Przegląd letnich debiutów serialowych

Jaki serial oglądać?

Zazwyczaj przegląd serialowy publikuję dopiero pod koniec emisji premier serialowych danej pory roku, ale mamy wakacje, więc oczywiście, że wszyscy są na mega głodzie popkulturowym, przez który przyglądają się żarłocznie wszystkim debiutom. Powiadam Wam: Bądźcie ostrożni, bo lato to czas, gdy w USA wypuszcza się najmniej obiecujące tytuły tasiemców! Sprawdźcie dobrze, co rzeczywiście jest warte poświęcenia Waszego cennego czasu. Gotowi? No to lecimy!


Blood Drive (Syfy)
serial o autach zjadających ludzi

"Blood drive" jest naprawdę dziwnym serialem, który nie wszystkich przyciągnie swoim kiczowatym klimatem w stylu starych filmów w krwistym grindhouse’owym wydaniu. A o co w nim chodzi? Akcja dzieje się w przyszłości, w której woda jest na wagę złota. Benzyna zresztą też, więc niektórzy ludzie przerobili swoje samochody tak, by napędzane były ludzką krwią, chociaż patrząc jak silniki ich fur pożerają swoje paliwo, to możemy dojść do wniosku, że całe człowieki z flakami, kośćmi i ubraniami są w stanie je napędzać. Tak, czy inaczej właściciele tych ludziożernych autek postanawiają urządzić sobie wyścig po USA. Jestem święcie przekonana, że po przeczytaniu opisu już wiecie, czy ten serial jest dla Was, czy nie, ale i tak dodam, że jest abstrakcyjnie, krwawo, absurdalnie, obrzydliwie, kiczowato i czasami zabawnie.

GLOW (Netflix)
seriale Netflix

Główną bohaterką "GLOW" jest Ruth (Alison Brie) - aktorka, której nikt nie chce zatrudnić, aż do momentu, gdy zjawia się na dość dziwnym castingu do programu opowiadającemu o kobietach walczących na ringu. Przez cały sezon oglądamy zmagania ekipy, by show było idealne, co może być trudne, bo nie dość, że niemal żadna z dziewczyn nie ma doświadczenia, to w dodatku są istnym gabinetem osobliwości. Nie sądziłam, że serial o kobiecym wrestlingu rozgrywający się w latach '80 może mnie zaciekawić, ale dałam mu szansę (pewnie przez te różowe neony). Początkowo było dziwnie, ale oglądałam dalej i sama nie wiem, kiedy skończyłam ostatni odcinek. A wrażenia są całkiem pozytywne. 

Claws (TNT)
seriale 2017

Akcja skupia się na salonie manikiuru i jego pracownicach, które poza zdobieniem pazurów klientkom zajmują się również działalnością przestępczą. Sprawy dodatkowo się komplikują, gdy zabijają jednego ze swoich zwierzchników i próbują to ukryć przed głównym bossem. Po dwóch odcinkach serial kojarzy mi się odrobinę z "Breaking Bad" w wersji kiczowatych manikiurzystek, ale może to wina Deana Norrisa, który wcześniej grał policjanta z DEA ścigającego Heisenberga, a teraz gra narkotykowego króla.

Riviera (Sky Atlantic)
Nowości serialowe 2017

Oto thriller rozgrywający się na francuskiej Riwierze! Główną bohaterką jest Georgina Clios (Julia Stiles) druga, młodsza żona miliardera, w którym jest zakochana do szaleństwa. Jej szczęśliwe małżeństwo kończy się po roku, gdy małżonek ginie w tajemniczym wybuchu na jachcie rosyjskiego oligarchy i handlarza bronią. Szybko dociera do niej, że eksplozja jachtu nie była zwykłym wypadkiem. Dziewczyna próbuje na własną rękę dowiedzieć się prawdy, co prowadzi ją do stopniowego odkrywania tajemnic zmarłego męża.

Salvation (CBS)
Serial o asteroidzie uderzającej w Ziemię

Student MIT odkrywa, że za 6 miesięcy asteroida uderzy w Ziemię, co najpewniej doprowadzi do globalnej zagłady. Rząd USA już o tym wie, ale nie informuje nikogo, ponieważ stara się samodzielnie zapobiec katastrofie (jak na razie wszelkie próby okazują się dość mizerne). Ludzkość miałaby przechlapane, gdyby na scenę nie wkroczył młody, przystojny geniusz i miliarder (wcale nie chodzi o Tony'ego Starka!) Darius Tanz (Santiago Cabrera), który ma plan!
Po jednym odcinku mogę stwierdzić, że to mój faworyt w tym zestawieniu! Niby szału jeszcze nie ma, ale naprawdę przyjemnie się ogląda i mam nadzieję, że kolejne odcinki będę coraz lepsze.

Jamestown (Sky 1)
Serial o brytyjskich kolonistach w USA

Rok 1619, Wirginia.  Do brytyjskich kolonistów w Ameryce przybywa statek pełen panien na wydaniu. Właściwie wszystkie zostały już kupione przez kolonistów, jako ich przyszłe żony. Niestety nie wszystkie kobiety są zachwycone tym, a już w ogóle godni pożałowania są ich narzeczeni, którzy po wielu latach w samotności najwyraźniej odrobinę zdziczeli. "Jamestown" został stworzony przez twórców "Downtown Abbey" i trzeba przyznać, że da się wyczuć podobny klimat. Po obejrzeniu pierwszego odcinka doszłam do wniosku, że zdecydowanie ta produkcja ma potencjał, więc warto mieć ją na uwadze.


Will (TNT)
seriale i filmy o William Szekspir

Nie trudno się domyślić, że tytułowy "Will" to nikt inny, jak William Szekspir, a serial próbuje w dość uwspółcześniony sposób przedstawić historię jego życia, a może raczej początki kariery. Jeśli liczycie na zachowanie autentyczności historycznej, to raczej się zawiedziecie, ponieważ już nawet w "Reign" twórcy bardziej się postarali zachować zgodność pod tym kątem. Niemniej podoba mi się Jamie Campbell Bower w roli Christophera Marlowe, więc obejrzę dla niego jeszcze kilka odcinków, nim zacznę narzekać.

Przyznam szczerze, że na chwilę obecną premiery szału nie robią, ale nie spodziewałam się cudów. W czasie upalnego lata i tak mózg mi wypływa uszami, więc na poziom też marudzić nie będę. Niemniej i tak najbardziej wyczekuję tytułów, które jeszcze nie zadebiutowały, czyli między innymi "Midnight, Texas" od NBC i "Young Sheldon" od CBS. Kto wie, może przed końcem lata znajdę coś naprawdę interesującego i podrzucę Wam drugą część tej listy?

Ps. Coś już z powyższych tytułów znacie, a może coś innego przykuło Waszą uwagę w te wakacje?
Ps2. A tak w ogóle, co dobrego ostatnio oglądaliście?
Czytaj całość

[Konkurs] Z Gosiarellą na wakacjach!

Gosiarella

Cześć Różowe Sałaty! Jak wszyscy dobrze wiecie, w lipcu uwielbiam świętować i zachęcać Was do tego samego... i wcale nie przekupiłam nikogo nagrodami. Wcale! Zwyczajnie i tradycyjnie ogłaszam konkurs! Dawno, dawno temu pojawił się bardzo podobny, w którym do wygrania było tajemnicze pudło pełne wspaniałości. Mam nadzieję, że i tym razem nagroda przypadnie do gustu zwycięzcy, ale nie uprzedzajmy faktów, bo najpierw przedstawię zasady!


Zadanie
Najprościej rzecz ujmując zabrać Gosiarellę na wakacje. Spokojnie, nie trzeba brać mnie do walizki - wystarczy sama nazwa! Wystarczy, że napiszecie "Gosiarella" na karteczce i zrobicie temu zdjęcie w ciekawym miejscu (są wakacje, więc zapewne wiele ciekawych miejsc odwiedzicie!). Właściwie to wcale nie musi być karteczka, bo technika jest dowolna. Możecie napisać to na piasku. Możecie napisać to na serwetce. Możecie wygrawerować to ma samurajskim mieczu albo zrobić zdjęcie ekranu, na którym będzie otwarta strona z Gosiarellowym blogiem. Ogranicza Was tylko własna wyobraźnia i zakaz używania photoshopów i innych Coreli! To musi być zdjęcie zrobione przez Was (lub z Wami). Nie ma nawet ograniczeń w ilości nadesłanych zdjęć. Ważne by nazwa Gosiarella pojawiła się na zdjęciu z Waszych wakacji. Autor najlepszego zdjęcia dostanie nagrodę. Jestem naprawdę ciekawa, gdzie Gosiarella zawędruje!


Nagroda
Jaka będzie nagroda? O tym przekona się jedynie zwycięzca, ponieważ po raz kolejny do wygrania będzie Tajemnicza Różowa Paczka. Z całą pewnością znajdą się w niej książki (spróbuję zrobić małe dochodzenie w celu ustalenie ulubionego gatunku zwycięzcy), ale nie tylko. Chciałabym przygotować coś indywidualnie pod gust zwycięzcy (będę inwigilować), ale możecie liczyć na jakieś geekowe gadżety. Ogólnie rzecz biorąc wierzę, że Wam się spodoba!

Regulamin:
1. Nagrodą w konkursie jest Tajemnicza Różowa Paczka.
2. Czas trwania: od 19 lipca do 3 września 2017 (wyniki konkursu ogłoszę najpóźniej do 8 września).
3. W konkursie mogą brać udział jedynie osoby zamieszkujące terytorium Polski.
4. Aby wziąć udział w konkursie, należy zrobić zdjęcie z napisem "Gosiarella", a następnie opublikować go w komentarzach poniżej lub wysłać mailowo na adres gosiarella@gmail.com .
5. Przesłanie zdjęcia konkursowego oznacza zgodę na jego publikację na Gosiarellowym blogu i powiązanymi z nim kontami w social media, chyba że uczestnik zastrzeże, iż takiej zgody nie wyraża.
6. Wygrywa osoba, której pomysł najbardziej zauroczy/zaskoczy/zadziwi/wstrząśnie, czyli ogólnie wywoła największe emocje.
7. Po opublikowaniu wyników, zwycięzca będzie miał 5 dni na skontaktowanie się z Gosiarellą w celu podania adresu do wysyłki nagrody.

To tyle! Do dzieła!
I niech los zawsze Wam sprzyja!
Czytaj całość

Anarchia czy solidarność, czyli dobro i zło w świecie postapo

Jak przeżyć zombie apokalipsę

Jestem fanką George'a Romero i naprawdę uwielbiam to jak odmienił nie tylko postać zombie, ale również horror jako gatunek. „Noc żywych trupów” była przełomowym filmem, ale od 1968 roku, gdy miał on swoją premierę zmieniło się wiele, a może raczej niewiele, ponieważ wówczas Romero złamał kanon. Za to dziś w filmach i serialach o zombie powiela się wykorzystane przez niego rozwiązania, jak choćby to, że pozytywni bohaterowie poza użeraniem się z hordami zombie muszą również zmagać się z bestialstwem ze strony innych ludzi.



Człowiek człowiekowi zombie


Czy człowiek jest największym zagrożeniem dla drugiego człowieka w czasie zombie apokalipsy? Wystarczy choćby spojrzeć na „The Walking Dead”, gdzie zombie po pewnym czasie zaczęły robić jedynie za tło i wytłumaczenie dla bestialstwa kolejnych złoli, jak Gubernator, Negan, ludzie z Terminusa, czy też kanibale. W tego typu produkcjach ciągle pokazują świat post apokaliptyczny, w którym są większe szanse spotkania zwyrodnialców, niż dobrych osób. Z jednej strony naprawdę to rozumiem, bo przecież i dziś — w powiedzmy cywilizowanym świecie możemy spotkać zarówno pomocnych, dobrych ludzi, jak i tych, którzy chcą krzywdzić innych. Rozumiem, że kurczące się zapasy okolicznych sklepów mogą powodować zaciętą walkę o ostatnią rolkę papieru toaletowego, czy energetyka. Rozumiem również, że niektórym puszczą hamulce, ponieważ nie ograniczyłoby ich nieobowiązujące już prawo, sądy i policjanci. Niemniej powiedzmy sobie szczerze, ilu tak naprawdę jest ludzi, którym nie wystarczy wyładowanie swoich mrocznych instynktów, agresji, czy napięcia waląc maczetą w zombie? Mnie w zupełności wystarczyłoby. Ręce bolałby mnie od tego tak bardzo, że zdecydowanie nie chciałoby mi się jeszcze gonić ludzi machając bronią, a tak całkiem poważnie szerząca się anarchia wydaje się bardzo prymitywnym wyjściem z sytuacji i kompletnie nielogicznym. Jak więc powinno wyglądać i zachowywać się społeczeństwo, gdy armia żywych trupów zacznie panoszyć się po ulicach?


☞ Sprawdź też 5 problemów filmów o zombie

Jak żyć w świecie postapokaliptycznym
Z niego przykładu nie bierzmy.

Solidarność czy prawo silniejszego?


Jeśli miałabym porównać moje wyobrażenie do wizji z konkretnego dzieła popkultury, to stawiam na „Przegląd Końca Świata” Miry Grant, bo najrozsądniejszym wyjściem z zombie apokalipsy byłoby zakasanie rękawów (to tylko takie wyrażenie, bo lepiej nie odsłaniać skóry, gdy szykuje się walka z zombie) i ruszenie ramie w ramie z sąsiadami do wybijania martwych mózgożerców. Mam wrażenie, że świat zmienia się w Pandemonium w pierwszych dniach wybuchu epidemii (macie przed oczami sceny, gdy ludzie biegają we wszystkich możliwych kierunkach i są pożerani?), a później żywe niedobitki chowają się w swoich norach, by stopniowo dawać się pożreć zombiakom. Chyba zgodzicie się, że zamiast tego lepiej stworzyć zjednoczony front obrony? Póki zombie jest mało, a ludzie mają jeszcze przewagę liczebną najlepiej byłoby zabić jak najwięcej zainfekowanych lub zepchnąć ich na tereny niezamieszkałe i ogrodzić się od nich. Odzyskanie domów, miast i miejsc niezbędnych do przeżycia jest kluczową kwestią. Pozwoliłoby to zachować resztki normalności w takim zwariowanym świecie.

Nawet jeśli początkowe zamieszanie i dezorganizacja nie pozwolą na szybki kontratak ludzi, to nic nie stoi na przeszkodzie, by później się ogarnąć, zebrać w kupę i spróbować odzyskać poszczególne miasta i stworzyć strefy wolne od żywych trupów. Wzajemna pomoc i walka z martwym wrogiem ma więcej sensu niż mordowanie żywych dla rozrywki, czy nawet chwilowych korzyści. Wiem, że ponura wizja, w której ludzie obracają swoje maczugi przeciwko sobie nawzajem wydaje się bardziej prawdopodobna (głupia popkultura ma ludzi za idiotów!), ale bądźmy szczerzy pojedyncze jednostki mogłyby wtedy przez krótkotrwały okres czasu wyjść na tym korzystnie, a o wiele lepszym rozwiązaniem dla ogółu i dającym długofalowe pozytywne skutki byłoby działanie wspólne. Nie wierzę, że tylko ja wolałabym mieć namiastkę normalnego życia ani że tylko ja jestem na tyle leniwa, by nie robić wszystkiego samej, by zyskać odrobinę wygody w postaci bezpiecznego schronienia, jedzenia i wody. Ogólnie więcej korzyści widzę w połączeniu sił niż stawaniu się zagrożeniem dla innych ocalałych.

Artykuły o zombie apokalipsie


Jeśli jeszcze nie kupujecie mojego podejścia, to porównajmy sobie świat po Z-apokalipsie w „The Walking Dead” z tym z „Przeglądu Końca Świata". Opcja pierwsza roztacza przed nami wprost przepiękną wizję świata, w którym nie ma prądu, internetu, bieżącej wody, opieki zdrowotnej, towarów w sklepach, ani nawet Ibupromu w aptekach. Bohaterowie ganiają z miejsca na miejsce, bo albo wypędzają ich zombiaki, albo źli ludzie. Nie ma czasu ani środków, by hodować warzywa, założyć farmę, czy chociaż zbić jakiś kurnik. Nie wiem jak Was, ale mnie taka wizja świata nie zachęca i nie chciałabym koncertować całego swojego życia i energii jedynie na próbach przetrwania.

Za to akcja PKŚ rozgrywa się w świecie, w którym także istnieją zombie, ale przy tym normalni, zdrowi ludzie dalej zasadniczo normalnie funkcjonują, pracują, a nawet mają czas na wybieranie nowego prezydenta. Oczywiście ich komfort życia znacznie się obniżył m.in. ze względu na dość częstą potrzebę badań krwi w celu sprawdzenia poziomu infekcji, jednak nie zmienia to faktu, że nie muszą martwić się o zaspokajanie podstawowych potrzeb, a w dodatku mają nawet internet. Chyba wiecie, w której wersji wolałabym żyć, gdyby kiedykolwiek pojawiły się zombiaki. A Wy? Poza tym do diabła, chyba lepiej być zombie hunterem odbudowującym cywilizację, niż panem (aka masowym mordercą) na zgliszczach.


Możecie mi zarzucić, że może za bardzo wierzę w ludzkość, a tak naprawdę większość ma głęboko logiczne zachowania i zdrowo-rozsądkowe podejście (na bloga! Uwierzycie, że użyłam tego do opisania zombie apokalipsy?!), więc i tak w razie apokalipsy będzie panowało prawo silniejszego, jednak będę się trzymać swojej być może naiwnej wiary, że wszyscy chcielibyśmy zachować dostęp do prądu i internetu.

Ps. A Wy bez czego nie wyobrażacie sobie żyć w świecie post-apokaliptycznym? Gosiarelli brakowałoby (poza internetem) energetyków, Ibupromu i trochę smutno byłoby, gdyby zaprzestali emisji amerykańskich seriali, jeśli połowa obsady zmieniłaby się w zombie.
Ps2. Podzielacie moją wiarę w ludzkość, czy sądzicie, że świat zmieniłby się w ogarnięte anarchią piekło?
Czytaj całość

Zawód księgarz, czyli jak wygląda praca w księgarni?


Mam nieodparte wrażenie, że każdy mól książkowy marzy, że gdy dorośnie (lub będzie zmieniał pracę) zostanie pisarzem lub księgarzem (ostatecznie bibliotekarzem). W końcu co może być lepszego, niż spędzanie codziennie ośmiu godzin w otoczeniu książek, za które jeszcze płacą? W idealnym świecie mogłabym napisać: nic! Niemniej rzeczywistość znacząco odbiega od naszych wyobrażeń.


Oczekiwania vs rzeczywistość


Gdy byłam młodsza wierzyłam, że praca w księgarni to praca idealna! Księgarz = najprzyjemniejszy zawód świata! Spędza się tam czas na układaniu książeczek na półeczkach, wącha się przywiezione prosto z drukarni egzemplarze (to oczywiście taki test jakości książki!), z klientami można spokojnie porozmawiać o książkach — tu coś polecić, tu samemu dostać rekomendacje. A gdy klientów nie ma, bierze się książkę w łapy i czyta! W dodatku jeszcze jest się na bieżąco w nowościach wydawniczych. Brzmi bajecznie, prawda? Do dopełnienia tego pięknego obrazka wystarczy dodać tylko kubeczek z kakao i piankami oraz śnieżny pyłek za oknem naszej wyimaginowanej księgarni! Pomyśleć tylko, że są osoby, którym się płaci za to, co każdy mól książkowy robi w wolnym czasie dla rozrywki! Nic tylko wysyłać cv!

Niestety każda rzecz może wydawać się idealna, dopóki nie przyjrzymy się jej z bliska. Minęło już sporo lat, odkąd zaryzykowałam, by przekonać się na własnej skórze, na czym w rzeczywistości polega praca w księgarni. Wysłałam aplikację, poszłam na rozmowę, gdzie dosłownie błyszczałam — w końcu prowadziłam wtedy blog z recenzjami książek, więc musiałam się na tym, chociaż trochę znać. Pracę zaczęłam niemal od razu i ruszyłam do niej z ogromnym entuzjazmem, który dość szybko ostygł. Niemniej nie od dziś wiadomo, że pierwsze dni w nowym miejscu są koszmarne, więc trzeba zacisnąć zęby, nawiązywać kontakty i uczyć się wszystkiego, co będą chcieli przekazać. Później już tylko trzeba wejść w rutynę. Niby nic trudnego, a jednak za moment zniszczę wasze wyobrażenie o tym zacnym zawodzie.

Mało prawdopodobna wizja.

Zacznijmy od czegoś teoretycznie zrozumiałego, czyli od układania książek, których nie można rozstawiać po półkach według własnego pomysłu, by było ładnie lub logicznie. Co to to nie! Trzeba podporządkować się z góry narzuconym oznaczeniom, które tworzą mądrzejsi od nas. Co może i ma jakiś sens, tylko ta nasza głupia ręka boli, gdy ustawia się "Drakulę" w literaturze młodzieżowej, a "Czystą Krew" w romansach. Cóż poradzić, systemu nie wolno oszukać, bo dostanie się po łapach, współpracownik nie znajdzie, a klienci przecież mają buzie, żeby zapytać "Co za debil położył Kinga obok Michalak?!".

Nic nam jednak nie odbierze zapachu świeżo wydrukowanej książki, która przyleciała w pudłach na magazyn. Tylko te pudła trochę ciężkie, ale kto by się tym przejmował, skoro w środku czeka masa świeżutkich, jeszcze nieczytanych powieści. Tylko część się przecież obiła od upchanych do kartonu na siłę breloczków, ale klient nie zauważy. Nie ma się czym przejmować, skoro czeka nas teraz wprowadzanie do systemu pierdyliona nowych tytułów i sprawdzanie, czy zamówienie pokrywa się z tym, co przyszło z magazynu. Jedynym problemem jest to, czy kod ZAWR oznacza książeczkę dla dzieci dotyczącą zabaw z wróżkami, czy może zabawek z wróżkami (nie bądźcie zaskoczeni, przecież powszechnie wiadomo, że część księgarni sprzedaje wszystko poza mrożonymi rybami), tajną wiadomością od kogoś z magazynu, a może to jeszcze coś innego? Niemniej na to narzekać absolutnie nie będę, bo praca na magazynie i późniejsze układanie książek jest moim zdaniem najfajniejszą częścią pracy w księgarni (chyba tylko moim, bo nikt poza mną nie zgłaszał się na ochotnika).

W końcu lepsze to niż kontakt z klientem, który albo już i tak ma cię za analfabetę i heretyka, skoro położyłeś „Zmierzch” w horrorach, albo on sam nie czyta, ale prezent znajomemu chciał kupić na przykład książkę 'jakiegoś gościa z internetu', a ty biedny biegasz po sklepie pokazując mu wszystko od Kominka po Niekrytego Krytyka, bo reszta załogi dalej kłóci się między sobą o to, czym jest to mityczne stworzenie, które klient określił jako bloger. Niemniej gdzieś w duchu cieszysz się, że przynajmniej ty ogarniasz, bo gdy przyjdzie kolejna osoba będzie gorzej. Babcia dla wnusia chce kupić książkę.

Ty: Jaką książkę? 

Babcia: Z niebieską okładką. 
Nosz kurwa, to wybieraj pani. - samo ciśnie się na usta, ale grzecznie prosisz o więcej szczegółów, na co dostajesz odpowiedź, że to jakaś nowość katolickiego wydawnictwa.
Tytułu nie zna, autora też nie, tematu również brak. Pogadane, ale przecież jesteś molem książkowym i ogarniasz, które wydawnictwa kładą duży nacisk na publikacje religijne. I szukasz w ich ofercie wszystkiego, co niebieskie. Dziesiątki książek później mówisz, że nie ma i dostajesz nową informację, że 'o psie'. Znów szukasz. Nie ma. Babcia robi się coraz bardziej zirytowana i agresywna — dobrze, że nie pada, bo parasola nie wzięła, by wymierzyć sprawiedliwość za brak jakiejkolwiek pomoc w szukaniu prezentu dla wnusia. Wychodzi ze sklepu, a na ciebie czeka kolejnych dziesięć osób z podobnymi wskazówkami wyboru. Babcia wraca po pół godziny z smsem od wnusia, który podał tytuł. Sprawdzasz w bazie. Książka wydana przed trzema laty, przez normalne wydawnictwo. To historia o chłopcu, który miał konia. Okładka jest czerwona. Szlag cię trafił. Babcię też, bo nie było ani jednego egzemplarza na stanie. To by było na tyle w kwestii ciekawej wymiany książkowych doświadczeń z klientami.


☞ Sprawdź okładkowe duble


Szukaj a znajdziesz. Może.

Blaski i cienie życia księgarza



Myślicie, że jest lepiej, gdy klientów nie ma? Klienci zawsze są, a jeśli na te magiczne kilka minut wyparowali, to i tak spokojnie usiąść nie możesz, bo nawet nie ma gdzie. Chyba że na magazynie, ale dostawa już zrobiona i nie masz po co się tam kręcić. Musisz stać, bo Wielki Brat patrzy. Kierownik też, więc wyrównujesz książki na półkach i przeklinasz w duchu osobę odpowiedzialną za wstawienie „Draculi” do literatury młodzieżowej. Marzysz o przerwie, a gdy ta w końcu nadchodzi musisz dzieli swoje 15 minut na jedzenie, toaletę i błagalny telefon do pierwszej osoby z listy kontaktów, by zabrał cię z tego wariatkowa. Nie wyrobisz się ze wszystkim, więc olewasz telefon i wysyłasz sms z krótką wiadomością SOS. Nikt cię nie uratował, więc znów ruszasz na poszukiwania książki dla klienta, który doskonale wie czego chce, ale nie pamięta tytułu.

Zbliża się godzina zamknięcia sklepu. Już przebierasz nogami i nagle do sklepu wchodzi stado klientów. No nie wyrzucisz, a gaz pieprzowy jest w domu lub zamknięty w torebce zostawionej na magazynie. Czekasz cierpliwie, bo entuzjazm do biegania za niebieską książką wyczerpałeś w pierwszym tygodniu pracy. Klient nie znalazł, ale wziął inną, a ty już spóźniona na tramwaj powrotny musisz mu starać się wepchnąć 'nakasówki', bo kierownik chce premię. Kierownik patrzy! Klient zapłacił po wielkich trudach, bo karta odrzucona, a monety wolno się liczy. Wyszedł. Zasuwasz roletę. Zamykasz dzień kasowy, robisz całą masę innych podsumowań, zamawiasz towar na jutro. Kierownik odkłada pieniądze. Kierownik zgubił pieniądze. Kierownik patrzy na ciebie podejrzanie. Kierownik znalazł pieniądze we własnej ręce. Facepalmów publicznie nie wypada robić. Zamykasz. Wychodzisz. Tramwaj uciekł, kolejny też. Teraz sobie czekaj, kopiąc się w duchu, że za nadgodziny nikt nie płaci. Wkrótce zrozumiesz, że tam w ogóle za mało co chcą płacić. Nawet za wypracowane godziny z grafiku. Wracasz do domu i zastanawiasz się, co ty właściwie myślałaś, gdy marzyłaś o tej pracy.



Powiem Wam szczerze, że moja przygoda była związana z księgarnią, która była sieciówką z tych, których pełno w każdych galeriach, więc pewnie domyślacie się, o jaką chodzi lub myślicie o jej jedynej konkurencji. Z tego, co wiem w obu warunki są podobne. Nie polecam. Może księgarze w tych małych, średnio prosperujących księgarenkach mają lepsze warunki. Po namyśle wierzę, że tak, bo gorsze ciężko znaleźć. I to nie dlatego, że klienci, czy stanie, czy nawet, że wypłata beznadziejna. Wszystko rozbija się tam o traktowanie człowieka, tego należącego do podgatunku homo pracownikus. Widzicie, największym mitem dotyczącym pracy w księgarni jest to, że twoi przełożeni będą kulturalnymi ludźmi — w końcu pracują w sektorze dość mocno kojarzonym z kulturą, prawda? Niestety ja na takich nie trafiłam. Byłam świadkiem i przeżyłam takie rzeczy, że nikt nie uwierzyłby mi, gdyby je opisała. W pewnym momencie uciekłam z krzykiem, a ze mną pół załogi. Do dziś pracę tam wspominam jako jedno z moich najgorszych doświadczeń. Wielu z was niebawem ruszy do swojej pierwszej pracy, inni być może myślą nad taką zmianą ze swojej obecnej, dlatego radzę Wam dobrze sobie to przemyśleć i nie dać się uwieść złudzeniu. Niech Was Gosiarellowa ręka broni przed złożeniem podań do książkowej sieciówki! Jeśli już koniecznie musicie, to poszukajcie takiej małej, sennej, kameralnej — może one sprostają wyobrażeniu.

Ps. Przyznajcie się, jeśli mieliście podobnie nierealne wyobrażenie o pracy księgarza. A może mieliście w głowie jeszcze inne mity?
Ps2. Zachęcam do podzielenia się swoimi historiami o najbardziej rozczarowujących pracach.
Ps3. Przypominam o ankiecie ;)

Czytaj całość

Moonlight Drawn by Clouds: Romans księcia z eunuchem

Love in the Moonlight recenzja

Ileż to już było historii o tym, że piękna dziewczyna z niskich sfer zakochała się w przystojnym królewiczu, który wziął ją na konia i popatatajali w stronę zachodzącego słońca, by żyć razem długo i szczęśliwie? Tak wiele, że ciężko zliczyć, prawda? Tym razem przedstawię Wam podobną z tym, że koreańską o księciu koronnym, który zakochał się w eunuchu.

Dawno, dawno temu (konkretnie w XIX-wiecznym Joseon) żyła sobie mała dziewczynka, która musiała udawać chłopca. Mijały lata, a dziewczynka w przebraniu chłopca zaczęła czuć się lepiej, niż we własnej skórze. Hong Ra On (Kim Yoo Jung) brykała tu i tam, aż narobiła sobie kłopotów. Raz przez serie niefortunnych zdarzeń (lub jedno wielkie nieporozumienie) zaczęła podrywać księcia koronnego (to taki koreański królewicz) nie wiedząc, że jest księciem koronnym, za to podejrzewając go o skłonności homoseksualne (pamiętacie, że dziewczyna udawała faceta). Innym razem została sprzedana i miała zostać eunuchem (trochę ciężko przerobić dziewczynę na eunucha, ale co tam!) w pałacu królewskim i ta właśnie historia stała się początkiem naszej opowieści — romansu między dziewczyną eunuchem i księciem koronnym Lee Yeongiem (Park Bo Gum).

Hong Ra On Love in the Moonlight
Trzeba jej przyznać, że miała oryginalny pomysł na wyrwanie królewicza.

Ten romans jest bardziej skomplikowany, niż ten Kopciuszka, bo powiedzmy sobie szczerze — związek następcy tronu z dziewczyną niskiego stanu to problem (mezalianse nigdy nie są mile widziane w pałacu), związek następcy tronu z dziewczyną, w której wszyscy widzą mężczyznę to duży problem (przynajmniej dla królewicza, któremu wytyka się niepożądaną dla władcy orientację seksualną), ale związek następcy tronu z dziewczyną, która udaje mężczyznę, a przy okazji [Spoiler] jest dzieckiem zdrajcy [/Spoiler], to śmiertelny problem — śmiertelny dla niej, bo już za samo udawanie powinno się ściąć jej głowę. Jednak kto by się tym przejmował, prawda? W końcu to nie tak, że w końcu wszystko się wyda i zaciągną ją przed oblicze władcy, prawda? Przecież takie rzeczy nigdy się nie dzieją w filmach, serialach, czy dramach... a nie... czekajcie... jednak się dzieją. Ojojoj! Z drugiej strony dla Park Bo Guma warto stracić głowę, więc nie będę jej zbyt krytycznie oceniała.


☞ Sprawdź również Prawdziwą Historię Kopciuszka

W "Hello Monster" Park Bo Gum skradł moje serducho i stwierdził, że zostanie moim ulubionym aktorem, więc powinnam koniecznie obejrzeć pozostałe dramy, w których gra. Stwierdziłam, że nie ma sensu spierać się z koreańskim celebrytą, więc grzecznie realizuję ten plan. Muszę przyznać, że o ile sam Bo Gum jest niesamowicie uroczy, czarujący i niemal sprawił, że zostałam fangirl (a kto jak kto, ale Gosiarella nie umie w fangirl!), to jednak po obejrzeniu "Moonlight Drawn by Clouds" doszłam do wniosku, że nie tyle zwariowałam na punkcie aktora, co na punkcie socjopaty, którego odgrywał we wcześniej wspomnianej dramie. W roli Lee Yeonga już mnie tak nie oczarował (co w sumie kazało mi się poważnie zastanowić, co ja właściwie mam w głowie, że tracę rozum dla fikcyjnych socjopatów?! To zdecydowanie powinno się leczyć lub wybijać elektrowstrząsami!), chociaż niezaprzeczalnie była to pełna uroku postać. Szczerze mówiąc, gdyby królewicze z bajek Disneya zachowywali się w podobny sposób do niego, to nie wykluczam, że mogłabym wcale nie być w teamie złoczyńców. Czekajcie, bo chyba odrobinę popłynęłam i zgubiłam wątek... Chciałam napisać, że aktorzy (zwłaszcza jeden konkretny) spisali się znakomicie i z pewnością polubicie bohaterów, w których się wcielają. Przyjemnie ogląda się ich na ekranie, zwłaszcza że postacie są w pewnym sensie przerysowane, a przez to naprawdę bawią.

[Mały spoiler] Szczególnie bawiła mnie scena (skupcie się, bo to będzie skomplikowane), w której Ra On puściła focha na księcia za to, że wyznał, że zakochał się w kobiecie, którą w sumie jest ona sama, ale ona nie wie, że on wie, że ona jest dziewczyną i myśli, że on kocha ją jako faceta. Ogarniacie? To jest poziom zakręcenia poziom: koreańskie dramy! [/Spoiler]

Zobaczyłam tę scenę i już wiedziałam, że muszę obejrzeć. Czujecie to samo, prawda?



Tak, zdecydowanie "Moonlight Drawn by Clouds" jest zabawną i uroczą dramą, która potrafi podbić serce. Przy okazji jest też bardzo lekka i przyjemna, co dość rzadko zdarza się w dramach historycznych. Przeważnie to tylko krew, tortury i dramat, a tu tego nie ma, a przynajmniej nie w standardowym natężeniu. Nie ma sensu się nawet zastanawiać, czy polecam ten tytuł, bo oczywiście, że tak! Świetnie się bawiłam oglądając i niemal nie mam zastrzeżeń. Niemal! Bo oczywiście jak zwykle w historykach nie jestem w pełni zadowolona z zakończenia, ale powód pozwolę Wam poznać na własną rękę.

Ps. Jestem na etapie pochłaniania dram historycznych, więc jeśli macie ochotę polecić dobre tytuły, to czekam na Wasze komentarze!
Ps2. Macie aktora, dla którego oglądacie wszystkie produkcje, w których występuje?
Czytaj całość

Słowniczek filmowy: B jak Blockbuster i Box office, czyli film musi zarobić!


Porozmawiajmy o pieniądzach! Chyba dla nikogo nie jest zaskoczeniem, że świat opiera się na kasie i nawet kultura (więc tym bardziej tak pop) nie jest w stanie od tego uciec. Hajs bywa elementem decydującym w kwestii tego, czy film powstanie i jak będzie on wyglądał, co zasadniczo opiera się jedynie na prognozowaniu wyników. Dopiero po wejściu do kin i pojawieniu się w Box Office będzie wiadomo, czy film okazał się blockbusterem.


Box office – pojęcie, które w biznesie filmowym określa liczbę widzów lub dochód ze sprzedaży biletów na dany film. W języku angielskim box office oznacza także kasę, w której kupuje się bilety na seans filmowy, teatralny lub inne wydarzenie artystyczne.

Innymi słowy, Box office to zwyczajnie zarobki z kinowych kas. Dystrybutorzy zbierają dane i regularnie przesyłają do serwisu, który je archiwizuje i zestawia wyniki poszczególnych tytułów (jeśli jesteście ciekawi to Box Office Mojo zajmuje się rynkiem amerykańskim, a boxoffice.pl polskim), dzięki czemu można się dowiedzieć, który film okazał się kasowym hitem, a któremu raczej nie wróży się kontynuacji. Z takich ciekawostek najważniejsze są pierwsze trzy dni życia filmu. Najpewniej dla tego wytwórnie z dużą starannością wybierają datę premier swoich filmów, z którymi wiążą największe nadzieje.

W końcu nikt nie chciałby stworzyć box office flopa (tj. boxoffice’owa wpadka), czyli wysokobudżetowego filmu, który wbrew oczekiwaniom nie został przebojem kasowym, lecz totalną klapą, która przynosi wytwórni straty. Chcecie poznać przykłady? Jasne, że chcecie! „47 roninów” kosztował 225 mln dolarów, a zarobił 150 mln $, czyli mamy co najmniej 75 mln dolarów na minusie. „Jeździec znikąd” (2013) zanotował, według różnych szacunków, od 95 do 120 mln dolarów straty, co uważam za skandaliczne, bo to naprawdę całkiem niezły film. „Jack pogromca olbrzymów” zostawił wytwórnie z sumą od 85 do 100 mln dolarów na minusie. Przeglądając boxoffice’owe wpadki można się naprawdę zdziwić, bo naprawdę wiele filmów, które znamy okazały się kompletną porażką finansową dla studia. W ich szeregi zaliczają się nawet niektóre bajki Disneya (np. „Matki w mackach Marsa” z zaskakującą liczbą przekraczającą 130 mln $ strat), czy produkcje o superbohaterach (np. „Zielona Latarnia”).

Podejrzewam, że szefowie studia mieli podobne miny, gdy sprawdzili box office „Jeźdźca znikąd".

Blockbuster – termin w najogólniejszym znaczeniu określający dzieło (film, sztukę teatralną czy grę komputerową), które stało się przebojem, odnosząc sukces kasowy. Mianem blockbustera potocznie określa się również filmy o niskim budżecie, które niespodziewanie okazały się przebojem kasowym, bądź takie, których dochody znacznie przekroczyły oczekiwania producentów.

Jednym z pierwszych najbardziej rozpoznawalnych blockbusterów jest „Przeminęło z wiatrem” (1939). Szacuje się, że koszt produkcji wynosił około 4 mln $, a zyski zapisały się jako największe w historii kina — ponad 400 mln $. Według Box Office Mojo „Przeminęło z wiatrem” do dziś pozostaje najbardziej dochodowym filmem w USA, a jeżeli weźmiemy pod uwagę inflację − przychód wyniósłby dzisiaj 3,5 mld dolarów. Po 50 latach od premiery, czyli do 1989 roku zostało sprzedanych łącznie 12 mln biletów kinowych. Godne pozazdroszczenia, ale może przyjrzyjmy się nieco młodszym produkcjom.  Avatar (2009) pochłonął 237 mln, a zarobił dokładnie 2 787 965 087$ - całkiem sporo cyferek, prawda?

Filmy o najwyższych wpływach [źródło]

Niemniej na liście są niemal same tytuły, z którymi studio wiązało duże nadzieje na zarobek, a przecież czasami zdarzają się niespodzianki, jak choćby „Paranormal Activity”, przy którym wydano jedynie 15 tys. dolarów, a przychód wyniósł 193 mln dolarów! Zastanawia mnie jakim cudem budżet mógł być tak mały (ile w takim razie oni zapłacili aktorom i członkom ekipy oraz za sprzęt i plan filmowy?!)  i jaki w takim razie miało "Blair Witch Project"? Idę sprawdzić... 60 tysięcy?! Jak?! Przecież oni biegają po lesie z kamerami przy twarzach! Okey, lepiej w tym momencie skończmy, bo zdecydowanie już wiecie czym jest Blockbuster i Box office, a ja w tym czasie sprawdzę jakie jeszcze filmy mnie zaskoczą.

☞ Sprawdź również A jak Adaptacja i czym się różni od ekranizacji?

Ps. Powyżej znajduje się lista 10 filmów o najwyższych wpływach kasowych - dajcie znać, czy je widzieliście oraz czy Wasz bilet wpłynął na wynik!
Czytaj całość

Reklama

© Copyright Gosiarella