Ballada Ptaków i Węży by Suzanne Collins


Witajcie na 10 Głodowych Igrzyskach! W "Balladzie Ptaków i Węży" Suzanne Collins powróciła do serii "Igrzysk Śmierci", lecz tym razem to nie Katniss Everdeen jest główną bohaterką, lecz jej nemezis - Coriolanus Snow, który w przyszłości będzie rządził żelazną ręką całym Panem!

Mroczne Dni, które przyniosły cierpienie całemu Panem i zakończyły się klęską Rebeliantów i podpisaniem Traktatu o Zdradzie, młody Coriolanus z trudem podtrzymuje legendę o wielkości rodu Snow. Wojna zabrała mu ojca i matkę, a zniszczenie Trzynastego Dystryktu równało się z puszczeniem z dymem całego majątku, przez co nawet dekadę po wojnie osierocony Corio klepie biedę i pewnie dawno umarłby z głodu, gdyby Akademia, do której uczęszcza, nie zapewniała swoim uczniom wyżywienia i mundurków. Sytuacja jest dla niego dodatkowo utrudniona przez to, że od Snowa oczekuje się wiele, a jedyną szansą na poprawienie swojej sytuacji jest skończenie szkoły, otrzymanie pełnego stypendium na studiach, a w przyszłości dobrej pracy, dzięki wciąż wyrabianym kontaktom, które znikną, gdy jeśli nie uda mu się podtrzymać kłamstwa. Czy to brzmi jak opis negatywnej postaci?


"Niby istota ludzka, ale zezwierzęcona. Może i bystra, ale na niższym poziomie ewolucji. Stanowiła element bezkształtnej masy nieszczęsnych, barbarzyńskich stworów, które krążyły na obrzeżach świadomości Coriolanusa"

Mam spory problem z postacią Coriolanusa. Z jednej strony wiem, że wyrośnie na największego złoczyńcę głównej trylogii (chociaż i tak uważam, że inne postacie, w tym również te uznawane za pozytywne, dopuściły się gorszych rzeczy), a i w "Balladzie Ptaków i Węży" trudno nazwać go pozytywnym bohaterem, jednak z drugiej strony nazywanie go złym również jest sporą przesadą. Nie chcę Wam spoilerować, więc postaram się to wyjaśnić ogólnikowo. Życiowa sytuacja Corio, jak zdążyliście już zauważyć, nie była zbyt wesoła, a rzeczywistość wokół niego również do różowych nie należała - Panem jest złym miejscem do życia nie tylko dla ludzi z Dystryktów, ale także dla mieszkańców Kapitolu. W dodatku pani doktor psychopatka wybrała sobie naszego bohatera na królika doświadczalnego. W takich okolicznościach inteligentny chłopak, a umówmy się, że Snow do takich należy, doskonale zdawał sobie sprawę, że najmniejszy błąd będzie go drogo kosztował, więc nie bardzo miał możliwość bycia nieskazitelnym idealistą.

A skoro o nieskazitelnych idealistach mowa, to dostaliśmy jeszcze jednego bohatera, któremu warto się przyjrzeć - Sejanusa Plintha. Śmiało możemy go określić przeciwieństwem Corio pod każdym względem. Dzieciak o dobrym sercu i ptasim móżdżku, który zamiast rodowodu ma pieniądze. Za bardzo cenię Suzanne Collins, by napisać, że stworzyła tę postać, żebyśmy ją polubili, bo to po prostu niewykonalne. Sejanus postał dla równowagi i kontrastu, a sama Collins zapewne na jego przykładzie chciała pokazać, co się dzieje z ludźmi o czystym sercu w przegniłym świecie. Niemniej sama podczas czytania miałam w głowie jedynie, że Sejanus istnieje wyłącznie po to, by wpędzać Coria w problemy, a mnie irytować. [Spoiler] Parząc na toksyczną więź, która połączyła go z młodym Snowem i to, co przez niego Corio musiał robić, powinno wystarczyć, by udowodnić, że nasz główny bohater nie jest zły. On zwyczajnie musi radzić sobie z bajzlem, który pozostali narobili wokół niego. Jeśli ktokolwiek z Was uzna Sejanusa za dobrego człowieka i zapłacze nad jego losem, to chciałabym przypomnieć, że jego infantylność i skrajna nieodpowiedzialność zawsze narażała na niebezpieczeństwo bliskich mu ludzi. Dobro należy czynić, ale nie wbrew zdrowemu rozsądkowi, bo inaczej narobi się więcej szkód, niż mogłoby to przynieść korzyści. Zresztą czy trupy, które padły po rebelianckiej stronie pod koniec książki, są winą właśnie tego dobrego samarytanina?


Wróćmy jednak do fabuły, bo moralność Snowa odciągnęła mnie od tematu, a przecież czekają na nas 10 Głodowe Igrzyska, w których chłopak odegrał sporą rolę. Można byłoby pomyśleć, że po dekadzie urządzenia krwawej jatki na arenie, Kapitol będzie miał już ładnie wszystko ograne i będziemy mogli przeczytać o widowisku podobnym do 74 i 75 Głodowych Igrzysk. Nic bardziej mylnego! Organizatorzy nad niczym nie panują. Nie potrafią nawet zaciągnąć ludzi przed ekrany, ani utrzymać trybutów przy życiu, aż wyślą ich na arenę. Wydają się tak nieudolni lub niezainteresowani, że gdyby nie pomoc nastolatków, Igrzyska najpewniej wcale by się nie odbyły. A skoro o nastolatkach mowa, to właśnie dwudziestu czterech uczniów z najbardziej wpływowych kapitolskich rodzin zostało ogłoszonych mentorami trybutów, a Snowowi trafiła się... zgadniecie? Tak, naprawdę chodzi o dziewczynę z Dwunastki! Lucy Gray. I damm! Ta dziewczyna ma w sobie tyle przebiegłości i wdzięku, że można stracić dla niej głowę!

"Przedstawienie trwa, dopóki kosogłos nie zaśpiewa"

Snow i dziewczyna z Dwunastki, która od Dożynek przykuła uwagę całego Kapitolu, to jedynie początek podobieństw preqelu i oryginalnej trylogii. To, co się dzieje od momentu, gdy ją wybrano to taka powtórka z rozrywki, że momentami brakowało mi słów. Jeśli w ten sposób Suzanne Collins mrugała do czytelników, to musiało jej się zaciąć oko, bo innego wytłumaczenia nie widzę. Widzicie, kocham "Igrzyska Śmierci". To moja ulubiona książka i ulubiona seria, ale na bloga! Naprawdę chciałam podejść do "Ballady..." jak do oddzielnego tworu, jakby był napisany nim padła ostatnia kropka w "Kosogłosie", ale po prostu się nie dała. Tych nawiązań i podobieństw było momentami tak dużo i chwilami były wplatane tak bardzo na siłę, że zaczynałam się już czuć dziwnie, a krótka wzmianka o niesympatycznej sprzedawczyni z piekarni w Dwunastym Dystrykcie przelała szalę. Z drugiej strony były też nawiązania, które były strzałem w dziesiątkę, jak choćby geneza słynnej już piosenki "Drzewo Wisielców". Rewelacja, bo to po prostu typowa cecha prequelu!


Innym dobrym zagraniem było zrobienie ze Snowa głównej postaci, bo zarówno książka, jak i sam bohater zyskują dodatkową warstwę, gdy przy każdej scenie nasze mózgi porównują aktualne wydarzenia z przyszłymi, o których czytaliśmy w przeszłości. Porównanie tych dwóch obrazów powoduje swędzenie pod czaszką, które w końcu kiełkuje w prostą myśl, że nasze postrzeganie historii zależy od strony, która ją nam przedstawia i z którą sympatyzujemy. Dlatego też jestem olbrzymie ciekawa, jak będą postrzegać Corio osoby, które jeszcze nie miały okazji przeczytać "Igrzysk Śmierci".

Tak się rozpisałam, a i tak wciąż mi mało i czuję, że ciężko będzie mi się powstrzymać przed wyklikaniem kolejnego tekstu, tym razem skupiającego się wyłącznie na próbach odpowiedzenia na pytanie, czy Snow jest złoczyńcą. Niemniej na tę wypadałoby się już skupić na ocenie samej książki i muszę przyznać, że "Ballada Ptaków i Węży" jest naprawdę dobrą, ciekawą i przede wszystkim wciągającą książką, którą można omawiać przez pryzmat wielu zagadnień, a nawet zmieniła mój sposób postrzegania samej trylogii. Niestety równocześnie uważam, że jest znacznie słabsza od wcześniejszych książek w cyklu i mam co do niej mieszane uczucia. Dużym minusem jest fakt, że tym razem Collins nie udało się mnie doprowadzić do łez, ani nawet wzbudzić głębszych emocji, a uważałam ją za mistrzynię pod tym względem. Za minus uważam również brak schematu, do którego się przyzwyczaiłam, a także opis walki na arenie, który chyba był najsłabszą częścią. Niemniej wciąż będę powtarzać, że nawet jeśli "Balladzie..." daleko do "Igrzysk...", to wciąż znacznie wyprzedza książki, które nie zostały napisane przez Suzanne Collins, więc możecie czytać śmiało!

Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, traficie do miejsca, do którego codziennie dostarczam nowe treści!

Ps. Z prequelowych smaczków, co podobało Wam się najbardziej? Mnie zaintrygowały dalsze losy Tigris, bo wszyscy wiemy, jak skończyła.
Niech los zawsze Wam sprzyja!
Czytaj całość

Pirackie True Story, czyli Sindbad: Legenda siedmiu mórz!


Pochodząca z przełomu IX i X wieku opowieść o przygodach Sindbada jest jedną z najpopularniejszych historii opisanych w „Księdze tysiąca i jednej nocy”. Doczekała się licznych adaptacji i nawiązań w dziełach popkultury. DreamWorks w swoim filmie animowanym „Sindbad: Legenda siedmiu mórz” z 2003 roku postanowił się wyróżnić, a tym samym nie przywiązywać wagi do wiernego przełożenia oryginału na animację. Niemniej kilka wątków wyciągnięto z legend i mitów. Pozwólcie, że ponownie wejdę w rolę Szeherezady, by wyszczególnić co dokładnie i skąd zaczerpnął.


Legendarny Sindbad

Dawno, dawno temu, gdy w Bagdadzie panował Harun ar-Raszid, czyli na przełomie VIII i IX wieku, żył sobie Sindbad. Właściwie w tej opowieści spotykamy dwóch Sindbadów. Jeden z nich jest ubogim tragarzem, który pewnego dnia ma tak dość swojego ubóstwa, że zaczął się skarżyć publicznie do Allaha na niesprawiedliwość świata, w którym jedni są biedni, a drudzy bogaci. Jego lamenty usłyszał inny Sindbad zwany Żeglarzem, który postanowił zaprosić go do swojego domu oraz opowiedzieć, jak stał się bogatym człowiekiem - taki już z niego IX-wieczny coach. Szeherezada podzieliła jego historie na siedem części. Nie widzę sensu opowiadać wam dokładnie każdej przygody, jeśli nie nawiązuje do bajki DreamWorksu, więc pozwólcie, że przestawię je wybiórczo.

W opowieści o pierwszej podróży Sindbada dowiadujemy się, że jego ojciec umarł, gdy nasz bohater był bardzo młody, jednak pozostawił mu w spadku spory majątek. Gdy chłopak podrósł na tyle, by móc nim samodzielnie rozporządzać bardzo szybko go roztrwonił na przyjemności. Jednak zdążył się opamiętać, nim przepuścił ostatnią monetę i postanowił sprzedać wszystko, co jeszcze do niego należało, a następnie kupić inne towary, które nadawałyby się na handel. Tak rozpoczęła się kupiecka kariera Sindbada, który wraz z innymi przedstawicielami swojego fachu mknął przez morza od portu do portu, by pomnażać swój majątek. Po pewnym czasie ich statek przybił do niezwykle pięknej, bezludnej wyspy, która przypominała rajski ogród. Jednak po rozpaleniu ognisk zorientowano się, że nie jest to prawdziwa wyspa, lecz ogromna ryba, która od tak dawna dryfowała na morzu, że zdążył ją pokryć piasek oraz wyrosnąć krzaki i trawy, drzewa. Ryba czy wyspa - najwyraźniej trudno to odróżnić... W każdym razie w chwili, gdy najbardziej leniwa ryba świata poczuła ciepło ognisk na łuskach, postanowiła się zanurzyć w wodzie topiąc wszystko i wszystkich, którzy się na niej znajdowali. Część kupców zdążyła uciec na statek, ale wielu się to nie udało, co nie byłoby ogromną tragedią, gdyby postanowiono ich w porę wyłowić zamiast odpłynąć i zostawić ich na pewną śmierć, bo najwyraźniej logiczne zachowanie nie sprawdza się fabularnie.

Sindbad był jednym z tych, których pozostawiono, jednak udało mu się przeżyć, dzięki drewnianemu cebrowi, na którym dryfował do innej, tym razem prawdziwej wyspy. Tam też spotkał koniucha (czyt. parobek doglądający koni), który udzielił mu pomocy, a po pewnym czasie zabrał do króla Mahradżana, który był dla niego tak życzliwy, że nie tylko obsypał go dobrodziejstwami, ale również powierzył mu zarządzanie morskim portem. Sindbad miał takie szczęście, że dzięki wykonywanej pracy spostrzegł statek, którym podróżował, zanim prawie utonął. Udało mu się odzyskać pozostawiony na nim dobytek, sprzedać z zyskiem i powrócić ojczyzny, jako (ponownie) bogaty człowiek. Tak skończyła się pierwsza przygoda Sindbada Żeglarza, w której jedyną cechą wspólną z animacją stworzoną przez DreamWorks jest wyspa-ryba. It makes total sense.

Druga przygoda Sindbada również posiada jedno zwierzę, które widzieliście w bajce, a konkretnie ptaka Rucha (olbrzymi ptak występujący w mitologii perskiej, tak ogromny, że lecąc przesłania słońce i zmienia dzień w noc), którego spotkał, gdy w czasie kolejnej podróży kupieckiej jego statek przypłynął do bezludnej wyspy. I tym razem Sindbada pozostawiono samego, gdy reszta odpłynęła (zaczynam podejrzewać, że zwyczajnie nikt go nie lubił i to wyjaśniałoby również, że zabrał przypadkowego człowieka do domu i zaczął go zanudzać swoimi historiami). Najpewniej umarłby z głodu, gdyby nie spostrzegł ogromnego ptaka, który stał się jego drogą ewakuacyjną. Jego plan polegał na tym, by przywiązać się do nogi ptaka, licząc na to, że Ruch tego nie zauważy, a wylatując na polowanie zabierze go ze sobą w bardziej cywilizowane rejony świata. O dziwo, ten szalony plan wypalił, a Sindbad trafił do niebezpiecznej doliny w Diamentowych Górach. Nie bójcie się jednak, bo nie dość, że temu szczęściarzowi nic złego się nie stało, to jeszcze zdążył zwędzić kilka walających się po ziemi diamentów (bo jakżeby inaczej!). Za to na ptaka Rucha Sindbad trafił ponownie w czasie swojej piątej przygody, w której ponownie trafił na bezludną wyspę (skąd on wytrzasnął tyle bezludnych wysp?!). Tym razem jego towarzysze znaleźli jajo ptaka Rucha, które postanowili rozbić, wyciągnąć ze środka pisklę, które następnie zarżnęli i upiekli na ogniu. Doprawdy nie wiem, co nimi kierowało, ani dlaczego nie pomyśleli, że tak ogromne jajo mógł złożyć jedynie jeszcze większy ptak, który na sto procent bardzo się zdenerwuje, gdy tylko zorientuje się, co ci barbarzyńcy zrobili z pisklęciem.



Ku ogólnemu zaskoczeniu pojawiły się dwa wielkie i ogromnie wściekłe ptaki Ruchu, które w odwecie za zamordowane pisklę, postanowiły zniszczyć statek uciekających kupców. To nie było mądre, a za głupotę przyszło im zapłacić życiem. Uratował się jedynie Sindbad (bo jakżeby inaczej!). Złapał się deski i na niej dryfował do brzegu. Tam spotkał starca, który poprosił Sindbada, by przeniósł go przez wyspę na plecach. Nasz dzielny bohater licząc na to, że starzec mu się odwdzięczy, spełnił jego prośbę, co szybko okazał się sporym błędem, ponieważ on wcale nie zamierzał z niego schodzić, a zrzucić się nie dawał. Gdy Sindbad nie spełniał jego poleceń, ten zaczynał go kopać i siłą zmuszać do noszenia się po całej wyspie. Nie schodził, nawet gdy spał, a o toalecie lepiej nie wspominać, bo za wychodek służyły mu plecy Sindbada - tak właśnie takie bajki Wam opowiadam!

Mijał dzień za dniem, a plecy w fekaliach najwyraźniej brzydziły młodzieńca tak, że wszelkimi sposobami postanowił się upić, więc zrobił sobie wino ze sfermentowanych winogron. Na jego szczęście starzec postanowił mu je wypić, a przez to, że nigdy wcześniej nie pił żadnego alkoholu tak się sponiewierał, że zamroczony zsunął się z Sindbada i zasnął. Chłopak postanowił nie ryzykować, że po oswobodzeniu znów się na niego natknie, więc rozłupał mu czaszkę kamieniem. Później utrzymywał, że nie był to człowiek, lecz starzec morski (w mitologii greckiej wróżbitą i bogiem morskim, uznawanym za uczynnego i życzliwego dla żeglarz, więc chyba z Sindbada mały kłamczuszek), więc nie ma się czym przejmować, nie? Nie? Po pewnym czasie od tego zdarzenia do wyspy przypłynął statek, Sindbad znów się wzbogacił dzięki kokosom i wrócił do ojczyzny jako jeszcze bardziej majętny człowiek.

Zasadniczo to wszystkie przygody, które w jakimkolwiek stopniu zainspirowały twórców „Sindbad: Legenda siedmiu mórz”, czyli z oryginalnej historii zostało tylko to, że Sindbad podróżował statkiem po morzu, trafił na wyspę, która była rybą oraz spotkał ptaka Rucha. Niemniej chciałabym wam opowiedzieć o jeszcze jednej, czwartej przygodzie Sindbada, w czasie której bohater ponownie zatęsknił za przygodami, więc ruszył w morską podróż z towarami na sprzedaż. Sztorm zatopił statek, którym podróżował, a ocalali rozbitkowie trafili na wyspę zamieszkiwaną przez czarnoskórych, nagich tubylców (sorry, bezludne się wyczerpały). W ramach swojej gościnności poczęstowali oni Sindbada i jego towarzyszy potrawą, po której wszyscy oszaleli. Oczywiście poza przezornym niejadkiem Sindbadem (bo jakżeby inaczej!). Wtedy wyszło na jaw, że plemię zamieszkujące wyspę to kanibale, więc nasz bohater od nich zbiegł (tak, porzuciwszy swoich kompanów). Po kilkudniowej wędrówce trafił do ludzi, którzy zaprowadzili go do swojego króla, który bardzo go polubił, a później obrzucił kosztownościami za skonstruowanie siodła, bo dotąd nie znał tego wynalazku. Wkrótce nasz bohater znalazł sobie piękną żonę, z którą wiódł szczęśliwe życie, aż do momentu, gdy zmarła. Sindbad już wcześniej wiedział o obowiązującym zwyczaju, wedle którego wraz z ciałem zmarłego zamyka się żywego współmałżonka. Cóż… ludność tego kraju naprawdę nie lubiła przysięgi „póki śmierć nas nie rozłączy”, więc postanowili ją obejść. Niemniej nasz bohater nie był przezorny i nie uciekł zaraz po śmierci swej żony, dlatego został siłą zamknięty z jej truchłem oraz skromnymi zapasami jedzenia i picia w podziemnej jamie. Gdy żywność zaczęła się kończyć do jamy została wrzucona kobieta ze swoim zmarłym mężem oraz pożywieniem.


Jak sądzicie, co w takiej sytuacji mógł zrobić Sindbad?
a) pocieszyć płaczącą kobietę, która z wdzięczności podzieliłaby się z nim swoimi zapasami, a po kilku dniach pokochała i wspólnie znaleźliby wyjście z sytuacji.
b) zajść płaczącą kobietę od tyłu i bić do momentu, w którym zginie, a następnie zjeść jej zapasy żywności.

Jeśli obstawialiście rozwiązanie a) to muszę was rozczarować. Sindbad zabił ją dla jedzenia. Później to samo uczynił z kolejnymi świeżo upieczonymi wdowami i wdowcami (zaczynam rozumieć, dlaczego towarzysze zawsze zostawiali go na tych bezludnych wyspach). Utrzymywanie się przy życiu takim kosztem było tak okropnie bezcelowe, jak tylko mogło być, bo przecież wspólnymi siłami mogli podjąć próbę odsunięcia głazu zamykającego jamę lub szybciej spenetrować jej wnętrze, by znaleźć wyjście. A tak Sindbad znalazł otwór wykopany przez dzikie zwierzęta. Brawo Sindbad! Szkoda, że nie poszukałeś wyjścia zaraz po tym, jak cię zamknięto...


W każdym razie nasz niezbyt szlachetny bohater postanowił ograbić zwłoki z klejnotów i wszystkiego, co wartościowe, a następnie uwolnił się i czekał na brzegu morza na nadpływający statek. Trochę to trwało, a w tym czasie Sindbad codziennie oddawał się nowej rozrywce, czyli wracał do jamy, zabijał żywych, zabierał im jedzenie, picie i kosztowności, a następnie wracał na brzeg. W końcu pojawił się statek, który zabrał go do rodzinnego Bagdadu. Oczywiście nasz bohater wracał jeszcze bogatszy.

Dla jasności: Historie, które pominęłam, przebiegały w podobny sposób: Sindbad ruszał w podróż po morzu, trafiał na wyspę, a później on sam mierzył się z potworami, które zabijał, a gdy się wyratował z opresji, opowiadał wszystkim napotkanym osobom o swoich wyczynach i dzięki niezwykłemu szczęściu pomnażał swój majątek. The End.

Mitologiczne tło

Wiecie już, że przy pisaniu scenariusza do „Sindbad: Legenda siedmiu mórz” niespecjalnie inspirowano się „Księgą tysiąca i jednej nocy”. Za to jestem pewna, że scenarzyści musieli mieć pod ręką grecką mitologię, bo zapożyczono z niej wiele elementów. Zacznijmy od głównej antagonistki, czyli Eris - boginię niezgody i chaosu. W mitologii greckiej siała niezgodę wszędzie, gdzie się pojawiła już od narodzin, przez co stała się idealnym kompanem Aresa, boga wojny. W końcu jednak wszyscy bogowie zaczęli mieć jej dość i nikt nie chciał się z nią kumplować. Przestano zapraszać ją na wszystkie imprezy i śluby, bo powodowało to zbyt duży chaos. Czasami sama się wpraszała, co powodowało jeszcze większe szkody, jak wywołanie wojny trojańskiej.

Oglądałabym. Shipowałabym.

Wszystko, co w animacji jest związane z Eris pochodzi z greckich mitów. Tartar, czyli cel wędrówki Sindbada i siedziba Eris, u Greków był najstraszniejszą częścią Hadesu. To tam Zeus wtrącił Tytanów, do których później dołączyły dusze największych grzeszników skazanych na wieczne męki. Innymi słowy, było to naprawdę nieciekawe miejsce, jednak nie całkiem wyludnione, jak to zostało pokazane w bajce, a przy tym dotarcie tam byłoby znacznie trudniejsze dla Sindbada, niż to przedstawiono. Z kolei syreny, pomimo że współcześnie są bardzo popularne i stanowią nieodłączny element morskich opowiastek, to jednak należy pamiętać, że swoje istnienie zawdzięczają Grekom, którzy chętnie wplatali je do swoich mitów, by wabiły swym głosem żeglarzy i stawały się przyczyną ich śmierci.

Niemniej wybranie greckiej bogini wraz z towarzyszącymi jej elementami jest odrobinę nietypowym rozwiązaniem, skoro opowieść o Sindbadzie pochodzi z kultury arabskiej. Można było zastąpić Eris jej odpowiednikiem z mitologii perskiej. Na myśl przychodzi mi na przykład Drudza, która była złą do szpiku kości czarownicą dążącą do zniszczenia świata lub choćby Akoman, czyli demon powołany do życia by siać niezgodę, skłócać ludzi podając im złe myśli i podżegać ich do wojny. Rozumiem, że mitologia perska nie jest równie popularna jak grecka, jednak dałoby się inspirować jedną kulturą przy tworzeniu tej animacji. A tak w tło wpleciono wiele elementów greckich połączonych z arabskim bohaterem. It makes total sense.

Gosiarella o Sindbadzie

U DreamWorksa Sindbad Żeglarz został Sindbadem Piratem. Czy powinno nas to oburzać, skoro teoretycznie piracki fach jest znacznie mniej szlachetny od bycia morskim podróżnikiem czy kupcem? Osobiście uważam, że nie, bo już w opowieściach Szeherezady, Sindbad nie jest materiałem na pozytywnego bohatera – mordował, okradał zmarłych, pozostawiał kompanów na pewną śmierć i tak dalej. W nowej odsłonie jego czyny nie są aż tak szokujące, choć Sindbad również posiada wady, które uniemożliwiają mu bycie dobrym przykładem dla dzieci. Niby bajki produkowane przez DreamWorks nie mają za zadanie moralizować, lecz bawić, jednak nie porzucajmy tradycji wyciągania najbardziej szokujących morałów.


Czego więc uczy nas bohater tej bajki? Przede wszystkim, że nie ma nic złego w odbijaniu narzeczonej swojego kolegi, który jest wobec nas tak lojalny, że bez mrugnięcia okiem oddałby za nas życie. Oczywiście Sindbad starał się odsunąć w cień, a przez większość bajki trzymał Marinę na dystans, ale w końcu i tak poniósł porażkę, rozkochał ją w sobie i ckliwie wyznał miłość, a przez to jego przyjaciel został sam, gdy oni odpłynęli ku zachodowi słońca. Chociaż gorzej świadczy o Sindbadzie fakt, że chciał zostawić Proteusza na śmierć, gdy ten postanowił zająć miejsce swojego niepokornego przyjaciela w celi. Jak pamiętacie uratowałby życie, gdyby tylko Sindbad wrócił po 10 dniach, inaczej ścięto by mu głowę. Czy taki akt wiary, lojalności i niezwykłej przyjaźni zrobił wrażenie na piracie? A skąd! Gdyby Marina nie przekupiła go górą klejnotów nawet nie próbowałby go uratować. Wychodzi na to, że tylko Proteusz nadaje się na wzór do naśladowania przez młodych widzów. Notabene ten bohater stanowi kolejne nawiązanie do greckiej mitologii, w której Proteusz był uznawany za bóstwo morskie zaliczane do starców morskich, jednak w niczym nie przypominał tego złośliwego starucha, którego Sindbad Żeglarz spotkał w czasie swojej piątej przygody. Niemniej to samolubny pirat został naszym głównym bohaterem, więc pamiętajcie drogie dzieci, że wspaniałe przygody i nagrody czekają tylko tych, którzy martwią się tylko o siebie i żyją poza prawem. Just sayin.

Podobało się i chcecie więcej True Story?

Ps.  Wracając do pytania z sytuacją w jaskini: Co Wy byście wybrali?
Czytaj całość

Nadciąga lipiec, a wraz z nim premiery książkowe


Kalendarzowe lato już się rozpoczęło, a teraz czas przywitać mój ulubiony miesiąc w roku! Z tej okazji jak zawsze będą czekać na Was same dobre rzeczy na blogu oraz w pozostałych Gosiarellowych miejscach, więc mam straszną nadzieję, że wszystko przypadnie Wam do gustu! A tymczasem czas na dobro płynące od wydawców, czyli zapowiedzi, których tytuły jak zawsze podlinkowałam do miejsc, w którym kupicie je najtaniej! Enjoy!



Maureen Johnson - Ręka na ścianie [Truly Devious. Tom 3]

Wydawnictwo: Poradnia K.

Data: 1 lipca

"Nieodgadniony", czyli pierwszy tom trylogii Truly Devious szalenie mi się spodobał, ale brakowało mi rozwiązania wszystkich zagadek, dlatego cieszę się, że w końcu pojawiła się finałowa część i będę mogła zmaratonować!


W pierwszej części trylogii "Truly Devious" poznajemy Stevie Bell, która rozpoczyna naukę w elitarnej Akademii Ellinghama w Vermont i postanawia rozwiązać tajemnicę morderstwa popełnionego w tym miejscu wiele lat temu.
W trzeciej części trylogii, kiedy Stevie jest już niemal pewna, że rozwiązała zagadkę Nieodgadnionego, znika David. Czy akademia jest przeklęta?
Co mają wspólnego Alice Ellingham i David Eastman? Co łączy trzy niedawne zgony i śmierć z przeszłości? Co zrobi Stevie, gdy potężna burza będzie zmierzać do Vermont i rozpocznie się ewakuacja akademii?


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data: 8 lipca

"Radujcie się, mieszkańcy! Wielki mag wybrał wasz gród na swą siedzibę. Zostaliście zaszczyceni!"
Pewnego pięknego, a właściwie całkiem pochmurnego dnia, nad Warszawą przetoczył się grom. A potem oczom mieszkańców i przyjezdnych ukazał się smok. Imag. Ale naprawdę dziwnie zrobiło się dopiero chwilę później...
Maciek Jeżewski, młodszy asystentw dziale IT Urzędu Miasta, nie jest idealnym kandydatem na negocjacje z Czarodziejem, którybył łaskaw zasiedlić Pałac Kultury. Niestety, dla siebie i dla wielu innych ludzi, akurat był pod ręką. Życie chłopaka zmienia się więcniczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zamiast podłączać drukarki w Urzędzie, rozpoczyna karierę nadwornego pazia i próbuje tłumaczyć Czarodziejowi naszą rzeczywistość. Idzie mu znakomicie. Prawie. Właściwie to zupełnie mu nie idzie. Ale przecież w książkach wszystko się zawsze jakoś układa, prawda?

Wydawnictwo: Jaguar
Data: 1 lipca

Urodzona w rodzinie potężnych szamanów, szesnastoletnia Arrah zupełnie nie radzi sobie z magią, nie potrafi wróżyć z kości, nie umie przywoływać duchów przodków. Ku rozczarowaniu jej okrutnej matki, nie potrafi rzucić nawet najprostszej klątwy.
Pewnego razu Arrah odkrywa, że jej matka kradnie dzieci, aby z pomocą czarnej magii stworzyć drugą, lepszą córkę. Kobieta planuje, że nowe, demoniczne dziecko obudzi Króla Demonów, którego nienasycone pragnienie dusz zniszczyło już niejedno królestwo. Tym razem, jeśli Król Demonów wróci, zniszczy wszystko na swojej drodze.
Zanim Arrah zdąży kogokolwiek ostrzec, jej matka więzi ją w klątwie milczenia. Aby powstrzymać matkę i demoniczną siostrę, której moc dorównuje nieśmiertelnym orishom, Arrah musi poświęcić resztę pozostałych lat życia. Każdy wykonany rytuał coraz bardziej zbliża ją do śmierci, ale dla Arrah najważniejsze jest, aby powstrzymać siostrę i Króla Demonów.

Thomas Wheeler, Frank Miller - Przeklęta
Wydawnictwo: Znak
Data: 1 lipca

Czas królów minął. Miecz wybrał swoją królową.
Pradawną krainę druidów pustoszą Czerwoni Paladyni, orędownicy nowej wiary. Palą wioski i wyrzynają w pień ich mieszkańców. Nie znają litości. Krzyżują starców, kobiety i dzieci.
O Nimue mówi się, że jest przeklęta. Jako dziecko zaatakowana przed demona, nosi na plecach ślady tej potyczki – dziwne, od lat niezabliźnione rany. Niektórzy szydzą z dziewczyny, a inni się jej boją. Nimue desperacko pragnie wyjechać gdzieś daleko, najlepiej za morze. Nie zdąży – jej wioskę także zaatakują Czerwoni Paladyni.
Matka tuż przed śmiercią powierza jej tajemniczy pakunek, który dziewczyna ma dostarczyć Merlinowi. Tylko jak znaleźć legendarnego czarodzieja w kraju ogarniętym wojną? Z pomocą przychodzi jej najemnik Artur.
Razem wyruszają w pełną niebezpieczeństw podróż, u kresu której Nimue odkryje swoje prawdziwe przeznaczenie.
Thomas Wheeler opowiada na nowo legendy arturiańskie, czyniąc ich główną bohaterką wszechpotężną Panią Jeziora. Książkę zilustrował sam Frank Miller – legendarny twórca takich komiksów jak "Batman. Powrót Mrocznego Rycerza", "300" i "Sin City".

Wydawnictwo: Poradnia K.
Data: 15 lipca

Opowieść o młodej tancerce i osieroconym chłopcu, na których losy wpłynie stara chińska legenda o ludziach-tygrysach.
Bystra i ambitna Ji Lin, aby spłacić długi swojej matki, dorabia jako tancerka. Życie Ji Lin wywróci się do góry nogami, gdy jeden z partnerów do tańca zostawi jej makabryczną pamiątkę. 11-letni sierota Ren ściga się z czasem, bo ma tylko 49 dni, aby spełnić ostatnie życzenie zmarłego Mistrza. Jeżeli mu się nie uda, dusza Mistrza będzie się błąkać po świecie na wieki. Grozę niewyjaśnionych śmierci w mieście podsycają plotki o mężczyznach przemieniających się w tygrysy. Ji Lin i Ren w pełnej niebezpieczeństw wędrówce wspólnie przemierzają piękne jak ze snu krajobrazy Malezji. A czas nieubłaganie mija...
"Nocny tygrys" Yangsze Choo to książka, w której przeplatają się czasy kolonializmu i współczesność, przesądy i ambicje, miłość i rywalizacja, a wszystko to spowite folklorem, legendą i tajemnicą. To przejmująca opowieść o dojrzewaniu i poszukiwaniu swojego miejsca na świecie.

Wydawnictwo: Burda
Data: 15 lipca

Wszyscy znają Emmę. Wyróżnia się, co jest dość trudne w Redemption Prep, szkole, w której każdy uczeń jest wyjątkowy i został starannie dobrany, by móc uczęszczać do tej prestiżowej placówki.
Kiedy więc ginie bez śladu, każdy to zauważa i wszyscy stają się podejrzani, szczególnie w tej szkole...
Rozpoczyna się śledztwo, wiele osób szuka Emmy, ale są i tacy, którzy nie chcą, aby została odnaleziona. W trakcie poszukiwań uczniowie zdają sobie sprawę, że uczelnia skrywa w sobie tajemnicę. A Emma może być kluczem do poznania prawdy...
Jeśli ktokolwiek będzie w stanie ją odnaleźć.

Wydawnictwo: Znak
Data: 15 lipca

Mrożące krew w żyłach opowieści, które wydarzyły się naprawdę.
Edyta po raz pierwszy decyduje się opowiedzieć o koszmarze, jaki przeżyła w nawiedzonym szpitalu psychiatrycznym "Zofiówka".
Właścicielki domu opieki pod Warszawą muszą same odprawiać egzorcyzmy, gdy ksiądz, który się do tego zobowiązał, ucieka.
Mieszkańcy małego miasteczka na północy kraju ukrywają historię o dwóch przeklętych rodzinach.
Nierozwikłana tajemnica z początku XX wieku sprawia, że do dzisiaj w niewyjaśnionych okolicznościach umierają ludzie.
To tylko część historii o duchach – naszych polskich – kryjących się tuż za rogiem...

Pssssyt! Wiecie, po co to tu zostawiam, więc klikajcie, jeśli chcecie!

Ps. Dajcie znać, co wpadło Wam w oko!
Pps. Przy okazji daję znać, że eM poleca przygotowała dla Was skrót z zagranicznych premier książkowych!
Czytaj całość

Supermoce czy choroba psychiczna, czyli o Niezniszczalnym, Split i Glass

Niezniszczalnym, Split i Glass

Superbohaterowie tak mocno wpisali się w popkulturę, że gdy tylko o nich myślimy, momentalnie wyobrażamy sobie napakowanych kolesi w rajtuzkach, pelerynkach lub przynajmniej kolorowych kombinezonach, którzy latają po mieście, chwaląc się swoimi spektakularnymi super mocami. A co jeśli tak naprawdę ludzie obdarzeni niezwykłymi zdolnościami są znacznie mniej widowiskowi?

Na przełomie dziewiętnastu lat  M. Night Shyamalan zaserwował widzom trzy filmy o trzech mężczyznach, obdarzonych mocą tak trudno zauważalną, że sami siebie z trudem przekonali, że są niezwykli. A wszystko zaczęło się od "Niezniszczalnego" i Elijah Price'a (Samuel L. Jackson), który cierpi na wrodzoną łamliwość kości, i który w młodości zakochał się w komiksach. Po latach jako dorosły człowiek i wciąż oddany swojej pasji właściciel galerii komiksów, wysnuł tezę, że skoro istnieje osoba, która taka jak on, która dotkliwie cierpi przez najdrobniejsze stłuczenie, to musi również istnieć jego przeciwieństwo - osoba tak odporna, że praktycznie niezniszczalna. Po latach poszukiwań trafia na Davida Dunna (Bruce Willis), który jako jedyny ze 131 pasażerów przeżył katastrofę pociągu i próbuje go przekonać, że superbohaterowie istnieją, a komiksy bazują na ich historii.

Sądzicie, że to są nasi superbohaterowie?

Szesnaście lat później dostaliśmy drugi film - "Split", w którym ponownie poznajemy dość niezwykłą postać - mężczyznę z dysocjacyjnym zaburzeniem osobowości, który porywa trzy nastolatki. Nie brzmi jak coś związanego z kinem superbohaterskim? I słusznie, bo "Split" nim nie jest, ale do tego wrócę, bo najpierw powinniśmy porozmawiać o Kevinie (James McAvoy), który ma 23 osobowości, a 24 jest w drodze. Jeśli oglądaliście serial "Legion" lub czytaliście "Legion" Sandersona, to będziecie się dobrze bawić, szukając porównań między nimi a Hordą. Najprawdopodobniej również szybko zrozumiecie, do czego zmierza twórca i dlaczego ktokolwiek może uznać osobowość mnogą za coś niezwykłego, ale to już inna para kapcioszków.

Po upływie kolejnych trzech lat (czy tam dziewiętnastu, jeśli licząc od daty wypuszczenia pierwszego filmu) ta trójka - Glass, Strażnik i Bestia spotyka się [Spoiler] podczas wspólnej terapii, która ma pomóc im zrozumieć, że nie są superbohaterami z komiksów, lecz zwykłymi ludźmi z zaburzeniami psychicznymi. To, czy rzeczywiście tak jest, pozostawię Wam do samodzielnego sprawdzenia.


... a może to właśnie tak wygląda ich prawdziwy obraz?

Przyznaję, że moja przygoda z tą historią była trochę wymuszona. Chciałam po prostu obejrzeć "Glass" i chociaż wiedziałam, że jest w jakiś sposób połączony z innymi filmami, sądziłam, że spory rozstrzał między ich ukazywaniem się, oznacza, że nie są zbyt mocno ze sobą związane fabularnie i mogę poprzednie po prostu olać. Zmieniłam zdanie tuż przed naciśnięciem Play i zmusiłam się do obejrzenia "Niezniszczalnego" z 2000 roku. Czy była to dobra decyzja? Zdecydowanie tak, chociaż film nudził mnie strasznie. Nie zrozumcie mnie źle - podejrzewam, że gdybym obejrzała go dwadzieścia lat wcześniej lub chociaż piętnaście, to mógłby mi się bardziej spodobać. Teraz jednak jako widz jestem przyzwyczajona do bardziej dynamicznych historii, w których najzwyczajniej w świecie jest więcej akcji. "Niezniszczalnego" można byłoby skrócić do piętnastu minut i wiele by zyskał, bo niestety jest zbyt rozciągnięty i ma wiele niepotrzebnych scen, które toczą się swoim leniwym tempem i jedynie spora dawka energetyka była w stanie utrzymać moje powieki w górze.

Ze "Splitem" z 2016 roku sprawa wyglądała już znacznie lepiej. Podobało mi się, jak film od samego początku próbował wprowadzić mnie w błąd na temat tego, czym jest, a nawet na temat tego, o czym i o kim opowiada. Z racji bycia thrillerem psychologicznym ma wiele cech typowych dla tego gatunku, ale również kilka wyciągniętych z horroru, jak choćby łatwą do wskazania final girl. Po części dzięki temu dobrze się to ogląda, gdy jednocześnie ma się w głowie, że teoretycznie jest to kontynuacja serii o 'superbohaterach'. Chociaż po prawdzie poza jedną krótką sceną na samym końcu, trudno powiązać "Split" z "Niezniszczalnym".

I na koniec dochodzimy do "Glass" z 2019 roku, który jest zwieńczeniem historii i jednocześnie pierwszym połączeniem między dwoma samodzielnymi filmami. Muszę przyznać, że oglądanie tego bez znajomości poprzednich byłoby bezsensowne i ciężko byłoby mi się połapać, o co chodzi, dlatego już teraz powiem Wam, że warto przecierpieć, oglądając "Niezniszczalnego", chociaż pewnie wiele osób się ze mną nie zgodzi, bo widownia jest mocno podzielona. Wręcz powiedziałabym, że sam "Glass", który uznaję za najlepszy z całej trójki, zebrał zaskakująco niskie oceny widzów, ale zrzucam to na to, że pewnie większość z nich zrobiła to, co ja chciałam zrobić i zwyczajnie pominęła poprzednie tytuły. Innego wyjaśnienia nie widzę, bo to zwyczajnie dobry film. Umówmy się, że oglądanie wspólnego występu Jamesa McAvoy'a, Bruce'a Willisa i Samuela L. Jacksona to jednak coś, a gdy dodatkowo historia jest nieoczywista i nie tylko trudno zdecydować się czy główne postacie rzeczywiście są bardziej zwyczajne, niż chcielibyśmy wierzyć, ale również ciężko wskazać prawdziwego antagonistę, to reżysera należy pochwalić!

[Reakcje wszystkich widzów, którzy to obejrzeli na jednym gifie]

Niemniej... to nie jest kino, do którego przyzwyczaił nas Marvel czy DC. Spektakularne walki? Jest ich tyle, co geek napłakał. Moce nie są widowiskowe. Tzw. złoczyńcy jest nam żal, a jedyny heros nosi ponury płaszcz przeciwdeszczowy. No biednie, biednie... ALE ci z Was, którzy jak ja uwielbiają, gdy reżyser bierze się za temat typowo komiksowy i bawi się formą, będą zauroczeni. Zwłaszcza zakończeniem. Nietypowość czegoś teoretycznie tak ogranego jest świetna, a podważanie zdrowia psychicznego głównych bohaterów zawsze w cenie!


Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, traficie do miejsca, do którego codziennie dostarczam nowe treści!

Ps. Zdarzało Wam się zmuszać do obejrzenia czegoś tylko po to, żeby w pełni zrozumieć film, który rzeczywiście chcieliście oglądać? Jeśli tak, poproszę o przykłady ^^


Czytaj całość

9 webtoonów Shounen Ai, dzięki którym pokochacie BL


Zastanawiałam się, jaki sposób byłby najlepszy, by uczcić na blogu trwający Pride Month i tak oto doszłam do wniosku, że czas przedstawić Wam listę moich ulubionych manhw, manhui i webtoonów z Boys Love. Warto zaznaczyć, że tylko część z nich ma swoje nieoficjalne polskie tłumaczenie, bo w wielu z nich przygoda wciąż trwa i dalej są w trakcie publikacji. W sumie warto również ostrzec, że są niesamowicie wciągające i uzależniające... No ale czego innego można się spodziewać po czymś, co jest dobre? Czujcie się ostrzeżeni - co złego to nie ja!


The Grandmaster of Demonic Cultivation


Wei Wu Xian nie żyje... przynajmniej do momentu, gdy jego dusza nie zostaje przywołana do ciała młodego kultywatora, który poświęca swoje życie, by największy złoczyńca wszechczasów wymierzył w jego imieniu sprawiedliwość. Sprawiedliwy układ, skoro oddał życie, żeby go przywołać, nie? Co prawda sam Wei Wu Xian niespecjalnie jest z tego zadowolony, bo niespecjalnie uśmiecha mu się powrót do żywych i ponowne spotkanie z ludźmi, których niegdyś znał i którzy w większym lub mniejszym stopniu przyczynili się do jego śmierci. Niespecjalnie również chciałby znów zginąć, więc stara się ich unikać - jak się domyślacie z marnym skutkiem. Niemal od razu spotyka na swojej drodze Lan Zhana, który mimo upływu lat od razu go rozpoznaje i nie pozwala mu choćby na chwilę zniknąć ze swojego pola widzenia. 

"The Grandmaster of Demonic Cultivation" należy do tych historii, które skupiają się bardziej na fabule, niż samym romansie, a wierzcie mi, że fabuła jest tu świetnie skonstruowana i wielowątkowa. Wpycha nas do świata kultywatorów, którzy walczą nie tylko z demonami, ale z wrogimi sektami i sobą nawzajem. Intrygi, tajemnice i ciekawe historie poboczne od czasu do czasu przerywane uroczeymi scenami z nadpobudliwym Wei Wu Xian drażniącym się z wiecznie poważnym (chyba, że akurat pijanym) Lanem zdecydowanie zdobędą Wasze serduszka! Trust me! 

C-drama "The Untamed" była moją pierwszą miłością z kategorii BL i uzależniła mnie od siebie do tego stopnia, że po obejrzeniu całej dwukrotnie, mój mózg wciąż potrzebował więcej, więc sięgnęłam po nowelkę, na podstawie której powstała drama. Manhua "The Grandmaster of Demonic Cultivation" chociaż wciąż jest bardzo podobna do c-dramy, to jednak znacznie bliżej jej do pierwowzoru. Mogłabym się rozwodzić nad tym, jak dobra i uzależniająca jest ta historia, ale to wszystko już napisałam w recenzji "The Untamed", więc ograniczę się do tego, że zdecydowanie polecam! Tym bardziej że manhua ma jeszcze więcej uroczych scen z Wei Wu Xianem i Lan Zhanem.

Devil Wants To Hug


Po śmierci boga wiosny Ah Yan zszedł do podziemnego świata i przejął nad nim władze. Jako nowy Lord demonów wypowiedział wojnę niebiosom, postanawiając zniszczyć każdego, kto stanie na jego drodze do zabicia boga odpowiedzialnego za śmierć jego ukochanego. Jako nieśmiertelna bestia orzez setki lat siał chaos i zniszczenie w trzech światach, jednocześnie szukając nowego wcielenia boga wiosny. Udało mu się to dopiero, gdy postanowił zniszczyć świat ludzi i naprzeciwko niego stanął kultywator do złudzenia przypominający zmarłego boga.

Aktualnie "Devil Wants To Hug" jest moim ulubionym BL story i każdy, kto pozna Lorda Demonów zrozumie dlaczego. To jeden z najlepszych i najładniejszych romansów, jaki miałam okazję przeczytać. Sama historia nie dość, że jest ciekawa i momentami dość urocza, to przede wszystkim idealnie gra na emocjach raz rozdzierając serce, a raz wywołując uśmiech. Obserwowanie zmagań Lorda demonów, który wciąż nękany żałobą po stracie swojej jedynej i najważniejszej osoby, musi się zmierzyć z tym, że nowe wcielenie ukochanego kompletnie go nie pamięta. jest momentami wręcz przykre, a z czasem wcale nie robi się weselej, ale manhua wciąż jest w trakcie publikacji, więc wciąż liczę na szczęśliwe zakończenie. Polecam z czystym sumieniem, ale ostrzegam, że ten tytuł jest niesamowicie uzależniający, a nowe rozdziały pojawiają się tylko raz na tydzień.

To Be or Not to Be

Prezes firmy niespodziewanie przenosi się do powieści, którą w ostatnim czasie przeczytał. Może uznały to za dobrą zabawę, gdyby nie fakt, że wszedł w postać króla-złoczyńcy, który dość szybko zostaje zabity przez głównego bohatera. Na jego szczęście historia, którą poznał dopiero się rozpoczyna, więc robi wszystko, by uniknąć przeznaczenia, zaczynając od uwolnienia księcia i zrobienia wszystkiego, by przeciągnąć go na swoją stronę. Z racji tego, że jest znany z wykorzystywania swoich jeńców w roli łóżkowych niewolników, ma dość spory bałagan do posprzątania.

To już trzecia manhua w tym zestawieniu, lecz dla odmiany w moim ulubionym gatunku - isekai! Czuję, że się powtarzam, musicie mi wybaczyć, skoro wciąż jesteśmy w TOP3 - obiecuję, że za moment przestanę: Ta historia tak jak pozostałe jest niezwykle uzależniająca! Tym razem nie jest to zasługa głównych bohaterów (chociaż są całkiem spoko), lecz gatunku, bo oglądanie, jak czytelnik próbuje ogarnąć bałagan narobiony przez poprzedniego właściciela ciała i całkiem nieświadomie zmienia zwykły romans w BL i GL, jest absolutnie cudowne! Co prawda "Devil Wants To Hug" zostawia "To Be or Not to Be" daleko w tyle, bo autorom nie udało się tak łatwo sterować emocjami odbiorców, lecz wciąż ta manhua jest godna polecenia i już widać, że rozkręca się w dobrym kierunku, który zapowiada, że pojawiać się będzie więcej wątków (ten tytuł dalej jest w trakcie publikacji).

False Memories (by Lee Gpiee)


Opuszczamy Chiny i przenosimy się do współczesnego koreańskiego liceum, w którym pojawił się nowy uczeń o wyrazie twarzy, która przeraża zarówno nauczycieli, jak i szkolnych chuliganów. Mordercze spojrzenie Wana odstrasza od niego wszystkich poza Ha Woonem. Ta dwójka jest swoim całkowitym przeciwieństwem. Jeden jest owieczką o aparycji seryjnego mordercy, a drugi przystojnym misterem popularności z duszą diabła. W normalnych okolicznościach zapewne by się nie dogadali, gdyby nie to, że Ha Woon traci pamięć i przypadkowo uznaje Wana za swojego najlepszego przyjaciela.

W końcu nie muszę pisać, że to urocza historia, bo "False Memory" taką nie jest. Już bliżej jej do słodko-gorzkiej w dość lekkim klimacie, jak na webtoon, w którym pojawia się lekka dawka przemocy oraz creepy złoczyńca z obsesją na punkcie jednego z bohaterów. Dość sporą przewagą "False Memories" nad jego poprzednikami jest fakt, że całość została już wydana i mieści się w 50 rozdziałach, więc można je ocenić jako całość. Pomimo kilku niespójności muszę uznać ją za opowieść wartą poznania i polecenia.

King's Maker


Bycie księciem nie zawsze jest czymś dobrym, zwłaszcza gdy król jest zepsuty i nie zamierza oddawać nikomu władzy - chętniej widziałby syna martwego, niż zasiadającego na tronie. Czwarty książę Wolfgang Goldenleonard przez lata ukrywał się, żyjąc na ulicy, aż w końcu okoliczności zmusiły go do ujawnienia swojej tożsamości i podjęcia próby sięgnięcia po władzę. Problem w tym, że nikt nie traktuje go poważnie. Nikt poza młodym kochankiem króla, który dostrzega szansę zmienienia nieokiełznanego chłopaka w iskrę, która doprowadzi do rebelii.

"King's Maker" to po prostu dobra historia, która wysuwa na pierwszy plan wątki związane z królestwem, którym rządzi zepsuty do szpiku kości król, i która ciągle testuje czy chłopak, w którego żyłach płynie ta przegniła krew, może w przyszłości stać się nie lepszym, ale dobrym władcą. Wszystkim tym, którzy zamiast prostych historii miłosnych wolą bardziej skomplikowane opowieści z romansem zepchniętym na dalszy plan, "King's Maker" powinien się spodobać.
[Edit] Ważne: Aktualnie pojawiły się dwa sezony i drugi z nich znajdziecie pod nazwą "King's Maker: Triple Crown".

Pond Snail Robbers

Ji Ho jest studentem, który rozpaczliwie szuka mieszkania, bo przegapił termin zgłoszenia się do akademika. Na jego szczęście jego sunbae daje mu namiar na dość atrkacyjne mieszkanie i wszystko byłoby idealne, gdyby pierwszego dnia po przeprowadzce nie został zaatakowany przez rabusia. Niezwykle uroczego rabusia, który szybko staje się fanem napisanej przez Ji Ho powieści. Dość szybko okazuje się, że rabuś wcale nie był rabusiem, ale młodym chłopakiem, który również nie ma gdzie mieszkać, więc postanawia zostać jego współlokatorem.

"Pond Snail Robbers" to świeżynka, która dopiero niedawno zadebiutowała, ale można się w niej zakochać od pierwszego spojrzenia. Przepiękna kreska i urocze postacie są jasnym sygnałem, że ten tytuł będzie lekkim, słodkim i może nieco naiwnym romansem, przy którym dobrze spędzimy czas bez obaw, że gdzieś po drodze autor postanowi zgotować nam (czy tam bohaterom) traumę.

The Strange Story of a Guy Next Door And a Novelist


Powieściopisarz cierpiący na narkolepsje i nowy sąsiad, o którym śnił jeszcze nim ten wprowadził się do mieszkania obok. Gdyby tego było mało, nowy sąsiad okazuje się jego fanem i to na tyle miłym, że postanawia zaopiekować się nieco nieogarniętym życiowo pisarzem, który zasypia dosłownie wszędzie.

Zauważyłam, że wiele romansów BL opiera się na schemacie połączenia fana z jego idolem (albo mam do tego motywu wyjątkowe szczęście), a wśród nich królują pisarze i graficy, co jest całkiem urocze, ale trochę mi spowszedniało, dlatego cieszę się, że poza standardowym motywem, w "The Strange Story of a Guy Next Door And a Novelist" mamy również do czynienia z narkolepsją powiązaną z wątkiem fantastycznym. Co prawda dziwne sny i przeczucia niezdarnego pisarza są przez długi czas bardziej w tle opowieści, ale wciąż to przyjemny dodatek. I nie wierzcie tytułowi - ta historia wcale nie jest taka dziwna.

Starting with a lie


Pewnego dnia dwie dziewczyny wyznają swoje uczucia jednemu chłopakowi, lecz Tang Tang nie jest zainteresowany żadną z nich, więc aby nie zranić ich uczuć wyznaje, że nie jest zainteresowany płcią przeciwną i już ma chłopaka. Aby podtrzymać swoje kłamstwo prosi swojego przyjaciela o pomoc. Można powiedzieć, że to dość niecodzienne rozwiązanie, ale w rzeczywistości Tang Tang naprawdę żywi do niego uczucia i wierzy, że udawanie pary jest jedynym sposobem, by być bliżej niego.

Nie jestem pewna, czy istnieje webtoon, który ma w sobie więcej nieporozumień między dwójką bohaterów niż "Starting with a lie". Gdyby bohaterowie nie byli tak uroczo niewinni najchętniej walnęłabym ich w łeb, żeby się ogarnęli i ze sobą szczerze porozmawiali, ale z drugiej strony wtedy manhua miałaby max 3 rozdziały zamiast sześćdziesięciu trzech i nie poruszałaby tematu tego, jak trudno jest wyznać uczucia, gdy nie są skierowane w stronę osoby, którą pochwaliłoby społeczeństwo. Co prawda ten tytuł porusza tę kwestię w bardzo pobieżny i lekki sposób, ale w przeciwieństwie do wielu przynajmniej to robi. Przy okazji na plus działa fakt, że niedawno seria została zakończona, więc jest dostępny w całości.

Here U Are


Zadaniem Yu Yanga jest pomoc w aklimatyzowaniu się na uczelni nowych studentów i tak trafia na zamkniętego w sobie Li Huana, który nie robi najlepszego pierwszego wrażenia. Dopiero z czasem ta dwójka zaczyna się lepiej rozumieć, a uczucia Li Huana wzrastać. Problem w tym, że Yu Yang jako zdeklarowany gej po przejściach nie zamierza umawiać się z heteroseksualnym chłopakiem, którego w najlepszym razie uznaje za pogubionego we własnych uczuciach.

O ile "Starting with a lie" zahacza o problemy z przyznawaniem się do swoich uczuć, tak "Here U Are" porusza problemy, z jakimi wiąże się coming out i odbiór osób homoseksualnych przez społeczeństwo i rodzinę. Nie robi tego w sposób zbyt brutalny, jednak również nie pokazuje, że jest to łatwe. Przy czym mimo że jest to dość ważny wątek, to sama historia skupia się również na innych kwestiach i potrafi niesamowicie wciągnąć.

Miało być dziewięć tytułów, ale jakoś nie mogę się pogodzić z myślą, że na tym miałabym skończyć, dlatego jeśli wciąż szukacie, czegoś z gatunku BL, co dobrze się czyta i wygląda świetnie, to mam dla Was garstkę dodatkowych tytułów wartych przejrzenia: "Cherry Blossoms After Winter", "A Man Like You", "My Darling Signed In", "Silent Lover", "Salad Days (by Tang LiuZang)" i "He, Him, & Us".

Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, traficie do miejsca, do którego codziennie dostarczam nowe treści!

Ps. Pytanie do Was: Jeśli zdążyiście już pokochać BL, to od jakiego tytułu zaczęła się Wasza przygoda?
Czytaj całość

CrossBones, czyli kilka słów o Herbie Piratów


Po "Black Sails" idąc dalej śladem seriali o piratach, nie sposób pominąć "Crossbones", który również zadebiutował w 2014 roku, lecz w przeciwieństwie do produkcji stacji Starz, NBC postanowiło w całości poświęcić tytuł postaci jednego z najbardziej rozpoznawalnych piratów - Czarnobrodemu.

Czarnobrody nie żyje - a przynajmniej w to wierzą wszyscy w cywilizowanym świecie z wyjątkiem człowieka, który zasłynął jako zabójca Czarnobrodego. Tymczasem nasz legendarny postrach mórz i oceanów osiadł na wyspie i ogłosił się komandorem wyspy Santa Compaña, której lokalizacji nie zna nikt poza jego ludźmi. Jego niedoszły zabójca czując, że został oszukany, zleca Tomowi Lowe (Richard Coyle) tajną misję, w ramach której pod przykrywką lekarza umieszcza go na statku przewożącym do Anglii niezwykły przedmiot, który może położyć kres piractwu, mając nadzieję, że taki łup zainteresuje legendarnego kapitana, a Lowe go zyska jego zaufanie na tyle, by udało mu się go zabić.


Black Sails vs Crossbones

Akcja serialu rozgrywa się w 1712 roku, czyli trzy lata przed "Black Sails", więc teoretycznie można byłoby stwierdzić, że a) Crossbones powinno obejrzeć się jako pierwsze, bo b) akcja obu seriali mogłaby się ze sobą w jakikolwiek sposób łączyć. Problem w tym, że to nie prawda, bo trudno traktować te produkcje jako stricte historyczne. "Black Sails" zostało oparte na powieści "Złoto z Porto Bello" A.D. Howdena Smitham, czyli prequelu "Wyspy skarbów". Z kolei scenariusz "Herbu Piratów" bazuje na "Republice Piratów" Colina Woodarda. Innymi słowy, w pierwszym mamy do czynienia z fikcyjnymi bohaterami, a w drugim przypadku z fabularyzowaną historią, której niby już bliżej do prawdy, ale wciąż rzetelniejsze informacje znajdziemy w materiale źródłowym. A to, czego w nim nie znajdziemy za to w serialu jak najbardziej, to wspaniałe krajobrazy. I chociaż kręcono w San Juan w Portoryko, a nie na Bahamach, to wciąż są zachwycające!

Wracając do porównania obu produkcji, to niestety już w tym momencie muszę powiedzieć, że "Piraci" okazali się znacznie lepiej wpasowywać w mój gust, niż "Herb Piratów". Fabuła tego drugiego nie jest w najmniejszym stopniu tak skomplikowana i starannie dopracowana, a akcja w najlepszym razie jest średnio porywająca. Z drugiej strony w dużej mierze winię za to bohaterów, którzy w porównaniu do temperamentnych postaci z "Black Sails" wypadają blado. Niby nie można niczego złego aktorom zarzucić, bo spisali się bez zarzutów, jednak ich postacie były zwyczajnie zbyt mdłe. Dla przykładu John Malkovich wykreował Czarnobrodego na iście machiawelicznego, wyniosłego bohatera, jednak nijak nie pasował do pirata z moich wyobrażeń. Zabrakło mi tu ducha Złotej Ery Piratów, epickich bitw morskich i beczek pełnych rumu.

Widzę w nim więcej Kapitana Haka, niż Czarnobrodego.

Miałam nadzieję, że tak jak w przypadku "Piratów", serial po prostu wolno się rozkręca i w końcu dostanę to, na co liczyłam, ale gorzko się przeliczyłam. Okey, w rzeczywistości konkretnie się zawiodła, zwłaszcza gdy obejrzałam finał i zrozumiałam, jak bardzo zmarnowano mój czas. Odniosłam wrażenie, że twórcy serialu chcieli poruszyć wiele ważnych kwestii, a ostatecznie albo zabrakło im czasu, albo pomysłów, żeby je rozwijać. Szkoda, bo choćby wątek Nenny w pewny momencie zrobił się całkiem interesujący i [SPOILER] chciałabym dowiedzieć się, jak potoczyły się jej losy po opuszczeniu wyspy i czy udało jej się spełnić marzenie, przez które okradała swoich ludzi. Umówmy się, że historia czarnoskórej piratki okradającej piratów, by kupić rezydencję, w której ukrywałaby zbiegłych niewolników, to szalenie interesujący wątek - a raczej mógłby takim się stać, gdyby twórcy go nie porzucili.

"Crossbones" byłby dobrą produkcją, gdyby poruszył inny temat, bo w tym wydaniu cierpi na pory niedostatek kwintesencji piractwa. Wybijcie sobie z głowy spektakularne walki, łupienie i grabienie na skalę, która mogłaby przejść do legendy, czy pijackie burdy. Za to gdyby historia doczekała się rozwinięcia w kolejnych sezonach, miałaby szansę stać się czymś wartym obejrzenia i polecenia. Tymczasem ja mówię "Crossbonesowi": Nie i wciąż szukam pirackiego serialu, który dałby mi to, czego oczekuję.

Pssssyt! Po kliknięciu Lubię to, traficie do miejsca, gdzie częściej marudzę o serialach i nie tylko!

Ps. Podejrzewam, że w większości padnie odpowiedź: Piraci z Karaibów, ale i tak zapytam: Jakie są Wasze ulubione filmy i seriale o piratach?
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella