Thassos szmaragdowa wyspa
Spełniłam jedno ze swoich największych marzeń. Odwiedziłam Grecję. Spędziłam wspaniałe dwa tygodnie na Thassos. Wróciłam. Można pomyśleć, że powrót do rzeczywistości nie należy do najprzyjemniejszych, jednak marzenia to dość niezwykła rzecz i ma to do siebie, że gdy się spełnią pozostawiają w człowieku niezwykle przyjemne uczucia, których nikt nie jest wstanie odebrać. 

Mam dość specyficzne podejście do marzeń, bo nie lubię zostawiać ich w sferze wyobraźni, lecz planów. Wierzę, że jeśli w swojej głowie zaszufladkujemy je jako cele to stają się bardziej realne i łatwiej nam będzie je zrealizować. Lubię myśleć, że 90% ich realizacji zależy od nas samych i działań, które podejmujemy. Niestety te 10% czasami lubi pokrzyżować plany, bo dotarłam do Grecji dopiero przy trzecim podejściu, a właściwie przy trzeciej wykupionej wycieczce i tuż przed wyjazdem ciągle miałam wrażenie, że coś znowu stanie mi na przeszkodzie. Niemniej udało się! Na pocieszenie te wspomniane 10% czasami lubi działać również na naszą korzyć, jak w przypadku mojego innego malutkiego marzenie tj. wysłuchania gry Yirumy na żywo - akurat wtedy los postanowił mi sprzyjać i w czasie trasy koncertowej po Europie wybrał Kraków, jako jedno z miast. Przeżycie było magiczne, jednak po zakończeniu poczułam delikatny smutek, lekką pustkę, bo mogłam byłam, przeżyłam, zachwyciłam się i nagle było po wszystkim. Marzenie spełnione. Na liście marzeń pozycja odhaczona, a następna okazja na wysłuchanie jego muzyki na żywo jest dość odległa. Jednak nie zrozumcie mnie źle - to było wspaniałe doświadczenie i ogromnie się cieszę, że je przeżyłam... tylko chciałabym móc uczestniczyć w tak magicznych chwilach częściej. 


W przypadku Grecji sprawa wyglądała odrobinę inaczej. Już jako mała Gosiarella marzyłam, by postawić nogę na greckiej ziemi. Zachwycałam się każdym dniem, każdą godziną i każdą pojedynczą chwilą, a teraz po powrocie wiem, że mogę to marzenie spełniać co wyjazd, ponieważ widziałam tylko małą część tego zachwycającego kraju i mam jeszcze wiele do odkrycia. To uczucie po spełnieniu marzenia o wiele bardziej mi się podoba, ponieważ stawia kolejne wyzwania oraz obiecuje jeszcze wspanialsze chwile do przeżycia. A już na Thassos nie brakowało ani dziwnych, ani wspaniałych przygód. Jeśli mam być całkiem szczera kraina, którą przez lata sobie wyobrażałam była całkiem inna od tej, którą zastałam. Nie była ani lepsza, ani gorsza - po prostu inna. Dlatego moje kochane Różowe Sałaty - spełniajcie swoje pragnienia, bo nie dość, że to jedno z najwspanialszych przeżyć to w dodatku nasze wyobrażenia nijak się mają do rzeczywistości. Trzymam za Was mocno kciuki!

Ps. Jak widać Gosiarella wróciła, więc niebawem będę nadrabiać zaległości na blogu! Mam nadzieję, że się cieszycie i bardzo za mną tęskniliście!
Ps2. Co powiecie na to, by pojawiło się niebawem kilka tekstów o Grecji, bo przywiozłam Wam zachwycające zdjęcia (na instagramie pojawiło się część z nich) i parę ciekawych przemyśleń.




Zombie z całą pewnością nie jest milusim misiem do przytulania, bo pluszaki zazwyczaj nie próbują nam odgryźć głowy. Innymi słowy, zdecydowanie są źli, jednak czym w sumie są? Czarnymi charakterami? Złoczyńcami? Czy zombiaczek mógłby umówić się z Jokerem, Lokim, Vaderem, czy innym super złoczyńcą na piwo? Jasne, że nie, bo to nie ten poziom. Osobiście postrzegam zombie, jako coś gorszego, niż Złoczyńca przez duże Zet, ale jeśli mam być szczera to właśnie zombie niosą apokalipsę, a ci wcześniej wspomniani, co rusz zaliczają porażkę, więc chyba trzeba byłoby zdefiniować zła mózgożerców.

Czy zombie jest złoczyńcą? 
Rasowy złoczyńca jest geniuszem zła, który walczy o zdobycie potęgi, góry pieniędzy i przejęcia władzy nad światem. Zastanówmy się nad tym. Zombie zdecydowanie zło czyni, w końcu nic dobrego w pożeraniu mózgów nie ma. Zombie niemal zawsze jest potężny, bo w końcu nie dość, że zjada wielu ludziów na przystawkę, to dodatkowo przemienia ich w kolejne zombiaczki tym samym poszerzając swoje szeregi. Żaden negatywny bohater z taką skutecznością nie przeciąga dobrych na ciemną stronę mocy! Co za tym idzie przejęcie władzy nad światem jest banalne. Jedyny cel, który zombie nie interesuje to żądza pieniądza, ale czy słyszeliście o zombie apokalipsie, w której pieniądze mają jeszcze jakąkolwiek wartość? No właśnie. Jedyne co tak naprawdę się nie zgadza to geniusz zła, bo przecież zombie to bezmyślne zwłoki kierowane jedynie pragnieniem powodowanym przez wirusa. Hmmm... wychodzi na to, że to wirus jest prawdziwym złoczyńcą. Tylko jeszcze nie słyszałam o wirusie, który wykształciłby świadomość, ale z drugiej strony nie jestem wirusologiem.

Tak musiałby wyglądać Z-wirus, gdyby był złoczyńcom - trochę głupio i groteskowo, ale co zrobić.
Niemniej nie potrafię się przemóc, by zakwalifikować mózgożercę jako złoczyńcę. Nie i już! Dlaczego? Zacznijmy od tego, że zombie to określenie wykorzystywane do nazywania zarówno pojedynczego powłóczącego nogami osobnika, jak i dla całego stada (sami sprawdźcie liczba mnoga — zombie; liczba pojedyncza — zombie). I choć najprawdopodobniej nie istnieje zasada mówiąca, że złoczyńca nie może być stadem kierowanym przez wirusa, to wydaje mi się to niewłaściwe. W końcu Joker jest wyjątkowy dlatego, że jest jedyny w swoim rodzaju i dlatego uznajemy go za Złoczyńcę (tak, przez duże Zet!)! Do tego dołóżmy, że zombie się nie śmieje. Serio, co to za super łotr, jeśli nie potrafi z siebie wydobyć złowieszczego śmiechu?! Żaden! Okey, uznajmy, że zombie nie jest/są złoczyńcą i w spokoju sprawdzajmy dalej, jako co można go zakwalifikować.

Czy zombie to czarny charakter? 
To już znacznie szersza kategoria, więc bardziej tu pasuje. W końcu do zostania czarnym charakterem wystarczy być złym. Co prawda dochodzą dodatkowe cechy, ale nie są dla wszystkich wspólne, jak na przykład sarkastyczny humor (nie spodziewałaby się usłyszeć od zombie czegokolwiek poza „hhhhrrrrr...hrrrrr...” plus dźwięków sapania, mlaskania i przeżuwania, w ostateczności jeszcze zawodzenia „móóóóózg”). Jednak w tym przypadku pojawia się współpraca, ale czy można określić współpracą to, co wyczyniają zombie? Nie wiem, bo nigdy nie widziałam dwóch mózgożerców, którzy popijają herbatkę nad mapą świata i dzielą terytorium na grupy, ale to, że czegoś nie widziałam wcale nie znaczy, że mogę to zwyczajnie wykluczyć. Zaczynam mieć tego szczerze dość, bo osobiście wychodzę z założenia, że zombie to tylko zbyt szybko poruszający się cel dla maczety, czy innej broni, a tu nagle wychodzi na to, że mogą spokojnie dołączyć do grup zrzeszających najmroczniejsze umysły fikcyjnych tworów. Z niewiadomych względów już chętniej obsadziłabym górę lodową z „Titanica” w roli czarnego charakteru niż zombiaka. Jestem zawiedziona! Czy dla mojego zdrowia psychicznego możemy uznać, że do bycia CC potrzebna jest świadomość tego, że postępuje się źle, a zombie tego nie mają? Dziękuję!

Potworki nawet bramy nie potrafią otworzyć, a ja mam ich za pełnoprawnych złoczyńców uznać? No way!
Jeśli mam być całkiem szczera to do zombie najbardziej pasuje mi jako gang, niezorganizowana grupa przestępcza. Tylko czy w tym przypadku też nie potrzeba odrobiny świadomości? Chyba tak, więc może kończąc te niepokojąco dziwne przemyślenia, uznamy zombie za plagę? To zdecydowanie pasuje, skoro ich poziom rozwoju jest mniej więcej na poziomie karalucha. Wiecie co? Wychodzi na to, że w końcu udało się znaleźć odpowiednią etykietkę! Przy okazji omówiliśmy mniej więcej czym się różni złoczyńca od czarnego charakteru. Tylko jakoś tak smutno się robi na myśl, że nie da się traktować poważnie czegoś, co niszczy fikcyjne światy, powoduje globalną apokalipsę i jest bardziej skuteczne od wszystkich złoczyńców razem wziętych. W końcu nie możemy zombie odmówić bezwzględności, wytrwałości, braku skrupułów, czy choćby skuteczności, dzięki czemu pod wieloma deklasują większość antagonistów, których znamy, podziwiamy, czy uwielbiamy. 

Ps. Czy tylko mi jest odrobinę smutno na myśl, że zombie są negatywnymi bohaterami gorszego sortu? Chociaż i tak z przyjemnością strzeliłabym im w łeb, a przy tym znalazłabym i ukarała każdego, kto śmiałby unieszkodliwić np. Jokera. 
Ps2. Co powiecie na Wakacje z Zombie 2?

Na wstępie wolę uprzedzić, że ten tekst nie jest przeznaczony dla fanów tej superbohaterskiej dwójki, bo mogliby się poczuć urażeni - tak, jak ja czuję się urażona oglądając ich na ekranie. W ramach Eksperymentu DC tj. przyswajania sobie filmowych adaptacji komiksów DC Comics, musiałam obejrzeć choć po jednym filmie z Batmanem i Supermanem, a przez wrodzony masochizm obejrzałam znacznie więcej, w tym „Batman: Początek”, „Mroczny Rycerz”, „Mroczny Rycerz Powstaje”, „Człowiek ze stali” oraz „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” i to ostatnie bolało najbardziej.

Wyjątkowo nie mam zamiaru być delikatna, więc dosadnie powiem, że oglądanie tych filmów było koszmarem. Były momenty, w których chciałam się ciąć łyżeczką, były takie, w których szukałam wiertarki, by zrobić sobie lobotomię i były też te, w których krzyczałam na ekran. Przy niektórych tytułach musiałam mieć trzy podejścia, żeby je skończyć, bo zwyczajnie brakowało mi sił. Oczywiście były też momenty, w których autentycznie piszczałam ze szczęścia, ale to tylko wtedy, gdy na ekranie pojawiał się Joker, więc nie można tego zaliczyć na plus superbohaterów. Niemniej ta cała parada filmowych porażek była w pewnym sensie zaskakująca, bo poza kilkoma dość drobnymi zarzutami, nie mam awersji ani do Batmana, ani do Supermana. Ich postacie są całkiem ciekawe, a złoczyńców, z którymi walczą, wprost uwielbiam. Nawet seriale animowane, czy gry z Batkiem i Supem w rolach głównych są całkiem w porządku, więc zastanawiam się co u licha dzieje się z filmami?! Czy w Hollywood tak nienawidzą bohaterów od DC (niestety to akurat nie jest jedynie problem Supermana i Batmana, bo Kobieta Kot, Zielona Latarnia i inni też zostali sponiewierani), że celowo partaczą każdą adaptację? Zapewne jest w tym ziarno prawy, bo oglądając choćby „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” ciężko uwierzyć, że ludzie pracujący przy tym filmie mieli dobre zamiary (uniewinniam jedynie aktorów, bo robili co mogli i wyszli dobrze). Także największym problemem Batmana i Supermana są filmy! Poza tym każdy z nich ma dodatkowo kilka mniejszych problemików.

The same scene - always and forever 
Ciągle odtwarzane nieszczęśliwe dzieciństwo → Jak wszyscy doskonale wiemy, Bruce Wayne stracił rodziców, gdy był bardzo młody. Dlaczego wierzę, że wszyscy o tym DOSKONALE WIEMY? Ponieważ dosłownie w każdy film o Batmanie zaczyna się sceną, w której szczęśliwa rodzinka Wayne'ów wychodzi z kina/teatru i nagle zza rogu wyłania się bandyta, który zabija rodziców Bruce'a. Perły jego matki się rozsypują po ziemi. Dzieciak płacze. W następnej scenie widzimy pogrzeb i małego Batmanka nad ich grobem. Zawsze wygląda to dokładnie tak samo. Zawsze! Wierzę, że są na świecie ludzie, którzy nie wiedzą jak nazywa się prezydent USA lub papież, ale z pewnością znają tragiczną historię Bruce'a Wayne'a. Nic dziwnego, że Bruce ma problemy z agresją, skoro twórcy karzą mu przeżywać najtragiczniejszy moment życia wciąż na nowo!

Niezmienny wskaźnik przestępczości → Gotham to piękne miasto, pełne złoczyńców i nieporadnych policjantów. Można byłoby pomyśleć, że pojawienie się zamaskowanego bohatera, który walczy z przestępcami, zrobi różnice i po kilku latach cała mieścinka będzie przyjazna i bezpieczna, ale poza krótkim epizodem z „Mroczny Rycerz Powstaje”, to nie ma miejsca. To musi być naprawdę dołujące, gdy noc w noc walczy się z łotrami i praktycznie wsadza do więzienia tylko po to, by po jakimś czasie oni z niego uciekali, by ponownie siać postrach w mieście, a nawet jeśli zostaną za kratkami to i tak ich miejsce zajmuje kolejny złoczyńca. Biedny Batman nie dość, że jest chronicznie wyspany, to zdecydowanie musi być również sfrustrowany faktem, że   jego wysiłki idą na marne. Zwłaszcza że… 


Fani wolą Złoczyńców! → Oczywiście wiele osób lubi Batmana, kibicuje mu, chciałoby mieć jego gadżety, a w dodatku wszystkie bluzy, podkoszulki i inne części garderoby z logiem Batmana wyglądają rewelacyjnie, ale nie oszukujmy się – większość z nas ogląda Batmana dla Złoczyńców. Joker to mój osobisty faworyt, dzięki któremu uśmiecham się (poprawka chichoczę złowieszczo) ilekroć pojawi się na ekranie, bo zmienia każdą scenę w prawdziwe przedstawienie. Pingwin zdecydowanie ukradł całe serialowe "Gotham". Two Face, Człowiek Zagadka, Strach na Wróble, Trujący Bluszcz, Bane, czy Harley Quinn również błyszczą na ekranie za każdym razem! I jak może się przy nich czuć biedny Batman, który może i jest tytułowym bohaterem, ale i tak większość widzów bardziej się cieszy ze scen z udziałem przestępców, niż z jego?!

Znajdźcie trzy różnice.
Populacja ignorantów  Jak już kiedyś pisałam Superman żyje w dziwnym świecie, w którego przeciętny mieszkaniec ma rozwiniętą spostrzegawczość na poziomie pantofelka. Trochę szkoda ratować miasto zamieszkałe przez skrajnych ignorantów (by nie napisać tumanów), bo przez samo swoje istnienie obniża się ogólnoświatowy poziom IQ. Zapewne domyślacie się skąd się wzięła moja pogarda - z trzech różnic, które znaleźliście na powyższych zdjęciach tj. okulary, delikatna zmiana uczesania oraz przebranie się w kolorowy kostium z pelerynką. Te drobne szczegóły sprawiają, że nikt w całym uniwersum nie potrafi zgadnąć, że to Clark Kent jest Supermanem.

Kompleks mesjasza → Teoretycznie większość superbohaterów na niego cierpi, jednak mam wrażenie, że u Supermana poszło to o krok dalej przez jego wyjątkowość i niezniszczalność. Nie dość, że sam wierzy, że jego przeznaczeniem jest ocalenie świata, to i ludzkość w to wierzy. I jak w takiej sytuacji biedny Superman może zrobić coś złego? No jak? Wystarczy, że go o coś fałszywie oskarżą lub coś przeoczy i od razu depresja murowana, co zresztą widać po najnowszym filmie.

Ciężko się z nim utożsamić → I to nie tylko dlatego, że bohater jest kosmitą, którego planeta wybuchła i nie ma już nikogo z jego gatunku, lecz przez jego bezbarwność. Widzicie, Superman ma dwie twarze i nie mam na myśli podział na Clarka Kenta i Kal-El'a, lecz niezwykłego twardziela z laserami w oczach, którego nie sposób zranić, a co dopiero pokonać oraz faceta, który jest przy tym całkiem mdły. Nikt z nas nie może lub nie chce się z kimś takim utożsamiać, bo przecież musiałoby być z nami bardzo źle, żebyśmy sami się postrzegali, jako nieciekawych szaraków, a niestety nikt nie jest tak zadufany w sobie, by wierzyć, że nic nie jest w stanie go pokonać. Przez to w niemal każdym wcieleniu Superman jest za mało ludzki i nie postrzegamy go w tych kategoriach, a to sprawia, że ciężko z nim sympatyzować. Biedny ten nadludzko silny superbohater z laserami w oczach... I w dodatku ma najbardziej irytującą dziewczynę wśród wszystkich partnerek superbohaterów!!

Na szczęście filmy czasami robią również dla nich coś dobrego, bo dzięki Hollywoodzkim twórcom zarówno Batman, jak i Superman w końcu przestali nosić gacie na spodniach, ale to tak drobna zaleta, że aż szkoda było ją wymieniać.

Ps. Wiem, że wiele osób może się ze mną nie zgodzić i uważać wyżej wymienione filmy za bardzo dobre – szanuję Wasze zdanie, bo jest tak samo istotne, jak moje, a jeśli Was to pocieszy to dostałam już łomot od brata za obrażanie filmów o Batmanie (tak, mam w domu wrogi team).
Ps2. Co zmienilibyście w filmach o Supermanie lub Batmanie, by były lepsze?

Do niektórych filmów lubię powracać po latach, w przypadku slasherów ma to miejsce wtedy, gdy nie pamiętam, kto jest mordercą, ani w jakiej kolejności padają trupy bohaterowie. W przypadku serii Krzyk, taki powrót do przeszłości okazał się wspaniałym popkulturowym przeżyciem. Niestety, jeśli chodzi o „Koszmar minionego lata” i jego kontynuację to już nie było tak fajnie. Okazało się, że w przeciwieństwie do horrorów z Ghostfacem w roli głównej, który dalej potrafi świetnie umilić czas, to "Koszmar..." powoduje całą masę facepalmów.

Zastanawiam się z czego to wynika. Przecież przed laty nie uważałam go za epicką porażkę. Wręcz wspominałam go, jako stosunkowo udany slasher. A teraz mam ochotę spalić każdą istniejącą kopię tego filmu. Dlaczego? Chciałabym napisać, że w dużej mierze winę ponosi za to "Straszny film", który wykorzystał i sparodiował masę scen z "Koszmaru minionego lata", ale to było by zrzucenie winny na niewinnego. Co nie zmienia faktu, że przez większość czasu się śmiałam, zamiast bać, bo w w odpowiednich fragmentach przypominały mi się gagi ze "Strasznego filmu". Problem polega na tym, że oryginalne sceny w "Koszmarze minionego lata" oraz "Koszmarze następnego lata" ma w sobie niemal równy poziom absurdu, co parodia, a to nie świadczy najlepiej o horrorze. Zresztą przeanalizujmy co lepsze sceny (bądźcie gotowi na sporą dawkę spoilerów).

O czym tak właściwie jest "Koszmar minionego lata"? Grupka nastolatków po imprezie jedzie autem i potrąca człowieka. Chciałabym wierzyć, że we współczesnym świecie każdy normalny człowiek w takiej sytuacji wezwałby pogotowie, jeśli nie z powodu zwykłego człowieczeństwa to chociaż przez to, że zaoszczędziłoby to mu później wielu problemów. Niemniej nasi bohaterowie postanowili tego nie robić, bo według ich fachowej opinii ofiara była martwa i w niczym, by to nie pomogło. Co ciekawe kierowca był trzeźwy, a i tak uważał, że to skończy się dla nich źle. Ech... nawet nie mam siły tego komentować. W każdym razie mamy zwłoki i czas rozstrzygnąć co z nimi zrobić. Do wyboru są takie opcje:
a) zmienić zdanie i zadzwonić po pogotowie, bo są spore szansę, że idiota orzekający zgon nie potrafił znaleźć pulsu, bo... no cóż... jest idiotą.

b) odjechać zostawiając ciało na drodze, by kolejny przejeżdżający kierowca zadzwonił po policję, która powiadomi rodzinę ofiary o jego stanie.
c) wrzucić przejechanego człowieka do bagażnika, zawieść na molo i wrzucić do wody, by nikt go nie odnalazł, a jego rodzina nigdy nie wiedziała, co się stało z ich ukochanym tatusiem, mężem, bratem etc.


Jak sądzicie co wybrali? Oczywiście najbardziej zdumiewającą opcję, czyli c! 
I tak oto nastoletni geniusze postanowili przenieść ciało, umazać wnętrze samochodu w krwi i zrobić wszystko, by wyglądać na bardziej winnych, niż byli w rzeczywistości, a to wcale nie jest w tym najlepsze! O nie! Najzabawniej zrobiło się, gdy przyszedł czas wrzucenia ciała do wody, a ciało ożyło! I to nie w zombie stylu, tylko takim "Cześć, żyję. Proszę nie mordujcie mnie". Więc jak sądzicie, jaką decyzję wtedy podjęły nasze bystrzaki? Postanowili go dobić! Dobić, utopić i zanurkować za nim w otchłań wody tylko po to, by wyszarpać mu z ręki koronę, którą zabrał swoim oprawcom! So brilliant! 

Od czasu tamtego morderstwa minął rok. W tym czasie każdy ze sprawców się po obrażał na pozostałych i przestali ze sobą rozmawiać. Przynajmniej do momentu, gdy Julie James do miasteczka i dostała anonimowy list o treści "Wiem co zrobiłaś zeszłego lata" (stawiam, że ten film zainspirował powstanie A. w Pretty Little Liars).


Ale styl całkiem niezły: przeciw potopowa kurtka rybacka, kapelusz przeciw powodziowy i hak, jak u pirata. Co on w secondhandzie kompletował ten strój?
Według mnie nie jest to najbardziej przerażająca wiadomość, jaką można dostać, ale chyba nie jestem obiektywna, skoro nigdy nikogo nie zabiłam. W każdym razie nasza Julie postanowiła zrobić to, co tak często jest wytykane w filmach kryminalnych, czyli popędzić z kartką do wszystkich współwinnych w razie, gdyby nadawca nie wiedział kto jeszcze brał udział w zbrodni. W każdym razie szybko okazuje się, że ktoś wie o ich niecnym uczynku i postanawia ich ukarać. Właściwie należy im się, bo są mordercami, a który widz uważający się za zdrowego psychicznie będzie się martwić tym, że jeden morderca pozabija innych? Mała strata dla społeczeństwa i właśnie dlatego tak lubiliśmy serial Dexter. Problem polega na tym, że nadawca tej wiadomości jest kompletnie pomylony i właściwie nie wiadomo o co mu chodzi, bo z jednej strony znęca się psychicznie nad naszymi morderczymi nastolatkami, a z drugiej zamiast ich zwyczajnie zabić to ten pacan uśmierca samych postronnych. To nie ma sensu! Znaczy ma budować napięcie, ale tylko przy założeniu, że widz to idiota lub morderca zamiast karać, lubi zwyczajnie wbić hak w ludzkie mięsko. Odrobinę żenujące. Poważnie, czy tylko ja uważam, że morderca musi mieć jakiś cel?
Dokładnie! Na co czekasz Ty leniwy morderco?!
I tak przez swoje zwlekanie na ostatnią chwilę z wykończeniem głównej grupki, okazuje się, że 50% celów przeżyło, by reżyser mógł stworzyć kontynuacje. Tylko po co? By powtarzać te same błędy w nowej scenerii? Co kto lubi. Jako fanka slasherów trochę żałuję, że wróciłam do "Koszmarów...", zamiast zachować po nich w miarę dobre wspomnienia. A teraz widzę tylko błędy, absurd i słaby scenariusz. Pociesza mnie jedynie, że poza absurdem film pasuje do głównych cech gatunku. Powiem Wam jedno: nie oglądajcie "Koszmarów..." niezależnie od tego, czy jesteście fanami slasherów, czy nie. Jeśli wspominacie go miło to tym bardziej do niego nie wracajcie. Zachowajcie dobre wrażenia z przed lat i nie popełniajcie mojego błędu.

Ps. O czym byście pomyśleli, gdybyście dostali anonimową wiadomość "Wiem co zrobiłeś zeszłego lata!"? Serio, co by to było?
Ps2. Mieliście film, który lubiliście dopóki go ponownie nie obejrzeliście?

Panie, Panowie, Różowe Sałaty!
Tradycyjnie, jak co roku ujawniam czas i miejsce, w którym będę, licząc na to, że dołączycie do mnie i Agaty z Bałaganu Kontrolowanego! Mam nadzieję, że właśnie piszczycie z radości (Nie? Jak to?!) lub chociaż sprawdzacie, czy macie czas 
od godziny 17:00 29 maja. Jeśli tak, to widzimy się w klubie Opium (ul. Jakuba 19 w Krakowie)! Zapiszcie datę w kalendarzu, dodajcie się do wydarzenia na FB i przygotujcie psychicznie na porządne psucie mózgów! 

W końcu wypada czasami spotkać się, by na żywo omówić plany podbicia świata, obrony przed Zombie Apokalipsą, czy ponarzekać na księżniczki Disneya, chociaż znając życie skończy się, jak zawsze, czyli na zachwycaniu się wspaniałymi serialami, filmami, książkami i całą popkulturą. Ze swojej strony obiecuję, że jeśli nie lubicie rozmawiać z innymi ludźmi, to możecie spokojnie usiąść w kąciku, by z szalonym spojrzeniem notować wskazówki dot. przetrwania w razie Z-epidemii - różne rzeczy widziałam i niewiele może mnie zdziwić. A tak poważnie nie ma co się wstydzić, bo ja sama w strachu, że będę siedzieć sama i nawet Agata się nie pojawi. Nie róbcie mi tego!


***

W drugiej części ogłoszeń parafialnych informuję, że Gosiarella uciekła z internetów i pojawi się dopiero za tydzień z lekkim hakiem. Mam nadzieję, że przywiozę Wam kilka fajnych tekstów! Przez ten czas teksty będą pojawiać się regularnie na blogu, jednak w komentarzach będziecie musieli rozmawiać z innymi Różowymi Sałatami. Wszystko ogarnę, gdy tylko wrócę! Bądźcie dzielni i niech różowa moc będzie z Wami!

Ps. To kto z Was dotrzyma mi towarzystwa na spotkaniu, a kogo będę musiała wpisać na czarną listę?



Domyślam się, że spodziewacie się rozbudowanego uniwersum, które mogłoby konkurować z tym, do czego przyzwyczaił nas Marvel. Niestety mam złą wiadomość. DC nie ma spójnego uniwersum filmowego. Większość ich produkcji zwyczajnie się nie łączy (nawet historie Supermana i Supergirl są sprzeczne). Niemniej postaram się w miarę rozsądnie przedstawić, jak najlepiej zacząć przygodę z adaptacjami ich komiksów. 

Na wstępie wolę uprzedzić, że nawet nie próbuję wymieniać starszych filmów i seriali, które powstały jako adaptacje komiksów DC, bo zwyczajnie mija się to z celem, ponieważ w żaden sposób się ze sobą powiązane. Podobnie wygląda kwestia pojedynczych filmów takich, jak Kobieta Kot, czy Zielona Latarnia, które choć bazują na komiksach to nie mają wiele wspólnego z pozostałymi filmami. Z tego powodu poniższe tytuły to jedyna namiastka połączonego uniwersum.


Jak oglądać seriale?
1. Arrow (2 pierwsze sezony)
2. Flash (od tego momentu ogląda się na zmianę jeden odcinek z pierwszego sezonu Flasha, a następnie jeden z trzeciego sezonu Arrow i tak ciągle na zmianę)
3. DC's Legends of Tomorrow (możecie zacząć oglądać dopiero po 8 odcinku 2 sezonu Flasha i 8 odcinku 4 sezonu Arrow) 
4. Supergirl (specjalnie się nie łączy, jednak najlepiej zacząć oglądać po 1 sezonie Flasha)
5. Constantine (nie łączy się z powyższymi)
6. Gotham (nie łączy się z powyższymi)
7. Lucifer (nie łączy się z powyższymi)
8. iZombie (nie łączy się z powyższymi)


Jak oglądać Batmana?
1. Batman (1989)
2. Powrót Batmana (1992)
3. Batman Forever (1995)
4. Batman & Robin (1997)
------------------Poniższe nie łączą się z powyższymi-----------------
5. Batman: Początek (2005) [Złoczyńcy: Strach na wróble, Ra's al Ghul]
6. Mroczny Rycerz (2008) [Złoczyńcy: Joker, Two Face]
7. Mroczny Rycerz Powstaje (2012) [Złoczyńcy: Bane]

DC Extended Universe
Oto moment, na który wszyscy czekaliście, czyli początek spójnego uniwersum filmów od DC, w którym będziemy mogli oglądać kontynuowane wątki ze wcześniejszych filmów oraz liczne crossovery. Niemniej to uniwersum dopiero raczkuje, więc będę je rozbudowywać na bieżąco wraz z pojawianiem się nowych filmów.

1. Człowiek ze stali
2. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości
3. Legion samobójców (już w sierpniu! Możecie przedtem obejrzeć serial Arrow)

Planowane:
4.  Wonder Woman (2017)
5. Liga Sprawiedliwych part 1 (2017)
6. The Flash (2018)
7. Aquaman (2018)
8. Liga Sprawiedliwych part 1 (2019)
9. Shazam (2019) 
10. Cyborg (2020)
11. Green Lantern Corps (2020) 


Ps. Wolicie spójne uniwersum, czy pojedyncze z niczym nie powiązane filmy?
Ps2. Jaki jest Wasz ulubiony tytuł od DC?