Paczka dla Otaku, czyli jakie anime obejrzeć?


Ostatnim czasy maratonuję jedno anime za drugim, więc to dobra okazja, by podzielić się z Wami opiniami na temat tych już obejrzanych. Jak to już u mnie bywa, czeka Was gatunkowy misz-masz, więc istnieje spora szansa, że znajdziecie wśród wymienionych tytułów coś dla siebie.


Kuroshitsuji / Mroczny Kamerdyner
Kuroshitsuji anime o demonie lokaju
[Odcinkowe]

Opis: W czasach wiktoriańskiej Anglii, młody chłopak będący ostatnim potomkiem znakomitego rodu Phantomhive oraz właścicielem popularnej firmy zabawkarskiej i cukierniczej, podejmuje się obowiązku służby Jej Królewskiej Mości. Ciel na zlecenie królowej rozwiązuje sprawy, z którymi nie radzi sobie Scotland Jard, a wszystko dzięki pomocy swojego demonicznego lokaja Sebastiana. Jednak sprzedanie duszy w ramach paktu z demonem, nie służy szerzeniu sprawiedliwości, lecz wymierzeniu zemsty na ludziach, którzy zabili rodziców Ciela.

Dobra rada: Powtórzę tę samą radę, która została mi udzielona, gdy zdecydowałam się obejrzeć ten tytuł. Lepiej odpuścić sobie drugą połowę pierwszego sezonu (tuż po odcinku z konkursem curry) i cały drugi, by od razu przejść do trzeciego - Book of Circus. Ostatecznie możecie także obejrzeć je, gdy skończycie całe anime. Te odcinki, które powinniście pominąć, w przeciwieństwie do pozostałych, nie bazują na mandze, więc zasadniczo nie powinny istnieć, by historia była spójna. To była dobra rada. Odrobinę żałuję, że jej nie posłuchałam.

Ocena: Wracając do oceny, muszę przyznać, że to było dość nietypowe anime (przynajmniej dla mnie). Z jednej strony uważam ten tytuł za dobry, a z drugiej jestem daleka od polecania go.  Ciężko wymienić mi wady (poza tymi filerami oraz nie do końca ciekawymi pierwszymi odcinkami, ale to chyba standard w anime), za to plusów jest dużo. Głównie klimat wiktoriańskiej Anglii oraz nawiązania do osób i wydarzeń, które miały miejsce w tamtym czasie w Londynie, jak choćby działalność Kuby Rozpruwacza (szalenie podoba mi się wyjaśnienie motywu). Wprowadzenie żniwiarzy też było całkiem korzystne. Niemniej nie oszukujmy się, to młody panicz i jego lokaj grają tu pierwsze skrzypce. I o ile ciężko mi rozszyfrować lokaja (będzie Wam znacznie łatwiej, gdy pominiecie filery), tak jego pan przerażał mnie znacznie bardziej. Swoją drogą warto dodać, że jest to dość odważne i krwawe anime, więc może nie odpalajcie ich dzieciom.

Kamisama Hajimemashita / Jak zostałam bóstwem!?
[Odcinkowy]

Opis: Nastoletnia Nanami staje się bezdomna po tym,  gdy jej ojciec hazardzista popada w długi i ucieka. Na swoje szczęście spotyka mężczyznę, który oferuje jej, by na czas jego nieobecności zatrzymała się w jego domu. Dość szybko okazuje się, że nie jest to dom, lecz niewielka świątynia, a jej właściciel pocałunkiem zmienił dziewczynę w ziemskie bóstwo. Początkowo Nanami nie odnajduje się w nowej roli, lecz mieszkając ze swoimi nowymi sługami: Tomoe, Onikiri i Kotetsu, powoli zaczyna rozumieć zadanie jakie jej powierzono i ciężko pracuje, by utrzymać swój status, zwłaszcza gdy tak wiele innych bóstw nie jest zadowolonych z namaszczenia śmiertelniczki na bóstwo.

Ocena: Typowy romans z lisim demonem rozgrywający się na tle paranormalnych przygód. Z czasem historia nieco bardziej się komplikuje (a przez to staje się znacznie lepsza), gdy twórcy zaczynają się skupiać na przeszłości bohaterów. Niby trochę dziecinne (zwłaszcza główna bohaterka) i proste, ale ogólnie oglądało się to całkiem nieźle.

Koe no Katachi / Kształt Twojego Głosu
[Pełnometrażowy]

Opis: W szkole podstawowej pojawia się nowa niesłysząca dziewczyna, Nishimiya Shouko. Początkowo wzbudza u rówieśników ciekawość, później bierną agresję, a na koniec Ishida Shouya gnębi ją jak tylko potrafi. Sytuacja doprowadza dziewczynkę do zmiany szkoły, a jej były oprawca zostaje wyrzutkiem, gdy przywiera do niego łatka tego, który znęcał się nad niepełnosprawną. Po kilku latach chłopak zdecydował się odnaleźć dziewczynę, by ją przeprosić. Całość skupia się nie na dziewczynie, lecz drodze do odkupienia, którą przechodzi chłopak.

Ocena: To chyba najbardziej dojrzałe anime, jakie do tej pory oglądałam, a przynajmniej zdecydowanie wybijające się pod tym kątem na tle pozostałych tytułów, które tu znaleźliście. Z jednej strony jest to niesamowicie urocza historia prowadzona w emocjonalny, ale w dość delikatny sposób (na tyle, na ile da się delikatnie mówić o takich problemach, jak znęcanie, samobójstwa, odrzucenie osób niesłyszących, czy o osamotnieniu). Z drugiej strony jest niezwykle smutne, wręcz dołujące, bo tak jak przed momentem wspomniałam, anime porusza dość trudne tematy i o dziwo, całkiem nieźle mu to wychodzi. Osobiście byłam pod niemałym wrażeniem, a "Koe no Katachi" zachwyciło mnie niesamowicie. Zdecydowanie polecam!

Amnesia
[Odcinkowy]

Opis: Pierwszego sierpnia dziewczyna budzi się ze snu, odkrywając, że nie ma żadnych wspomnień. Nagle pojawia się przed nią tajemniczy latający chłopiec przedstawiający się jako Orion. Dziewczyna postanawia z jego pomocą odzyskać swoje wspomnienia. Stosunkowo szybko odkrywa, że jeden z jej kolegów jest jej chłopakiem. Problem polega na tym, że po jakimś czasie ponownie budzi się pierwszego sierpnia, a jej chłopakiem jest ktoś zupełnie inny.

Ocena: Ogólnie cały wątek tajemnicy związany z amnezją dziewczyny i czemu co chwilę budzi się w innym romansie jest całkiem fajny, jednak to by było na tyle. W "Amnesi" mamy do czynienia z najbardziej nieporadną i apatyczną bohaterką ever. Aż ciężko się patrzy na to, jak koszmarnie jest bierna. Poza tym anime ma otwarte zakończenie, więc jak się domyślacie dostałam szału.

[Odcinkowy]

Opis: Tsuna jest przeciętnym dzieciakiem. We wszystkich możliwych dziedzinach jest wręcz epicko beznadziejny. Niemniej pewnego dnia okazuje się, że jest potomkiem Giotto Vongola, założyciela mafijnej rodziny Vongola. Aktualny szef (Dziewiąty) postanowił więc wyznaczyć Tsunę na swojego następcę - Dziesiątego. W tym celu wysłał do niego domowego korepetytora - Reborna. Może nie byłoby nic dziwnego w tym, że włoska mafia wyznacza nastoletniego japończyka na nowego przywódcę i wysyła do niego najlepszego zabójcę, by go przeszkolił, gdyby nie to, że Reborn jest dzieckiem, a jego metodą nauczania jest strzelanie w przyszłego mafijnego bossa mistycznymi kulami ostatniej woli, które dają mu niesamowitą, choć krótkotrwałą siłę... taką, że dosłownie bali mu się czoło i niszczy ubrania, po czym lata w bokserkach po mieście.

Ocena: Bardzo podobał mi się pomysł twórców na stworzenie rozbudowanych struktur funkcjonowania rodzin mafijnych i połączenie ich z fantastycznymi elementami. Samo anime ma ponad dwieście odcinków, więc można mocno wkręcić się w historię i zżyć z bohaterami, którzy notabene są dobrze wykreowani. Co prawda pierwsze odcinki mogą zmęczyć (zapewniam, że po 20 odcinku zaczyna się robić ciekawiej), a ostatecznie wiele wątków nie zostało odpowiednio zakończonych w finale. Niemniej ogólnie uważam je za całkiem niezłe i jeśli chcecie się dowiedzieć o więcej to przeczytajcie pełną recenzje Katekyo Hitman Reborn!

Death Parade
[Odcinkowy]

Opis:  Ludzie wierzą, że po śmierci trafią do dobrego lub złego miejsca. W "Death Parade" nim to nastąpi, przenoszą się oni parami do QuinDecim – baru prowadzonego przez tajemniczego białowłosego Decima. Ten wyzywa obu nieboszczyków do stanięcia naprzeciw sobie w Śmiertelnej Rozgrywce – grze barowej, w której stawką są ich życia, (a przynajmniej do tego są przekonywani).

Ocena: Każdy odcinek skupia się na osądzeniu innej pary, a każda stopniowo odsłania przed nami swoje życie i prawdziwą naturę, dzięki czemu anime bywa naprawdę zaskakujące. Pomysł może i nie jest wyjątkowo oryginalny, ale z pewnością warty zwrócenia uwagi i poświęcenia czasu.

Ps. Możecie śmiało podrzucać propozycje do kolejnej paczki.
Czytaj całość

Gdy autorowi brakło wyobraźni, czyli o otwartych zakończeniach

Zagubiona Alicja w Krainie Czarów

Poznawanie nowych historii w filmach, książkach, czy serialach jest wspaniałą przygodą, jednak każda przygoda ma kiedyś swój koniec. To tak naturalne i oczywiste, jak przebieganie przez metę po wyścigu. W przypadku popkultury zakończenia wydają się nieco bardziej ekscytujące, bo nie wiemy, co nas czeka. Happy end, szokujący finał, a może smutny, wyciskający łzy? Co jednak w sytuacjach, gdy na końcu drogi nie czeka nas nic  czeka na nas otwarte zakończenie?

Kompozycji opisywania historii uczono nas już w szkołach podstawowych. Wpajano nam do głowy trójdzielną budowę składającą się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Wstęp pozwala nam poznać bohaterów i okoliczności prowadzące do akcji mającej miejsce w rozwinięciu i ostatecznie rozstrzygającej się w zakończeniu. Każda z tych części jest równie istotna (chociaż po prawdzie wstęp zawsze uważałam za najmniej istotny, bo przy dobrze prowadzonej fabule zazwyczaj jesteśmy w stanie odnaleźć się w wydarzeniach). Pierwsza ma za zadanie przyciągnąć uwagę, druga zapewnić nam rozrywkę, a ostatnia dać ukojenie należytym zamknięciem całej historii.


Nie oceniaj dnia przed zachodem słońca


Nie wiem, czy zauważyliście, ale gdy pojawiają się na Różowym Blogu recenzje seriali (które umówmy się trochę trwają), to dopiero po zakończeniu przynajmniej pierwszego sezonu. Nikt normalny nie recenzuje książek, czy filmów, gdy jest w połowie czytania, czy też oglądania, bo i jak to zrobić? Nie wyobrażam sobie oceniania czegoś bez poznania całości. W końcu jaką gwarancję mamy, że nawet dobra opowieść nie zostanie spektakularnie spartaczona przez nieumiejętność zwieńczenia opowieści przez twórców (niech za przykład posłuży tu serial "Jak poznałem Waszą matkę")? A czasami jest wręcz przeciwnie, czyli stosunkowo nienajlepsze tytuły, dzięki dobremu zakończeniu zyskują w oczach odbiorców (przykładem niech będzie choćby "Kocha... Nie kocha!" z 2002 roku), bądź też dobre stają się genialne, dzięki zaskakującemu finiszowi (np. "Szósty zmysł", "Podziemny krąg", a przy okazji nie mogę się powstrzymać przed dodaniem również "Infinity War"). Tak czy inaczej, wychodzi na to, że to, jak kończy się opowiadana historia ma niesamowite znaczenie przy obiorze całości. Oczywiście to wcale nie wyklucza porzucania nudnych tytułów, które są tak źle poprowadzone, że wytrwanie do końca jest czystym masochizmem. Niemniej nie będę się rozwodzić nad istotnością zakończeń, bo nie dość, że to oczywiste, to już kiedyś o tym pisałam.


Artysta czy leniwa buła?

[W tym miejscu wolę zaznaczyć, że nie mam nic przeciwko bardzo subtelnym niedomówieniom, jak w "Incepcji", lecz takich, w których autor naprawdę nie wysilił się i olał zakończenie]

Tym razem chciałam pochylić się nad zakończeniami otwartymi, które jak rozumiem w zamyśle twórców mają nam pozwolić wedle uznania dopowiadać sobie zakończenie, dowolnie interpretować, pobudzić wyobraźnie i tym podobne bzdury. Wybaczcie słownictwo, ale fuck this! Jeśli czegoś naprawdę nienawidzę w popkulturze, to właśnie tego olewania zakończenia! Nie po to męczę się ileś godzin, by na koniec dostać niemiłą niespodziankę w postaci: "Nie chciało mi się wymyślić, jak to się skończy, więc domyśl się sama". Poważnie, jak można być tak leniwym, by napisać książkę, czy też scenariusz i znudzić się do tego stopnia, by machnąć ręką na napisanie ostatnich stron?! Rozumiem, że dla wielu to najtrudniejszy etap pracy, bo nagle z radosnego hasania po łące, czy tam raczej radosnego tworzenia barwnych przygód, trzeba nagle siąść na czterech literach i zgrabnie spiąć w całość wszystkie wątki i udowodnić, że nie jest się grafomanem, lecz geniuszem. W dodatku autorzy/scenarzyści stoją w tym momencie przed wieloma wyborami, które są ciężkie: sad czy happy end? Jakie były dalsze dzieje bohaterów? Czy dyskretnie przemycić puentę, czy też refleksję na temat, o którym opowiadał? Jak rozwiązać dylematy bohaterów np. w przypadku romansów z trójkątem (czy jakąś inną figurą geometryczną) miłosnym, należy zdecydować kogo ostatecznie wybierze bohaterka. W zależności od gatunku i problemów, z którymi mierzą się postacie, twórca musi podjąć naprawdę wiele decyzji, które zaważą na odbiorze jego dzieła i ostatecznie pozwolą nam się przekonać, z jakim rodzajem talentu autor dysponował. Naprawdę rozumiem, że to duża presja, jednak szczerze wierzę, że zaserwowanie zakończenia to jego cholerny obowiązek.

Anime Amnesia doors
Zbyt wiele decyzji do podjęcia? Przerzuć odpowiedzialność na kogoś innego i problem z głowy!

Wychodzę z prostego założenia, że mój czas jest najcenniejszą rzeczą jaką posiadam, więc gdy postanawiam przeznaczyć jego część na zagłębienie się w daną opowieść i brnąć przez kolejne etapy jej poznawania, to na koniec powinna na mnie czekać nagroda - zakończenie. Nie ważne, czy będzie szczęśliwe, totalnie absurdalne (chociaż pewnie takie też mnie zirytuje), czy też wszyscy skończą martwi, a ja będę chlipać pod nosem (chyba, że mowa o horrorze - wtedy jest to jedyny satysfakcjonujący finał), ważne by było konkretne. Jeśli zakończenia nie ma, automatycznie czuję się oszukana. Jakby ktoś wyrwał w księgarni ostatni rozdział z książki lub nagle skasował serial (ten ból chyba znamy wszyscy). Innymi słowy, zakończenie otwarte widzę jako podpis autora: Człowiek Skurwiel (na poziomie zła porównywalnym do Człowieka Spoilera). Możecie mnie uznać za beznadziejną ignorantkę, która nie potrafi docenić artystycznego podejścia twórców, którzy chcieli [wstawcie w tym miejscu co chcecie], jednak naprawdę nie potrafię zrozumieć sensu otwartych, czy raczej urwanych zakończeń. Przecież nie wymagam  nie wiadomo czego. Nie proszę, by autor opowiedział mi historię trzech kolejnych pokoleń potomków głównego bohatera, czy wszystkich pozostałych włączając w to kuzynów ich sąsiadów. Nie proszę, by historie osadzone w starożytności opowiedziały mi losy świata na dwadzieścia wieków później. Nie proszę nawet opowiadanie losów bohatera, które miały miejsce po kilku dniach (i więcej) od momentu zakończenia głównej akcji. Najzwyczajniej w świecie proszę o pozamykanie wątków i odpowiedzi, na pytania, które autor sam postawił w swoim tekście. Dla przykładu: w przypadku kryminałów kto, gdzie, dlaczego i w jaki sposób dopuścił się zbrodni, a przy okazji czy został złapany. TYLE! Drogi autorze leniwcu, jeśli zaczynasz to skończ, a jeśli nie potrafisz skończyć, to odpuść sobie publikacje.

Rozumiem jednak, że istnieją osoby, które takie lubią, bo pozwala im to wyobrażać sobie finał wedle uznania, ale ALE! Przecież fani takich zakończeń mogą zwyczajnie pominąć ostatni rozdział, czy ostatni odcinek i wyjdzie na to samo. Poza tym wyobraźnia jest na tyle ciekawą rzeczą, że można w niej zmienić zakończenie, jakie się widziało, na takie, które się chce - i ponownie: wyjdzie na to samo. [Jeśli się mylę, to... no cóż... obiektywna nigdy nie byłam i po tylu latach nie ma sensu zaczynać, jednak z przyjemnością poznam opinie osób mających odmienne zdanie.]


Może właśnie dlatego nie kupuję wyjaśnień, że otwarte zakończenia są dla korzyści odbiorców. A jeśli nawet, to może warto byłoby to jakoś oznaczyć? Myślę, że jakieś logo bazujące na znaku zapytania powinno pojawiać się na okładkach/plakatach, dzięki czemu wszyscy z alergią na takie finały nie-finały będą mogli obchodzić 'dzieło' szerokim łukiem. Być może wydaje się Wam, że żartuję, ale moja propozycja jest jak najbardziej poważna. Zaoszczędziłoby mi to wiele czasu i nerwów, bo aktualnie jedynym wyjściem jest sprawdzanie, czy zakończenie istnieje, a jak łatwo się domyślić, wtedy łatwo narazić się na spoilery. Innymi słowy, na chwilę obecną nie ma sensownego sposobu omijania tytułów z tak kulawymi finałami. To jak? Ktoś w końcu wprowadzi stosowne oznaczenie, czy mam zacząć dźgać autorów widłami?


Ps. W komentarzach możecie zrobić sobie festiwal gorzkich żali i dać znać, w jakim tytule zakończenie otwarte najbardziej Was zirytowało. Śmiało!
Czytaj całość

Nastoletnia włoska mafia w Japonii, czyli Katekyo Hitman Reborn!


Moja faza na zabójców i dobrze zakamuflowane światy przestępcze trwa i doprowadziło do obejrzenia anime "Katekyo Hitman Reborn!". W końcu jak mogłabym się oprzeć włosko-japońskiemu mafijnemu światu z potężnie rozbudowanym mechanizmem działania w cieniu naszej rzeczywistości? No nie mogłabym, więc oto przedstawiam tego efekty!


[Spoilery dziko hasają po tekście - czujcie się ostrzeżeni]

Tsuna jest przeciętnym dzieciakiem. No może jest poniżej przeciętnej, bo chyba we wszystkich możliwych dziedzinach jest wręcz epicko beznadziejny. Jest słabym uczniem, strasznym tchórzem i ciamajdą, w dodatku beznadziejnym w sporcie, nie ma przyjaciół i boi się odezwać do dziewczyny, która mu się podoba. Wyliczanie jego wad mogłoby zająć zbyt dużo miejsca, więc ograniczę się do stwierdzenia, że straszna z niego lama. Chyba jedyna rzecz, która mu wyszła w życiu to geny, co jak wiecie raczej nie jest jego zasługą. Niemniej Tsuna okazał się potomkiem Giotto a.k.a. Vongola Primo, który był założycielem i pierwszym szefem mafijnej rodziny Vongola. Aktualny szef (Dziewiąty) postanowił więc wyznaczyć Tsunę na swojego następcę - Dziesiątego. W tym celu wysłał do niego domowego korepetytora - Reborna. Może nie byłoby nic dziwnego w tym, że włoska mafia wyznacza nastoletniego japończyka na nowego przywódcę i wysyła do niego najlepszego zabójcę, by go przeszkolił, gdyby nie to, że Reborn jest dzieckiem, a jego metodą nauczania jest strzelanie w przyszłego mafijnego bossa mistycznymi kulami ostatniej woli, które dają mu niesamowitą, choć krótkotrwałą siłę... taką, że dosłownie bali mu się czoło i niszczy ubrania, po czym lata w bokserkach po mieście. Wiem, jak to zabrzmiało, ale spokojnie - to nie koniec dziwnych rzeczy.



Jeśli miałabym opisać "Katekyo Hitman Reborn" w dwóch słowach, to było by to: Test cierpliwości. Pierwsze dwadzieścia odcinków skupia się na poznawaniu kolejnych bohaterów, którzy dołączają do 'rodziny' Dziesiątego, niestety ta część jest tak szablonowa i nudna, że gdybym nie była chora (czyt. miała siłę wymyślić co innego obejrzeć), a także mocno nie uparła się, by dotrwać do momentu, gdy będzie więcej Hibariego, to ten tekst nigdy by nie powstał. Dzięki tym sprzyjającym okolicznością teraz mogę Wam napisać, że po tym byle jakim wstępie historia nabiera tempa. Powoli zaczynają się pojawiać spójne wątki ciągnące się przez kilka odcinków, jak choćby starcie z uciekinierami z mafijnego więzienia, czy walka o pierścienie z Varią. Niemniej dopiero druga połowa anime, gdy bohaterowie trafiają do przyszłości, zaczyna się robić naprawdę ciekawa.

Jestem ogromną fanką fantastycznych światów ukrytym w naszej rzeczywistości, dlatego muszę przyznać, że sam pomysł na anime jest świetny i ciekawie przemyślany. Akira Amano stworzyła rozbudowany świat, w którym rodziny mafijne sprzymierzają się wokół największych rodzin i konkurują, mają wspólne prawa, tradycje, więzienia mafijne, czy mafijny park rozrywki. Niemniej każda rodzina ma inne magiczne artefakty (chyba tak to najlepiej nazwać). Przykładowo wspomniane wcześniej magiczne naboje Ostatniej Woli są wytwarzane w rodzinie Vongola, u nich również istnieją potężne pierścienie dla szefa i jego siedmiu strażników, które skrywają w sobie niezwykłą moc.

To chyba odpowiedni czas, by przyjrzeć się rodzinie Dziesiątego i Strażnikom. Warto wspomnieć, że są wśród nich głównie licealiści. Wyjątek stanowi Lambo, który jest dzieckiem przebranym za krowę (okey, ja też w zimie chodzę ciągle w jednorożcowym kigurumi, ale mam też inne ubrania. Lambo zdaje się nie mieć). Nie mam pojęcia, jak głupi trzeba być, by zrobić z tego nieporadnego, płaczliwego dzieciaka z ADHD Strażnika Błyskawicy, bo słowo daje nie ma z niego najmniejszego pożytku i lepiej sprawdziłaby się w tej roli prawdziwa krowa. Niewiele poprawia fakt, że posiada dziesięcioletnią bazukę, która przywołuje jego o dziesięć lat starszą wersję (dalej dość nieporadną). Niemniej Lambo jako postać jest niesamowicie zabawny i sceny z jego udziałem naprawdę bawią. Zresztą ogólnie bohaterowie "Katekyo Hitman Reborn!" są największą zaletą tego anime. Każdy z nich jest inny i dobrze wykreowany, a w dodatku z odcinka na odcinek dojrzewa. To naprawdę mocny plus, a przy okazji biorąc pod uwagę ich różnorodność, każdy powinien znaleźć kogoś, kogo polubi. Dla mnie takim bohaterem był początkowo Hibarii, ale chyba zwyczajnie przyciągają mnie tacy wiecznie wkurzeni i małomówni. Ich problemem jest to, że szybko zaczynają nudzić, jeśli się nie rozwijają. Tym sposobem moją uwagę odciągnął Hayato Gokudera, którego rozwój naprawdę warto śledzić.



Niemniej, gdyby teraz ktoś mnie zapytał o ulubioną postać, to zdecydowanie postawiłabym na Flana i Squalo, członków Varii, czyli elitarnej grupy zabójców należących do rodziny Vongola. Oczywiście, że antagoniści musieli mnie kupić... jestem taka przewidywalna. Niemniej odcinki z Varią są najlepszymi epizodami w tym anime, a największym błędem Akiry Amano było skupienie się wokół przygód protagonistów, zamiast poświęcić całą serię Varii. Wówczas zdecydowanie nie byłoby na co narzekać.

Teraz mogę jedynie napisać, że całość miała zbyt długi i zbyt dziecinny wstęp do właściwej historii, która skończyła się o kilka odcinków zbyt szybko. Zabrakło mi wyjaśnień kilku wątków (możliwe, że pojawiły się w mandze, ale zdecydowanie nie było ich w anime). Przykładowo przez liczne retrospekcje dostaliśmy strzępy informacji poświęcone powstaniu Arcobaleno, ale obszerniejsze wyjaśnienie zostało pominięte. Takie braki mnie irytują, przez co zaniżają ogólną ocenę, niemniej i tak muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się to oglądało. Niektóre momenty były przezabawne, niektóre historie wciągające, a niemal wszyscy bohaterowie wprost zachwycający pod względem swojej różnorodności i wzajemnych relacji. Element fantastyczny i sam pomysł na mafijny świat totalnie mnie urzekł, więc ogólnie oceniam na plus.

Ps. Z racji tego, że dalej jestem zawirusowana i mój mózg przyjmuje jedynie anime, możecie mi coś polecić dobrego.
Ps2. Przy okazji dajcie znać, jaki jest Wasz ulubiony bohater z dowolnego anime.
Czytaj całość

Nastoletnia buntowniczka i robokalipsa, czyli o Nowej Generacji


Futurystyczny zrobotyzowany świat, agresywne nastolatki, zabójcze roboty, wulgarne psy i przepiękna animacja - tak mogłabym skrócić najnowszy film animowany od Netflixa, "Nowa Generacja". Miejmy nadzieje, że te hasła wystarczyły, aby przykuć Waszą uwagę, bo teraz nadchodzi wersja rozszerzona.


Mai jest typową zbuntowaną nastolatką, która swoją samotność przekuwa w gniew. Bohaterka jak każda inna z kompleksem tatusia i nie byłoby w jej historii nic interesującego, gdyby nie świat, w którym przyszło jej żyć. Akcja "Nowej Generacji" przenosi nas do przyszłości, w której obecność robotów jest powszechna. Każdy ma własnego cubota, który zastępuje ludziom towarzysza i służącego, zawsze pod ręką i chętnego do pomocy w wyręczaniu we wszystkim. Zresztą większość rzeczy codziennego użytku została przerobiona na roboty - od szczątki do zębów, która agresywnie podchodzi do zwalczania kamienia nazębnego po opakowanie zupki chińskiej, które gra, tańczy, śpiewa i sama się utylizuje. W sumie nie jestem pewna, co w tym świecie robią ludzie, skoro nawet nauczyciele, sportowcy, policjanci, czy listonosze zostali zastąpieni przez roboty. Chyba tylko dzieciaki mają obowiązek chodzenia do szkoły, by później przez resztę życia mogli być obsługiwani przez mechanicznych przyjaciół.



Jednym z tych dzieciaków jest wcześniej wspomniana Mai, która przez przypadek budzi do życia prototyp inteligentnego robota bojowego. Samo to brzmi, jak początek niezłej przygody dla nastolatki z problemem z agresją. Nawet takiej, która szczerze nienawidzi robotów. Dodajmy do tego, że wszystkie znaki w animacji wskazują nadchodzącą robokalipsę, więc akcji nam nie zabraknie. Tyle Wam powinno wystarczyć.

Więcej wiedzieć o fabule nie musicie, bo i tak nie jest zbyt istotna. Wręcz powiedziałabym, że niespecjalnie się przy niej wysilono. W niektórych momentach jest naprawdę wtórna, ale czerpie z dobrych tytułów, jak choćby "Big Hero 6" - od porównywania tych dwóch animacji ciężko uciec. Zresztą wiele scen już wcześniej gdzieś widzieliśmy, ale zostały całkiem zgrabnie ze sobą zszyte. Niemniej nie mam pretensji względem niezbyt unikalnej fabuły, bo w zamian "Nowa Generacja" daje nam coś równie dobrego - niesamowitą animację, od której ciężko oderwać wzrok (załączone zdjęcia w ogóle tego nie oddają!). Sceny walk są naprawdę dobre. Animacja skupiająca się na prezentowaniu futurystycznego świata zapiera dech! A na dokładkę genialnie kontrastuje z nimi montaż uroczych momentów z przyjaźni dziewczyny i robota. "Next Gen" to prawdziwa uczta dla oczu! Ale także dla wyobraźni.

Jak wspomniałam, świat wykreowany jest zrobotyzowany do granic możliwości i naprawdę podobają mi się pomysły (choć większości wtórne) na to, jak mogłaby wyglądać nasza przyszłość, gdy roboty zaczną nas wyręczać. Już teraz wchodzimy w erę coraz większej automatyzacji, w której codzienne czynności ułatwia nam technologia. Nie wiadomo dokąd nas to zaprowadzi. Twórcy "Nowej Generacji" zaproponowali całkiem wiarygodny scenariusz (może poza głównym Aresem, ale tego nie wyjaśnię, bo byłby spoiler), choć odrobinę przerysowany. Nie widzę sensu np. w robocim kontenerze na śmieci, a i cuboty, które będą nastolatków wyręczać w biciu rówieśników wydają mi się dość abstrakcyjne. Nawet nie dlatego, że ludzie wolą samodzielnie dać komuś w twarz, bo to akurat nie do końca prawda, ale głównie dlatego, że są marne szanse, by twórcy nie zabezpieczyli swoich dzieł tak, by nie mogły krzywdzić ludzi. Niezależnie od tego, czy podzielacie moje zdanie, czy nie, to i tak będziecie się świetnie bawić poznając futurystyczny świat z nowej animacji Netflixa i porównując go z Waszymi wyobrażeniami o przyszłości, która nas czeka.


Niemniej dość o plusach, bo minusów jest w brud. Na przykład główna bohaterka. Jak już wiecie Maia jest stereotypową zbuntowaną nastolatką, którą opuścił tatuś, więc zamiast wściekać się na niego, jest wściekła na cały świat. Tiaaa... jej zachowanie większego sensu nie ma, ale twórcy lubią wykorzystywać Daddy Issues jako źródło wszelkich problemów i dziwnych relacji, a my powinniśmy to łykać bezkrytycznie jak pelikany. Nie mam najmniejszego problemu z faktem, że dziewczyna jest pełna agresji, którą lubi wyładowywać (chociaż rodzice puszczający tę bajkę dzieciom, raczej będą mieli!). Wręcz przeciwnie. Taka bohaterka w animacji jest miłą odmianą, a raczej byłaby, gdyby została dobrze wykreowana. A tu ani dobrych postaw tego gniewu nie widzę, a jeśli nawet to złość jest bezsensownie ukierunkowana i nie ma żadnego podłoża. Jednak największą wadą jest fakt, że Mai jest zwyczajnie głupia i bez wyobraźni. Poważnie! Nawet księżniczki Disneya wydają się od niej bystrzejsze, a to nie lada wyczyn! Przez to czuję się, jakby ktoś zmarnował potencjał zbuntowanej bohaterki animacji.

Z robotem też jest coś mocno nie halo. Miał być inteligentny, a nie wpadł na to, jak się naprawić. Ponadto z jednej strony jego naturalnym odruchem jest przemoc, a z drugiej po jakimś czasie, z niezrozumiałych dla widza powodów, wzbrania się przed jej stosowaniem. To pokazuje jak mocno twórcy zawiedli przy kreowaniu bohaterów, bo nie ewoluują wraz z fabułą, lecz się do niej dostosowują. I tak jest w przypadku każdej postaci... poza psem. Momo wymiata!

Resumując, "Nowa Generacja" nie jest złym filmem. Ogląda się ją dobrze, choć niedoskonałości bohaterów i wtórność fabuły rzuca się mocno w oczy. Jednak dla samej animacji i wizji przyszłości wypełnionej robotami naprawdę warto ją obejrzeć. Na koniec dodam jeszcze, że nie nadaje się dla dzieci. Niby wszystkie bluzki Momo zostały ocenzurowane, ale nie zmienia to faktu, że przemoc jest jej główną myślą przewodnią. Niemniej dziś będę optymistką i napiszę, że ten tytuł daje nadzieję. Netflix pokazał, że coraz lepiej wychodzą mu animacje!

Ps. Polecimy ambitnie: Jak sądzicie, kiedy roboty przejmą całkiem nasze obowiązki, a my będziemy mogli sobie w końcu odpocząć?
Czytaj całość

Drodzy Internetowi Rycerze broniący poprawności politycznej!


Drodzy Internetowi Rycerze, którzy wkraczacie do internetu z pieśnią o poprawności politycznej na ustach,
Dziękuję Wam serdecznie za cały Wasz wysiłek w szerzeniu tolerancji, za Waszą ciężką pracę na rzecz globalnej społeczności. Dzięki Waszym staraniom śpię lepiej w nocy wiedząc, że nawet najmniejszy przejaw opinii nie pasującej do nienagannej poprawności, zostanie natychmiast zauważony i wytknięty. Niestety mam drobną uwagę, a podczas jej czytania może Wam być potrzebny nervosol.

Zacznę od tego, że niby nie od dziś wiem, że jestem okropną ignorantką, ale czasami sobie myślę, że dodatkowo jeszcze głupia momentami jestem, bo wiecie... gdy byłam mała nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak seksizm, rasizm, homofobia, czy ksenofobia. Może dlatego, że w moim otoczeniu nigdy nie było ludzi, którzy uważali jakąś grupę za gorszą od innych, choć nawet ich nie znali, woleliśmy się (tak, identyfikuję się ze swoimi znajomymi. Pozwijcie mnie za to!) skupiać się na nielubieniu kogoś (tak, ludzie potrafią się nie lubić, bo do jasnej cholery nie da się lubić wszystkich!) za to jaki był, niż za to, że przynależał do jakiejś grupy (Przykład dla idiotów: Zosia była głupia, nie dlatego, że była dziewczyną, ale dlatego, że robiła głupie rzeczy). Nie zmieniało to faktu, że przerzucaliśmy się całą masą żartów opartych na stereotypach. Jeśli ktoś rzucił tekst, że jestem w pokoju, bo mam za długi łańcuch, to bynajmniej nie dlatego, że wierzył, że powinnam siedzieć w kuchni i robić mu ciasteczka, ale zwyczajnie dlatego, że głupie żarty by kogoś wkurzyć były na porządku dziennym. Powiem Wam teraz coś niesamowicie szokującego: Takie niepoprawne i stereotypowe żarty dalej nas bawią, bo nie są szkodliwe i nikogo nie bolą. Rzucanie tekstu o tym, że moje miejsce jest w kuchni, postrzegam bardziej jak ciągnięcie za kucyk z czasów podstawówki. Może mój problem polega na tym, że zwyczajnie wolę się odcinać zamiast obrażać, czyli na tekst "A lodówkę na 3 piętro wyniesiesz?", odpowiadam, że chciałabym zobaczyć swojego rozmówce wynoszącego lodówkę w pojedynkę (swoją drogą, jeśli będziecie musieli wynieść lodówkę, to frajer zrobi to za Was, by coś udowodnić, a po fakcie możecie się pochwalić, że użyłyście czegoś lepszego od mięśni - mózgu!). To lepsze, niż tupanie ze złością nóżkami i wytykanie seksizmu.

Jeśli ktoś teraz mocniej wciągnął z przerażeniem powietrze, to proszę wyjść - zażyjcie trochę życia. Wiem, że w internecie takich rzeczy się pisać nie powinno, bo zaraz znajdzie się KTOŚ - ten Internetowy Rycerz - i powie, jak szkodliwe są takie zachowania... bla, bla,bla. Ale wiecie co? Wystarczy się wylogować, posłuchać znajomych, znajomych znajomych, czy ludzi na ulicach, by usłyszeć gorsze żarty oparte na stereotypach. Jeśli je namierzycie, przyjrzyjcie się osobom, które je rzucają. Czy są poważni i naprawdę tak sądzą? Czy naprawdę są krzywdzące? Czy Wy sami obrażacie się, bo Was dotykają, czy może wyłącznie dlatego, że wierzycie w to, że powinniście się czuć oburzeni?

Jednak wróćmy do mojej głupoty i etapów poznawania tych wszystkich złych rzeczy kryjącymi się za wyżej wspomnianymi terminami. Z upływem lat zaczęłam baczniej śledzić to, co dzieje się poza moim otoczeniem. Tam spotkałam się z poglądami, które mnie przeraziły oraz taką dawką nienawiści, że miałam ochotę wyrżnąć wszystkich maczetą. Wkurzałam się i tupałam nóżkami na wieść, że istnieją jednostki, czy nawet całe grupy osób, które NAPRAWDĘ uważają innych za gorszych tylko dlatego, że mają inny odcień skóry, sprzęt między nogami, czy orientacje seksualną. [Wiem, że tłumaczono mi to w szkole, ale jest różnica między wiedzieć, a zrozumieć] Na Bloga! Ludzi się nienawidzi za charakter, a nie za wygląd, czy inne tak bardzo nieznaczące pierdoły. To odrażające, a zarazem śmieszne, że komuś przeszkadzają osoby, których nigdy nie poznali i/lub które są kim są, bo nie miały na to wpływu. Nie pamiętam, żeby ktoś mnie pytał, czy chce być białą heteroseksualną kobietą o brązowych oczach, która urodzi się w Polsce pod koniec XX wieku. Nawet nie ukształtowałam swojego charakteru w pełni samodzielnie. Niemniej jak wspominałam, jestem ignorantką, więc mogłam się nie zorientować lub zapomnieć o tym, więc Wy mi powiedzcie, mieliście wpływ na to kim jesteście?

Na tym etapie spotkałam się także z drugą stroną barykady, czyli ludźmi, którzy starali się zmienić świat na lepsze. Tłumaczyć ludziom, co jest DOBRYM POGLĄDEM, a co ZŁYM POGLĄDEM, nagłaśniać problemy i starać się je zwalczać. Och! Jak ja się nimi zachwyciłam. Tamten heteroseksualny facet powiedział innemu heteroseksualnemu facetowi, że to i tamto jest złe, bo powinno mnie obrazić. Ale czekajcie... ja czasami wcale nie czułam się urażona. "Nie załapałam, czy mam mniejszą wrażliwość, niż powinnam?" - takie myśli miałam w podobnych sytuacjach. Nie zrozumcie mnie źle. Autentycznie jestem poruszona tym, jak wiele pozytywnych zmian miało miejsce na moich oczach, a także szczerze podziwiam wszystkich, którzy dokładają swoją cegiełkę do tego, by świat stał się lepszym miejscem - lepszym dla wszystkich. Jestem świadoma, że z nietolerancją należy walczyć, a tolerancje szerzyć. Jestem za tym całym swoim różowym serduszkiem, bo najbardziej naturalną rzeczą jest dla mnie nieocenianie ludzi po czymkolwiek poza ich czynami. [Teraz bluzgnę - rzadko mi się to zdarza na blogu, więc zasłońcie oczy!] Jestem osobą, która zazwyczaj ma na wszystko wyjebane. Co mnie obchodzi, kto z kim śpi, jeśli nie śpi ze mną, ani z moim chłopakiem i nie robi tego siłą. Co mnie obchodzi, że ktoś jest z innego kraju, jeśli nie chce mnie zaprosić do siebie na wakacje. Co mnie obchodzi, kto w co wierzy, jeśli nie chce we mnie wmusić swojej wiary. Co mnie obchodzi, że ktoś ma inny kolor skóry, jeśli nie jest to oznaka zaraźliwej choroby (notka dla przewrażliwionych: mam na myśli chorobę skóry lub placki przy odrze). I wierzę, że innych też nie powinno to obchodzić. W takim świecie każdemu żyłoby się lepiej.

Niemniej mimo, że doceniam walkę z nietolerancją, to uważam, że niektórzy wzięli ją sobie za bardzo do serca. Tak, naprawdę wierzę, że jest to możliwe, a w dodatku zdarza się nagminnie... albo jak mówiłam, jestem głupia lub mam zbyt małą wrażliwość. Jednak wolę wierzyć, że mam więcej dystansu i nie powinnam się obrażać przez niewinne żarty, skróty myślowe, czy zwyczajnie nie dopatrywać się obraźliwych rzeczy, tam gdzie ich nie ma. Jeśli ktoś nie chce, by mulatka zagrała Arielkę, to nie zakładajmy automatycznie, że jest pieprzonym rasistą, którego trzeba ukrzyżować, ale zwyczajnie może nie lubić gry aktorskiej tej konkretniej osoby, która tylko przy okazji ma taki, a nie inny kolor skóry, lub zwyczajnie chce, by twórcy nowej adaptacji trzymali się oryginału zarówno pod względem fabuły, jak i wyglądu bohaterów. Jeśli ktoś nie lubi Morgana Freemana, to nie znaczy, że nienawidzi czarnych, tylko tego kolesia, który tylko przy okazji jest czarny. I to tyczy się wszystkiego. Dopóki ktoś nie napisze: "Walić czarnych", to nie możemy mieć pewności, że jest rasistą, a i wtedy zastanowiłabym się, czy przypadkiem nie chodzi o jego preferencje seksualne. Taki przykład można zastosować do wszystkiego. Nie bądźmy przewrażliwieni i nie próbujmy wmawiać ludziom, że jeśli nie lubią Ellen, to są homofobami, okey? Czepianie się pierdół i szukanie na siłę przejawów nietolerancji tam, gdzie ich nie ma, to wpadanie ze skrajności w skrajność. Wierzę, że nie tak trudno rozróżnić nietolerancyjne osoby od tych, z którymi wszystko jest w porządku. Jasne, trafiają się także przypadki, gdy ktoś bez złych intencji wygłasza teksty, od których cierpnie skóra, ale delikatne wyjaśnienie powinno załatwić sprawę, bo np. są to osoby, które w szkole uczyły się wierszyka "Murzynek Bambo" i nie rozumieją, że to teraz brzydkie słowo.


[Notka dla przewrażliwionych: Walka z nietolerancją jest cacy. Walka z każdym poglądem za pomocą wytykania braku poprawności politycznej jest beee!] 

Tak, moi drodzy, doszłam do etapu, w którym mam po dziurki w nosie naciąganej poprawności politycznej, która jest wpychana przy każdej okazji. Nadinterpretacje, czepianie się niewinnych lub głupich żartów i naprawianie ludzi, których naprawiać nie trzeba, to gruba przesada. Na moje oko doczekaliśmy się czasów, w których staliśmy się bardziej przewrażliwieni, niż to potrzebne. Czytając niektóre wypowiedzi Internetowych Rycerzy dostaję drgawek niemal tak silnych, jak wówczas, gdy czytam teksty pełne nienawiści. Niby jestem narcyzem z krwi, kości i zajebistości, ale nie wierzę, że jestem tak wyjątkowa, by być jedyną osobą na calutkim świecie, która reaguje alergicznie na przesadną poprawność polityczną. A skoro nie jestem w tym osamotniona, to oznacza, że Internetowi Rycerze mogą wzbudzać awersję do poprawności politycznej u sporej grupki osób. Umówmy się, poprawność/ tolerancja/ zwał jak zwał jest dobra i potrzebna, więc ogarnijcie się i nie zrażajcie do niej innych ludzi. To szkodzi. Każda skrajność szkodzi. Nie długo nic nie będzie wolno powiedzieć, czy napisać lub przy każdej opinii trzeba będzie zawrzeć dwa razy dłuższe wyjaśnienie, że nikogo nie chcieliśmy celowo obrazić, a jak tak się stało to przepraszamy i wymierzymy sobie karę. To naprawdę nierealny przykład, ale bawi mnie myśl, że w niedalekiej przyszłości przeczytam przepis na danie z wołowiny, zawierające obszerne przeprosiny dla wegan, wegetarian, miłośników krów, smakoszów kaczek/świnek/ chomików, osób uczulonych na dany składnik, oraz na koniec zapewnienie, że jeśli jednak ktoś poczuł się dotknięty, to w formie zadośćuczynienia autor poparzy sobie rękę w ramach kary. A zresztą co tam! Obie ręce!

Internetowi Rycerze, zdaję sobie sprawę, że chcecie dobrze i nie robicie nikomu krzywdy, więc nawet jeśli się ze mną nie zgadzacie, to chociaż przemyślcie, czy naprawdę warto zwracać uwagę, nim to zrobicie. Czy to nie jest niepotrzebne marnowanie energii, którą można przeznaczyć na walkę z tymi, którzy naprawdę wygłaszają pełne nienawiści poglądy?
I tu pojawia się kolejny problem. Istnieje wiele miejsc w sieci, w których aż się roi od przejawów nienawiści i nakłaniania do zasilania szeregów rasistów, ksenofobów i całej tej bandy, której nie chce mi się wymieniać, bo i tak wiecie kogo mam na myśli. Do takich miejsc nie ma po co zaglądać, by szerzyć dobry przekaz. Niemniej odnoszę wrażenia, że w przestrzeni wspólnej, którą dzielą osoby o różnych poglądach, rzadziej zwraca się uwagę tym otwarcie nietolerancyjnym, a częściej tym nieszkodliwym. Może działa to na zasadzie "Nie ma sensu z takimi człowiekiem rozmawiać, bo i tak się go nie przekona. Szkoda nerwów", a jeśli tak to rozumiem. Problem polega na tym, że skoro nie chce Wam się zmieniać tych wręcz fanatycznych, to jaki sens ma zwracanie uwagi tym, którzy tacy nie są? Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale to mi wygląda na pójście na łatwiznę, bo z góry wiecie, że się z Wami zgodzi. Gratuluję sukcesu upierdliwy człowieku! Wzbiłeś się na wyżyny i możesz naliczyć sobie plus 5 do dobrych uczynków. Tia... Mam nadzieję, że w prawdziwym życiu jesteś równie waleczny i nie walczysz tylko w internecie, bo podwójne standardy też są nieładne!

A tak całkiem poważnie. Zastanawiam się na ile zwracamy ludziom uwagę zasłaniając się poprawnością polityczną, bo dana wypowiedź naprawdę nas zabolała i uważamy ją za wielce niestosowną, a na ile przez to, że zwyczajnie wierzymy, że powinniśmy się tak czuć, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że to niestosowne. Może wpadamy w pułapkę nadmiernej poprawności, bo sądzimy, że tak trzeba? Na takim przykładzie, jak wtedy, gdy ktoś mi mówi, że jako kobieta powinnam czuć się dotknięta w danej sytuacji lub słysząc daną wypowiedź. Od momentu, gdy postawiłam sobie to pytanie, zauważyłam że tak naprawdę sporadycznie kieruje mną prawdziwe oburzenie. Zazwyczaj były to sytuacje, gdy ktoś ewidentnie dyskryminował lub chciał mi odebrać prawa ze względu na płeć. W pozostałych sytuacjach nie fiksuję się na punkcie tego, że ktoś naprawdę chciał mnie lub kogokolwiek innego obrazić, bo tak nie jest. Jeśli ktoś poczuł się urażony moją niewrażliwością, to macie do tego prawo - każdy ma własną wrażliwość. Niemniej proponuję stąd wyjść. W prawym górnym okienku znajdziecie krzyżyk. On załatwia Wasz i mój problem.



Tak, mój też, bo skończyła mi się cierpliwość do wysłuchiwania jojczenia o każdą pierdołę. Jestem człowiekiem bezpośrednim, często impulsywnym i zdecydowanie zbyt często używającym skrótów myślowych, bo (miejmy nadzieję, że nie naiwnie) wierzę, że nie piszę tekstów dla osób o IQ niższym od mojego (patrzcie, właśnie okazałam się nietolerancyjna dla ludzi o niższym IQ... fuck!). Za to zdecydowanie nie mam się za osobę nietolerancyjną, więc dostaję spazmów, przy jakiś randomowy człowiek postanawia naprawiać moje poglądy na temat poprawności politycznej. Jestem u siebie, więc daję słowo daję, że pogryzę kolejną osobę!

Pozostałym dziękuję za uwagę.

Ps. Widzicie, mówiłam, że jestem głupia, bo najpierw upieram się, że jestem tolerancyjna, a później poświęcam cały tekst temu, jak bardzo nie toleruję nadgorliwych fanatyków poprawności politycznej. 
Czytaj całość

14 męskich seriali pełnych mięcha, krwi, przemocy i krawatów


Tak naprawdę tytuł tego artykułu to bzdura i seksizm, ale dzięki niemu od razu zapaliła się Wam żaróweczka w głowie z podpisem: "Ach! Więc to nie będą romanse"... i właściwie macie racje. Jest coś szalenie niesprawiedliwego w tym, że seriale pełne krwi, przemocy i scen zdecydowanie dla dorosłych, określa się mianem 'męskich', ale na to może ponarzekam przy innej okazji, a tym razem łapcie trochę serialowego mięcha dla dorosłych.

Z narkotykami na pierwszym planie:

Breaking Bad jest jednym z tych seriali, przed którymi nie da się uciec, bo i tak w końcu człowieka dopadnie. Opowiada historię podstarzałego nauczyciela chemii. który powoli zmienia się w narkotykowego bossa słynącego z niebieskiej, niezwykle czystej mety. Największą zaletą tego serialu jest pokazanie, że potwór może wyjść z każdego, nawet najbardziej przeciętnego człowieka, jeśli tylko zaistnieją odpowiednie okoliczności.

Wbrew pozorom "Narcos" nie jest opowieścią o Pablo Escobarze, lecz historią zmagań agentów DEA z baronami narkotykowymi, którzy zalewali swoim towarem całe Stany Zjednoczone. Co nie zmienia faktu, że w tej świetnie zrealizowanej produkcji poznajemy historię Pabla, kartelu z Cali, czy z Meksyku (a przynajmniej tak zapowiada się nadchodzący sezon). Twórcy sprawnie połączyli nakręcone przez siebie sceny z materiałami dokumentalnymi. Nie dość, że ładnie łączyli fakty z fikcją i świetnie dobrali aktorów, którzy w większości byli podobni do swoich realnych odpowiedników. "Narcos" to rewelacyjny, dopracowany i intrygujący serial. Jest krwawo, jest mocno, jest dobrze!

Świat przestępczy:

Sons of Anarchy
Znalazłam opis mówiący, że "Sons of Anarchy" opowiada historię gangu motocyklistów z Kalifornii, który stara się chronić kalifornijskie miasteczko Charming przed dilerami narkotyków i wielkimi deweloperami. Tiaaa... Jeśli coś zapamiętałam z tego serialu, to to, że to przed niemi trzeba było bronić wszystkich spoza Charming, a czasami również i mieszkańcami. Sonsi z sezonu na sezon stają się brutalniejsi i mocniej związani z innymi organizacjami przestępczymi. Ten serial to już klasyk, który warto nadrobić przed nachodzącym sequelem "Mayans M.C.".

Banshee
Po spędzeniu piętnastu lat w więzieniu bezimienny złodziej wychodzi na wolność. Oszustwo sprawia, że zostaje szeryfem tytułowego małego miasteczka, gdzie mieszka jego dawna wspólniczka, Anastasia. Po wyjściu okazuje się, że kobieta nie zawracała sobie głowy czekaniem na dawnego ukochanego, więc dorobiła się już męża i dwójki dzieci. Nowy lipny szeryf postanawia zostać nieco dłużej i zdecydowanie warto zobaczyć, jak świetnie spisuje się kryminalista w roli przedstawiciela prawa. Zwłaszcza gdy sam notorycznie je łamie.

Krwawo i absurdalnie:

Akcja "Blood Drive" ma miejsce w alternatywnej wersji przeszłości, w której woda jest na wagę złota. Benzyna zresztą też, więc niektórzy ludzie przerobili swoje samochody tak, by napędzane były ludzką krwią, chociaż patrząc jak silniki ich fur pożerają swoje paliwo, to możemy dojść do wniosku, że całe człowieki z flakami, kośćmi i ubraniami są w stanie je napędzać. Tak czy inaczej, właściciele tych ludziożernych autek biorą udział w Wyścigu Krwi — projekcie realizowanym przez firmę Serce. Uczestnicy wyścigu ryzykują wiele, bo liczba zgonów zawodników jest wręcz niepokojąca (aż dziw bierze, że ktoś rzeczywiście dojechał na linie mety i wygrał), a w zamian zyskują sławę i bogactwo. Przynajmniej teoretycznie, bo w tym serialu wszystkie oczekiwania bohaterów zawsze biorą w łeb.

Bądźcie ostrożni, bo zarówno czytając o "Happy!", jak i oglądając go musicie być gotowi na ostrą jazdę bez trzymanki! W końcu jak inaczej może się skończyć przygoda z serialem, którego jeden z głównych bohaterów jest niemal nieśmiertelnym kilerem w łachmanach, a drugi jest wymyślony stworem? Boję się nawet wspominać, że ich głównym przeciwnikiem jest Święty Mikołaj z zaburzeniami psychicznymi. Nie jestem w stanie opisać go skrótowo, więc przeczytajcie pełną recenzję lub od razu bierzcie się za oglądanie, bo warto!

Z historią w tle:

Właściwie niewiele mam do powiedzenia na temat "Wikingów", bo akcja pokrótce sprowadza się do tego, że jest to historia legendarnego Ragnara Lothbroka (przy okazji powinniście też zerknąć na porównanie fabuły serialu do faktów historycznych), a sami wikingowie ciągle knują, grabią, gwałcą, zabijają i mszczą się. Fani rozlewu krwi, przebijania włócznią, miażdżenia mózgu toporem i podrzynania gardeł znajdą tu wiele dla siebie. W sumie Ci, którzy lubią krwawe, rytualne składanie ofiar z ludzi też będą zadowoleni. Zaryzykowałabym porównanie do Sons of Anarchy, tylko te byczki nie mają motorów, spluw i heroiny.

Spartacus
Chyba większość osób kojarzy kim był i co zrobić Spartacus. Jego historia wciąż jest inspiracją dla twórców i zdecydowanie jedną z najciekawszych wersji jest ta serialowa odsłona. Niemniej dla niewtajemniczonych:  Spartakus jest trackim wojownikiem, który wraz z ukochaną żoną trafiają w niewolę. Spartacus trafia na arenę i zostaje jednym z najpopularniejszych gladiatorów swoich czasów (albo nawet wszech czasów), a ostatecznie wszczyna bunt przeciwko Republice. 

Biurowe:

Suits / W garniturach
Mike jest błyskotliwym chłopakiem posiadającym pamięć fotograficzną, która pomogła mu zdać egzaminy adwokackie, nie uczęszczając do szkoły prawniczej. Harvey to jeden z najlepszych prawników na Manhattanie, który przez dość nieoczekiwany zbieg okoliczności zatrudnia Rossa na stanowisku jego nowego współpracownika. Jednakże musi on udawać, że ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Harvarda, ponieważ tego oczekuje od pracowników polityka firmy.

Akcja "Mad Man" przenosi nas do Ameryki w latach '60 ubiegłego wieku, czyli do czasów wielkich zmian. Widmo wojny atomowej, hipisi, walka o równouprawnienia zarówno dla kobiet, jak i czarnoskórych obywateli, rozwój telewizji, zamach na prezydenta Kennedy'ego i wiele wiele innych rzeczy spowodowało, że był to niezwykle burzliwy okres dla Amerykanów. To wszystko stanowi tło wydarzeń, a na pierwszym planie mamy panów zajmujących się reklamą. Wśród niech pierwsze skrzypce gra Don, który jest w moich oczach antybohaterem, psującym wszystkie relacje międzyludzkie i nieważne czy swoje czy cudze. Notorycznie zdradza, upija się, a jego kompas moralny już dawno się zepsuł. Jedyne w czym jest dobry to w swojej pracy, choć ciężko powiedzieć, by traktował ją poważnie. Sam serial jest genialny pod tyloma względami, że ciężko wymienić - najlepiej przekonać się na własnej skórze.

Polskie kryminalne:

W Dobrowica zostaje znaleziona martwa nastolatka i pojawia się problem. Zazwyczaj martwe ciała są problemami, ale tym razem to policjanci nie bardzo wiedzą co z nim zrobić. Uznać za samobójstwo i spokojnie zamieść pod dywan, czy może wszcząć postępowanie w sprawie morderstwa? Najpewniej wybrali opcję pierwszą,  gdyby do miasteczka nie zawitał nowy nauczyciel, który zaczął się podejrzanie interesować całą sprawą. 
Nie da się ukryć, że "Belfer" to naprawdę porządny serial. Wątki były rozpisane świetnie, bohaterowie naprawdę dobrze wykreowani, a gra aktorska pierwszej klasy. Każdy odcinek trzymał w napięciu, budował fascynujący klimat otaczających nas zewsząd tajemnic, ale również obnażał część tajemnic. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak dobry i oryginalny pomysł mieli na niego twórcy oraz jak genialnie go zrealizowano. 
"Ultraviolet" nie jest kolejnym serialem, w którym przeciętny człowiek z ludu zmienia się w Sherlocka Holmesa i rozwiązuje więcej zagadek kryminalnych, niż pojawiło się we wszystkich odsłonach CSI. O nie, nie! Główna bohaterka, jak na dojrzałą kobietę przystało, chcąc rozpocząć nową ścieżkę kariery wklepała w Google frazę: "jak rozwiązać sprawę kryminalną bez udziału policji” i wyskoczyła jej tajemnicza grupa cywili o nazwie Ultraviolet. Wbrew pozorom serial jest naprawdę przyzwoitą produkcją, pozwalającą ponownie uwierzyć, że to co polskie może być dobre.

Odcinkowe horrory:

Wyspa Harpera
Minęły lata odkąd obejrzałam "Wyspę Harpera", jednak do dziś pamiętam, jak bardzo podobał mi się ten serial łączący slasher z klimatem znanym z "I nie było już nikogo" Agathy Christie. Produkcja skupia się na Abby, która po latach wraca na rodzinną wyspę, gdzie seryjny morderca brutalnie zamordował jej matkę. Koszmarne wspomnienia powracają, gdy jeden z gości weselnych zostaje znaleziony martwy. Wkrótce kolejni znajomi zaczynają padać jak muchy, a ci wciąż żywi nie mogą się wydostać z wyspy.

"Slasher" jest wykreowany podobnie, jak "American Horror Story", czyli każdy sezon tworzy zamkniętą całość, opowiadającą odrębną historię. Aktualnie pojawiły się dwa sezony - "The Executioner" oraz "Guilty Party". W pierwszym sezonie w małym miasteczku Waterbury postrach sieje zakapturzony koleś nazywany Katem, a raczej jego naśladowca, bo oryginalny Kat siedzi w więzieniu za zamordowanie rodziców Sary Bennett. Naśladowca rozpoczyna swoją rzeź, gdy tylko dziewczyna wraca do rodzinnego miasteczka, a jego ofiary są z nią powiązane, dlatego nie trudno się domyślić, że ma obsesję na punkcie Sary. Dodatkowo również na punkcie grzechów głównych, ponieważ jego ofiarami padają osoby, które popełniły jeden z siedmiu grzechów głównych.
Drugi sezon "Slasher: Guilty Party" nie jest powiązany z poprzednią historią, lecz z morderstwem, które miało miejsce kilka lat wcześniej na letnim obozie. Jedna z opiekunek zostaje zamordowana przez swoich kolegów, jednak prawda o jej śmierci nigdy nie wyszła na jaw. Aby upewnić się, że tak pozostanie, mordercy po latach wracają do zamkniętego już obozu, by przenieść ciało. Na miejscu okazuje się, że ciało zniknęło. To zasadniczo załatwiałoby sprawę, gdyby nie fakt, że po okolicy zaczął grasować seryjny morderca, a wszyscy obecni są odcięci od świata i nie mają możliwości wrócić do cywilizacji.

Przy okazji może się Wam przydać: 5 przydatnych stron i aplikacji dla serialomaniaków

Wbijajcie na fp, gdzie na bieżąco piszę o serialach (i nie tylko):

Ps. Jestem pewna, że aż Was świeżby, by coś dodać do listy, więc śmiało! Nie krępujcie się!
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella