Dekada blogowania i miesiąc od premiery Gildii Zabójców, czyli świętujemy!

 

W tym miesiącu Różowy Blog zaliczył kolejną rocznicę istnienia i to bardzo okrągłą - 10 lat jestem tutaj z Wami, choć Gosiarella.pl to rebranding bloga książkowego (ktoś pamięta "W krainie stron"?), więc to zależy, jak to liczyć. Niemniej wychodzi na to, że na tę okrągłe urodziny sprawiłam sobie i mam nadzieję również Wam prezent w postaci książki (można powiedzieć, że na swój sposób to powrót do korzeni) i z tej okazji postanowiłam Wam o tym opowiedzieć, jak podobne są dla mnie obie te rzeczy.

Mogłabym Wam opowiedzieć, jak powstał blog (kliknęłam i stało się różowo!). Mogłabym opowiedzieć jego historię (ja pisałam - Wy czytaliście). Mogłabym zaprezentować Wam tę dekadę w liczbach wyświetleń, ale wszyscy wiemy, że nie jesteście dla mnie liczbami, a poza tym i tak przy tylu cyferkach bym się pogubiła (dyskalkulia straszna rzecz). Mogłabym opowiedzieć Wam o planach na przyszłość (będę pisać - Wy będziecie czytać... o ile znów nie będę miała czarnych myśli o wywaleniu wszystkiego przez okno i eM znów własnym ciałem nie będzie musiała zasłaniać przycisku USUŃ... no dobra, trochę to podkolorowałam dla większej dramaturgii). Mogłabym też ponownie napisać, jak bardzo kocham Różowe Sałaty (ale to już było w "Liście do Różowych Sałat" i wciąż to podtrzymuje!). Jasne, mogłabym to wszystko zrobić, ale nudziłoby to Was tylko odrobinę bardziej niż mnie, więc w końcu napiszę o czymś, czego mocno od trzech lat unikałam, i o co bardzo często mnie pytacie, czyli o to, jak powstała "Gildia Zabójców" i wgl WTF. I chyba w końcu wiem, jak to przedstawić... bo widzicie, wydawanie książki było dla mnie jak blogowanie.

Zaczęło się jak większość rzeczy na świecie - od pomysłu. Pomysłu długo ignorowanego, który tak mnie męczył, aż w końcu z westchnieniem wywiesiłam białą flagę, poddając mu się całkowicie. I jak przy każdej rzeczy, którą robię po raz pierwszy, nie miałam bladego pojęcia, co robię. Kompletnie. Jasne, jak pewnie większość tu zebranych, przeczytałam w życiu pierdylion książek, ale pusta kartka szybko zweryfikowała, że czytanie nijak się ma do pisania i nie sprawia, że dzięki temu dostaje się nowe skille. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że pierwsze strony draftu były niewiele mniej gówniane (wybaczcie, ale tego po prostu nie da się inaczej określić), niż moje pierwsze teksty opublikowane na blogu. I z racji tego, że na początku pisania książki podchodziłam do niej równie poważnie, jak do początków blogowania (spoiler: niezbyt poważnie, bo nie wierzyłam, że wypali), więc uczyłam się w biegu. Na błędach. Wielu. Aż w końcu nauczyłam się, co i jak, oraz że wpatrywanie się w ścianę stanowi istotny element tego procesu. 

Zróbmy przeskok o osiem miesięcy, gdy po wielu poprawkach, uznałam, że czas przedstawić dziecko światu - a raczej trzem osobom, które wybrałam na swoje bety (oczywiście stanowcza większość moich bet to ludzie, których poznałam przez bloga). I tak "Gildia Zabójców", jak kiedyś blog, zyskała pierwszych czytelników, którzy musieli sobie radzić z surowym tekstem. Niektórzy uciekli w popłochu i wrócili, gdy było nieco lepiej. Inni służyli radą na każdym kroku (uciekinierka też). A mnie od skrajnego przerażenia chronił jedynie fakt, że stadko było małe. Jeśli okazałoby się, że poległam po całości, to daleko by to nie wypłynęło. Później było gorzej, bo po dwóch latach (podrzuciłam Gildię do wydawcy, gdy miałam już drugi tom trylogii w większości ogarnięty) na białym rumaku przytuptał właściciel wydawictwa Papierowy Księżyc (wyobraźcie sobie, że zadzwonił w Sylwestra!) i trzeba było książkę puścić na szerokie wody księgarń. 

[Ten moment, gdy Twoja ulubiona polska pisarka trzyma w rękach Twoją książkę i ją poleca]

Jeśli są na sali obecni blogerzy, to przypomnijcie sobie swoje pierwsze miesiące blogowania. To czające się z tyłu głowy napięcie, że to, co wrzucacie do internetu, to w rzeczywistości tylko miałkie wypociny, których nikt nie będzie chciał czytać. A także tę ekscytację, że pomysł jednak chwyci, a to, co napisaliście znajdzie fanów. Pamiętacie? Podobnie jest z książką, bo nie ważne, że od dekady blogujecie i pracujecie słowem pisanym na co dzień, ta kompletnie nowa forma będzie oceniana. I to znacznie wnikliwiej, bo recenzje zaczną się pojawiać i będą dłuższe, niż przeciętne komentarze pod tekstem 
(chociaż w Waszym przypadku na szczęście bywają dłuższe). Ba! Na serwisach ocenia się gwiazdkami - wcześniej nie sądziłam, że gwiazdki mogą być tak przerażające! 
[Ale hej! Śmiało oceniajcie GZ na Lubimy Czytać i GoodReads, bo to naprawdę pomaga i jestem za to mocno wdzięczna! Przy okazji może jeśli będzie duży szum i pozytywny feedback, to wydawca skusi się na preqel z Kitsune!]

W tym momencie pojawia się największa rozbieżność między blogowaniem a wydaniem książki - przynajmniej dla mnie, bo w przeciwieństwie do działu komentarzy na blogu czy w social mediach, w których uwielbiam z Wami dyskutować, postanowiłam nie wchodzić w żadną dyskusję przy recenzjach. Moim subiektywnym blogerskim zdaniem, niewiele rzeczy jest bardziej irytujących, niż obserwowanie, jak autor sprzecza się ze swoimi czytelnikami, bo nawet jeśli miałby rację, to czytelnik i recenzent mają święte prawo do wyrażania swojej opinii (a przy pozytywnych boję się, że będziecie czuć się pod presją). Co innego blog, bo gdy ktoś mi tu wejdzie i zrobi kupę, to wezmę i go z tą kupą wywalę. A skoro o tym mowa, czas na kolejną kwestię.

Dawno, dawno temu na kilku konferencjach blogerskich usłyszałam z ust prelegentów tezę, że nie jesteś prawdziwym blogerem, dopóki nie dorobisz się hejtera. W myśl tej definicji po dekadzie blogowania wciąż nie mogę się nazywać pełnoprawnym blogerem. Za to po miesiącu od premiery mogę się nazywać prawdziwym pisarzem! Co prawda mam tylko jednego i jest trochę nieporadny, ale chyba się liczy, nie? Także oto ja - blogerka, która wg niektórych nie może się nazywać blogerką oraz autorka, która może, ale wcale się nią nie czuje. Dlaczego się nie czuję? W zasadzie sama nie wiem. Chyba składa się na to kilka rzeczy. Po pierwsze wciąż to do mnie nie dotarło i obserwuję reakcje na "Gildię Zabójców" jak fanka, która jest niesamowicie ciekawa reakcji innych (trochę jak gdy na kacu książkowym po "Moon Lovers" czy "Endgame", trzeba wypełnić pustkę, zapełniając ją wrażeniami innych). Po drugie po latach blogowania przyzwyczaiłam się, że ludzie czytają coś, co napisałam. Oczywiście jest to cholernie bardziej ekscytujące, ale to uczucie, że jest się po drugiej stronie barykady — samemu naprzeciwko wszystkim jest już we mnie zakorzenione głęboko. Po trzecie nie czuję, żeby to było wiele ważniejsze. Możecie myśleć, że blog przy książce to nic takiego, ale dla mnie nie do końca tak wygląda. Jasne, napisałam i wydałam książkę, zaliczając spełnione marzenie. Jednak mimo wszystko Różowemu Blogowi poświęciłam większą część życia - dekadę! Przez 10 lat starałam się pisać teksty, które coś wniosą do Waszego życia. Kocham to miejsce i jest dla mnie równie ważne, dlatego tu też staram się dawać z siebie wszystko i nie publikować chłamu. 

No dobrze, a teraz posypmy to wszystko brokatem. Dziecko poszło w świat, ludzie czytają, tworzy się wokół niego społeczność. Wiecie, że to też jest podobne? Co prawda moja mała elitarna armia Różowych Sałat na razie różni się od czytelników książki, ale nie tak bardzo, jak możecie sądzić. Wy jesteście tutaj, bo lubicie mnie czytać lub czytać o konkretnej tematyce, jaką poruszam (jedni kochają dramy, inny seriale, inny zombie etc.), a w przy Gildii pojawiły się teamy! Konkretnie Team Kitsune vs Team Jayden... i dwuosobowy, za to elitarny Team Oliwier! Swoją drogą dreams come true! I tak blogowe i książkowe dziecko zyskało kolegów, którzy je polubili, a ja serduszkuję z głębi swojego czarnego serduszka. Co więc dalej dzieje się z tymi oboma tworami, gdy ma się farta?


Uwaga, dawka narcyzmu nadciąga jak tsunami! Tak, tak, zamierzam się chwalić... Wami! Widzicie ani bloger, ani autor nie ma racji bytu, jeśli nie ma odbiorców. A ja mam niesamowite szczęście, że trafiam na najwspanialszych z nich! I tak ja kocham Was, a Wy najwyraźniej też mnie całkiem lubicie, bo nie wiem, czy wspominałam, ale Gosiarella.pl przez kilka lat z rzędu znajdował się w ścisłej czołówce najpopularniejszych blogów w ShareWeeku, aż w ostatniej edycji otworzył zestawienie. Za to "Gildia Zabójców" po tygodniu na Legimi wylądowała w Wielkiej Piątce. W obu przypadkach to nie zasługa mojej zajebistości, lecz Waszego zaangażowania, za które bije pokłony!

Jakby rozpieszczania mnie było mało, zaczęły się pojawiać zdjęcia z cosplayem Alyssy! Szczerze? Do głowy by mi nie przyszło, że coś takiego może spotkać debiutanta, a już na pewno nie w takiej ilości i nie tak krótko po premierze. Dajcie mi jeszcze fanarta, a zejdę na zawał. 

Od lewej: @sliwkowy.kompocik @maitiri_books @kulturalna.meduza


W ciągu miesiąca od premiery dostałam jeszcze dwie rewelacyjne wiadomości odnośnie "Gildii Zabójców" i strasznie chciałabym się nimi z Wami podzielić, ale niestety na tę chwilę nie mogę, bo jeszcze nie są dopięte (trzymajcie mocno kciuki, żeby wypaliły na 100%, bo jedno to petarda, a druga to istny pokaz fajerwerków!). Przy okazji uprzejmie donoszę, że drugi tom lada dzień trafia do redakcji (już jest w Papierowym Księżycu), a jesienią do księgarń. A jeśli chcecie dostawać na bieżąco newsy o Gildii i całej autorskiej działalności, to zapraszam na osobnego Facebooka, bo na Różowym Blogu już raczej nie będę o tym wspominać (za to się pochwalę, że autorska strona zaczyna się rozbudowywać i tam znajdziecie m.in. linki do recenzji i wywiadów).


Na zakończenie ostatnia rzecz, która sprawia, że blogowanie wydaje mi się bardzo podobne do tworzenia książki to to, że tak jak pisząc te słowa, pisząc "Gildię Zabójców" myślałam o Was. To właśnie Was wyobrażałam sobie jako czytelników książki i myśląc o Waszych reakcjach radośnie naszpikowałam ją nawiązaniami do popkultury i trollowałam schematy, które znacie, by podrzucić własną interpretację tego, jak można byłoby je pozmieniać. I to Wam chciałam ją zaprezentować jako całkiem niezły popkulturowy umilacz czasu. Mam nadzieję, że mi to wyszło i czytanie GZ sprawi Wam taką sama lub (oby!) większą radość, jak czytanie Różowego Bloga!

Ps. Jeśli jeszcze nie macie własnego egzemplarza na półce, to w Empiku i w Bonito (tu już na wykończeniu, więc się śpieszcie!) są dostępne wersje z autografem! A gdy będziecie mieli ją w łapkach i czujecie się Różowymi Sałatami, to zerknijcie do podziękowań!
Za to, jeśli już czytaliście GZ, to dajcie znać, która scena należy do Waszych ulubionych - przynajmniej pod tym postem będę mogła trochę na ten temat pogadać!
Ps2. Teraz, jak będziecie mnie chcieli ściągnąć do swojego miasta - wystarczy, że wymęczycie o to okoliczną bibliotekarkę! Fajnie, nie?
Ps3. Wystartowała ankieta dla czytelników bloga - jest równie poryta, jak zawsze, więc bawcie się dobrze!
Czytaj całość

9 k-dram z silnymi postaciami kobiecymi, które pokochacie!


Jeszcze nie tak dawno temu głównym bohaterkom koreańskich dram daleko było do postaci silnych i niezależnych. Na szczęście świat się zmienia, a popkultura wraz z nim i na przestrzeni ostatnich lat coraz częściej możemy trafić na mocne postacie kobiece, które dzielnie (i samodzielnie) prą do przodu, by sięgnąć po to, czego pragną. O tej niezwykłej przemianie pisałam już w artykule Zmierzch Kopciuszków, czyli o nowym obliczu bohaterek k-dram, więc powtarzać się nie będę i nie przedłużając, podrzucę Wam kilka rewelacyjnych tytułów z bohaterkami, które pokochacie.

[Tradycyjnie przypominam wszystkim, którzy z dramami nie mieli jeszcze do czynienia, że przed oglądaniem lepiej zapoznać się z Przewodnikiem po k-dramach oraz listą k-dram idealnych na start]

1. Search:WWW

Ten tytuł mógłby spokojnie posłużyć za podręcznikowy przykład rewolucji w tworzeniu w k-dramach silnych kobiet, bo nie tylko był jednym z przełomowych, ale dodatkowo przedstawił nam nie jedną, a trzy główne bohaterki, które bardzo się od siebie różnią, ale łączy je nieposkromiona ambicja. Pracują w konkurencyjnych portalach internetowych, ale czasami powoduje to napięcie w intensywnych relacjach między całą trójką. A prywatnie? Prezes Song utknęła w roli synowej, która robi za służkę. Tami martwi się romansem z młodszym mężczyzną, który marzy o rodzinie. A Scarlett... cóż... ona ledwo jest w stanie utrzymać na wodzy swój temperament. Wspaniale ogląda się je na ekranie, a w dodatku całej trójce należy się szacunek za wyrzucenie do kosza stereotypu postrzegania ról damsko-męskich.


Go Moon Young (Seo Ye Ji) jest autorką bajek - nie tych ładnych, kolorowych z księżniczkami, które u boku księcia znajdują swój happy end, ale tych ponurych i mądrych, w których to wiedźmy są piękne i potężne. W sumie ona sama trochę taką wiedźmę przypomina - jej brak empatii jest fascynujący. Kobieta w swoim życiu kieruje się prostą zasadą: Jeśli czegoś chce, to to bierze. Obecnie chce uroczego pielęgniarza zawodowo opiekującego się pacjentami z oddziału psychiatrycznego, a prywatnie swoim autystycznym bratem.
Go Moon Young jest postacią elektryzującą.Całkowicie odchodzi od stereotypów i zachowań przeciętnych bohaterek - nie tylko k-dram, lecz utartego całokształtu. Uchodzi za arogancką i egoistyczną kobietę, u której inni doszukują się antyspołecznego zaburzenia osobowości. Nie zgadzam się. Może rzeczywiście jest dość ekscentryczna i niekurtuazyjna, ale wciąż zachowuje się tak, jak chciałby zachowywać się każdy z nas - gwizdać na oczekiwania innych i odrzucać społeczną etykietę. 

3. Hotel del Luna

Man Wal (IU) w ramach pokuty za swoje czyny prowadzi Hotel del Luna - miejsce ostatniego wypoczynku dusz, które załatwiają swoje ostatnie sprawy, nim przejdą na drugą stronę. Chłodna, stanowcza i wydawać by się mogło, że również egoistyczna, jest jedną z moich ulubionych postaci kobiecych w dramach. Oglądanie jej współczesnej odsłony, jak i wersji wcześniejszych w retrospekcjach jest niesamowitą rozrywką. 


Yoon Se Ri jest wyrachowaną i chłodną panią prezes, dzień po tym, gdy została wyznaczona na następcę ojca w jego konglomeracie, przeniosła się o kilkanaście kilometrów i całe dziesięciolecia od domu, by trafić w sam środek strefy zdemilitaryzowanej, natknąć się na żołnierzy z Północy, uciekać przed kulami po polu minowym i wbiec do Korei Północnej. Nie żartuję. "Crash Landing on You" opowiada historię relacji nawiązujących się między bohaterami z dwóch różnych i – co gorsza – wrogich światów, które niegdyś stanowiły jeden naród. A co najlepsze, ta drama wypełniona jest rewelacyjnymi bohaterami, którzy specjalizują się w podbijaniu serc widzów.

Se Ri dużo zyskuje dzięki temu, że ma dwa oblicza. Z jednej strony potrafi być przerażającą szefową, która mierzy się z mocno popieprzoną rodziną, a z drugiej strony w sytuacji, gdy traci grunt pod nogami, potrafi być bardzo ludzka, a wręcz ciepła.

5. Rookie Historian Goo Hae Ryung

Goo Hae Ryung jest szlachcianką, więc jak każda panienka z dobrego domu w dawnych czasach powinna wyjść za mąż za mężczyznę wskazanego przez rodzinę. Dziewczyna chce czegoś więcej, dlatego w dzień ślubu bierze nogi za pas i podchodzi do egzaminu na dworską historyczkę. Dobrze (zwłaszcza jak na tamte czasy) wyedukowana i inteligentna bohaterka ze sposobem myślenia znacząco odbiega od przyjętych norm jest jak delikatna bryza w segeukach. Tymbardziej gdy odnajduje swojego zapomnianego księcia i odwraca schemat ról w związku.

6. Strong Woman Do Bong Soon

Tym razem podejdę do tematu bardzo dosłownie, bo tytułowa Do Bong Soon jest tak silna, że można byłoby to równie dobrze podciągnąć pod supermoce. Wszystkie kobiety w jej rodzinie rodzą się z tą niezwykłą siłą, jednak jeśli wykorzystają ją do złych rzeczy, szybko ją tracą. Bong Soon ukrywa swój dar udając zwykłą dziewczynę i stara się prowadzić normalne życie, jednak wszystko się zmienia, gdy na jej drodze pojawia się gang rzezimieszków. Właśnie wtedy spotyka na swojej drodze bogatego, przystojnego i przeuroczego Ahn Min Hyuka, który to jest prezesem firmy produkującej gry. Dzięki swojej sile (i zauroczeniu prezesa) Bong Soon zostaje jego ochroniarzem.

7. Nobody Knows

Kojarzycie tych wszystkich wypranych z uczuć detektywów, dla których nie liczą się żadne romanse, a jedynie złapanie mordercy? Taką postacią jest Cha Young-Jin (Kim Seo-Hyung), która została policjantką z powodu śmierci najlepszej przyjaciółki. Seryjny morderca pozostawał nieuchwytny przez lata, lecz niemal chwilę przed tym, gdy sprawa miała się przedawnić, zaatakował ponownie, a detektyw Cha robi wszystko, by go dopaść. 

8. Angel's Last Mission: Love

Lee Yeon Seo ma ostry charakter, nie lubi i nie ufa ludziom, a przy tym ktoś ciągle próbuje ją zabić. W zasadzie trudno jej się dziwić, skoro jej rodzice umarli, ona sama straciła wzrok i musiała porzucić karierę beleriny, a jedyni żywi członkowie jej rodziny to skończone szumowiny. Jakoś radzić sobie trzeba, a bycie miłą i uroczą w tym przypadku raczej nie zadziała, o ile nie jest się Kopciuszkiem, któremu książę przybiegnie na ratunek. Co prawda Lee Yeon Seo księcia nie dostaje, ale za to została karą dla anioła, który aby się zrehabilitować musi znaleźć dla dziewczyny drugą połówkę.

9. Mrs. Queen

Mocno wahałam się przy wstawieniu tego tytułu, dlatego że "Mrs. Queen" to drama z tak pokręconym gender bender, że dochodzi do zamiany ciał, w której kucharz z Błękitnego Domu w wyniku wypadku trafia do ciała Kim So Yong, przyszłej królowej Joseon. Tak że nasza główna bohaterka w rzeczywistości jest bohaterem ubranym w jej skórę. Ostatecznie zdecydowałam się dołączyć tę dramę do zestawienia, ponieważ mimo 'myśli' głównego bohatera, jego kobiecy pierwiastek bardzo często przejmuje nad nim kontrolę, w efekcie czego mamy okazję oglądać coś na kształt współczesnej kobiety przeniesionej w czasie (możliwe, że to moja bardzo subiektywna opinia, bo nasza główna z "Moon Lovers" była bardziej potulna).

A jeśli macie ochotę przejrzeć wszystkie dotychczas opublikowane teksty o dramach, to kliknijcie poniżej:
i...
...wpadnijcie na Facebooka, gdzie każdy wtorek jest Azjatyckim Wtorkiem!

Ps. Oglądaliście się którąś z powyższych dram? A może dodalibyście kolejną bohaterkę do listy? 
Ps2. Uprzejmie informuję, że wystartowała ankieta dla stałych czytelników bloga - bawcie się dobrze podczas wypełniania!

Czytaj całość

Filmy na randkę - czym kierować się przy ich wyborze?



Randka, czy to pierwsza, czy kolejna jest bardzo ważnym wydarzeniem w życiu zarówno kobiety, jak i mężczyzny. Pomysłów na wspólne wyjście jest naprawdę wiele, jednak najpopularniejszym jest romantyczny wieczór we dwoje przy ciekawym filmie. Może to być kino albo sens w domu. Ważny jest film. Jaką produkcję wybrać, żeby filmowa randka była udana. Poniżej kilka podpowiedzi dla was.

Film na pierwszą randkę
Znacie się od niedawna, ale coś zaiskrzyło i postanowiliście spędzić wspólnie wieczór na seansie filmowym. Produkcji do obejrzenia jest naprawdę wiele i wybór odpowiedniej na pierwszą randkę, może okazać się bardzo trudny. Horror, film akcji, a może dramat? Jeśli nie wiemy, jaki gatunek filmowy preferuje nasza wybranka, warto postawić na coś, co rozbawi was oboje. Najlepsze komedie rozbudzą w was pozytywne emocje, będziecie się razem śmiać, a to będzie miało korzystny wpływ na waszą dalszą znajomość. Skojarzycie swoje towarzystwo z dobrą zabawą i uśmiechem na twarzach.

Seans filmowy nie tylko na pierwszej randce
Spotykacie się już jakiś czas, a może jesteście już razem kilka lat i nadal chodzicie na randki. Kolacje przy świecach, wieczorne spacery, a nawet ekstremalne przygody to świetne pomysły na wspólne wyjście. Jednak kino i dobry film nadal wydaje się dobrym miejscem na randkę. Teraz wiecie już, jakie gatunki filmowe preferuje każda ze stron, więc powinno być łatwiej wybrać film. Pomimo to macie problem? Ona nie lubi horrorów, a do Ciebie nie przemawiają dramaty obyczajowe? Nadal możecie wybrać najlepsze komedie, które akurat wyświetlane są w kinach. Innym rozwiązaniem, równie dobrym, mogą okazać się thrillery oraz filmy sensacyjne. Te gatunki filmowe dostarczą wam zastrzyk adrenaliny i dzięki nim przeżyjecie w kinie emocjonujące chwile.

Wciągający serial propozycją na kilka kolejnych randek
Światowa pandemia na jakiś czas zamknęła nas w domach. Restauracje, teatry, kina i inne miejsca dostarczające rozrywki były zamknięte. Nie wiadomo, czy sytuacja ta się nie powtórzy. Jednak jeśli chodzi o randki, nie jest to tak dużym problemem. Romantyczną kolację możesz przygotować w domu, a zamiast wypadu do kina, zaserwować swojej drugiej połówce dobry i wciągający serial. Oczywiście niekoniecznie jest to propozycja na pierwszą randkę, ale na kolejną już jak najbardziej. Możecie umawiać się na takie nietypowe randki raz w tygodniu. Na przykład w dniu emisji nowego odcinka. Bardzo pomocne w takich spotkaniach są wszelkiego rodzaju platformy streamingowe, takie jak:
► Netflix
► HBO Go
► Amazon Prime Video
► Player
► VOD
► Ipla
► Disney+
► Apple
Są one bogate w różne gatunki sitcomów, od komediowych, poprzez obyczajowe, kończąc na serialach pełnych grozy. Każdy miłośnik odcinkowych produkcji znajdzie tam coś dla siebie.

Najlepsze recenzje filmów i seriali
Wiesz już jaki gatunek filmu lub serialu wybrać, lecz nadal nie wiesz, czy ta produkcja będzie dobrą opcją. Na blogu Ekspert.ceneo.pl znajdziesz opisy oraz recenzję najpopularniejszych filmów i seriali, które możesz zobaczyć zarówno w kinach, jak i na platformach streamingowych. Ponadto blog zawiera artykuły na temat różnego rodzaju gier oraz sprzętu RTV. Dowiesz się z nich między innymi, jaki telewizor wybrać, żeby wspólne seanse były jeszcze lepsze.

Ps. Gdybyście mieli iść dziś na randkę, jaki film wybralibyście?
Czytaj całość

Nie na zawsze czerwona, czyli o Czarnej Wdowie i małej Wdowie

Czarnej Wdowy nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. A może jednak? Choć Natasha Romanoff znana pod pseudonimem Czarna Wdowa, należy do szóstki z pierwszej wersji Avengersów, to tylko ona wraz z Hawkeye’em nie doczekała się własnej pełnometrażówki przed zakończeniem Infinity Saga, i właściwie poznając historię Avengersów jedynie przez pryzmat filmów z MCU niewiele można o niej powiedzieć poza tym, że była.

[Ten akapit zawiera spoilery z poprzednich filmów z MCU - Sprawdźcie zaktualizowaną kolejność oglądania!] A no właśnie, była. Jeśli oglądaliście "Avengers: Endgame" i żałoba po Starku czy Lokim całkiem nie pozbawiła Was wspomnień, to z pewnością pamiętacie, że Natasza już nie żyje. Poświęciła się, by Avengersi mogli zdobyć Kamień Duszy. Szczerze mówiąc, sama niemal o tym zapomniałam, bo wciąż nie uporałam się ze śmiercią Tony'ego, a i twórcy filmu przeszli ze śmiercią Czarnej Wdowy do porządku dziennego dość szybko. Jednak teraz (po roku pandemicznej obsuwy) w końcu oddali jej honor i opowiedzieli historię tej rewelacyjnej bohaterki, która kopie tyłki bez supermocy.


Chociaż "Czarna Wdowa" jest pierwszym filmem z VI fazy MCU, fabuła cofa nas do wydarzeń rozgrywających się zaraz po "Wojnie Bohaterów" i rozbiciu Avengersów. Natasha była jedną z tych, ściganych przez władze, jednak zamknięcie w celi nie wydawało jej się zbyt ciekawą opcją. Zamiast tego wolała się zaszyć na totalnym odludziu i w końcu odpocząć. Jednak zabawa w survival czy chillowanie z Netflixem nie było jej dane, bo niemal od razu została wciągnięta w walkę o wyzwolenie wdów spod kontroli sztampowego złoczyńcy. Czy kogokolwiek to dziwi? 

Nie od dziś wiadomo, że Marvel w złoczyńców nie umie. Raz mu się zdarzyło z Thanosem, ale cała reszta była, bo była, a że była tak bylejaka, że nikt ich nie pamięta, to już niestety standard. Jako fanka złoczyńców byłabym tym może odrobinę rozczarowana, gdyby nie fakt, że filmy Marvela nie potrzebują przyzwoitego złoczyńcy, by być rewelacyjne. Właściwie cały wątek z ratowaniem świata, choć niby główny, to dla mnie był poboczny. Więcej uwagi poświęcałam pokręconej pseudo-rodzince Czarnej Wdowy, bo zapewniali znacznie lepszą rozrywkę. 

Choć "Czarna Wdowa" nie jest orgin story, to w pewnym sensie spełnia tę funkcję, bo nie tylko dowiadujemy się na jakich warunkach była agentka KGB zgodziła się ratować świat pod sztandarem powiewającej radośnie na wietrze amerykańskiej flagi, ale także poznajemy jej "rodzinę":
- Totalnie zakochanego w samym sobie ojca, który niegdyś był wielkim i potężnym Red Guardianem, a obecnie zdziadział bardziej niż Thor po wpadnięciu w depresję.


- Całkiem bystrą matulę, która poza tym, że jest bystra, niczym się nie wyróżnia, ale ma dobrą chemię ze zdziadziałym obrońcą ZSRR.
- Dorosłą siostrę wdowę, która przez większość czasu zachowuje się, jak nastolatka przytłoczona nagłą zmianą hormonalną i kurcze uwielbiam ją za to!

Oglądanie tych patologicznych relacji łączących członków fikcyjnej rodziny równie fascynujące, co zabawne, choć przyznaję, że spaczona "Gildią Zabójców" zdecydowanie zbyt często porównywałam zdziadziałego tatusia i jego zabójczego żelka do Dariusa i Alyssy (tego chyba już się nie da wyleczyć). Niemniej to właśnie ten wątek był dla mnie osobiście największą zaletą tego filmu. Nawet nie przez humor (choć to też!), czy przez zafascynowanie postaciami szpiegów (choć to też!), ale przez samo pokazanie dysfunkcyjnej rodziny, która pewnie przerażałaby bardziej, gdyby jej członkowie rzeczywiście byli związani krwią, jednak w przypadku wyłącznie relacji nawiązanych przez pracę pod przykrywką przed wieloma laty, ta relacja stawała się urocza. 


W tym momencie nie sposób nie wspomnieć ponownie o Yelenie (Florence Pugh), która jako młodsza Wdowa mocno daje radę, a wręcz jest na poziomie Natashy, a jako siostra jest uroczo sfochowana. Yelena okazała się tak udaną postacią, że po seansie nie miałam pewności, czy twórcy stworzyli "Czarną Wdowę" w formie hołdu dla Natashy, czy też po to, by wprowadzić nową bohaterkę do MCU? Bo akurat to, że Yelenę jeszcze zobaczymy, jest bardziej niż pewne, a scena po napisach tylko nas w tym utwierdza (swoją drogą czy szykuje nam się skład podróbek Avengersów?). Nie będę narzekać, bo młodsza siostra daje radę i ma zadatki na bycie czymś więcej niż postacią na otarcie łez. 


Podsumowując, Marvel zaserwował nam kolejny bardzo dobry film, który rozluźnia atmosferę po tym, jak nas "Infinity War" i "Endgame" poobijały. Momentami jest zabawny, momentami przerysowany, zwłaszcza gdy w grę wchodzą sceny walki na rozpadającym się... a zresztą sami zobaczycie... Niemniej nie zaliczałabym "Czarnej Wdowy" do typowego kina superbohaterskiego, bo przypominam, że tym razem skupiamy się na postaci nieposiadającej supermocy, ani bogu, ani nawet geniuszu i filantropie o zasobnym portfelu i super zbroi, tylko na kobiecie potrzebującej po walce Ibupromu. Co wcale nie znaczy, że twórców wyobraźnia nie poniosła. Skąd! Mamy tu momentami tak niewiarygodne sceny walki, że aż dziw, że to nie jest film o zombie (serio, oni powinni umrzeć przynajmniej czterokrotnie, a jednak wciąż wstają!). W ten bardzo pokrętny sposób chciałam powiedzieć, że jestem mocno na TAK przy polecaniu tego tytułu! Choć kilka rzeczy sprawiało, że wywijałam oczami jak szalona, to ogólnie bardzo dobrze bawiłam się podczas oglądania - ale to Marvel, więc było do przewidzenia.

Ps. A Wy wróciliście już do kin po tej okropnie długiej przerwie? Tęskniliście za przesolonym popcornem równie mocno jak ja?

Czytaj całość

Nadciąga Lipiec, a wraz z nim premiery książkowe!



W końcu lato - słońce, więcej wolnego i temperatury, które mnie osobiście przerażają bardziej, niż nie jeden horror. A jak lato, to wiadomo: zdecydowanie mniej książkowych premier, chociaż to wcale nie oznacza, że nasze portfele będą mogły przybrać na wadze po potężnym zalewie premier z ostatniego dnia czerwca (ekhm...Gildia Zabójców...ekhm...Płonący bóg...ekhm...California Boy...ekhm... Vertex). Zresztą sami zobaczcie:
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data: 9 lipca

Zazwyczaj nie wrzucam do zapowiedzi  kontynuacji serii, których jeszcze nie miałam okazji przeczytać, ale "Czerwony Lotos" zbiera tak dobre opinie, że zamówiłam i zaległoci będę nadrabiać, więc liczę, że tym razem mi wybaczycie.

Bogowie dali mu kiedyś szansę na odkupienie i wieczny spokój... ale wrócił do żywych, jak upiór. 
Teraz śmierć podąża za nim, zabierając innych, skoro nie mogła zabrać jego.
Klan Nagata umiera. Wiekowy daimyo nie poprowadzi już swoich wojowników do żadnej walki. Jego kilkuletni, chory syn z całą pewnością umrze jeszcze przed ojcem. Klan Węża podstępem wpełza w granice prowincji i zatruwa swym jadem wszystko, co napotka . Armię bandytów bez honoru prowadzi istota, której nawet Duch będzie musiał się pokłonić. Na granicy nieprzeliczone oddziały Manduków czekają tylko na sygnał do ataku.
Tak, dni klanu Nagata są policzone.
Zanim jednak zapłoną stosy pogrzebowe, stary samuraj o żelaznej duszy pośle po umierającego chłopca wojownika, którego zrodziła magia.
Magia. To ona rozpoczęła to wszystko. I ona też tę historię zakończy.
Wydawnictwo: Jaguar
Data: 14 lipca

Dom na odludziu i sekret, który odmieni życie bohaterki.
Mroczne siły tylko czekają, by schwytać ofiarę w swe sidła.
Emilia, warszawska prawniczka porzuca wielkomiejską karierę, aby zamieszkać w Pełniku, miejscowości leżącej w leśnych ostępach Kotliny Kłodzkiej, w której się wychowała. Odziedziczony po zmarłej ciotce dom ma się okazać wyzwoleniem, kluczem do życiowych zmian. Dziewczyna planuje odnowić dworek i prowadzić w nim pensjonat. 
Nie zna jednak sekretów, jakie kryje z pozoru sielski Pełnik. Spadek ciotki Edny okaże się czymś o wiele więcej niż tylko podupadającą posiadłością, w której Emilia planuje generalny remont...
W jej nowym życiu, pełnym napięcia i dziwnych wydarzeń, pojawią się jednocześnie dwaj mężczyźni, skrajnie różni, lecz równie fascynujący. Emilia wahać się będzie między ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje jej jeden, a diaboliczną namiętnością drugiego.
Czy mrok ogarnie ten świat? Co wspólnego z przeklętym dziedzictwem ma tajne stowarzyszenie Omnia Paribus? Czy miejscowe legendy kryją w sobie ziarno prawdy? 
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data: 6 lipca

W świecie Europy doby renesansu, przesyconym konfliktami i dramatami, na pograniczu, gdzie zderzają się ze sobą imperia i religie, ważą się losy świata...
Z Senjanu, cieszącego się złą sławą pirackiego miasteczka, wyrusza młoda kobieta, która szuka zemsty za utratę rodziny. Tej samej wiosny z bogatego państwa-miasta Seressy, słynącego ze swoich kanałów i laguny, wyprawiają się dwie bardzo różniące się od siebie osoby: młody malarz, który zmierza na niebezpieczny wschód, by na życzenie wielkiego kalifa namalować jego portret oraz obdarzona żywą inteligencją, powodowana gniewem kobieta udająca żonę lekarza, lecz wysłana przez Seressę w misji szpiegowskiej.
Statkiem handlowym, na którego pokładzie płyną, dowodzi posiadający wszelkie zalety młodszy syn z kupieckiej rodziny, targany wątpliwościami co do przeznaczonego mu życia. A jeszcze dalej na wschód pewien chłopiec szkoli się na żołnierza, by zdobyć chwałę w nieuchronnie zbliżającej się wojnie. Ich losy się splatają, a ich życie wisi na włosku, ponieważ kalif wysyła wielką armię, która ma zająć potężną fortecę, stanowiącą bramę do zachodniego świata...

Wydawnictwo: Books4YA
Data: 14 lipca

Przywodzi mi to na myśl klimat starych slasherów, więc chcę sprawdzić, czy to się potwierdzi.

Zamiana szkoły bywa zabójcza!
Pierwszego dnia w nowej szkole Ruby znajduje na swojej szafce kartkę z napisem WIEM, ŻE TO TY. Jest przerażona myślą, że ktoś odkrył jej mroczną tajemnicę - dowiedział się, że jako czterolatka przyczyniła się do śmierci przyjaciółki – Hanny – podczas wspólnej zabawy na placu zabaw.
Tymczasem giną kolejni uczniowie z nowego liceum Ruby. Dziewczyna szybko zdaje sobie sprawę, że tajemniczy morderca chce zrzucić na nią winę za te zbrodnie. A może to ona ma być następną ofiarą?
Kolejny trzymający w napięciu thriller Sue Wallman, autorki: Kłamstwa minionego lata, Dzisiaj umrzesz ty i Zobacz, jak oni kłamią.

Wydawnictwo: Kompania Mediowa
Data: 14 lipca

"Bądź sexy i nie daj się zamordować" zajęła pierwsze miejsce listy bestsellerów magazynów "New York Times" i "USA Today". Nic dziwnego! Autorki - Karen Kilgariff oraz Georgia Hardstark - to twórczynie jednego z najciekawszych i najbardziej popularnych podcastów ostatnich lat, czyli "My Favorite Murder!"
Poznały się na imprezie. Spędziły kilka godzin, żywo dyskutując o głośnych morderstwach i ulubionych filmach kryminalnych. Tak powstał pomysł na podcast, w którym przeplatają opowieści o zbrodniach z osobistymi historiami o życiu. Teraz możecie poznać je jako autorki książki "Bądź sexy i nie daj się zamordować". Kilgariff i Hardstark przytaczają całą serię najgorszych błędów, które zdążyły popełnić w życiu, opowiadając o nich w sposób pełen humoru, wzajemnego zrozumienia i z dystansem do swoich słabości i lęków. Jednocześnie pokazują uwikłanie w świat funkcjonujący na męskich zasadach i codzienne trudności z tym związane.
Karen i Georgia sięgają do przeszłości, by na przykładzie własnych przeżyć oraz prawdziwych historii kryminalnych pokazać kulturowe i społeczne schematy, z którymi od lat muszą zmagać się kobiety na całym świecie. Piszą szczerze i z ogromnym dystansem do siebie, z wielką dozą zdrowego rozsądku i bardzo obrazowo. To feministyczna, słodko-gorzka, zabarwiona czarnym humorem i dużą ilością empatii opowieść o tym, jak walczyć o bycie sobą. Na własnych regułach.


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data: 30 czerwca

A jeśli jakimś cudem nic wcześniej nie przykuło Waszej uwagi, to wiecie co trafiło do księgarń dzień przed tym, nim lipiec się zaczął (z tego powodu czuję się odrobinę rozgrzeszona za spam)? "Gildię Zabójców" możecie już dorwać praktycznie wszędzie, w tym nawet na Legimi, a w Bonito jest wersja z autografem w ograniczonej ilości.

Poznajcie Alyssę, bohaterkę o dwóch twarzach: bezlitosną zabójczynię mordującą z uśmiechem na ustach oraz dziewczynę tęskniącą za normalnym życiem. Alyssa żyje w cieniu naszego świata, w świecie dostępnym wyłącznie dla elity, gdzie Gildiami Zabójców rządzą bezlitośni królowie. Kiedy łamie jedno z praw Gildii, musi zapłacić za to własną krwią, a przed całkowitą utratą zdrowych zmysłów chroni ją jedynie pragnienie zemsty i wizja ponownego spotkania z zaginionym bratem.
Po półrocznych torturach zabójczyni próbuje wrócić do normalnego życia. Od króla Europejskiej Gildii otrzymuje zaproszenie na koncert, na którym poznaje swojego przyszłego klienta. Chowając swoją prawdziwą naturę pod maską normalnej dziewczyny, Alyssa nawiązuje coraz bliższą relację ze zleceniodawcą i jego przyjaciółmi. Czy uda jej się wykonać nietypowe zlecenie i rozwiązać zagadkę upadku rodzinnej firmy oraz zabójstwa sprzed dekady? Czy odnajdzie brata? Jaką ścieżkę wybierze? Wejdźcie do brutalnego świata Gildii Zabójców, żeby się przekonać.

Ps. Standardowo dajcie znać, co Wam wpadło w oko oraz co dobrego kupiliście w czerwcu? 
Pps. U eM poleca znajdziecie zagraniczne zapowiedzi!

Czytaj całość

Rachel Zegler jako Królewna Śnieżka i Disney jako rasista?



Wczoraj wieczorem wybuchła informacja, że Rachel Zegler została obsadzona jako Królewna Śnieżka w nowym filmie Disneya. Internet oszalał! I bynajmniej nie dlatego, że wszyscy radośnie cieszyli się na wieść o kolejnej aktorskiej wersji znanej baśni tworzonej przez bajkowego giganta. Nope. Znów poszło o kolor skóry aktorki, a ja z dumą założyłam czapkę foliarza i wymyśliłam popkulturową teorię spiskową! Ale po kolei.

Zacznijmy od oryginalnej Królewny Śnieżki, a raczej Śnieżyczki, bo tak w oryginale nazywała się owa królewna (od przebiśniegu), której historia krążyła już od połowy XVII wieku, jako baśń ludowa, nim 150 lat później (w 1812 r.) bracia Grimm przelali ją na papier i zaprezentowali światu we własnej wersji. Jak wszyscy dobrze wiemy (bo utrzymuje się to w każdej wersji tej baśni) matka królewny marzyła o córce "o włosach czarnych jak heban, skórze białej jak śnieg i ustach czerwonych jak krew" i taką dostała.  Że tak powtórzę: "O skórze białej jak śnieg", wiecie... śnieg, przebiśnieg, Śnieżka - to nie wzięło się znikąd. Czujecie smród nadchodzącej gównoburzy, gdy patrzycie na zdjęcie Rachel Zegler? 

Wiecie, ja jestem trochę ignorantką. Patrzę na człowieka i w zasadzie nie zastanawiam się nad jego kolorem skóry, dopóki ktoś mi go nie wskaże lub ta osoba nie będzie zielona (to faktycznie mogłoby mnie zdziwić). W zasadzie patrząc na Rachel Zagler nie jestem do końca pewna, do jakiej szufladki ją wsadzić. Wściekły tłum i część portali (jak choćby Spiderweb) nazywają ją ciemnoskórą, trochę mnie to zaskoczyło, dlatego poszłam do źródła wszelkiej mądrości (Wikipedii) i sprawdziłam. Okazuję się, że matka aktorki jest Kolumbijką, a ojciec polskiego pochodzenia, więc dla jasności, wszelkie przejawy rasizmu są w tym przypadku nie tylko głupie, ale też nieuzasadnione. W czym więc problem? A no dalej w wyglądzie, bo zaczęłam podejrzewać, że Disney zrobił to celowo i wcale nie powodowały nim szlachetne pobudki. 

Patrząc na Rachel Zagler na materiałach promocyjnych do "West Side Story", myślę, że będzie piękną Śnieżką. [Źródło]

To, co za moment napiszę, nie spodoba się wielu osobom, czyli zapewne wszystkim fanom Disneya. Zaczynam podejrzewać, że Disney podstępnie próbuje wzmocnić rasizm. Wiem, wiem, brzmi to co najmniej głupio, ale wysłuchajcie mnie, bo z tą czapką foliarza mi do twarzy.
Widzicie, może i totalnym minięciem się z prawdą jest nazwanie Rachel Zagler czarnoskórą, to jej uroda nikomu z Królewną Śnieżką się nie kojarzy. W przypadku każdej innej księżniczki Disneya nie byłoby z tym problemu (no może poza Mulan), jednak jak wspomniałam, Śnieżka jest przez swój wygląd definiowana do tego stopnia, że przez to zyskała swe imię. I teraz pojawia się pytanie, czy Disney nie jest tego świadomy? Może pomimo zrobienia najsłynniejszej adaptacji tej baśni, kompletnie nie zna tego opisu? A może Disney wierzy, że żyjemy już w świecie, w którym na biedną aktorkę nie posypie się teraz masa hejtu (Chciałabym!)? Cóż... jest jeszcze opcja, że w ten pokrętny sposób Disney chce działać na rzecz tolerancji, ale prawda jest taka, że jego działania przyniosą odwrotny efekt.

Czy Disney jest rasistowski? 

Cóż... z pewnością, a przynajmniej tak było na początku i ciągnęło się to przez wiele filmów animowanych, za co był powszechnie krytykowany, aż w końcu na platformie Disney + zdecydowano się umieścić ostrzeżenie: "This program includes negative depictions and/or mistreatment of people or cultures”. Jak tłumaczą, uważają te stereotypy za błędne wtedy i za błędne teraz, lecz zamiast usuwać te treści, wolą uznać ich szkodliwy wpływ, uczyć się z nich i inicjować rozmowy, aby wspólnie stworzyć bardziej integracyjną przyszłość. I to jest okey. Trudno odciąć się od przeszłości i lepiej się do niej przyznać i wziąć odpowiedzialność za błędy, niż chować je pod dywan. Dodatkowo warto mieć na uwadze, że kadra się zmienia, a osoby, które tworzyły te animacje, już zapewne dawno zniknęły z wytwórni. 

Problem jest w tym, że mimo wszystko Disney wciąż wzbudza wiele kontrowersji w kwestii problemów na tle rasowych. Ledwie trzy lata temu wybuchnął skandal przy wątpliwych wyborach castingowych przy pracach nad aktorską wersją "Aladyna", gdy Kaushal Odedra doniósł mediom, że na planie „Aladyna” widział co najmniej 20 aktorów o bardzo jasnej skórze, którzy czekali w kolejce do charakteryzatorni, by przyciemniono ich cerę przed rozpoczęciem zdjęć. Trudno uwierzyć, że kręcąc film w XXI wieku w UK zdecydowano się przyciemniać białych aktorów, zamiast zatrudnić osoby o arabskim czy azjatyckim pochodzeniu. Pomijam już nawet zarzuty o „whitewashingu” przy wyborze Naomi Scott do roli Jasminy, czy zastąpienia księcia Achmeda księciem Andersonem z Norwegii.

Jeśli sam przykład "Aladyna" to za mało, to przypomnijmy sobie problemy z "Mulan", gdzie wtopa była tak koszmarna, że ludzie bojkotowali film na ogromną skalę. Tym razem nie był to problem z kolorem skóry aktorów, lecz kompletna niewrażliwość i zignorowanie łamania praw człowieka. Sprawa jest na tyle złożona, że wolę odesłać Was do artykułu w Noizz, by tego nie spłaszczyć, ale w ogromnym uproszczeniu część zarzutów rozbija się o podziękowania na końcowych tablicach filmu dla Biura Bezpieczeństwa Publicznego w Turpan, stolicy Xinjiang,  gdzie kręcono zdjęcia i gdzie znajdują się przymusowe obozy re-edukacyjne dla społeczności Ujgurów. Przy okazji to, jak przedstawiono Mortial Arts i Qi będzie bolało każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie o kulturze Chin. Wisienkę na torcie położyło Disney Polska, które poserduszkowało taki oto wpis:


Jasne, za to akurat odpowiadała agencja obsługująca konto w imieniu marki, ale wciąż problemy są widoczne nawet bez tego. Biorąc pod uwagę, że przez zastój z produkcjami przez pandemię, te filmy są stosunkowo świeże, to równie świeże są problemy. I tu nagle wpada Disney, który po wszystkich zebranych przez lata batach i niesamowitym nagłośnieniu problemu przez ruch Black Lives Matter, nie mógł sobie pozwolić na kolejną wtopę, postanowił pójść w drugą stronę z tak problematyczną w tym temacie księżniczką. Pozostaje samemu odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy zrobił to z premedytacją (w złej lub być może dobrej wierze), czy zwyczajnie wytwórnia zatrudnia osoby, które są kompletnie niewrażliwe na nastroje społeczne?
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella