Superbohaterskie filmy 2020


Kolejny rok z rzędu zapowiada się bardzo dobrze dla fanów filmów o superbohaterach. Marvel i DC rozszerzają swoje uniwersa, a Sony stara się wycisnąć z pajączkowych praw ciekawe historie. Miejmy nadzieję, że tegoroczna dawka superbohaterskich produkcji nas niezawiedzie, a tymczasem sprawdźcie na co warto czekać.


Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) - 7 lutego

Po rozstaniu z Jokerem Harley Quinn dołącza do superbohaterek Czarnego Kanarka, Łowczyni i Renee Montoyi, aby uchronić młodą dziewczynę przed nikczemnym przestępcą.


"Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)" to pokręcona historia, opowiadana przez samą Harley w stylu, w jakim tylko ona może ją opowiedzieć. Kiedy najbardziej narcystyczny z bandziorów Gotham, Roman Sionis, i jego oddana prawa ręka Zsasz biorą na cel niejaką Cass, w poszukiwania dziewczyny angażuje się całe miasto. Nieprawdopodobny zbieg okoliczności krzyżuje drogi Harley, Łowczyni, Czarnego Kanarka i Renee Montoyi. Cztery diametralnie różniące się kobiety nie mają wyjścia. Muszą współpracować, żeby pokonać Romana.

Bloodshot - 4 marca

Vin Diesel wciela się w postać Raya Garrisona, żołnierza, który zginął podczas akcji i został przywrócony do życia przez korporację RST jako super-człowiek, tytułowy Bloodshot. W jego żyłach płynie armia nanotechnologicznych rozwiązań, dzięki czemu jest kimś nie do zatrzymania – silniejszym niż jakikolwiek człowiek, z organizmem zdolnym do natychmiastowej regeneracji. Ale naprawiając jego ciało i przywracając go do życia, korporacja przejęła kontrolę nad jego życiem; wykasowała też jego wspomnienia i pamięć. Ray nie wie, co jest realne, a co nie. Ale ma misję – chce się tego dowiedzieć.


Nowi mutanci - 3 kwietnia

Trzeci raz z rzędu ten tytuł pojawia się w zapowiedziach na nowy rok i mam nadzieję, że to już ostatni i wytwórnia w końcu wyda ten nieszczęsny film. Co ciekawe kilkanaście godzin temu opublikowano trailer, więc jest cień szansy, że data premiery nie zostanie ponownie przesunięta, a oprawa w klimacie horroru utrzymana.


Czarna Wdowa - 1 maja

"Czarna Wdowa" będzie pierwszym filmem w IV fazie MCU i jak zapewne się domyślacie, będzie przedstawiała historię rozgrywającą się przed "Avengers: Endgame" (byłoby nie lada wyzwaniem, aby akcja działa się po nim), konkretnie po wydarzeniach z  filmu "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów".


Wonder Woman 1984 - 5 czerwca

Prosto z pola bitwy przenosimy się do lat '80 i w tej estetyce zostanie utrzymana kontynuacja przygód Wonder Woman. W roli złoczyńcy spodziewajcie się Maxwella Lorda, który będzie miał moc spełniania życzeń.


Free Guy - 3 lipca

Przyznaję, że "Free Guy" to nie do końca produkcja rodem z kina superbohaterskiego, jednak skoro odpowiedzialny jest za to Taika Waititi, a w roli głównej występuje Ryan Reynolds, to trudno mi ten tytuł przemilczeć. Tym bardziej że fabuła brzmi tak:
Bohaterem komedii "Free Guy" jest urzędnik bankowy, który odkrywa, że jest drugoplanowym graczem w otwartej grze wideo. Postanawia zmienić jej reguły i zostać bohaterem na swych własnych zasadach. W sytuacji, w której nie ma ograniczeń, chce ocalić swój świat, zanim będzie na to za późno.


Morbius - 30 lipca

Po sukcesie "Venoma" przyszedł czas na kolejny film Sony poświęcony postaci z uniwersum Spider-mana, a dla Jareda Leto na ponowne wcielenie się w komiksowego bohatera po wycięciu większości scen Jokera z "Legionu Samobójców".
Morbius jest wampirem, który choć zyskał swoje moce w wyniku eksperymentu z nietoperzami, a nie przemiany, to wciąż ma wszystkie moce i słabości typowe dla krwiopijców.


Venom 2 - 2 października

Wszyscy próbują mnie przekonać, że "Venom" jest złym filmem, ale bawiłam się na nim tak dobrze, że mam ich zdanie głęboko w poważaniu i cieszę się na wieść o kontynuacji, w której zobaczymy Carnage (symbionta) i Shriek, tym bardziej że coraz głośniej się mówi o tym, że w tej części może pojawić się Tom Holland w roli Spider-mana.


Eternals - 6 listopada

Tytułowi Eternale to rasa nieśmiertelnych stworzona przez kosmicznych gigantów w zamierzchłych czasach. Wśród nich są między innymi Grandmaster, Collector, czy Starfox. Drogi tych potężnych istot rozeszły się, część z nich zamieszkiwała Ziemię, a reszta przebywała na Tytanie (skąd pochodzi Thanos). Ten tytuł jest dość intrygujący, zważywszy zarówno na bohaterów, jak i wybór aktorów, bo umówmy się, że Angeliny Jolie czy Salmy Hayek raczej nie spodziewałam się zobaczyć w produkcjach Marvela.



Przy okazji wypadałoby wspomnieć o czekającym nas jesienią serialu "The Falcon and the Winter Soldier", który zadebiutuje na platformie Disney+ i będzie miał miejsce niedługo po wydarzeniach z "Endgame".

Ps. Który z tytułów przykuł najmocniej Waszą uwagę?
Czytaj całość

Najlepsze dramy 2019, czyli Różowe Ekrany odsłona azjatycka


Panie, Panowie i dramoholicy wszelkiej maści! Na ten wyjątkowy, bo ostatni dzień roku, przypada III odsłona Różowych Ekranów, czyli bardzo subiekrywnego rozdania nagród dla najważniejszych (czyli niekoniecznie najlepszych) dram aka azjatyckich seriali 2019 roku!

[Tradycyjnie przypominam wszystkim, którzy z dramami nie mieli jeszcze do czynienia, że przed oglądaniem lepiej zapoznać się z Przewodnikiem po k-dramach]


Hotel del Luna
NAJBARDZIEJ KLIMATYCZNA DRAMA

Historia opowiada o bohaterach pracujących w niezwykłym hotelu przeznaczonym dla zmarłych dusz, które przed odejściem w zaświaty potrzebują załatwić sprawy niedokończone za życia. Poza wspaniale wykreowanymi postaciami i rewelacyjnie napisanym scenariuszem ta k-drama zasługuje na szczególne uznanie przez swoją niesamowitą oprawę wizualną i muzyczną. Twórcy, łącząc mistyczną tematykę z odpowiednią dawką mroku, pamiętali, by oddać ich ducha za pomocą kontrastów, barw i nieziemskich kadrów. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek widziała taką ucztę dla oczu (i uszu!), czy to w azjatyckich, czy amerykańskich produkcjach, choć pod niektórymi względami (zwłaszcza w łączeniu kolorów) przywodzi mi na myśl "Riverdale", które w pierwszej edycji otrzymało tytuł najbardziej klimatycznego debiutu. Twórcom udało im się osiągnąć, to co spartaczyli w "Black Night", czyli klimat tak zjawiskowy, że nawet bez dialogów, drama potrafiłaby każdego zauroczyć. "Hotel del Luna" jest zdecydowanie najpiękniejszą i najbardziej dopieszczoną (nie tylko tegoroczną) dramą, a jednocześnie fabularnie zachwyca równie mocno. To zdecydowanie najlepsza produkcja, jaką dane było nam oglądać w 2019 roku i cichą mam nadzieję, że doczekamy się "Hotelu Blue Moon".

NAJLEPSZA C-DRAMA
Mo Dao Zu Shi / "Grandmaster of Demonic Cultivation

Historia zaczyna się 16 lat po śmierci PatriarchyYiling, czyli Wei WuXiana - postaci tak znienawidzonej przez ludzkość, że po niemal dwóch dekadach od jego śmierci wciąż straszy się nim dzieci i pilnuje, by jego dusza nie opętała ludzkiego ciała. Wbrew wszystkiemu Wei zostaje przywrócony do życia, a my mamy okazję poznać historię życia uroczego chłopaka, który stał się największym plugastwem zabitym przez własnego brata.
Uznanie tej dramy za najlepszą jest sporą przesadą, choć wśród tegorocznych chińskich dram nie ma sobie równych. Choć zdecydowanie jest moją ulubioną, to bardziej pasuje do niej tytuł najbardziej uzależniającej dramy, bo jako jedyna sprawiła, że wewnętrzna fangirl zerwała się ze smyczy, zaczęła przeglądać wszystkie dodatki, czytać nowelkę i manhuę (być może kojarzycie Mo Dao Zu Shi czy też "Grandmaster of Demonic Cultivation"). Początek jest ciężki, trudno go zrozumieć (dlatego polecam zapoznać się w pierwszej kolejności z pełną recenzją The Untamed), ale później nie sposób się od niej odkleić. Relacje między bohaterami, genialni aktorzy i złożona historia, która z każdym kolejnym odcinkiem (i każdym ponownym jej obejrzeniem) nabiera głębszego sensu to jej niezrównana zaleta. Niemniej ostrzegam, kac popkulturowy trzyma mocno i jestem kolejnym potwierdzonym przypadkiem, że tej dramy nie ogląda się jedynie raz.

Extraordinary You
NAJBARDZIEJ UROCZA DRAMA

Główna bohaterka dramy odkrywa, że żyje w komiksie i to wcale nie jako główna bohaterka, lecz postać wspierająca, co gorsza przeznaczona na odstrzał lub wieczne poniżanie przez swojego ukochanego. Dziewczynie nie pozostaje nic innego, jak zmienić swoje przeznaczenie i zbuntować się przeciwko woli autora. Wychodzi to różnie, ale muszę przyznać, że to, co się dzieje za kulisami i na scenie świetnie ze sobą kontrastuje, przy okazji zahaczając o wiele interesujących kwestii na temat problemów fikcyjnych postaci. Niemniej drama trafiła do tegorocznego rankingu przez swój urzekający klimat - tak uroczy i ciepły, że potrafi rozpuścić zamarznięte serduszka tak jak robiło to "I'm not a robot".

Search: WWW
NAJLEPSZA KOBIECA DRAMA

"Search: WWW" jest historią trzech silnych, ambitnych kobiet pracujących w rywalizujących ze sobą portalach internetowych. Ich przyjaźnie, romanse i życie prywatne ustępują miejsca karierze, jednak wcale nie znaczy to, że nie zmagają się z osobistymi problemami. Tammy, Scarlett i dyrektor Song wyrzuciły do kosza stereotyp postrzegania ról damsko-męskich i całkiem zerwały z konwenansami. Każda z tych trzech bohaterek została wykreowana na postać z mocnym charakterem, niezwykłą odwagą i bystrym umysłem, a przy tym każda z nich jest inna. Tak rewelacyjnie wykreowanej relacji między postaciami kobiecymi nie widziałam dotąd w żadnej produkcji i tym bardziej byłam zaskoczona, że to twórcy k-dramy postanowili napisać bohaterki na nowo.

The Crowned Clown
NAJLEPSZA DRAMA HISTORYCZNA

Historia inspirowana powieścią “Książę i Żebrak” przenosi nas do Joseon, którym rządzi szalony i okrutny król. Owładnięty niepokojem o własne życie zmusza do zajęcia swojego miejsca na tronie klauna, który jest jego sobowtórem i który stopniowo okazuje się lepszym władcą od niego.
Po prawdzie drama nie jest oparta na historii, lecz dobrze znanym motywie, lecz jedynie osadzona w minionych czasach, lecz poza tym posiada wszystkie cechy typowe dla gatunku, jak wielowątkowość i niezbyt łaskawe obchodzenie się z bohaterami. Koreańskie produkcje kostiumowe nigdy nie zawodzą pod względem wizualnym, a dodatkowo rewelacyjna gra aktorska świetnie podkreśla ciekawy scenariusz. Podejrzewam, że nie tylko fani dram historycznych i kostiumowych będą nią zachwyceni.

NAJLEPSZA DRAMA O ZOMBIE

Król Joseon zachorował i nie pokazuje się nikomu od dziesięciu dni. Po kraju zaczęła krążyć plotka o jego śmierci, jednak każdego niosącego tę wieść zabija się za zdradę. Następca tronu ma dość niepewności, więc zakrada się do pałacu króla, gdzie zamiast króla spotyka krwawą bestię. Po pewnym czasie epidemia zombie zaczyna się rozprzestrzeniać po kraju, a walkę z zarazą utrudniają dworskie intrygi.
"Kingdom" jest dość szczególnym przypadkiem w tegorocznym rankingu, bo nie dość, że jest jedyną k-dramą o zombie (teoretycznie "The Untamed" kwalifikowałoby się jako c-drama o duchowych zombie, ale lepiej o tym nie myśleć), to w dodatku jest produkcją Netflixa, a co za tym idzie pojawiła się dopiero połowa (z nieznanego powodu Netflix uważa, że 6 odcinków zakończonych cliffhangerem to cały sezon... tiaaa...). Niemniej mimo tego wciąż jest rewelacyjną produkcją, która łączy w sobie to co najlepsze w koreańskich historykach i gatunku z-apo, które mimo szybkości zombie wciąż trzyma się kanonu wprowadzonego przez Gorege'a Romero. Wyborne połączenie, które warto sprawdzić - w szczególności, gdy druga część będzie dostępna.

Kroniki Arthdalu
NAJLEPSZA SAGA FANTASY

Saga przenosi nas do starożytnej, mitycznej krainy, w której Sarmanie po zgładzeniu Neandertalczyków budują podstawy cywilizacji. Warto zaznaczyć, że choć opowieść jest osadzona w przeszłości, to z historią ma tyle wspólnego co "Gra o Tron". Znacznie mocniej skupia się na wątkach mitologicznych, zapierających dech kadrach i przeciwnościach, które musi pokonać nasz główny protagonista, by wyzwolić swój lud spod tyrani bardziej rozwiniętej osady. Fascynujące jest to, że choć antagoniści z zasady są źli, to w rzeczywistości bliżej nam do nich, niż do żyjącego w zgodzie z naturą plemienia, więc kibicowanie pozytywnym bohaterom momentami zalatuje hipokryzją.

Memories of the Alhambra
NAJLEPSZA DRAMA SF

Małe hiszpańskie miasteczko Alhambra po założeniu specjalnych soczewek staje się spektakularną areną gry AR, w której gracz może walczyć ze średniowiecznymi rycerzami, rozwiązywać questy, poszerzać ekwipunek, zawierać sojusze lub pojedynkować się z innymi graczami, by przechodzić na kolejne poziomy. Niemniej rozszerzona rzeczywistość gry nie ogranicza się do efektów wizualnych. Ból jest prawdziwy, a życie tylko jedno.
Zapomnijcie o dramie, w której ważny jest wątek romantyczny. Tu liczy się gra. I na niej twórcy skupili się najmocniej tworząc fabułę, od której niejednokrotnie mój mózg płonął. Pomysły na połączenie gry z rzeczywistymi obiektami i miejskimi legendami zostało bardzo fajnie przemyślane, a sceny są nakręcone w tak fantastyczny sposób, że niemal się śliniłam przed ekranem i najchętniej oddałabym wszystkie oszczędności, by jak najszybciej udać się do tego miasteczka, założyć szkła i znaleźć miecz w toalecie Subwaya.

Angel's Last Mission: Love
NAJLEPSZA DRAMA Z ZAKAZANĄ MIŁOŚCIĄ

Dan jest aniołem odpowiedzialnym za dusze zwierząt, jednak przez swoją empatię co chwilę narusza zasady i ingeruje w ludzkie życie. By odpokutować ocalenie życia niewidomej baleriny, musi wykonać misję i pomóc jej znaleźć bratnią duszę. Jak już się pewnie domyślacie nasz aniołek sam zakochał się w nieznośnej balerinie, co może nie byłoby problemem, gdyby ta drama nie należała do kategorii tych, w których dwa różne gatunki nie mogą być razem (dość typowy motyw, więc pewnie widzieliście podobne dramy z kosmitami, syrenami, robotami etc.). Niemniej "Angel's Last Mission: Love" pod wieloma aspektami może Was zaskoczyć, oczarować i poruszyć, tym bardziej że scenariusz mocno nawiązuje do "Giselle".

NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Cesarstwo Koreańskie oficjalnie przestało istnieć w 1910 roku, gdy zaczęła się japońska okupacja, jednak twórcy "The Last Empress" pokusili się o pokazanie, co by się stało, gdyby Cesarstwo Koreańskie przetrwało, a ich dynastia wciąż zasiadała na tronie. Pierwsze odcinki "The Last Empress" sugerowały, że twórcy zmarnują potencjał pomysłu, tworząc kulawą komedyjkę z jeszcze bardziej kulawym romansem i zastraszająco żenującymi gagami. Na szczęście w porę poszli po rozum do głowy i stworzyli historię, od której nie sposób się oderwać. Pełną akcji dramę wypełnioną intrygami dworskimi i zagadkami kryminalnymi, a także scenami walk i okrucieństwem tak nieludzkim, że trudno uwierzyć, by człowiek mógł się go dopuścić (sami zobaczycie, do czego zdolna jest choćby Min Yu Ra). Na tle tych wszystkich wydarzeń postać cesarzowej Oh Sunny wyrasta z naiwniaczki w silną i zdeterminowaną bohaterkę, której poczynania chce się oglądać. Zaskakująco dobra drama.

Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, każdy Wasz wtorek będzie Wtorkiem Azjatyckim!

Ps. Dajcie znać które tegoroczne dramy są Waszym zdaniem najlepsze i dlaczego?
Ps2. Tymczasem eM zaserwowała listę 10 koreańskich dram z 2019 do obejrzenia w 2020.
Czytaj całość

Zemsta Choinek | (Świąteczne) Kiczowate Horrory #15


Tegorocznym Świątecznym Kiczowatym Horrorem jest "Treevenge", czyli "Zemsta Choinek" lub jak kto woli "Odwet drzew". Wierzę, że po samym tytule jesteście w stanie stwierdzić, o czym jest tek krótkometrażowym majstersztyk, który zebrał liczne nagrody i nominacje na festiwalach filmowych, ale na wszelki wypadek sprawdźcie:


Czytaj całość

Victoria Gische - Czas wojny, czas miłości


Saga rodzinna rozgrywająca się na tle prawdziwych wydarzeń z przełomu wieków - tak najlepiej opisać nową powieść historyczną Victorii Gische, w której możecie wraz z bohaterami możecie przeżyć trudy wojny i spotkać znane postacie, które zapisały swoje nazwiska na kratach historii.

"Czas wojny, czas miłości" jest opowieścią o rodzinie Róży von Goch, która rozgrywa się na przełomie niemal pięćdziesięciu lat.  Na samym początku 1891 roku ta rodzina jest niewielka. Składa się jedynie z seniorki rodu i jej syna, który szykuje się do ślubu, lecz przemykając przez kolejne strony obserwujemy, jak na przemian rozrasta się i maleje, zmaga się z trudami wojny i tęsknotą. Nie ulega jednak wątpliwości, że główne wątki skupiają się wokół Leny i Nory - dwóch sióstr, które z zaskakującą wprawą wpadają na najbardziej rozpoznawalne postacie swoich czasów, wplątując się w wydarzenia, które znamy z kart podręczników historycznych.

Zazwyczaj gdy czytam książki, wiem dokładnie, kto jest ich głównym bohaterem, nawet jeśli równocześnie śledzę poczynania licznej gromady. Tym razem było jednak inaczej i powinniście się przygotować, że w "Czasie wojny, czasie miłości" pierwszą planową rolę gra cała rodzina. Jedyni się rodzą, inni umierają, a każdy z nich podąża własną drogą. Łączą ich nie tylko więzy krwi, ale podobieństwo rodzinne w kwestii charakterów i sposób wyrażania adekwatny do czasów. Problem polega na tym, że przez to nie byłam w stanie się z nimi zżyć. Chociaż nie, właściwie nie tylko przez to, ale i również z powodu, że wiele najważniejszych wydarzeń z ich życia czytelnik nie był w stanie przeżywać wraz z nimi. Ślub i wesele zostało przedstawione przez pryzmat potraw i dekoracji, zamiast uczuć, a o śmierci postaci dowiadywaliśmy się po kilku miesiącach z listów lub od narratora, zamiast czytać o nich w czasie rzeczywistym. Takie zabiegi wprowadziły dystans pomiędzy mną a bohaterami, którego nie potrafiłam przeskoczyć.

Niemniej były chwile, w których losy Lenki mnie obchodziły. Momenty, w których autorka przedstawiała zmagania młodej, niedoświadczonej dziewczyny pracującej jako pielęgniarka w szpitalu w czasie I Wojny Światowej były niesamowicie emocjonalne i zdecydowanie stanowiły mój ulubiony fragment książki. Nie sposób mi nawet sobie wyobrazić, jak trudne musiały być to przeżycia dla ludzi, którzy w rzeczywistości walczyli na froncie, jak i dla tych którzy nieśli im pomoc, ale przyznaję, że Victoria Gische opisała to w sposób niezmiernie poruszający. Dodatkowo to był moment, w którym na kartach książki pojawiła się Maria Skłodowska-Curie.

W "Czasie wojny, czasie miłości" pojawia się spora liczba postaci historycznych, a wśród nich znajdziemy m.in. Howard Carter, Evelyn Herbert, czy Ludwig Borchard. Czasami można odnieść wrażenie, że bohaterowie powieści podróżują z jednego zakątka świata w drugi, tylko po to, by ich spotkać i obserwować momenty, w których pisze się historia, jak choćby podróż do Ameryki na pokładzie Titanica (naprawdę mocno żałuję, że ten konkretny epizod został poruszony wyłącznie mimochodem, bo czytałabym jak szalona!).

Jeśli znacie twórczość Victorii Gische i rozpoznajecie nazwiska, które przed chwilą wspomniałam, to możliwe, że zaczynacie się domyślać, co za chwilę przeczytacie i co uznaję za uroczy akcent. Widzicie, autorka na łamach książki poświęciła sporo czasu wątkowi związanemu z wyprawą archeologiczną prowadzoną w Egipcie, a także ich dobytkowi kulturowemu. Po raz kolejny w jej książkach widać, jak mocno jest zakochana w historii tego kraju, a przy okazji ma szczególną słabość do Nefretete. Te wątki pojawiają się w jej poprzednich powieściach, zaczęło się od „Lucyfer. Moja historia” i było kontynuowane na szerszą skalę również w "Kochance królewskiego rzeźbiarza" czy "Tajemnicy królów", i muszę przyznać, że bardzo podoba mi się, że cały dorobek autorki łączy wspólny punkt. Z szerszej perspektywy, to naprawdę interesujący zabieg, który życzyłabym sobie spotykać częściej.


"Czas wojny czas miłości" na moje oko nie jest romansem historycznym, a senną opowieścią utkaną głównie z opisów i małej ilości dialogów, w której splatają się ze sobą miłość i strata. Ma swoje zalety i wady, jednak nie ulega wątpliwości, że czyta się przyjemnie. Każdy rozdział rozpoczyna się krótkim cytatem (kocham je!) będącym wskazówką, o czym za moment przeczytamy, a autorka potrafi pisać w ten szczególny sposób, przez który przez tekst się płynie. Myślę, że sprawdzi się doskonale jako lektura dla osób, które uwielbiają rozczytywać się o minionych czasach i przywiązują szczególną uwagę do detali.
Czytaj całość

The Untamed, czyli diabeł nie taki straszny, jak go malują

The Grandmaster of Demonic Cultivation

Gdyby ktoś mi powiedział, że powinnam obejrzeć chińską dramę nakręconą (i ocenzurowaną) na podstawie nowelki BL, nie rzuciłabym wszystkiego, by włączyć play. Głównie dlatego, że mam średnie zaufanie do c-dram, a z BL nie miałam jeszcze żadnego kontaktu. Na szczęście, gdy polecano mi "The Untamed" obiecano mi jedynie, że będę fangirlować jak głupia i nie będę w stanie oderwać się od ekranu przez 50 odcinków, a jako że do fangirl mi daleko, byłam ciekawa czy rzeczywiście obietnica zostanie spełniona. Po nieodrywaniu się od ekranu przez 50 odcinków, obiecuję Wam to samo.


[Jeśli dotąd nie oglądaliście c-dram, to polecam przed włączeniem przeczytać Chińskie dramy vs koreańskie: Różnice i pierwsze wrażenia]

Historia zaczyna się 16 lat po śmierci PatriarchyYiling, czyli Wei WuXiana (Xiao Zhan) - postaci tak znienawidzonej przez ludzkość, że po niemal dwóch dekadach od jego śmierci wciąż straszy się nim dzieci i pilnuje, by jego dusza nie opętała ludzkiego ciała. Można śmiało powiedzieć, że Wei Wuxian jest takim ich Voldemortem, któremu przypisuje się śmierć trzech lub czterech tysięcy ludzi (w zależności kogo spytacie), mordowanie króliczków (dobra, to akurat zmyśliłam, ale pewnie nikt by się nie zdziwił) i ogólnie całe zło tego świata. Jest tak złą sławą owiany, że młody panicz Mo przywołuje go z martwych jak złego ghoula, składając swoje życie w ofierze, by ten po swym powrocie zabił ludzi, którzy go dręczyli. Teraz uważajcie, bo pokażę Wam tego demona w ludzkim ciele. Wystarczy na niego zerknąć, by wyrwał Wam serce z piersi! Gotowi?

Drama The Untamed
I co? Piszczycie na widok tego uosobienia zła i plugastwa, prawda?! Ja piszczę bardzo.

Skoro macie już pewne wyobrażenie na temat WWX, możemy przejść do uprzedzenia, że pierwsze odcinki są dość trudne do połapania się w fabule, a sam początek może się okazać dość odrzucający przez zastraszającą ilość bardzo podobnych do siebie postaci. Na całe szczęście początkowo musicie zwrócić uwagę jedynie na dwóch - Wei Wuxiana i jego soulmate'a Lan Zhana (Wang Yibo), czyli odzianego na biało Pana Niosącego Światło, który będzie naparzał w złe duchy grając na cytrze. W sumie łatwiej będzie Wam go rozpoznać, jeśli poszukacie bohatera, który ma niemal niezmienny wyraz twarzy i ucieka przed lub biega za nim WWX.

Niemniej wracając do fabuły, po paru odcinkach drama cofa nas w czasie o dwie dekady, gdy wszyscy młodzi kultuwatorzy z najpotężniejszych rodów przybywają do Zacisza Obłoków, by pobierać nauki, jak na przyszłych przywódców klanów przystało. W tym samym czasie dochodzi do wielu podejrzanych incydentów i wzmożonej aktywności złych duchów (twórcy nazywają ich marionetkami, ale to duchowe zombie! Mam nadzieję, że znowu piszczycie!), które są bezpośrednio powiązane z przesiąkniętym złem fragmentem metalu, który trafia w ręce przywódcy klanu Wen. Chciałabym Wam zdradzić więcej, ale to wiąże się z licznymi spoilerami, dlatego jedynie zapewnię Was, że w "The Untamed" jest cała masa złowieszczych intryg, walk i tajemnic, które stopniowo muszą odkryć główni bohaterowie, by oczyścić imię Wei Wuxiana. Innymi słowy nie będziecie się nudzić!

[Mała ściąga z pięciu najpotężniejszych rodów, która pozwoli Wam się połapać w głównych graczach]
Drama The Untamed
Sekta Jiang z Przystani Lotosów nosi fioletowe szaty (Wei jest adoptowany, więc trochę się wyróżnia i nosi własne nazwisko)
Drama The Untamed
Sekta Lan z Zacisza Obłoków nosi białe szaty (przywódcy błękitne) i przepaskę na czole, a przy tym są śmiertelnie poważni.
Drama The Untamed
Sekta Wen nosi się na czerwono z czarnymi elementami, zapewne dlatego, że dzięki temu lepiej maskują krew na ubraniach.
Drama The Untamed
Sekta Jin z Góry Złotego Jednorożca nosi się w złocie, bo lubią się puszyć i są niezmiernie bogaci.
Drama The Untamed
Sekta Nie nosi się na szaro i jej przedstawiciele powinni słynąć z siły

Warto wspomnieć, że "The Untamed" jest c-dramą, a co bardziej przerażające web dramą. Zazwyczaj oznacza to, że poziom produkcji i budżet są znacznie niższe, niż w przypadku telewizyjnych. Zazwyczaj. W trakcie oglądania nie widziałam różnicy. Jedyną czerwoną flagą i zarazem jedyną  poważną wadą tej dramy są tak koszmarne efekty specjalne, że lepsze widziałam w Kiczowatych Horrorach. Poważnie. Miecze jeszcze przed uderzeniem w scenach walki drżą jak liście na wietrze i widać wyraźnie, że koło metalu nawet nie stały. Ludzie z odrąbanymi rękami wyglądają, jakby wymienili się na korpus z manekinem. No dramat. Niemniej sceny i krajobrazy są nakręcone wprost przepięknie i z wielką starannością, a to nie jedyne pozytywne zaskoczenie. Aktorzy są rewelacyjni i mam tu na myśli zarówno ich dopasowanie do wyglądu oryginałów, jak i grę aktorską. Zdecydowanie są podstawy, by wierzyć, że producenci byli zagorzałymi fanami i starali się, jak mogli, by nawet w niesprzyjających warunkach dołożyć wszelkich starań, by ta historia nie ucierpiała i podbiła serca widzów. 

Zresztą aktorzy również włożyli w swoje postacie całe serce i talent.  Nie wyobrażam sobie, by Wei Wuxiana grał ktokolwiek poza Xiao Zhan. Pomijając jak urocze stroi miny, to od dawna nie widziałam tak utalentowanego aktora. Tym bardziej w chińskich produkcjach, gdzie aktorki zazwyczaj przypominają drewno. A skoro o tym mowa, to Wang Yibo również należy pochwalić. Postać Lan Zhana wymagała od niego grobowej miny, ale po kilkunastu odcinkach przyzwyczajania się do niego, najdrobniejsza zmiana mimiki twarzy wyrażała więcej, niż słowa. Cudne! Miny i facepalmy bez używania dłoni przez Wang Zhuochenga zasługują na właśną kompilację na YT. Dodatkowo wchodzenie po schodach Zhu Zanjin grającego Jin Guangyao było mistrzostwem świata. Słowo daję, że po raz pierwszy widziałam tak creepy scenę, która opierała się wyłącznie na wychodzeniu po schodach! Po prawdzie każdego aktora z osobna mogłabym pochwalić za występ w tej dramie. Przysięgam, że nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek oglądała produkcje z tak utalentowaną obsadą. Postaci w "The Untamed" jest zastraszająca ilość, lecz dzięki rewelacyjnej kreacji każda z nich wyróżnia się czymś szczególnym. Biję brawa i pokłony!

Drama The Untamed
Rozpoznacie ich nawet jeśli przebiorą się za krzak. 

Nie sposób również nie wspomnieć o scenarzystach, którzy ładnie przeplatali ze sobą wątki, tak by historia zgrabnie się ze sobą łączyła, jednocześnie zapewniając równowagę między scenami akcji, intryg i boskich interakcji bohaterów. Zwłaszcza dla tych ostatnich warto obejrzeć tę dramę, tym bardziej, jeśli lubicie skomplikowane relacje. Dla przykładu relacja WWX z jego przybranym bratem jest świetna, ale ta z Upiornym Generałem, Wen Ningiem (Yu Bin) to czyste złoto. Zresztą ta postać to diament i mój drugi ulubiony bohater. Nie udawajmy jednak, że BL nie istnieje, tym bardziej że na kilkunastu bohaterów pierwszo i drugoplanowych przypadają jedynie dwie postacie kobiece (i relacje z nimi też wcale nie są takie oczywiste). Przyznaję bez bicia, że do tej pory nie miałam styczności z BL, bo... właściwie zupełnie bez powodu. Zwyczajnie nie byłam zainteresowana i dalej nie wiem, czy to jest dla mnie, czy po prostu "The Untamed" jest perłą koronną, która wzięła mnie z zaskoczenia (gdy zaczynałam oglądać, nie miałam zielonego pojęcia, że ten wątek się pojawia). Wszystkich sceptyków na starcie zapewniam, że mogą darować sobie uprzedzenia. W najgorszym razie możecie iść w zaparte, że to bromance na speedzie. Najwyżej po scenie w jaskinie z żółwiem dostaniecie po twarzy i będziecie chcieli wejść tam do nich i trochę i popchnąć. Lub chociaż walnąć Weia, żeby jego komórki mózgowe zaczęły się ze sobą stykać i lepiej łączył fakty.
Tak, to jest moment, w którym uruchomiła się we mnie fangirl, która znalazła swój pierwszy OTP. Nie wolno Wam mnie oceniać, jeśli tego nie obejrzeliście!! (Pierwszy raz w historii bloga użyłam dwóch wykrzykników, więc wiedzcie, że jestem śmiertelnie poważna!)

Historia Złoczyńcy

Jeśli sądzicie, że opisałam już wszystkie zalety "The Untamed" to jesteście w błędzie - główne danie właśnie nadciąga, bo skupię się teraz na Wei Wuxianie w roli PatriarchyYiling. Z racji tego, że od samego początku wiemy, jak złą sławą owiany jest główny bohater i widzimy scenę, w której zabija go własny brat, a później twórcy cofają nas wstecz do czasów, gdy był jeszcze uroczym króliczkiem, to naturalną koleją rzeczy jest fakt, że spodziewamy się obejrzeć jego stopniową przemianę w złoczyńcę. 

[Teraz uwaga, bo będą delikatne spoilery]
Problem polega na tym, że "The Untamed" idealnie obrazuje to, co od lat głoszę na blogu (czytaliście serię o Czarnych Charakterach? Jeśli nie, to dobry moment, by nadrobić), czyli że to zwycięzcy zabarwiają historię własną perspektywą, która zazwyczaj mija się z prawdą, a złoczyńcy niekoniecznie są źli - po prostu przegrali. I tak było tym razem (albo mam wątpliwą moralność).
W wykreowanym w dramie świecie dochodzi do paskudnych zbrodni, które zmieniają ludzi w duchowe zombie, a później wszyscy dobrzy i szlachetni kultywatorzy eksterminują cały klan Wen, choć tylko część z nich dopuściła się zbrodni. Wybaczcie porównanie, ale to trochę tak, jakby po II Wojnie Światowej wybito wszystkich Niemców, a nie tylko zbrodniarzy wojennych, a część kobiet, dzieci i starców pozostawiono przy życiu tylko po to, by dla rozrywki się nad nimi znęcać i prowadzić uwłaczające eksperymenty. Niezbyt to dobre, ani szlachetne z ich strony, tym bardziej gdy odwracają się plecami od cierpienia ludzi, którzy zdradzili własny klan, by uratować im życie. Wśród tych wszystkich pożal się losie ludzi, Wei jest płatkiem śniegu... Hej! W końcu to główny bohater.

Drama The Untamed
Wielki zły Patriarcha Yiling i jego tarcza.

W "The Untamed" jest pewna scena poprzedzająca walkę i śmierć Patriarchy Yiling, która choć gotowała mi krew w żyłach, jest prawdziwym majstersztykiem. Doprowadzony do granicy szaleństwa Wei nie mając nikogo po swojej stronie i wszystkie klany po przeciwnej, zaczyna pytać dokładnie, co mu zarzucają: Co zrobił źle? W którym momencie popełnił zbrodnie? Dlaczego nie mógł zabić osoby, która bez uprzedzenia przeszyła go strzałą? Dlaczego zaatakowany nie może się bronić? Każdy powinien obejrzeć tę scenę i usłyszeć odpowiedzi padające z ust bohaterów uważających się za dobrych i szlachetnych. Dlatego, jeśli jest wśród Was ktoś, kto nie zdecyduje się obejrzeć całej c-dramy, a będzie ciekawy tej konkretnej sceny, to chętnie Wam ją wskażę. Tym bardziej, że powinniście usłyszeć ostateczny argument hipokrytów, przez który każdy zacznie wątpić, czy dobro, którym się kieruje naprawdę jest dobre. Czy jeśli wszyscy mówią Ci, że jesteś zły, to możesz być dobry?

"The Untamed" przez pierwsze odcinki nie zrobi na Was najlepszego wrażenia. Nawet ci, którzy przełamią się do c-dramy w wersji web, mogą mieć wątpliwości, czy warto kontynuować. Dziesięć, może dwanaście odcinków zajmuje zakochanie się po uszy. Obejrzenie połowy sprawi, że będziecie chichotać nie mogać oderwać się od ekranu i przynajmniej dwie nieprzespane noce będziecie mieli pewne - tak, to naprawdę jest zabawne i niesamowicie wciągające. Dopiero gdy poznacie całość, Wasz mózg eksploduje. Przynajmniej ja tak miałam i zdecydowanie radzę obejrzeć, bo raczej nie należę do osób, które tak wychwalają szmiry. Tym czasem ja idę czytać manhuę i modlić się o drugi sezon, nawet jeśli szanse są niewielkie.

Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, każdy Wasz wtorek będzie Wtorkiem Azjatyckim! 

Ps. Czy jeśli wszyscy mówią Ci, że jesteś zły, to możesz być dobry? Dajcie znać, czy wierzycie w to, że większość ma zawsze rację czy lepiej kierować się własnym kompasem moralnym.
Ps2. Jeśli zastanawiacie się, gdzie obejrzeć The Untamed, to polecam Viki. Na Netflixie też jest, lecz bez polskich napisów (innymi słowy musicie zmienić w ustawieniach język na angielski). Przy okazji chciałam wysłać masę serduszek do Lexi z Przeglądu Popkultury za polecenie mi tego tytułu i pchnięcie mnie w ramiona fangirlizmu.
Ps3. Jeśli są wśród Was osoby, które już oglądały "The Untamed", to dajcie znać, która scena najbardziej Wam się podobała - spoilery mile widziane, ale proszę o oznaczanie, żeby biedne dusze się przypadkowo nie nadziały.
Czytaj całość

V-Wars, czyli Ian Somerhalder i wampiry z lodowca


Sporo czasu upłynęło od momentu, gdy po raz pierwszy usłyszałam, że Ian Somerhalder został producentem wykonawczym kolejnego serialu o wampirach. Po roli Damona Salvatore w "Pamiętnikach Wampirów" nadszedł czas, by stanąć po drugiej stronie barykady w wampirzych wojnach, dlatego gdy Netflix w końcu sprezentował nam "V-Wars" nawet nie pomyślałam, że coś mogłoby pójść źle.

Serial zaczyna się od przemówienia dr Luthera Swanna (Ian Somerhalder) na temat zagrożeń, jakie może pociągnąć za sobą topnienie lodowców, w tym między innymi fakt, że ludzkość zostanie narażona na działanie wirusów, które zamarzły tysiące lat temu i od tego czasu pozostawały uśpione. Zaraz po wystąpieniu do doktora Damona Luthera przychodzi człowiek, który wysyła go do placówki badawczej na Antarktydzie (przypadek?), a ten zamiast pozwolić się tam przetransportować, postanawia wyciągnąć swojego najlepszego przyjaciela, Michaela Fayne'a (Adrian Holmes) na wycieczkę (bo przecież powszechnie wiadomo, że bogacze mogą wchodzić do każdej placówki badawczej ot tak, jeśli tylko dotrą do niej na własną rękę). Na miejscu okazuje się, że wszyscy zniknęli i pozostała po nich tylko próbka niebezpiecznej substancji, przez którą oboje zostali zamknięci w kwarantannie. Zatrzymajmy się tu na chwilę, abyście w pełni zrozumieli, z jakim typem serialu mamy do czynienia.




Mamy w kwarantannie dwóch mężczyzn, którzy byli narażeni na działanie nieznanej substancji (przypomnę dla jasności, że z placówki, w której zaginął personel!), a jeden z nich jest naukowcem wygłaszającym prelekcje na temat zagrożeń związanych z nieznanymi wirusami z lodowców. To jasne, prawda? Jak przechodzą kwarantanne? Jeden z nich nagle zachorował i wyzdrowiał. Drugi nie wykazał żadnych niepokojących symptomów, ale za to nagle znacząco poprawił mu się refleks, a normalne jedzenie wydawało mu się paskudne. Zgadniecie, co się stało? Wypuszczono ich ot tak bez przeprowadzenia należytych badań zarówno na nich, jak i nad substancją. Z takim serialem mamy właśnie do czynienia! Zaskoczę chyba nikogo, jeśli powiem, że jeden z nich okazał się pacjentem zero roznoszącym chorobę zmieniającą ludzi w wampiry, a drugi wykazał się odpornością. Co dalej? Cóż... rząd się nie popisał i większość ludzi zachowywała się, jakby miała poziom IQ podobny do Homera Simpsona.

Są ludzie, którzy powiedzieliby mi, że nie powinnam szukać sensu w serialu o wampirach, ale tych ludzi zwyczajnie nie lubimy, więc nie będziemy ich słuchać. Wiecie dlaczego? Ponieważ właśnie ten brak logiki i niespójności pokazują, że scenariusz ma dziury i jest zwyczajnie kiepski. To boli, tym bardziej że scenarzyści (nie czytałam komiksu, więc właściwie nie jestem pewna, czy to ich powinnam obwiniać, ale mieli szansę poprawić błędy w razie czego) pokusili się o zabawę w pseudonaukowe mamrotanie, bo wirusy i priony to jednak nie to samo (swoją drogą polecam przeczytać Popkulturowe przyczyny wybuchu zombie apokalipsy, gdzie wyjaśniałam pokrótce tę różnicę i sposoby zarażania się inną fantastyczną chorobą). Między innymi dlatego nie zamierzam pochylać się nad sposobami zarażania się, a tym bardziej analizą genów, bo przez przypadek mógłby mnie szlag trafić. Za to sam wampiryzm jako zaraźliwa choroba mógłby być ciekawą koncepcją, gdyby nie fakt, że już to widzieliśmy. The Strain czy The Passage to tylko pierwsze przykłady, które przychodzą mi do głowy, ale jestem zwolennikiem starego dobrego legendarnego podejścia do przemiany.

Gdyby ktoś się zastanawiał, jak ewoluują wampiry. Po lewej V-Wars a po prawej Pamiętniki Wampirów.

Nie mówię, że "V-Wars" jest złym serialem, bo da się go obejrzeć, jeśli leci w tle, i tylko od czasu do czasu człowiek się złapie za głowę. Zwyczajnie jestem rozczarowana, bo spodziewałam się czegoś lepszego. Umówmy się, że jedyne, co mogę dobrego powiedzieć o "V-Wars" to to, że gra w nim Ian Somerhalder. Niby spoko, ale równie dobrze można przejrzeć sobie jego intagrama i mniej czasu nam to zajmie. Zresztą skoro przy aktorach jesteśmy, to znalazłam tam jeszcze kilka znajomych twarzy w tym między innymi Laurę Vandervoort w roli Mili, wcześniej znaną jako Elena z "Bitten" (okey, jej dorobek aktorski jest znacznie większy) i muszę przyznać, że miałam wrażenie, że oglądam tę samą postać, więc aktorsko też różnie się tutaj spisywano.

Po prawdzie najlepsza minuta serialu to ostatnia minuta finału. Nie tylko dlatego, że Ian jest bez koszulki. Po prostu drugi sezon zapowiada się bardziej ekscytująco. Jakby w końcu rzeczywiście miała nadejść tytułowa wojna, bo to, co widzieliśmy dotychczas, rozgrywało się głównie za kulisami ulic miast - w tajnych placówkach, rezydencji senatorskiej, czy leśnych chatkach. Przy okazji lub może właśnie przez to miałam wrażenie, że nastroje społeczne to jakaś kpina. Problem w tym, że chyba niewielu po obejrzeniu pierwszego sezonu będzie gotowych kontynuować tę wampirzą przygodę. Trochę to smutne, że dostaliśmy kolejną netflixowską papkę, która nie smakuje dobrze.

Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, traficie do miejsca, gdzie częściej marudzę o serialach i nie tylko! 

Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella