się strzelać w głowę, więc udało im się ocalić wiele miast i stoworzyć w nich społeczność funkcjonującą w sąsiedztwie stref zombie.

Swoją drogą wersja z przypadkowym stworzeniem zombie podczas prac nad lekiem pojawiła się też w The Titan Project, gdzie eksperyment, który miał wyleczyć wirusa grypy, skończył się katastrofą.


Dość obszerne wyjaśnienie początków wybuchu epidemii dostajemy również w serii „Resident Evil”. Szczerze mówiąc historia tam jest w pewnym momencie tak zagmatwana, że można zapomnieć, że to film o zombie, dlatego nie będę zbyt mocno wchodziła w szczegóły. Wystarczy, że wspomnę, że za wszystkim stoi Korporacja Umbrella, która stworzyła całą masę różnych wirusów, jednak nas interesuje jedynie Tyrant Virus, znany bardziej jako T – wirus. W dużym uproszczeniu to na jego bazie Umbrella stworzyła swoje potworki, które przewijają się przez serię. Wirus ten w zetknięciu z martwą lub słabą tkanką wskrzesza ją, a osobnika zmienia w zombiaka albo zombie podobnego stwora. To właśnie ten niebieski wirus, który upuszczono w Ulu doprowadził do wybuchu apokalipsy. Z kolei ten zielony to antywirus. Jedyną pocieszającą myślą jest fakt, że gdy korporacje rozpoczynają apokalipsę, to przynajmniej mają na nią lek. Nie żeby przeciętnemu zjadaczowi chleba to się na cokolwiek przydało, ale jednak.

Przejdźmy na moment na nasze rodzime podwórko, gdzie twórcy polskiej gry Dying Light zaserwowali nam kolejnego wirusa. To właśnie od nazwy miasta wzięła się nazwa wirusa Harran. Co ciekawe w wykreowanym tam świecie można opóźnić działanie wirusa i złagodzić objawy po ugryzieniu za pomocą środka zwanego Antyzyną. Przyznaję, że to ciekawe rozwiązanie. Zresztą Techland wykorzystał motyw wirusa również w innej ze swoich gier - „Dead Island”, w której za epidemię zombie rozprzestrzeniającej się na fikcyjnej wyspie Banoi obarczają winą wirusa HK. Najfajniejszą rzeczą w fikcyjnym HK jest fakt, że powstał na bazie istniejącej choroby – Kuru. Pewnie wiecie o czym mówię, jeśli macie dziwne zainteresowania, a skoro to czytacie, to znaczy, że macie. Na wszelki wypadek wyjaśnię, że Kuru jest klątwą kanibali i dowodem na to, że karma istnieje. Zasadniczo nie jest przenoszona przez wirusa, lecz przez priony – zmutowane białka, czyli najprościej się zarazić spożywając zainfekowane mięso np. ludzkie. I tak przez Kuru padło wiele osób praktykujących kanibalizm. Poczęści dlatego uważam użycie zmutowanych prionów choroby kanibali do stworzenia zombie za całkiem zabawne.


Obarczenie winą wirusa spodobało się również innemu amerykańskiemu pisarzowi Maxowi Brooksowi, który dość mocno skupia się na tematyce zombie. W Zombie Survival, czyli Podręczniku technik obrony przed atakiem żywych trupów, skupił się na badaniu zombiaczków, tak jakby istniały one naprawdę. Poświęcił tam cały rozdział Wirusowi Solanum, który jego zdaniem jest odpowiedzialny za powstanie żywych trupów. Możecie tam przeczytać o wpływie wirusa na organizm ludźki, o drogach przenoszenia, czy leczeniu. Spoiler: zaleca leczenie ołowianym nabojem w głowe. A wracając do samego wirusa, autor nie wyjaśnił, skąd się właściwie wziął. Podobno badania wciąż trwają.

Niemniej w innej książce Brooksa, na podstawie której nakręcono film „World War Z” winą za wszystko obarczono zmutowany szczep wścieklizny. Swoją drogą podoba mi się, że w tym przypadku udało się stworzyć szczepiąkę maskującą, dzięki której zombiaki nie rzucały się schorowaną ludzinę.
Niemniej zmutowany wirus wścieklizny jest całkiem rozsądnym pomysłem. Jego kwestię poruszono również w programie National Geographic "Ewakuacja ziemi - Planeta Zombie", w którym za najbardziej prawdopodobną przyczynę powstania zomie podaje się właśnie mutację wścieklizny.

Dobra czas na starą dobrą grypę. W grze Left 4 dead mamy do czynienia ze szczepem wirusa grypy HN-11 , który weluował w tzw. Grypę Zombie, czy też Zieloną Grypę. Niestety ani lekarze, ani naukowcy nie odkryli źródła pochodzenia tej groźnej odmiany grypy. To już czwarty przykład z gry, zauważyliście? To naprawdę fascynujące, że twócy gier niejednokrotnie okazują się bardziej kreatywni od pisarzy, czy  scenarzystów z Hollywood. Tworzą lepsze i bardziej rozbudowane tło, na które często wprowadzają fikcyjne organizacje rządowe i korporacje, które w mniejszy lub większy sposób kontrolują rozprzestrzenianie się zarazy i walkę z nią. Momentami naprawdę jestem pod wrażeniem ich pomysłowości. Powinnam kiedyś stworzyć osobny materiał na ten temat, bo to naprawdę fascynujące!

Będąc przy wirusach nie wypada pominąć tych kosmicznego pochodzenia. Wszystko wskazuje na to, że mamy z nimi do czynienia choćby w książkowej serii „Armagedon dzień po dniu” J.L. Bourne'a. Z raportu zamieszczonego pod koniec drugiego tomu można się dowiedzieć, że źródłem zarazy był zombiak. Odnaleziono go w Chińskiej Republice Ludowej podczas prac eksploracyjnych na lodowcu Mingyong. Kosmiczny zombiaczek został znaleziony w kokpicie swojego statku, skąd przeniesiono go do placówki badawczej, gdzie najwyraźniej nie badano go z należytą ostrożnością, skoro niedługo po tym świat szlag trafił.

Wiecie tak sobie myślę, że ludzie pracujący w tych wszystkich laboratoriach powinni zachowywać większą ostrożność, a w dodatku wydać więcej hajsu na zabezpieczenia, bo ciągle to właśnie u nich przypadkowo rozbijają się fioleki z ultraniebezpiecznymi wirusami lub ktoś daje się dziabnąć obiektom testowym. To tylko utwierdza wizerunek nerda-fajtłapy. Jestem w stanie częściowo rozgrzeszyć tylko jedną placówkę. Tę z książki Manela Loureiro „Apokalipsa Z”, położoną w Dagestanie w Federacji Rosyjskiej, bo została zaatakowana przez  islamskich ekstremistów, którzy poprzypadkowo uwalniają przechowywane tam wirusy. Atak terrorystyczny jest całkiem racjonalnym usprawiedliwieniem.


Ostatnim wirusem jest jak obstawiam jakaś wersja elektorniczna, a przynajmniej tak zrozumiałam, gdy oglądałam I Survived a Zombie Apocalypse, czyli brytyjski reality show od BBC. Tak, coś takiego naprawdę istnieje, a zamiast standardowych etapów eliminacji uczestników przez głosowanie, tu odpadają Ci, których zjadły zombie. W sumie doceniam pomysł, zwłaszcza że nawet oni pokusili się o wyjaśnienie źródła epidemii, a był nim smartfon. Tuż przed apokalipsą na angielskim rynku zadebiutował super-szybkie 5G. Niedługo po jego premierze zaczęto dostrzegać u użytkowników niepokojące zachowania. Przez smarfony przedostawał się dziwny wirus, który degenerował DNA, a w konsekwencji przemieniał ludzi w agresywne, szybko biegające zombie.  Podobny motyw wykorzystał Stephen King w swojej powieści „Komórka”, gdzie za powód przemiany ludzi w agresywne i bezrozumne stwory, obarczył sygnał telefoniczny. Choć tu stawiałabym bardziej na sygnał, a raczej częstotliwość zmieniającą mózg w papkę, niż samego wirusa.

Tym sposobem zaliczyliśmy chyba wszystkie wirusowe możliwości.
Podsumowując mamy już:
1. Dwa genetycznie zmodyfikowane wirusy mutujące w jeden
2. Fikcyjne wirusy
a) T-virus
b) Solanum
c)  Harran
3. Zmutowany prion Kuru
4. Zmutowany wirus wścieklizny
5. Zmutowany wirus grypy
6. Kosmiczny wirus
7. Wirus technologiczny

Dlaczego wirusy są takie popularne?  Być może dlatego, że wirusy w przeciwieństwie do bakterii nie da się leczyć antybiotykami, a jedynym sposobem ochrony przed infekcjami wirusowymi są szczepienia ochronne. W przypadku zombizmu to raczej nie ma większego sensu, bo nawet małej dawce zmienia w zombie.

2.  Grzyby i pasożyty 

Jednym z najciekawszych przykładów wykorzystania takiego źródła epidemii jest gra The Last of Us. Wszystkiemu winny tam jest pasożytniczy grzyb z rodzaju Cordyceps , znany w rzeczywistym świecie bardziej pod nazwą maczużnik. Po zainfekowaniu potrafi przejąć kontrolę nad układem nerwowym swojej ofiary. Może omówimy to na prawdziwym przykładzie? Gdy grzybowi uda się zarazić na przykład pojedynczą mrówkę, potrafi zmusić ją do powrotu do mrowiska i atakowania innych mrówek, dzięki czemu będzie mógł on zainfekować swoimi zarodnikami większą ilość owadów. Poza rozprzestrzenianiem się, nosiciel jest mu również potrzebny do obrony. Całkiem sprytnie, jak na grzyba, prawda? Nic dziwnego, że pomysł zainspirował twórców The Last of Us, by dali mu możliwość przejęcia kontroli nie tylko nad owadami, ale także nad ludźmi. W grze na uwagę zasługują również Świetliki, czyli antyrządowa organizacja dążąca do stworzenia szczepionki na rozprzestrzeniającą się infekcję.


Z kolei w „Świątecznej inwazji zombie” za stworzenie ożywionych, gryzących zwłok odpowiadał profesor akademicki, który również za pomocą istniejących na prawdę pasożytów chciał wyleczyć raka mózgu. Sprawdzałam, Leucochloridium paradoxum, jak i ślimaki zombie rzeczywiście istnieją. Plus to już drugi przykład tego, że potencjalny lek na raka spowodował w popkulturze powstanie zombie.

3. Narkotyk

Mówili Wam, że narkotyki to zło? Cóż... mieli rację. Mogą się przyczynić do przemiany w zombie! Przynajmniej, jeśli nadarzą się sprzyjające okoliczności. W serialu „iZombie” spotykamy się z dość nie typową wersją zombie, bo zachowującą wspomnienia i dalej potrafiącą myśleć logicznie, jeśli nie jest na głodzie. Dopiero brak spożycia ludzkich mózgów przez długi czas zmienia ich w bestie. Za tę nietypową przemianę odpowiedzialna jest kombinacja dwóch rzeczy. Przede wszystkim przyszły zombiak musi spożyć zanieczyszczoną dawkę narkotyku o nazwie Utopia, a następnie wypić energetyka Max Ranger, który odpowiada za wywołanie agresji zarówno u ludzi, jak i u zombie. O ile narkotyki rozumiem, bo przecież wszyscy słyszeliśmy o skutkach zażycia choćby Flakka, tak jako osoba uzależniona od energetyków czuję się lekko zaniepokojona.

4. Chemikalia 

W tym przypadku mamy bliżej niezidentyfikowane środki chemiczne, które zmieniają ludzi w zombie. Co ciekawe to chyba w tej grupie możemy znaleźć największe absurdy. Zacznijmy od filmu serialu „Freakish”, który podaje dość enigmatyczne wyjaśnienie, że wszystko zaczęło się od eksplozji placówki badawczej i związanego z tym wycieku chemikaliów. Szybko doprowadziło to do rozprzestrzeniania się w całej dolinie gęstej, zielonej i śmiertelnie toksycznej mgły zmieniającej ludzi w zombie — przy takich atrakcjach katastrofa w Czarnobylu przypomina mój codzienny smog za oknem.

Niemniej dość podobnie wyglądało to w filmie Disneya „Z-O-M-B-I-E-S”, w którym za zmianę ludzi w żądne mózgów potwory odpowiedzialny jest wybuch w fabryce limonkowej coli. Właściwie to nie mogę być pewna, czy winą za wyuch epidemii obarczyć podejrzane składniki dodawane do napoju gazowanego, czy same limonki, ale jedno jest pewne – jeśli zobaczycie w sklepie limonkowe napoje gazowane nie pakujcie ich do koszyka! Tak na wszelki wypadek. Z drugiej strony może lepiej omijać szerokim łukiem wszystkie zielone płyny, bo w „ZombieBobrach” też od takiego wszystko się zaczęło. Długo się zastanawiałam, czy zamieścić tu przykład z „ZombieBobrów”, ale jak wszystkie to wszystkie! Chociaż tu ludzie zmieniają się w Bobro-Ludzio-Zombie, a nie zombiaczki czystej krwi.

5. Magia 

Najbardziej oczywisty przykład, który bezsprzecznie dał początek istnieniu zombie to oczywiście VooDoo. Zresztą samo pojęcie zombie wywodzi się właśnie z kultu voodoo, a zombiaczkami są tam ludzie odurzeni przez kapłanów. Zazwyczaj narkotykami lub trucizną  , która sprawia, że ich funkcje życiowe ustają na czas od kilku godzin do kilku dni, więc zostają uznani za zmarłych i pochowani, a później wykopywani z grobu, by zostać bezwolnymi niewolnikami swoich panów. W popkulturze to jedyny rodzaj zombie, jaki funkcjonował do 1968 roku, gdy George Romero zaprezentował światu „Noc żywych trupów”. Także przykładem filmowym z voodoo zombie może być choćby „White zombie”, czy „Plaga żywych trupów”, a z nieco młodszych produkcji serial „American Horror Story: Sabat”.

A co do magii, to słyszałam, że w Simach wystarczy iść po eliksiry do Czarownicy lub odwiedzić Mrocznego Kosiarza. Szczerze mówiąc magia zmieniająca ludzi w zombie niespecjalnie mnie przekonuje, bo sami rozumiecie – to magia. Dlatego te magiczne zombie są dość dziwne i ledwo się mieszczą w kanonie. Jak choćby zombi z „Alicji w Krainie Zombi”, które są niecielesne, a infekcję powoduje zanieczyszczenie duszy. Chyba najrozsądniejszą wersją magicznego zombiaczka jest Buja z „Koreańskiej Odysei”, która może i powstała w dość specyficzny sposób, bo przez latającą krew laski, która widzi duchy, ale przynajmniej jest silna, krwiożerca i gnije. Chociaż te dwie pierwsze cechy zostają tymczasowo zniwelowane przez kamienie energii, więc... Dobra odpuśćmy sobie dalsze taplanie w magicznych zombie.

6. Zagrożenia z kosmosu

Już wcześniej wspominałam o wirusie z kosmosu w „Armagedonie dzień po dniu”, ale tym razem pójdziemy trochę dalej. Co prawda jeszcze nawet w Kiczowatych Horrorach nie trafiłam na nic w stylu ataku zombie z kosmosu, chociaż to pewnie kwestia czasu, ale znalazły się takie w serii gier Mass Efect, w któym zombie są używane jako mięso armatnie przez wyższe formy wrogich kosmicznych potworów. Co ciekawe tutaj zombie wcale nie musiało być przed przemianą człowiekiem, mogłobyć przedstawicielem dowolnym gatunku. Niemniej do rzeczy! Takie zombie powstają, gdy ciało – niezależnie czy żywe, czy martwe, zostanie nabite na mechaniczne kolce nazywane smoczymi zębami. Wówczas 'ciało zostaje wysuszone poprzez usunięcie z niego wszelkich minerałów i płynów, następnie zaś wszczepiane są nanocybernetyczne ulepszenia, które podporządkowują zombie swoim panom'. No okey.

A z bardziej przyziemnych rzeczy w sam raz na zakończenie przytoczmy wizję wykreowaną w Eksperymentach Derrena Browna: Apokalipsa, gdzie zmiany zachowań ludzkich rozpoczęły się w raz ze zmianami klimatycznymi, a ostateczna przemiana w zombie miała miejsce tuż po uderzeniu w Ziemię meteorytu.

Reasumując najczęściej podawaną w popkulturze przyczyną wybuchu epidemii Zombie jest wirus. Zmutowany wirus, lub przynajmniej coś o podłożu biologicznym. Żałuję, że nie mogłam Wam powiedzieć, co było genezą Z-apokalipsy w jedynym z najbardziej rozpoznawalnych uniwersum, czyli w The Walking Dead, w skład którego wchodzą zarówno komiksy, książki, gry, jak i seriale. Miałam nadzieję, że wraz z wypuszczeniem spin-off'u "Fear the Walking Dead" pojawi się w końcu odpowiedź na to pytanie, jednak na próżno. Twórca universum, Robert Kirkman, w udzielonym wywiadzie powiedział, że choć wie, jak doszło do apokalipsy to wyjaśnienie tego w serialu byłoby zbyt nudne. Poważnie, panie Kirkman?! Poważnie? Osobiście uważam, że niejednokrotnie geneza powstania, jak i całe tło, jest znacznie ciekawsze, niż oglądanie jak zombie zjadają bohaterów i znów zjadają bohaterów, albo ktoś inny zabija bohaterów. Po kilku sezonach to staje się nudne.

Chcecie więcej wyczerpujących artykułów? Śmiało możecie je wspierać przez Patronite.

Czytaj całość

Dom z Papieru, czyli kradzież to prawdziwa sztuka


Przyznaję, że dotąd nie miałam zaufania do hiszpańskojęzycznych seriali i nawet gdy jakiś tytuł odbijał się głośnym echem w sieci, to podchodziłam do niego raczej podejrzliwie. "3%" obejrzałam bardziej dla pomysłu niż dla wykonania. Po dwóch odcinkach "Szkoły dla elity" odpuściłam sobie dalszą przygodę i eksperymenty z serialami o hiszpańskich korzeniach, dlatego "Dom z Papieru" omijałam szerokim łukiem i pewnie nie przekonałabym się do niego, gdyby maska Salvadora Dali nie stanęła na Rynku w Krakowie - to był ten moment, gdy zaczęłam poważnie się bać, że w końcu reklama wyskoczy mi rano spod łóżka, jeśli nie obejrzę.

"Dom z Papieru" poznajemy śledząc dwie linie czasu. Główna zaczyna się, gdy banda przestępców przebranych w czerwone wdzianka i maski Salvadora Dali robi skok na hiszpańską mennicę, a druga skupia się na retrospekcjach przedstawiających miesiące przygotować do napadu. Wyobraźcie sobie, że ósemka nieznajomych, która nie zna nawet swoich prawdziwych imion, lecz pseudonimy o nazw miast, siedzi grzecznie w ławeczkach i uczy się od tajemniczego Profesora, jak kraść, by nie wpaść? Kilka miesięcy odosobnienia i nauki misternego planu, przynosi zdumiewające efekty, które stopniowo możemy podziwiać na ekranie.

Muszę przyznać, że plan Profesora jest genialny. To prawdziwa sztuka, która przypomina idealnie odegrany taniec policjantów i złodziei. Na każdą akcję przypada reakcja z tym, że w "Domu z Papieru" działania policji nikogo nie wyprowadzają z równowagi, bo rabusie świetnie opanowali kroki tego skomplikowanego tańca. Oczywiście, jak to już w Heist filmach bywa, czasem coś się sypie, czasem coś nie wychodzi, czasem ktoś ginie, ale i tak geniusz Profesora aż razi po oczach. Momentami również jego bezmyślność. Najbardziej dziwi mnie jednak wybór kandydatów, których uznał za godnych noszenia Daliego na twarzy. Każdy z bohaterów ma jakiś talent, jednak nie są one tak unikatowe, by nie byli niezastąpieni. Powiedziałabym, że ich zdolności są co najwyżej odrobinę ponad przeciętną, więc Profesor mógł wybrać bardziej zrównoważonych i godnych zaufania przestępców, by czynnik ludzki nie zaprzepaścił jego planu.



Niemniej jako widz jestem kreacją bohaterów zachwycona. Mimo tego, że jest ich wielu, to każdy jest wyrazistą postacią o słabościach i mocnych stronach, które pasują do ich charakteru. Choć każdy z nich w masce wygląda podobnie, to pod nią są oryginalni i nie da się ich pomylić. Co gorsza, chyba każdego z nich polubiłam i znienawidziłam. Cudowna równowaga wad i zalet. Berlin jako upośledzony emocjonalnie psychopata potrafi trzymać ludzi w ryzach i zazwyczaj jego stanowczość łączy się z rozsądkiem. Tokio jest jego przeciwieństwem - narwaną idiotką kierującą się emocjami, więc choć częściej pokazuje ludzkie oblicze to jednocześnie ciągle wszystkich pakuje w kłopoty. Rio, słodki dzieciak, dobry, miły i zapatrzony w Tokio do tego stopnia, że bez niej nie potrafi podejmować decyzji. Helsinki to typowy goryl z bronią, ale w środku puchaty misio. Żaden z nich nie jest jednowymiarowy. Może poza Oslo.

Połączenie dwóch linii czasu, barwnych postaci i fantastycznie prowadzonej fabuły, która trzyma w napięciu i bardzo utrudnia odgadnięcie, czy coś jest jeszcze częścią plany, czy też już wpadką, powoduje, że ciężko oderwać się od oglądania. Zdecydowanie polecam serial zmaratonować, niż oglądać na raty. Niestety nie do końca zrozumiałam cel podzielenia sezonu na dwa sezony (Netflix chyba ma do tego słabość, jednak do tej pory widziałam to zagranie jedynie w przypadku k-dram). Co ciekawe oryginalna wersja serialu składająca się z dwudziestu 70-minutowych odcinków, została przez Netflix przemontowana na dwadzieścia trzy 45-minutowe odcinki. Nie będzie więc tajemnicą, że to, co Netflix uznał za sezon 3 i 4, to w rzeczywistości sezon drugi - aktualnie udostępniony w połowie, co cholernie irytuje. A skoro o drugim trzecim sezonie mowa, to tu też mam jedno małe ale.


Skok na hiszpańską mennice w "Domu z Papieru", choć jest typowy dla gatunku Heist, to jednocześnie jest również powiewem świeżości w swojej oryginalności. Przy okazji tworzy zamkniętą całość, która w trzecim sezonie wydaje mi się już nieco wtórna. Mam ten problem, że lubię, gdy dobre historie trwają jak najdłużej, ale jednocześnie trochę mi żal patrzeć, gdy do produkcji wysokich lotów zakrada się wtórność i jest niepotrzebnie przeciągana. Trzeci sezon "Domu z Papieru" zalicza się do tej kategorii. W czasie nowego skoku plan nie jest już tak perfekcyjny, a sami przestępcy zdają się nie uczyć na własnych błędach. Co gorsza, popełniają masę nowych i to tak idiotycznych, że ciężko mi uwierzyć, że wciąż oglądam tę samą produkcję. Jasne, to wciąż przyjemnie się ogląda i jest lepsze od wielu tytułów z gatunku, ale to już nie sztuka, a przynajmniej tak będę twierdzić, dopóki nie zobaczę zakończenia. Z tego powodu również zachęcam Was do obejrzenia dwóch pierwszych sezonów i wstrzymania się z oglądaniem trzeciego, aż pojawi się czwarty. To, że "Dom z Papieru" powinien się znaleźć na szczycie Waszej listy seriali do obejrzenia, nie ulega wątpliwości.

Ps. Dajcie znać, do jakiego typu widzów się zaliczacie: Jesteście cierpliwi i możecie czekać nawet pół roku na kontynuacje historii czy wolicie maratonować całość, traktując serial jak wielogodzinny film?
Czytaj całość

Victoria Gische - Historia Debiutu [Wywiad]


Victoria Gische zadebiutowała w 2012 roku wraz z "Lucyfer. Moja historia", który ukazał się pod postacią ebooka. Kolejna powieść, "Kochaną królewskiego rzeźbiarza" sprawiła, że zadebiutował ponownie, tym razem na rynku książek papierowych. Obecnie autorka ma na koncie cztery powieści, a dorobek wciąż się powiększa. Na szczęście wciąż jeszcze pamięta o swoich początkach i zgodziła się podzielić z Wami historią swojego debiutu. Mam nadzieję, że jej historia i rady okażą się dla Was przydatne.

Lucyfer. Moja historia” był pierwszą powieścią, którą oddała Pani w ręce czytelników. Dlaczego zdecydowała się pani na wydanie książki w formie ebooka?

Pomysł na "Lucyfera" zrodził się, można by rzec, spontanicznie, w momencie kiedy pracowałam nad inną książką, czyli "Kochaną królewskiego rzeźbiarza". Sama idea wpasowania postaci Lucyfera do wydarzeń historycznych, tak aby jego obecność tam nie była wymuszona, a wręcz prawdopodobna, była taka niesamowita dla mnie jako autora, że kiedy już historia była ukończona, to chciałam, żeby jak najszybciej ujrzała światło dzienne.
Poza tym w tamtym okresie, a był rok 2012, rynek ebooków zaczął się rozrastać, zdobywając coraz szersze grono fanów, którzy powieści z czytników przedkładali, z różnych powodów, nad książkę papierową. Były jeszcze koszty związane z wydaniem. Przy wypuszczenia ebooka znacznie mniejsze, niż przy publikacji książki tradycyjnej, a że zależało mi na czasie i nie chciałam rozsyłać "maszynopisu" do wydawców, a co za tym idzie czekać kilka miesięcy na odpowiedź, zdecydowałam się pokryć je z własnej kieszeni i wydać Lucyfera jako ebooka.
Patrząc na to z perspektywy czasu wiem, że raczej nie skusiłabym się ponownie na taki krok. Choćby z tego względu, że sama będąc zapalonym Czytelnikiem, mającym sporą bibliotekę, z doświadczenia wiem, że nie ma nic lepszego, niż książka papierowa. Nie ma to jak wejść do księgarni. Zachwycić się zapachem, jaki tak panuje. Mnogością pozycji, stojących na półkach. Możliwością buszowania wśród nich i czytania opisów na okładkach. Ta chwila, kiedy trzyma się w koszyku zbyt dużą ilość egzemplarzy i z bólem serca niektóre trzeba odłożyć z powrotem jest bezcenna.
A potem chwila dla mnie. Ja, kawa i książka. Najpierw oglądam ją dokładnie, dyskretnie podglądam ostatnie strony. Wącham i dopiero po tej krótkiej celebracji zaczynam czytać. Ebook nigdy nie dostarczy mi takich wrażeń.

Rozumiem, że po części z tego powodu z czasem postanowiła Pani wydać "Lucyfer. Moja historia" w formie papierowej. Sama po przeczytaniu ebooka nie mogłam się doczekać, by w fizycznej formie dołączył do mojej biblioteczki. Niestety mimo upływu lat wciąż jest to niemożliwe. Dlaczego?

To dobre pytanie, na które sama nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Po tym jak Lucyfer ukazał się w formie ebooka, w księgarniach pojawiła się najpierw powieść "Kochanka królewskiego rzeźbiarza", a później "Tajemnice królów". Obie te pozycje wydała Bellona, która nie zdecydowała się na Lucyfera ze względu na profil wydawniczy, w kanonach którego opowieść o Lucyferze się nie mieściła.
Był moment, w którym prowadziłam rozmowy z jednym ze znanych wydawnictw, które niestety zaproponowało mi współfinansowanie. Zastanawiałam się nad tym, ale w końcu zarzuciłam ten pomysł. W międzyczasie nawiązałam współpracę z Książnicą, z którą podpisałam umowę na "Brzydką królową". Prace nad książką o żonie Kazimierza Jagiellończyka pochłonęły mnie dość mocno. Ponieważ "Brzydka królowa" sprzedała się dobrze i dość szybko doczekała się dodruku, zaproponowałam wydawnictwu powieść o Lucyferze, ale podobnie jak w Bellonie nie wpisuje się on w kanon wydawniczy.
Po drodze Lucyfer był rozesłany do kilku wydawnictw jako propozycja wydawnicza, ale niestety nikt nie podjął się jego publikacji, co trochę mnie dziwi, ponieważ ebook został dobrze przyjęty. Opowieść, zamysł książki, również. Pisali do mnie Czytelnicy, dopytujący o wersję papierową i kontynuację, ponadto sama postać Lucyfera zawsze budziła zainteresowanie, więc jest to dla mnie zaskakujące. Chyba, że chodzi o sposób pokazania Lucyfera oraz spraw kościelnych, w dużej mierze w sposób negatywny. Oczywiście, jest to tylko moje gdybanie.
Nie zarzucam sprawy Lucyfera, ale zdecydowała, że w wolnej chwili książka zostanie przeredagowana. W nowej wersji będę chciała skupić się bardziej na Lucyferze i jego poszukiwaniach utraconej miłości. Co z tego wyniknie, to czas pokaże.

Łącznie z Lucyferem od 2012 do 2017 roku do rąk czytelników trafiły cztery książki pani autorstwa. To nie lada osiągnięcie dla debiutanta. Jak pani wspomina swoje pierwsze kroki jako publikująca pisarka?

Długo zastanawiałam się nad odpowiedzią na to pytanie. Próbowałam sobie przypomnieć, czy były jakieś momenty, które zostawiły jakiś szczególny niesmak we wspomnieniach i muszę przyznać, że chyba miałam szczęście. Oczywiście, to nie tak, że wszystko było usłane różami, ale mogę odczytywać za duży sukces, że wszystkie moje książki papierowe, zostały wydane przez znane wydawnictwa, będące na rynku od wielu lat. Mam pewne zastrzeżenia, ale kiedy słyszy się o problemach z jakimi borykają się inni autorzy, ja mogę powiedzieć, że szczęście mi dopisało. Szczególnie ciepło wspominam i chwalę sobie dotychczasową współpracę z Książnicą.
Dużo dobrego mogę także powiedzieć o Wydawnictwie Kobiecym, z którym dopinam na ostatni guzik prace nad powieścią, która ma się ukazać w księgarniach na jesieni.



Wydawnictwo Kobiece w przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw, w których pani publikowała, nie specjalizuje się w powieściach historycznych. Czy to znaczy, że „Czas wojny, czas miłości” będzie się znacząco różnić od poprzednich?

Faktycznie, Wydawnictwo Kobiece do tej pory nie kojarzyło się z książkami historycznymi, więc kiedy niedługo po wysłaniu do niego propozycji powieści otrzymałam od Wydawnictwa informację, że są zainteresowani i chętnie podpiszą umowę, bardzo się ucieszyłam. Najwyraźniej jest coś w powieści o losach Leny von Goch, ponieważ w tym samym czasie otrzymałam jeszcze dwie inne propozycje, ale wybrałam Wydawnictwo Kobiece.
Pyta Pani, czy książka będzie się znacząco różnić od poprzednich powieści? Myślę, że nie, chociaż z pewnością jest bardziej ukierunkowana na wątek romantyczny, ale to nadal powieść mocno osadzona w ówczesnych (początek XX wieku) wydarzeniach społecznych, politycznych i historycznych.
Życie bohaterów fikcyjnych jest niekiedy mocno związane z życiem postaci historycznych, jak chociażby postać Roana O'Neill, który jest wnukiem Lady Gregory, będącej jedną z założycielek Sinn Fein.
To historia o miłości, tęsknocie, oczekiwaniu, rozczarowaniach i stracie. Akcja zaczyna się na początku XX wieku, a kończy po kilku dekadach, w połowie lat 40-stych ubiegłego stulecia. Przez ten czas Czytelnik pozna nie tylko losy głównej bohaterki Leny, ale także jej młodszej siostry Nory, przyjaciela Svena czy Tristana (postać fikcyjna), który jest w mojej powieści synem archeologa Ludwiga Borchardt'a, odkrywcy popiersia Nefretete.
To powieść, którą trudno jednoznacznie zakwalifikować. Łączy w sobie wątki historyczne i romans. Można by ją było nazwać romansem historycznym, ale nie do końca, ponieważ nie jest ona typowym przykładem tego gatunku. Myślę, że ze względu na swoją uniwersalność, może spodobać, że szerokiemu gronu Czytelników.

Myślę, że każdy pisarz przed debiutem ma własną wizję tego, jak zmieni się jego życie po wydaniu pierwszej książki. Czy pani wyobrażenia pokryły się z rzeczywistością?

Mogę Panią nieco rozczarować, ale nie miałam jakiś wielkich wyobrażeń o zmianie mojego dotychczasowego życia. Nadal pracuję zawodowo i niestety praca moja w żaden sposób nie jest związana ze słowem pisanym, a szkoda. Chętnie wykorzystałabym swoje lekkie pióro nie tylko przy pisaniu powieści, ale jakoś się nie złożyło.
Po pracy najczęściej wyszukuje materiały do kolejnych powieści. Robię research na każdym polu, żeby w sposób przekonujący opisać ówczesne realia zgodnie z historyczną prawdą.
Nie jestem osobą, która lubi być na przysłowiowym świeczniku, nie mam parcia na szkło. Lubię swoje domowe pielesze. Spokój, ciszę. Obecność bliskich i mojego kotka, który drzemie sobie w pobliżu, kiedy piszę albo czytam. A czytam duuużo :) Różne książki. Naukowe, popularnonaukowe, historyczne, przygodowe, fantasy i romanse.
I z tą ciszą, spokojem, możliwością pisania i dzielenia się swoimi powieściami z Czytelnikami jest mi dobrze. I tak sobie wyobrażam życie jako pisarza. Ja piszę, Czytelnicy czytają.

I na koniec: Jakich rad udzieliłaby pani debiutującym pisarzom?

Należy wierzyć w to, co się napisało i w wysyłać propozycję do wydawnictw, które mają swoją renomę, tradycję i, które nie wydają powieści za pieniądze albo ze współfinansowaniem. Jak tekst jest dobry, to znajdzie się wydawnictwo, które je opublikuje, nie żądając pokrycia kosztów. Czasami lepiej poczekać, niż potem żałować nie tylko straconego czasu, ale i straconych pieniędzy.

Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella