Zielona mgła i zombie dziwolągi, czyli Freakish

Freakish serial o zombie

Gdy w „iZombie” Olivia trafiła na plan serialu o przygodach licealistów walczących z zombie, pomyślałam dwie rzeczy. 1. Ten fikcyjny serial musi być niesamowicie kiczowaty, ale 2. jako popkulturowa masochistka z pewnością obejrzałabym go. Panie, Panowie i Różowe Sałaty — stało się! Trafiłam na taki serial!

Akcja „Freakish” przenosi nas do liceum w czasie wolnym od zajęć. Na terenie szkoły znajdują się jedynie pojedynczy uczniowie, którzy musieli zostać w kozie, byli na treningach lub brali udział w innych zajęciach pozalekcyjnych. Zasadniczo zawsze uważałam, że szkoła jest ciekawsza po lekcjach, ale to, co się przydarzyło obecnym tam dzieciakom, zdecydowanie można zakwalifikować, jako najważniejsze wydarzenie życia. Wszystko zaczęło się od eksplozji i związanego z tym wycieku chemikaliów z pobliskiej placówki badawczej. Szybko doprowadziło to do rozprzestrzeniania się w całej dolinie gęstej, zielonej i śmiertelnie toksycznej mgły zmieniającej ludzi w zombie — przy takich atrakcjach katastrofa w Czarnobylu przypomina mój codzienny smog za oknem.


Porozmawiajmy o dziwolągach zombie

Freakish zielona mgła
Toksyczna mgła? Wdychanie jej wydaje się doskonałym pomysłem!

Może zombie to za dużo powiedziane w przypadku dziwolągów z „Freakish”, ale skoro Liv z „iZombie” może się zaliczać do ich grona, to tym bardziej te ludziożercy w lekko zielonym odcieniu. Teoretycznie przedstawione w serialu stwory spełniają wszystkie kryteria. Gdy człowiek zabity przez toksyczną mgłę umiera, zmienia się w zombie. Gdy zombie ugryzie człowieka, ten też zmienia się w zombie (najpierw choruje, później umiera, później reanimuje). Zombie nie potrzebuje niczego poza ludziną, na którą nieustannie stara się zapolować. Zombie nie jest inteligentne, nie lituje się nad ukochanymi osobami (chce je zjeść) i jest brzydkie. Niby wszystko się zgadza, ale problem w tym, że te serialowe stwory boją się ognia i można je zabić, nie tylko rozwalając mózg, chociaż każdy szanujący się zombie hunter uznałby to za zaletę. Niemniej trochę irytujący jest fakt, że kolejna produkcja o zombie kreuje świat, w którym pojęcie 'zombie' zwyczajnie nie istnieje. Zupełnie jakby te dzieciaki nigdy nie grały w „Zombie Island” ani nie oglądały „The Walking Dead”. Really? Tak więc oficjalnie nasi mózgożercy zyskali nową nazwę: Freak, czyli po naszemu dziwolągi.

Niemniej w każdym filmie bohaterowie reagują na zombie w sposób bardzo podobny, gdy już się zorientują, że nie są one przyjaznymi stworzeniami, a mianowicie chcą ich zabić. Niestety nastolatkowie z „Freakish” nie są wojownikami, lecz mają miękkie serca. Nie wróży to dożycia emerytury, dlatego nie powinniśmy się do nich przyzwyczajać (w żadnej produkcji o zombiakach nie powinniśmy!). Zwłaszcza że gdy tylko jakaś postać zaczyna robić się interesująca, to po kilku minutach pada trupem. Dlatego nie będę się trudzić z przedstawianiem ich wszystkich. Powiem Wam tyle, że mamy cheerleaderkę, która chodzi z głównym rozgrywającym, ciężarną nastolatkę prymuskę, łobuza, snobistycznego nerda, oudsiderkę w typie badassa i oczywiście najnormalniejszego i najbardziej przeciętnego chłopczyka, który jest w niej zakochany po uszy. Normalnie nie szufladkuję bohaterów, ale Ci są stereotypowi do bólu. I oczywiście każdy w kimś jest zakochany lub łączy go z innym ocalałym specjalna więź, bo bez tego scenarzyści nie potrafią przedstawić nastolatków. W formie wyjaśnienia gra aktorska nie jest zła, to bohaterowie są odrobinę żenujący.

Nastolatki walczą z zombie
Co robi stado nastolatków, gdy goni ich jeden zombie? Uciekają i rozdzielają się. Facepalm tak bardzo.

Niemniej we wstępie napisałam, że serial o zombiakach w liceum byłby dla mnie guilty pleasure. Obawiam się, że jednak się pomyliłam, ale z racji tego, że nie lubię się przyznawać do błędów, to zrzucę odpowiedzialność na twórców, że zwyczajnie zrobili słaby serial, którego zwyczajnie nie byłam w stanie polubić. Bo i jak mogłabym, skoro niedorzeczność goni niedorzeczność. Przykładowo sama kwestia mgły, która jakimś cudem nie przedostaje się przez nieszczelności, a od niezbyt dokładnie zawieszona folia chroni od zagrożenia biologicznego w powietrzu. Jeszcze lepsze jest zombie, któremu udaje się wspiąć do szybu wentylacyjnego, ale jakimś jest na tyle głupie, by siedzieć tam i czekać, aż ludzie w końcu go zauważą. Chociaż nie, najbardziej niedorzeczną rzeczą jest fakt, że zombie nie próbują przejść przez foliową ścianę. Kurcze... z drugiej strony podejście do insuliny i cukrzycy też woła o pomstę. Okey, nie jestem w stanie zdecydować, która sytuacja pokazuje w największym stopniu ignorancję twórców. A nie, jednak mam! Tylko uwaga, bo to spoiler: Gdy w końcu ktoś z poza doliny spowijanej toksyczną mgłą postanawia odwiedzić naszych bohaterów, by ich zabić - wybiera uśmiercenie ich za pomocą strzykawek z trucizną, zamiast zwyczajnie pozwolić im umrzeć z pragnienia (tak, na jego polecenie zostaje dostarczona woda, WTF?!).

Ogólnie chciałabym Wam polecić „Freakish”. Dobra, żartuję. Jeśli podobnie jak ja chcecie się katować serialem o nastolatkach walczących z zombie, to poczekajcie na lepszą produkcje, bo to ciężko oglądać. I wcale nie jest pocieszający fakt, że każdy odcinek trwa jedynie 20 minut, bo to dalej mordęga.

Ps. Macie pomysł na absurdalny serial o zombie, który chcielibyście obejrzeć?

Czytaj całość

Czy opłacalne jest bycie superbohaterem?

Artykuły o superbohaterach

Większość z nas nie pogardziłaby supermocami (oczywiście tymi fajnymi, bo np. takie wypłakiwanie śmiertelnego wirusa w łzach nie jest spoko). Sama wierzę, że od razu po ich otrzymaniu zmajstrowałabym sobie jakiś różowy kostium i ruszyła zmieniać świat na lepsze. Jednak praca superbohatera może wcale nie być taka fajna, jak się z pozoru wydaje.

Zresztą sami spójrzcie, co się dzieje w Central City (miejsce akcji "Flasha"). Wybuch w S.T.A.R. Labs zmienił wielu mieszkańców w metaludzi, czyli osoby obdarzone niezwykłymi zdolnościami i tylko garstka z pośród nich nie przeszła na stronę zła. Statystycznie niemożliwym jest, by 90% ludzi przed zyskaniem swoich super talentów, była zła do szpiku kości i marzyła o sianiu zniszczenia, prawda? Właśnie! Podejrzewam, że najzwyczajniej w świecie ci metaludzie bardzo szybko doszli do wniosku, co jest dla nich najkorzystniejszym rozwiązaniem. Jestem przekonana, że pod koniec tego tekstu zgodzicie się z nimi.


Spójrzcie na czołowych superbohaterów. Ci to prowadzą życie! Kto nie zazdrości Tony'emu Starkowi?! Jest geniuszem, który sam sobie zmajstrował bycie superbohaterem, milionerem, który sam sobie to sfinansował i przystojniakiem, na którego ramionach chciałaby zwisać co druga dziewczyna (osobiście wolałabym kasę i zbroje, ale faceci mogą myśleć inaczej). Do tego opisu poza Iron Manem, pasuje również Batman, Green Arrow i kilku innych, którzy mogą sobie pozwolić na tak drogie hobby. Z kolei Professor Charles Francis Xavier znany także jako Profesor X, nie przeznaczał swoich potężnych zasobów finansowych na tanie gadżety, jak Batmobile, bo wolał pójść na całość tj. założyć  Xavier's Institute for Gifted Youngsters, czyli szkołę dla nastoletnich mutantów, dzięki czemu X-manów nie interesują koszty utrzymania, ani pieniądze w ogóle. Już samo założenie i opłacanie standardowego Instytutu byłoby niezwykle kosztowne, a co dopiero tak niezwykle wyposażone, jak X-manów! Oczywiście nie wszyscy superbohaterowie są niebotycznie bogaci, lecz oni za zwyczaj nie przywiązują wielkiej wagi do pieniędzy. Przykładowo taki Thor jest królewiczem i bogiem, lecz w czasie wizyt na Ziemi raczej nie płaci za burgery Asgardzką walutą. Zresztą kto wystawiłby bogu rachunek? Są też tacy jak Deadpool, którzy biorą to, co chcą nie bardzo przejmując się tym, czy wolno. Patrząc przez pryzmat tych wszystkich superbohaterów można dojść do wniosku, że naprawdę fajnie jest mieć taką fuchę. Żyjesz jak król, tłumy Cię uwielbiają, twoja facjata jest ciągle na pierwszych stronach gazet, a w sklepach sprzedają twoje figurki. Życie marzeń... chyba, że jesteś Spider-Manem, bo jemu to ciągle wiatr w oczy.

Smutny los superbohaterów
Biedny mały pajączek.

Pisząc o tym, jak biedny jest Spider-Man, nie mam na myśli tego, że co chwilę musi gościć na pogrzebach swoich bliskich, tylko tego, że dosłownie jest biedny. Peter ledwo wiąże koniec z końcem, ciągle wyrzucają go z pracy, a za zdjęcia Spider-Mana płacą mniej, niż za zdjęcia ze stocka. W dodatku nad biedną ciocią May ciągle wisi widmo eksmisji. Zresztą nie tylko nad nią. Peter jest tak biedny, że pieniądze uciekają na jego widok (nawet wytwórnia uważała, że filmy o Spider-Manie są nieopłacalne i nie dała widzom obiecanego "Niezwykłego Spider-Mana 3"). Pewnie pomyśleliście sobie, że skoro chłopak ma takie niezwykłe talenty, to z pewnością coś wymyśli, prawda? Otóż nie, bo to właśnie bycie Spider-Manem sprawiło, że jego życie osobiste jest porażką, a za bycie superbohaterem w Nowym Jorku nikt nie płaci. To wolontariat. Uwierzycie, że ktoś daje sobie codziennie spuszczać łomot pro publico bono? Nawet za pranie kostiumu nie zwracają! Niby rozumiem, ja też prawie wszystkie swoje teksty piszę za free w imię dobra społecznego (O shit! Frajer ze mnie! To może zostawię tu link do Patronite, by mi się lepiej zrobiło), ale przynajmniej nikt mnie nie bije za to. 

Skoro o biciu mowa, to wystarczy spojrzeć na filmy i seriale o superbohaterach, by przekonać się, jak niebezpieczna jest to praca. Nawet kiedy nikt nimi nie rzuca o ściany, nie obija twarzy, nie zrzuca z dachów i ogólnie nie próbuje pozbawić życia, to istnieje spora szansa, że porwie ich bliskich. Babcia, mama, ciocia, ukochana, piesek, kotek sąsiadki - oni wszyscy są w niebezpieczeństwie! Spójrzcie na Spider-Mana! Jemu to prawie wszystkich wymordowano! Zresztą Arrowowi też! I za co? Nikt im nawet wypłaty na konto nie przesyła, a ubezpieczyciele pewnie umów z nimi nie podpisują, bo nie byłoby to korzystne. 

To trochę zastanawiające, że superbohaterowie nie podpisują umowy z miastem, czy państwem, w ramach której otrzymywaliby wynagrodzenie, ubezpieczenie i mieli zapewnioną emeryturę (nie żeby w ich przypadku była duża szansa na dożycie sędziwego wieku). W końcu należy im się, skoro są bardziej efektywni od oddziału policji, czy jednostek specjalnych. Zresztą tym prawdziwym superbohaterom, działającym w realu też chyba nikt nie płaci, a organizacje, które zakładają są non-profit.

Smutny los bohaterów
Poważnie, niech się ktoś zlituje nad biednym małym pajączkiem!

Dodatkowo trzeba zaznaczyć, że większość superbohaterów początkowo nie cieszy się ani popularnością, ani miłością tłumów. Spider-Mana szykanowano w gazetach i początkowo ścigała go policja. Zresztą podobnie jak Arrowa i większość superbohaterów w pomniejszych uniwersach. Najgorzej mają chyba X-manie, którzy ciągle starają się zapobiec wojnie ludzi z mutantami - z różnym skutkiem. Biorąc to wszystko pod uwagę nie widzę powodów, dla których bycie superbohaterem mogłoby być opłacalne. Ani dobrej prasy, ani pieniędzy, ani ubezpieczenia, a w zamian Ty i Twoi najbliżsi znajdujecie się w ciągłym niebezpieczeństwie. Czy to wszystko rekompensuje bliżej nieokreślone dobro społeczne? Może idealistom podobnym do mnie, ale nawet ja dałabym sobie spokój po trzecim ciosie w me urocze lico.


A teraz odwróćmy wzrok od superbohaterów, by przyjrzeć się, jak wygląda sytuacja u złoczyńców. Zasadniczo oni za swój proceder również nie dostają ubezpieczenia, ani wynagrodzenia z racji jakiejś podpisanej umowy, ale i tak w ich przypadku wygląda to tak:

Dobrze być zły
Nie taki biedny Joker.
Rodziny, przyjaciół, ani partnerów złoczyńców nikt raczej nie próbuje skrzywdzić, bo innym złym strach nie pozwala, a dobrym sumienie. Poza tym jest coś kuszącego w tym, że robi się to, co się chce, kiedy chce i bierze co się chce. Pracuje się (w sensie zło czyni) wtedy, gdy się ma ochotę, a ci dobrzy muszą się dostosować. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że nie ma osoby bardziej wolnej od złoczyńcy na wolności.

Odpowiadając na pytanie tytułowe: Nie, nie opłaca się być superbohaterem, ale bycie superbohaterem nie jest wyborem.

Ps. A Waszym zdaniem osoby działające dla dobra społecznego powinny otrzymywać wynagrodzenie, czy rzucić wszystko w diabły i iść do normalnej pracy?
Ps2. Kim zostaniecie, gdy dorośniecie: Superbohaterami, czy złoczyńcami?
Czytaj całość

Kochaj i nakarm zombiaka, czyli o Santa Clarita Diet

Zombie z przedmieścia

"Dopóki śmierć nas nie rozłączy" - tak brzmi końcówka i zarazem najważniejsza część przysięgi małżeńskiej, więc teoretycznie każdy mąż mógłby bez wyrzutów sumienia zostawić żonę, gdy ta nie ma już wyczuwalnego pulsu. Co prawda mogłoby być nieco trudniej, gdy małżonka mimo niebijącego serca, ciągle się rusza i wygląda na całkiem żywą. Całkiem żywą panią zombie.

W Santa Clarita na przedmieściach Los Angeles niewiele się dzieje i jest stosunkowo mało atrakcji. Dlatego nie powinno dziwić, że każdy mieszkaniec prowadzi dość spokojne życie pełne rutyny i dotyczy to również państwa Hammondów. Przynajmniej do momentu, gdy pani Hammond (Drew Barrymore) zaczęła zwracać całą zawartość żołądka (chociaż sądząc po ilości wymiocin, ma żołądek jak krowa) i zaczyna mieć chrapkę na ludzinę. Nie jestem pewna, jak zachowałby się przeciętny mąż, gdyby zastał swoją żonę jedzącą w ogródku agenta nieruchomości, ale podziwiam oddanie Joela (Timothy Olyphant), bo nie dość, że pomógł jej zakopać resztki kolacji na pustyni, to w dodatku zapewniał kolejne posiłki. Ilu mężów by się na to zdobyło? Zdecydowanie każda kobieta powinna szukać mężczyzny życia biorąc przy wyborze kryterium, czy będzie w stanie dla niej zdobywać posiłki niezależnie od sytuacji! To się nazywa troska i wsparcie level hard!

serial o inteligentynym zombie
Zdrowa dieta dodaje sił!



Karmić, czy nie karmić? 


Pozwolę sobie odbiec odrobinę od samego tematu serialu, by skupić się na karmieniu rodziny zombie. Wiecie, zawsze mocno irytowało mnie w filmach i serialach o zombie to, że niemal zawsze pojawiała się w nich postać, która wierzyła, że jej ukochany mąż/dziadek/syn/sąsiad/listonosz/ktokolwiek bliski zmieniony w zombie będzie mógł kiedyś za sprawą cudownego leku, wrócić kiedyś do stanu wyjściowego tj. do normalności. Tak ci bohaterowie usprawiedliwiali mordowanie ludzi, czyli podkładanie żywych osobników zombiakom jako posiłki. Uważałam takich ludzi za zwyrodnialców, którzy wspomagają postęp apokalipsy, a także za idiotów, bo kto normalny może wierzyć, że zombiak wróci do życia. Niby jak miałby to zrobić, gdy ciało nadgniło, krew zmieniła konsystencje i np. ma na dodatek dziurę w brzuchu? To nielogiczne! Niestety sama nie mogę być pewna, jak zareagowałabym, gdyby ktoś z moich najbliższych zmienił się w zombie, a raczej ten nowy inteligentny gatunek nieumarłych kanibali. Patrząc na Sheilę Hammond ciężko dostrzec w niej zombie. Kobieta prawie się nie zmieniła poza zmianą diety, brakiem pulsu i większą impulsywnością. Bliżej jej do żywego człowieka, niż do stereotypowego zombiaka, więc jak jej strzelić w łeb bez wyrzutów sumienia?

Wróćmy do serialu. Przyznam, że gdy ten tytuł wyszedł, nie zwróciłam na niego najmniejszej uwagi. Klimat sielankowego przedmieścia zazwyczaj do mnie nie trafia (wyjątkiem były "Gotowe na wszystko"), a przy tym nic nie wskazywało na to, że główną bohaterką będzie zombie (nie przyjrzałam się plakatowi na tyle, by dostrzec krew). Jak zapewne się domyślacie, serial całkowicie różnił się od tego, co mi się wydawało. Nie ma w nim nic sielankowego, za to sceny gore są na tyle mocne, że nie mogłam na nie patrzeć. W sumie to tak naprawdę nie tyle obrzydzały mnie posiłki Sheili, co ogrom wymiocin rozbryzganych na ekranie. Do czego doszło, że komedia o zombie przerażała mnie bardziej, niż horrory o zombie! 


Życie rodzinne zombie
Nie wszystko da się zamaskować uśmiechem.

Przy okazji warto wspomnieć, że "Santa Clarita Diet" jest dość nietypowym połączeniem gatunków, bo jak często mamy okazję oglądać strasznie krwawą produkcje o zombie pomieszaną z przyjemną i całkiem zabawną komedią o rodzince żyjącej na przedmieściach? Rzadko, a uściślając pierwszy raz trafiam na coś takiego. Szczerze mówiąc nie jestem do końca pewna, czy ten tytuł bardziej mnie przerażał (czytaj: brzydził), czy bawił, ale chyba to drugie. Niemniej, gdyby wyciąć flaki, hektolitry krwi i zabijanie ludzi, to zdecydowanie nie byłby tak zabawny. Zawarty w serialu humor jest nieco czarny i wypatrzony, czyli dokładnie taki, jaki powinien być przy takiej tematyce. To duży plus. Podobnie jak wyśmienita obsada aktorska. Spójrzcie tylko na te nazwiska: Drew Barrymore, Timothy Olyphant i Carlos Ricardo Chavira! Przy okazji postać Erica grana przez Skyler Gisondo mnie zauroczyła. Taki uroczy nerd z sąsiedztwa, który robi za speca od zjawisk paranormalnych jest potrzebny na każdej ulicy i w każdym serialu!

Daruję sobie polecanie, czy też odradzanie serialu, bo przeczytaliście dość, by samodzielnie podjąć decyzję. Niemniej czuję się w obowiązku wyjaśnić moje obrzydzenie, o którym kilkukrotnie wspominałam. Naprawdę momentami bywa źle i poduszka, czy ręka sama zaczyna zasłaniać oczy przed tą paradą makabry, jednak to da się przetrwać (pod warunkiem, że nie będziecie jeść przed monitorem!), a całość to częściowo rekompensuje.

Ps. Co będzie następne? Zombie podróżnik w czasie? Bajka o zombie (okey, mieliśmy Śnieżkę, więc uznaję to za odhaczone)? Macie swoje pomysły na to, jakie będą kolejne produkcje o mózgożercach?
Ps2. Zapraszam na Gosiarellowego Twittera, gdzie zwięźle marudzę o oglądanych serialach.
Czytaj całość

Po szczęśliwym zakończeniu: Czy miłość u Disneya jest wieczna?

Roszpunka Ślub u Disneya

Jest coś takiego w bajkach, że widz wierzy, że po pocałunku królewicza i księżniczki, że od tego momentu już wszystko będzie dobrze, a oni będą żyli razem długo i szczęśliwie. Nigdy nie będą mieli problemów, żaden złoczyńca więcej im nie zagrozi, żadne drugiego nie zdradzi, ani nie wezmą rozwodu. Też w to wierzycie, prawda? Pozwólcie mi to zepsuć.


Czym się różni miłość od zakochania?


Zakochanie – stan związania emocjonalnego z drugą osobą. Charakteryzuje się obsesyjnymi myślami o tej osobie i pragnieniem przebywania z nią. W przypadku niedostępności obiektu uczuć osoba zakochana nierzadko cierpi. Zakochanie często błędnie nazywane jest miłością.


Chyba każdy z nas potrafi trafnie wskazać, jakim uczuciem (tj. zakochaniem czy miłością) można darzyć osobę, którą znamy przez około trzy dni, prawda? Ta różnica wydaje się oczywista, ale na wszelki wypadek przybliżę Wam teorię miłości Sternberga, wedle której do zaistnienia tego uczucia są potrzebne trzy składniki: namiętność, intymność i zaangażowanie. W wyszczególnionych przez Sternberga fazach związku zakochanie jest pierwszą, w której te cechy dopiero zaczynają kiełkować i nim dojdzie się do właściwego etapu (dopiero faza związku kompletnego wiąże się z podjęciem decyzji o ślubie) musi upłynąć trochę czasu. Dość teorii, czas poznęcać się nad bohaterami Disneya!


Przeciętna księżniczka Disneya (nie księżniczka 2.0!) najwyraźniej żyje w jakimś niezwykłym świecie, w którym przez pierwsze naście lat swojego życia nie natknęła się na żadnego osobnika płci męskiej, który byłby zbliżony jej wiekiem. Co w zasadzie niemal zawsze jest prawdą. W końcu Roszpunka całe życie była zamknięta w wieży, Kopciuszek nie miał życia osobistego, skoro ciągle musiał robić za niewolnika, a Śpiąca Królewna wychowywała się w chatce położonej głęboko w lesie. Zresztą nie tylko ona, bo Giselle również. Do tak odizolowanych miejsc nawet świadkowie Jehowy nie dochodzą, więc trudno się dziwić, że każdy przypadkowy przechodzień wywołuje palpitacje serca, a jeśli jest przystojny, to od razu wpadają mu w ramiona.

Księżniczka Giselle i książę Edward
Giselle dosłownie kilka sekund wcześniej spadła z drzewa prosto w ramiona księcia i BOOM! Decyzja o ślubie podjęta!

W bajkach Disneya królewicz i księżniczka podejmują decyzję o ślubie po jednym w porywach do trzech dniach znajomości. Wybaczcie, ale takie rzeczy dzieją się wyłącznie w trzech przypadkach:
1. Jeśli małżeństwo było zaaranżowane wcześniej przez rodziców
2. Jeśli małżeństwo było efektem ubocznym mocno zakrapianej nocy w Las Vegas
3. Jeśli oboje z małżonków wzięło udział w programie "Ślub od pierwszego wejrzenia"
Niemniej bajki uczą nas, że to całkiem normalne zachowanie, więc kochani nie zastanawiajcie się długo, gdy zobaczycie bardzo atrakcyjnego nieznajomego przechodnia! Od razu każcie mu załatwić rumaka, który zawiezie Was do Urzędu Stanu Cywilnego! Carpe Diem, czy tam YOLO, whatever! No dobrze, na wszelki wypadek wstrzymajcie się jeszcze chwilę i dokończcie czytanie, bo może Disney i Gosiarella jeszcze Was zaskoczą!

Oczywiście ślub, czy pocałunek oznacza przypieczętowanie wielkiej miłości naszych bajkowych bohaterów, a następnie bajka dobiega końca, a my żyjemy w przeświadczeniu, że od tej chwili będą żyli długo i szczęśliwie po wsze czasy! Zasadniczo to mogłaby być prawda i nie miałabym żadnego konkretnego dowodu, by podważać ten happy end, gdyby tylko Disney sam nie pokazał nam, jak ulotna bywa miłość królewny i królewicza!
Zawsze wierzyłam, że jeden dowód może być wyjątkiem, dwa przypadkiem, ale trzy potwierdzają teorię, więc właśnie tyle historii Wam dziś opowiem, by zniszczyć Wasze wyobrażenia o szczęśliwym zakończeniu!

Anna i Hans Kraina Lodu
Spójrzcie tylko na nich! To musi być miłość!

Hans & Anna & Kristoff


Historia z "Krainy Lodu" wydaje się najbardziej oczywistym przykładem tego, jak niedorzeczna jest decyzja o rychłym ślubie z nieznajomym (nawet Kristoff wyśmiał Annę, więc umówmy się, że to naprawdę było lekkomyślne). Księżniczka Anna przez całe życie była zamknięta w swoim zamku i nie zgadniecie co się stało w pierwszych pięciu minutach po otworzeniu jego bram! Czuję, że jednak zgadliście, ale i tak to napiszę: Wpadła na księcia! Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia, postanowili szybko się pobrać i najpewniej zrobiliby to, gdyby tylko ich szczęśliwego zakończenia nie zepsuła Elsa. Anna zamiast postanowiła odłożyć w czasie przypieczętowanie miłości, by ruszyć w ślad za siostrą. Pech (albo szczęście - zależy od interpretacji) chciał, że po drodze (oczywiście w leśnej chatce pośrodku niczego) spotkała kolejnego faceta zbliżonego do niej wiekiem, więc musiała otworzyć serce również na niego. Oczywiście Anna nie rzuciła mu się w ramiona tak od razu, bo przecież była już zaręczona z Hansem. Oficjalnie uświadomiła sobie, że połączyła ich prawdziwa miłość, dopiero wówczas, gdy zerwała ze wcześniejszą prawdziwą miłością. Czyżby nasza księżniczka nie była tak stała w uczuciach, jak powinna być dziewczyna, która chce się żenić?

Niemniej możemy założyć, że wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, gdyby Hans nie okazał się oszustem. W końcu sam przyznał, że przyjechał do Arendelle, by uwieść którąś z sióstr i przejąć tron. Przynajmniej pierwsza część planu wyszła mu zaskakująco dobrze, co powinno nas zastanowić. Być może za większą ilością bajkowych ślubów kryją się intrygi mające na celu zdobycie władzy lub w przypadku dziewczyn szansę na życie w luksusie, bo gdyby nie książę to taki Kopciuszek mógłby co najwyżej wyjść za szewca. W przypadku Hansa tylko przypadek sprawił, że jego plan się nie powiódł, wiec istnieje szansa, że przynajmniej w części bajek Disneya ktoś nikczemnie i z sukcesem wykorzystał miłość, by zaspokoić swoje aspiracje. Niemniej niestety na to dowodów nie mam, więc przejdźmy do kolejnej historii.

Obstawiam, że Nancy wykorzystała ostatnią okazję, by przejrzeć swoją aplikacje randkową (może u Disneya jest Tinder Prince?)

Edward & Giselle & Robert & Nancy


W "Zaczarowanej" podobnie, jak w "Krainie Lodu" bohaterka również zaręczyła się z pierwszą osobą, która przechodziła obok jej domku. Jednak księżniczka Giselle była tak bliska poślubienia królewicza Edwarda, że już biegła w sukni ślubnej, by spotkać się z nim przed ołtarzem, więc mamy powodów podejrzewać, że wypowiedziałaby sakramentalnego "Tak", gdyby tylko macocha jej wybranka nie wrzuciła jej do innego wymiaru. Oczywiście i w tym przypadku nasza bohaterka zakochała się w pierwszym życzliwym facecie (Robercie), na którego wpadła . Niemniej jej narzeczony w porównaniu do Hansa, nie był skończonym draniem, ale bardzo rycerskim bohaterem, ponieważ podążył za nią do odległej krainy i walczył ze wszystkich sił, by odnaleźć swoją ukochaną. Niestety Giselle nie doceniła jego wysiłku, skoro rzuciła Edwarda na rzecz Roberta, który zresztą też miał dziewczynę, którą wystawił do wiatru. To raczej nie świadczy o tym, że bohaterowie Disneya są stali w uczuciach. Najbardziej wstrząsające w tym przypadku jest jednak nie to, że Giselle i Robert rzucili swoich partnerów, bo się w sobie zakochali, lecz fakt, że ta dwójka porzuconych przez nich osób, postanowiła się zostać małżeństwem zaraz po tym, gdy zostali rzuceni. Na bloga! Nawet w podstawówce dłużej się dochodzi do siebie po zerwaniu!

Pocahontas 2 dylemat miłosny
Ojojoj... to trochę niezręczna sytuacja.

John & Pocahontas & John


W dwóch poprzednich historiach możemy jeszcze naiwnie wierzyć, że wielka miłość rozpadła się dlatego, że bohaterowie nie spędzili ze sobą całego filmu i dopiero po napisach końcowych możemy utwierdzić się w przekonaniu "Tak, to była prawdziwa miłość!". To trochę naciągane, ale niech będzie, bo i to potrafię obalić. Pamiętacie jeszcze "Pocahontas"? Przez cały film latała za Johnem Smithem po lesie, zwierzała się z miłości Babci Wierzbie, olała Kocouma, który zresztą przez tę jej miłostkę zginął, a nawet zaryzykowała życie, by ratować Smitha. Prawdziwa miłość z bajki! Cały problem polega na tym, że to epickie uczucie nie przetrwało długo. Wystarczyło, że nasza urocza Indianka  w kontynuacji ruszyła za ocean, gdzie spotkała więcej bladych twarzy, by skończyć jak dwie wcześniej wspomniane księżniczki, czyli z innym facetem u boku. Tak, moi drodzy, Pocahontas zakochuje się w Johnie Rolfie, czyli kolejnym Angliku. W końcu staje przed wyborem między nową a starą miłością i okazuje się, że dziewczyna wcale nie jest tak stała w uczuciach, jak oczekiwalibyśmy po księżniczce Disneya.


Biorąc pod uwagę wszystkie fakty, nawet największy romantyk wierzący w prawdziwą miłość w bajkach Disneya, musi dojść do wniosku, że uczucia bohaterów są ulotne, jak liście na wietrze. Stałość w uczuciach nie jest domeną księżniczek, za to błyskawiczne zamążpójście jak najbardziej. Taka mieszanka nie może skończyć się dobrze, dlatego podejrzewam, że twórcy kończą swoje bajki w odpowiednim momencie, by widzowie mogli jeszcze wierzyć w "żyli długo i szczęśliwie". Choć kto wie? Może rzeczywiście żyli długo i szczęśliwie, ale niekoniecznie ze sobą, bo księżniczka na swoim przyjęciu weselnym zakochała się w innym księciu, gdy tylko pan młody wyszedł do ubikacji lub zniknął z pola widzenia? Może trwało to dłużej i poczekała, aż pojedzie w delegacje? Może królewicz się jej pozbył, gdy zaczęła się starzeć? Niezależnie od tego, jak wyglądało życie bohaterów bajek po szczęśliwym zakończeniu, my-widzowie nie powinniśmy brać z nich przykładu i nie mylić zauroczenia z miłością.

Szczęśliwych Walentynek!

Ps. I znów w walentynkowym wpisie wyszłam na zgorzkniałego zgreda, ale kto by się tym przejmował. Lepiej napiszcie w komentarzach, czy znacie inne przykłady niewiernych księżniczek i królewiczów!
Ps2. Jak sądzicie, dlaczego Disney pokazał, że miłość w bajkach nie jest wieczna?
Czytaj całość

Księżniczka 2.0, czyli Disneyowska singielka


Dawno, dawno temu Disney stworzył swoją pierwszą królewnę, czyli Śnieżkę. Dziewczyna była miła, dobra, bierna i niesamodzielna, dlatego ciągle musieli ratować ją mężczyźni. Kolejne bohaterki bajek Disneya (zwłaszcza te z ery klasycznej) były do niej bardzo podobne i również musiały znaleźć królewicza, który zapewni im szczęśliwe zakończenie. Prawda jest taka, że wraz ze zmianami społecznymi zachodzącymi w naszej rzeczywistości, zaczęły się także zmieniać bajki.

Przez lata księżniczki stawały się coraz bardziej aktywne. Przestały uciekać w ramiona pierwszego napotkanego mężczyzny - wpadały w ramiona drugiego z kolei (np. Pocahontas wybrała Smitha, zamiast Kocouma, a Bella wybrała Bestię zamiast Gastona). Ich osobowość przestała być taka mdła i powoli wyhodowały sobie jedną wyraźną cechę (np. Bella była piękna i mądra, Roszpunka była piękna i zabawna, a Mulan piękna i odważna). Upłynęło sporo czasu nim dziewczęta doszły do etapu, w którym to one musiały uratować życie swojego wybranka, by on mógł im zapewnić szczęśliwe zakończenie (Pocahontas uratowała Smitha, Bella Bestię, Meg Herkulesa). To samo w sobie jest ogromnym osiągnięciem, bo przecież Śnieżce, Aurorze, czy też Kopciuszkowi do głowy by nie przyszło, że mogą się swojemu królewiczowi przydać do czegokolwiek, a już na pewno nie do ratowania życia. Niemniej to dalej trochę smutne, że księżniczki Disneya były pomocnikami lub w najlepszym razie partnerami męskich bohaterów, choć oni byli jedynie postaciami drugoplanowymi, a dziewczyny głównymi bohaterkami opowieści. Jednakże ten etap także już mamy za sobą.

Waleczna księżniczka Disneya
Co prawda ojciec Pocahontas raczej by jej nie zabił, więc wiele nie ryzykowała, ale podobno liczy się gest.

Królewny singielki



Obecnie bohaterki w bajkach Disneya zaczęły grać pierwsze skrzypce i ani książę ani miłość nie jest im już potrzebna do szczęścia. Zostawiły ten etap za sobą, a ostatnią królewną z ukochanym przy boku była Roszpunka, która przeżyła swoje lovestory w 2010 roku, gdy na ekranach kin zadebiutowali "Zaplątani" (sprawdźcie Zaplątane True Story). Dwa lata później dostaliśmy bajkę "Ralph Demolka", w którym ani tytułowy bohater, ani towarzysząca mu bohaterka nie szukają miłości i jej nie znajdują, przynajmniej nie w romantycznym znaczeniu. Wandelopa von Cuks nie chciała nawet tytułować się jako księżniczka, a to już bardzo drastyczna zmiana, choć pewnie niewielu zwróciło na to uwagę. Największym przełomem była "Kraina lodu", w której złamano większość schematów od olania królewicza po wielką zmianę w akcie prawdziwej miłości. Jak wyjaśniałam w True Story, Elsa miała początkowo być złoczyńcą, a Anna główną bohaterką, więc podejrzewam, że po części dlatego w tej bajce mamy nie jedną, lecz dwie główne bohaterki. Anna co prawda jest dość mocno zafiksowana na punkcie znalezieni sobie faceta, lecz ostatecznie wybiera siostrę (okey, ukochanego przy tym nie traci). Z kolei Elsa w ogóle nie wykazuje najmniejszego zainteresowania wdawaniem się w romantyczne relacje z kimkolwiek. Wystarcza jej miłość siostry.



Nie można zapomnieć również o Meridzie Walecznej, która choć pochodzi z bajki Pixara, jest zaliczana w poczet księżniczek Disneya. Merida jako przyszła królowa musiała wyjść za mąż. Przywódcy klanów wystawili swoich synów w zawodach mających na celu wyłonienie najodpowiedniejszego kandydata, jednak nasza rudowłosa królewna miała własny plan i sama również postanowiła zawalczyć o swoją rękę. Powiedziałabym, że to dość jasny sygnał, że dziewczyna nie miała zamiaru szybko wychodzić za mąż i spokojnie poradziłaby sobie, jako samodzielna władczyni (skoro wygrała rywalizacje, to chyba spełniała kryteria, prawda?). Oczywiście nie powinno być dla nikogo niespodzianką, że pod koniec filmu Merida postawiła na swoim, a młodzi pretendenci do jej ręki zostali odprawieni.



Najnowszą bohaterką Disneya jest Moana (z "Vaiana: Skarb oceanu") - dziewczyna, która musi wyruszyć w wielką podróż oceanem, spotkać półboga i uratować świat przed totalną zagładą, a później wrócić do domu, by zostać wodzem swego ludu. Powiedziałabym, że jak na nastolatkę, Moana ma sporo ciężkich wyzwań przed sobą, a półbóg Maui wcale nie jest takim wsparciem, jakim powinien być. Niemniej trzeba przyznać, że w porównaniu do poprzedniej bohaterki, Moanie przynajmniej przez większość scen towarzyszy męska postać, jednak i w tym przypadku nie staje się partnerem głównej bohaterki. Księżniczka po raz kolejny kończy bez królewicza (czy tam półboga) i ma się całkiem dobrze... jej happy end również.


Świat bez królewiczów


Kiedyś niewyobrażalne było dla nas - widzów, by w bajkach Disneya happy end nie oznaczał dokładnie tego samego, co "żyli długo i szczęśliwie", czyli w wolnym tłumaczeniu księżniczka i jej królewicz wzięli ślub i wspólnie rządzili królestwem, w którym każdy poddany był szczęśliwy. Najwyraźniej to zakończenie przeszło do historii i dziś królewny są całkiem szczęśliwe, gdy są samotne i na własną rękę mogą się realizować. Nie ma w tym nic złego, ale trzeba zaznaczyć, że jest to równoznaczne z tym, że królewicze stali się zbędni. Bezrobotni. Nie muszą już gnać na białym rumaku, by wyzwolić ukochaną z opresji. Nie muszą walczyć ze smokami i złoczyńcami. Nie muszą przywracać je do życia pocałunkiem. Nie muszą robić nic, więc coraz rzadziej pojawiają się u Disneya. Biedny Hans z "Krainy Lodu" był tak zdesperowany, że przyjął rolę złoczyńcy.

Reakcja Hansa, gdy Disney pytał kto się zgłaszał do drobnej roli złoczyńcy.

Nie jestem pewna, czy ten świat bez królewiczów mnie cieszy, czy też martwi. Z jednej strony to fajne, że Disney taki postępowy i bla bla bla (Gosiarella jak zwykle taka merytoryczna), a przy tym pokazuje małym dziewczynkom, że szukanie księcia nie jest jedyną drogą do bycia szczęśliwą. To naprawdę fajne, bo może nam wyrosnąć nowe pokolenie kobiet, które będą samodzielne, a największą tragedią życiową nie będzie dla nich samotność. Z drugiej strony skrajność nigdy nie jest dobra, więc jeśli ten trend się utrzyma niebawem u Disneya zapanuje świat z "Seksmisji" (a biedna Gosiarella nie będzie mogła już wytykać księżniczkom niezaradności). Okey, użyłam argumentu równi pochyłej i przesadziłam z przepowiadaniem przyszłości, bo na chwilę obecną sytuacja utrzymuje się jeszcze w normie, bo mamy Kristoffa, który wielbi Annę oraz Maui, który wywija swoją boską bronią. Niemniej bajkowy świat bez miłości może zacząć przerażać, jeśli stanie się standardem u Disneya.


Ps. A Wy jak sądzicie? Disneyowski świat bez królewiczów Wam się podoba, czy chcielibyście zobaczyć nowego królewicza ratującego sytuacje pocałunkiem?
Ps2. Mieliśmy królewny będące sierotami życiowymi (np. Śnieżkę), a także partnerkami (np. Roszpunka), a teraz mamy singielki. Jak sądzicie, jaka będzie kolejna odsłona księżniczki?
Czytaj całość

Aftermath, czyli serialowa para-multi-apokalipsa


Jakie najbardziej prawdopodobne przyczyny apokalipsy przychodzą Wam do głowy, gdy myślicie o zmierzchu ludzkości? Zombie? Kataklizm naturalny? Biblijny koniec? Asteroida? Brak internetu? Prawda jest taka, że koniec naszej cywilizacji może nastąpić przez wiele czynników, ponieważ wiele rzeczy jest nam potrzebne do przetrwania, a w dodatku jesteśmy bardzo delikatni i naprawdę łatwo nas zabić. Zwłaszcza gdy nastąpi ogromna kumulacja wszelkich katastrof.

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego w tytule jest taki bubol jak para-multi-apokalipsa. To wina tego, że nie mam bladego pojęcia, co twórcy serialu mieli w głowach, gdy wymyślali przyczyny apokalipsy w „Aftermath”. Obstawiam, że zebrali się w jednym pokoju, nażarli grzybów i przekrzykiwali się z pomysłami na koniec świata. Multiapokalipsa wzięła się właśnie z tego, że w serialu mieszkańcy Ziemi od dłuższego czasu musieli się mierzyć z katastrofami naturalnymi. Ostatecznie jednak można zawęzić listę do:

Nie rozumiem, jak bohaterom udaje się przetrwać te wszystkie rzeczy. To absurdalne!

1. Katastrof naturalnych: trzęsienia ziemi, huragany, tsunami, czy tornada, po których spadał deszcz ryb lub węży.
2. Asteroid spadających z nieba.
3. Potężnych burz solarnych, które doprowadziły m.in. do zniszczenia wszystkich urządzeń elektrycznych.
4. Nowego wirusa, który zaczął zmieniać ludzi w bezmyślne, agresywne i bezmózgie człowieki (napisałabym zombie, ale anie nie zjadały mózgów, ani nie gryzły).

Wyjaśniłam skąd się wzięła multi-apokalipsa, więc przejdę do przedrostka 'para'. Widzicie moi drodzy, apokalipsa sama w sobie to najwyraźniej za mało. Dlatego twórcy wpadli na pomysł, by połączyć wątek końca świata z przygodami braci Winchesterów z „Supernatural”. I tak dodatkowymi problemami, z którymi muszą mierzyć się bohaterowie, są:

Bo pseudo-zombie to za mało.
1. Demony opętujące ludzi (swoją drogą warto wspomnieć o wątku z symboliką biblijnego końca świata tj. jeźdźcy apokalipsy, trąbki etc.)
2. Zmiennokształtni, syreny i cała masa mitologicznych stworzeń z wierzeń wszystkich cywilizacji.
3. Prorocze sny i niezwykłe przeczucia.
4. Pociski transformujące się w niezwykłe kamienie.
5. Smoki, czy raczej dinozaury.

Boję się wymieniać dalej, bo to, co napisałam i tak brzmi wystarczająco abstrakcyjnie – przy smokach wymiękłam. Naprawdę rozumiem, że w końcu musiał powstać twór przypominający wór, do którego wrzuca się wszystkie niemożliwie absurdalne sposoby na unicestwienie naszej rasy (czekam już tylko na kosmitów). Niemniej liczyłam, że w takim przypadku twórcy chociaż spróbują zrobić z tego parodię, a niestety w przypadku „Aftermath” potraktowali to poważnie, a przynajmniej ja się nie śmieję.

Ten cały postapokaliptyczny śmietnik oglądamy na tle przygód rodziny Copelandów, w skład której wchodzi: tatuś zajarany religiami całego świata, mamusia w wersji wyjątkowo nudnej total badass, socjopatyczny synek oraz zupełnie od siebie różne siostry bliźniaczki. Żadnego z nich nie da się lubić. A jedyny bohater, który okazał się naprawdę ciekawy, zginął po kilku odcinkach. Nie wiem, dlaczego jeszcze mnie dziwi, że twórcy robią wszystko, by ten serial okazał się klapą.

Apokalipsa u Amiszów.

Niemniej chciałabym opowiedzieć Wam o moim ulubiony bohaterze, bo to jedyna postać, która miała prawdziwy potencjał. Wyobraźcie sobie, że w czasie, gdy świat trafia szlag, trafiacie na farmę Amiszów. Oczywiście trzeba było pokazać ich społeczność jako bandę zacofanych idiotów, którzy wierzą, że teraz zostaną zbawieni. Niemniej wśród nich jest młody chłopak imieniem Devyn (Mitchell Kummen), który zakochuje się w jednej z sióstr Copeland. Oczywiście dziewczyna, która nam wydaje się zasadniczo normalna, dla niego jest z zupełnie innego świata, bo przecież elektronika, ekspresyjne wyrażanie emocji i ateizm są dla niego czymś obcym. Wkrótce jednak wraz z obiektem swoich westchnień opuszcza osadę, by zmierzyć się z brutalnością kończącego się świata. Powiedzcie mi, że sam pomysł na wrzucenie zakochanego amisza w sam środek apokalipsy i zmuszanie go do nieustannego łamania zasad, których musiał się trzymać całe życie, nie jest absolutnie genialnym pomysłem. Oczywiście, że jest! To taki fajny, świeży pomysł z ogromnym potencjałem! Przyglądałam się reakcjom Devyna z niemałym zainteresowaniem i nie mogłam uwierzyć, gdy twórcy się go pozbyli. Dlaczego zniszczyli jedyną rzecz, która przez przypadek się im udała!? Dlaczego?!

Nietrudno zgadnąć, że zdecydowanie odradzam oglądanie „Aftermath”. Dawno nie widziałam takiego shitu. Szczerze wierzę, że twórcy postanowili świadomie stworzyć najgorszy serial w historii telewizji lub przegrali zakład i tak musieli się z niego wywiązać. Nic innego nie usprawiedliwia stworzenia czegoś tak beznadziejnego. W tym serialu nie ma ani jednego (poza amiszami) ciekawego wątku, interesującego bohatera (poza Devynem, ale on szybko umarł), a absurd jest ciężki do zniesienia. To jest zwyczajnie bez sensu.

Ps. Najgorszy serial, jaki obejrzeliście to...?
Ps2. Łapka w górę (może być na fb), jeśli też chcielibyście oberzjeć produkcje z amiszem badassem mierzącym się z apokalipsą!

Czytaj całość

© Copyright Gosiarella