Cześć Łobuziaki,
Z przykrością zawiadamiam, że nie znajdziecie dzisiaj nowego tekstu, bo Gosiarella trochę się pochorowała i mózg wycieka jej uszami. Dla odwrócenia uwagi wrzucam zdjęcie Bajera w krawacie. Dziękuję za uwagę.




Ps. Ten wpis ulegnie samozniszczeniu za 2 dni.

"Powers" jest serialem PlayStation Network powstałym na bazie komiksu Marvela. Pozwólcie, że powtórzę "Powers" jest serialem sygnowanym znakiem PlayStation. "Powers" jest serialową adaptacją komiksu Marvela. W dodatku opowiada o świecie, w którym większość osób ma niezwykłe zdolności. Hell Yeah! Jak mogła zareagować na to Gosiarella?  Sądzicie, że wiązało się to z piskami radości, podekscytowaniem i chęcią natychmiastowego kliknięcia play? Macie racje!

Wyobraźcie sobie świat, w którym ewolucja poszła odrobinę na przód, dzięki czemu ludzie zyskali supermoce. I wcale nie mówię o dalekiej przyszłości. Akcja dzieje się mniej więcej w naszych czasach, jednak w alternatywnej rzeczywistości. Bohaterami komiksów nie są fikcyjne postacie, lecz jak najbardziej realni ludzie. Oczywiście dzielą się oni na bohaterów i przestępców, a każdy z nich żyje wśród zwykłych ludzi, którzy również chcą być Powersami. Niektórzy z nich są bardziej zdesperowani od innych, więc robią naprawdę szalone rzeczy, by obudzić w sobie moc. Wśród nich jest Calista (Olesya Rulin), która staje się świadkiem zabójstwa jednego z najbardziej rozpoznawalnych Powersów. I choć jej postać jest ważna, to jednak głównym bohaterem serialu jest Christian Walker (Sharlto Copley) wcześniej znany jako Diamond - jeden z największych superbohaterów USA, który w czasie służby utracił swoje niezwykłe zdolności. Po tym traumatycznym wydarzeniu musiał wieść życie zwykłego człowieka, więc został detektywem w Powers Division, czyli jednostce policyjnej zajmującej się łapaniem przestępców obdarzonych mocami.


Ten pierwszy od lewej, który wygląda jakby uciekł z Mortal Kombat, to nasz główny bohater. Tylko teraz moce wymienił na odznakę i garniaka.
Ciężko uwierzyć, że udało mi się tak zgrabnie nakreślić Wam akcje, ponieważ w rzeczywistości "Powers" ma dość skomplikowaną fabułę, wiele wątków i licznych bohaterów. Mogłabym Wam o nich opowiedzieć, ale zwyczajnie mi się nie chce. Wolałabym za to napisać o motywie, który absolutnie mnie urzekł. Widzicie w "Powers" ludzie mają imiona i nazwiska - to normalne, więc i Ci ludzie są normalni. Za to, gdy taki szaraczek odkryje w sobie moc, przybiera nową tożsamość, przywdziewa strój i nadaje sobie imię. To fascynujące, że wraz z nowo odkrytymi zdolnościami przedefiniują się do tego stopnia. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, jak sama napisałabym siebie od nowa, ale niemal od razu dotarło do mnie, że już to zrobiłam, gdy z Gośki stałam się Gosiarellą. Polubiłam tę myśl.

Podoba mi się również podejście do supermocy i ich właścicieli. Pomyślcie tylko o superbohaterach, których znamy z filmów, czy komiksów. Kochamy ich, kolekcjonujemy gadżety i chłoniemy wszystkie twory popkulturowe, w których występują, aż w końcu stają się ikonami. Tak jest również w "Powers" z tym, że ich superbohaterowie są realni i mieszkają tuż obok nich. Fan Retro Girl, czy Olimpi może być przez nich uratowany z opresji lub bawić się w tym samym klubie, co oni. Genialne! Problem polega na tym, że super złoczyńcy również istnieją i stanowią realne zagrożenie. Niemniej serial nie skupia się na walce superbohaterów z łotrami obdarzonymi niezwykłymi zdolnościami, a przynajmniej nie dosłownie. 
Wracając do tematu. Po oglądaniu "X-menów", "Ludzi jutra", "Heroes", czy wszystkich innych produkcji, w których ludzie z nieprzeciętnymi mocami muszą się chować po kanałach, byle tylko nikt nie poznał ich sekretu, taki otwarty na superbohaterów świat jest miłą odmianą. 


W serialu fani mogą dostać od Retro Girl zdjęcie z autografem, bawić się jej figurką, czytać komiksy lub oglądać misje ratunkowe na żywo w telewizji.
Nie wiedziałam, czego się spodziewać, gdy po odpaleniu pilota, przez ekran przemknęły mi tak dobrze znane z przycisków pada symbole. Wiedziałam jedynie, że ten serial będzie zupełnie inny od tych, które oglądałam do tej pory. I miałam rację. "Powers" ma zupełnie inną dynamikę, która bardziej kojarzy mi się z grą, niż produkcją telewizyjną. Warto przy okazji podkreślić, że serial jest przeznaczony zdecydowanie dla dorosłych widzów, bo już od dawna nie słyszałam takich wiązanek w telewizji. Osobiście nigdy nie przeszkadzało mi przeklinanie w filmach, czy serialach, zwłaszcza w anglojęzycznych, ale w "Powers" to jakaś masakra. Bohaterowie w każdym zdaniu starają się upchnąć przynajmniej jednego fucka lub matherfuckera, a to już trochę absurdalne. 

Jakie było pierwsze wrażenie? Okropne! Drugie i trzecie zresztą też! Początkowo serial w ogólnie mnie nie wciągnął. Oglądałam dalej tylko dlatego, że bardzo podobała mi się wcześniej wspomniana wizja takiego świata. Nie jestem pewna, w którym momencie serial zszedł na dobre tory, więc dla bezpieczeństwa napiszę, że dopiero drugi sezon robi WoW! Poważnie, pierwszy to straszny gniot, ale drugi sezon jest rewelacyjny! Nie mogłam się odkleić od ekranu, gdy nowa gwardia zastępowała starą. Dodatkowo flash backi z alternatywną wersją historii były bardzo na plus. Niemniej nie napisałam tego tekstu, by przekonać Was do oglądania, lecz abyście wiedzieli, że "Powers" istnieje. Odniosłam wrażenie, że to jeden z seriali, o którym nikt nie słyszał, bo zbyt mało się na jego temat mówi. A przecież fanów superbohaterskich klimatów nie brakuje! 

Ps. Znacie inne seriale o superbohaterach, które są mało popularne i prawie nikt o nich nie słyszał? Dajcie znać! 
Ps2. Gdybyście mogli wybrać jednego komiksowego superbohatera, który powinien żyć w naszym świecie, to kogo byście wybrali i dlaczego Iron Mana?
Katarzyna Byjoś Tunele Zagłady

Gdy ma się naście lat, świat stoi przed nami otworem. Nastolatki mają tyle możliwości! Tyle przygód do przeżycia! W końcu to właśnie w tym wieku otrzymuje się listy z Hogwartu, zostaje się Trybutem, odkrywa się w sobie supermoce, znajduje się wampirzych chłopaków lub traci głowę dla aniołów, które kochają przez wszystkie poprzednie i kolejne wcielenia, i to właśnie nastolatki dostają misję ratowania świata! Aż żal dorastać, gdy czyta się o tym, jak fantastyczne jest ich życie. Zwłaszcza że na Gosiarellę czeka już tylko zabijanie zombie.

Mia i Dante zaliczają się do szczęściarzy — wybrańców, którzy nie dość, że odkrywają w sobie moce żywiołów, to jeszcze mają szansę uratować świat przed zagładą! Pomyślcie tylko, że zajmujecie się swoimi codziennymi zajęciami, gdy nagle przydarza się Wam bardzo nieprzyjemna sytuacja np. mały pożar, aż nagle ze zdumieniem odkrywacie, że potraficie władać wodą lub ogniem. Zapewne początkowo nikt nie uwierzyłby, że naprawdę potrafi robić tak niezwykłe rzeczy, ale z czasem udałoby się przyzwyczaić do tej myśli i na spokojnie trenować swoje umiejętności. Problem polega na tym, że ani Mia, ani Dante nie mają na to czasu, ponieważ od razu po aktywacji ich mocy, składa im wizytę dziwny, mały człowieczek imieniem Zoltan. Wtedy zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Okazuje się, że nie ma ani chwili do stracenia, bo świat błyskawicznym tempem zmierza ku zagładzie i trzeba go ratować!

Zapytacie: przed czym? Słyszeliście kiedyś o materii i antymaterii? Cóż... możecie o tym zapomnieć, bo teraz na topie jest energia i antyenergia, z których tamte dwie powstały. Jedna z nich daje życie, a druga ma przynieść śmierć. To nawet całkiem logiczne. Niestety już nie tak bardzo jest fakt, że żywioły (tak, żywioły!) wybrały na swoich przedstawicieli nastolatków. Niby rozumiem, że zazwyczaj to szesnastolatki ratują świat, ale liczyłam na odmianę. Dlatego kilka rozdziałów później bardzo ucieszyło mnie, że w skład bohaterskiej drużyny wchodzą również dorośli. 
Okey, drużyna skompletowana, więc co dalej? Przenosimy się do innego wymiaru — krainy zwanej Natulandią! Nie wiem, jak Wy, ale Gosiarella najbardziej kocha w książkach fantastycznych opisy nowych światów, wymiarów, planet etc. Zawsze fascynuje mnie, gdy autor zabiera mnie w podróż do krainy istniejącej tylko w jego wyobraźni. Katarzyna Byjoś nie oszczędzała swojej wyobraźni, przez co w „Ciemnej stronie światła” spotkacie niesamowite krajobrazy oraz dziwnie wyglądające i zachowujące się gatunki ludzi i zwierząt. Muszę przyznać, że flora i fauna jest w tej powieści naprawdę niezwykła i ciekawa, co jest dużą zaletą. Zresztą podobnie jak prawa rządzące Natulandią. Tunele czasoprzestrzenne, miasta w chmurach i niezwykły translator umożliwiający dogadanie się w każdym języku, to tylko część rzeczy, które mogą Was zaskoczyć w trakcie czytania.


To uczucie, gdy zaczynasz przygodę w nowym świecie!
Z zasady nie lubię się koncentrować na samych pozytywach, bo rzetelniej przedstawić też słabsze strony, abyście byli w pełni przygotowani na to, co Was czeka, gdy sięgniecie po omawianą powieść. Jeśli mam być szczera to troszkę cierpiałam, czytając pierwsze rozdziały. Po części dlatego, że musiałam się przyzwyczaić do stylu autorki, ale głównym powodem była sytuacja, w której dane jest nam poznać bohaterów. Na początku miałam wrażenie, że czytam opowieść o podwórkowych, młodocianych mendach, dla których szczytem możliwości jest zwinięcie komuś piwa i ucieczka, gdy poszkodowani chcą im spuścić łomot. Wiecie, mowa o takich chłopakach z rodzaju łehehe żłopiemy browara - takie z nas kozaki!!! łehehehe. Nie znoszę takich postaci, zwłaszcza gdy dodatkowo próbują się prześcignąć w wymuszonych, mało zabawnych żartach. Cieszę się, że to było tylko pierwsze wrażenie i w dalszej części powieści bohaterowie stali się bardziej ludzcy. Ba! Kapsel wręcz stał się uroczym pluszaczkiem, którego można sobie postawić na półce, by przytulać w smutne, deszczowe dni.

Przygotujcie się na to, że w „Tunelach Zagłady” nie ma jednego głównego bohatera, lecz kilku, dlatego odrobinę ciężko się do któregokolwiek z nich przywiązać na tyle, by kibicować mu z całych sił. Chociaż może w moim przypadku troszkę wynikało to z tego, że byli dla mnie zbyt młodzi, aby przyprawić o drżenie serduszka. Ogólnie mam wrażenie, że powieść jest przeznaczona dla młodzieży, więc nie spodziewajcie się płomiennych romansów, krwawych łaźni, czy potworów z piekła rodem. Chociaż nie! Akurat potwory z piekła rodem tam są, więc mój błąd. Właściwie wielkie bitwy również, chociaż są całkiem przystępnie opisane. Ogólnie całkiem dużo się w książce dzieje, a momentami akcja biegnie w błyskawicznym tempie. Przygotujcie się na nagłe zwroty akcji i to takie, które czasami potrafią zaskoczyć! Biorąc pod uwagę to oraz wcześniej wspomniane dokładne opisy wykreowanego w książce świata, być może już się domyślacie, że pierwszy tom „Ciemnej strony światła” jest wielką knigą. Cichutko szepnę: 600 stron. Szkoda tylko, że aktualnie jest dostępna jedynie w formie ebooka, bo uwielbiam stawiać takie cegły na półce.

Jeśli po przeczytaniu tego tekstu doszliście do wniosku, że „Tunele Zagłady” są idealną powieścią dla Was, to możecie ją znaleźć tutaj. Niemniej przed czytaniem muszę Was ostrzec, że książka wciągnęła mnie dopiero po kilku, może kilkunastu rozdziałach, gdy zrozumiałam, że bohaterowie potrafią zainteresować, a wykreowany świat potrafi oczarować. Dlatego, jeśli nie kliknie od razu, to dajcie książce trochę czasu – w końcu mało która powieść odsłania wszystkie swoje zalety na pierwszych stronach. Bawcie się dobrze, łobuziaki!

Ps. Wiem, że lubicie Ps-y, a tego polubicie jeszcze bardziej, bo mam dla Was niespodziankę od Katarzyny Byjoś. Pierwsze pięć osób, które zostawią w komentarzu swój adres mailowy, dostaną od autorki powieść "Tunele Zagłady". 
Ps2. Który z książkowych fantastycznych światów lubicie najbardziej?
Koszulka Marvel

Dawno, dawno temu Stan Lee poinformował fanów, że nadszedł czas, by wybrać stronę i tak rozpoczęła się rywalizacja komiksowych gigantów. Nieświadomie wybrałam Marvela. Pokochałam go od pierwszego obejrzanego serialu animowanego o X-menach, czyli jeszcze w czasach, gdy byłam za mała na czytanie komiksów i rozumienie, czym jest Marvel i DC Comics.

Stosunkowo niedawno doszłam do wniosku, że oglądanie i czytanie jedynie rzeczy opatrzonych logo Marvela jest okropnie ograniczające, zwłaszcza że kocham superbohaterów i ich szalonych przeciwników. Dlatego postanowiłam zaryzykować infiltrując obóz wroga - tak narodził się Eksperyment DC, w trakcie którego regularnie publikowałam na blogu raporty dotyczące obejrzanych filmów i seriali powstałych na bazie komiksów DC Comics. Po miesiącach nadrabiania zaległości mogę z czystym sumieniem napisać, jak przebiega walka gigantów.


Wierzę, że wszyscy śmiało możemy przyznać, że obecnie filmowe uniwersum Marvela rządzi niepodzielnie, a filmy ze znaczkiem DC są zazwyczaj stratą czasu. Jeśli ktokolwiek się z tym nie zgadza, to proszę, przypomnijcie sobie o "Zielonej Latarni", która okazała się tak spektakularną klapą, że niemal na dzień przed rozpoczęciem zdjęć studio wycofało się z prac nad "Ligą Sprawiedliwych". Po tej porażce podjęto kolejną próbę powtórzenia sukcesu konkurenta. W 2013 roku wypuszczono pierwszy film z DC Extended Universe, czyli "Człowieka ze stali", który nie jest ani arcydziełem, ani totalnym koszmarkiem, po którym każdy widz ma ochotę na szybką lobotomię. Powiedziałabym, że jest mocno średni, i cały eksperyment ze spójnym uniwersum mógłby się udać, gdyby tylko "Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości" brutalnie nie zamordował nadziei fanów. I nie mam na myśli Supermana, lecz zjadliwy poziom filmów o superbohaterach. Po obejrzeniu tych dwóch tytułów mam ochotę przyłożyć łopatą Zackowi Snyderowi za to, że podpisał je swoim nazwiskiem. What is wrong with you, Snyder?! 

Jednak powiedzmy sobie szczerze, filmowe problemy Batmana i Supermana sięgają głębiej, niż DC Extended Universe, więc może (ale tylko może!) powinniśmy dać szansę pozostałym superbohaterom, którzy dostaną swoje filmy w ramach tego uniwersum? Tylko po co? Aquaman i Wonder Woman mieli dostać swoje seriale telewizyjne, ale po pierwszych odcinkach nawet władze stacji stwierdziły, że to się nie sprzeda. Z kolei Flash jest bardzo dobrze wykreowany w serialu stacji The CW, więc nie dość, że będzie ciągle porównywany, to jeszcze bardzo ciężko będzie mu pokonać konkurencję. Niby pełnometrażowa wersja "Wonder Woman" zapowiada się dobrze, ale wszyscy aż nazbyt dobrze wiemy, jak mają się trailery do finalnej odsłony filmu w przypadku DC. Podpowiem: Wcale się nie pokrywają! Co widać również po "Suicide Squad", które zirytowało niektórych fanów do tego stopnia, że zdecydowali się pozwać wytwórnie, co może i jest bez sensu, ale pokazuje, jaki stopień irytacji wywołano u widzów. 

Niemniej przy "Legionie Samobójców" nie będę narzekała, bo gdyby ten film rozbito na dwa, może nawet trzy oddzielne tytuły (przykładowo pierwszy mógłby być prezentacją przyszłych członków Legionu, drugi szalonym lovestory Harley Quinn i Jokera, a trzeci pierwszą konkretną misją drużyny), to byłby, a raczej byłyby bardzo dobre. Co nie zmienia faktu, że ostatecznie do kina trafiła wersja zlepiająca zbyt wiele wątków, którym nie poświęcono wystarczającej uwagi. Po prawdzie Suicide Squad uwypukla największe problemy filmów DC, czyli chaotyczność w prowadzeniu akcji i pośpiech w prezentowaniu bohaterów i w naśladowaniu Marvel Cinematic Universe. Tylko to można porównać do gotowania zupy - uniwersum Avengersów było tworzone powoli, superbohaterowie wchodzący w skład tej elitarnej grupy dostali własne filmy, w których świetnie spisali się w występach solowych, a dopiero później zaczęto przeplatać ich losy. To wymagało czasu, tak jak kiszenie buraków, które dopiero po pewnym czasie można przerobić w pyszny barszcz. Używając tej metafory, DC Extended Universe jest przy tym, jak chińska zupka w pięć minut - niby od niej nie umrzemy, ale jeśli mamy alternatywę to nie ma sensu jej konsumować.


#TeamMarvel
Co ciekawe nie uważam, że każdy film Marvela jest wybitny. Skąd! O starych Hulkach, czy Spidermanach wolę nawet nie myśleć, a filmowe uniwersum X-menów ma wiele problemów i nie jest do końca przemyślane, chociaż większość tytułów jest genialna. Poza tym nawet najgorszy film Marvela jest lepszy od większości filmów DC. Rundę pierwszą zdecydowanie wygrywa Marvel. 
Marvel 1:0 DC

Przy serialach sprawa się nieco bardziej komplikuje. Trzeba przyznać, że Marvel ma bardzo dobre produkcje, które świetnie wpasowują się w filmowe uniwersum Avengersów, jak choćby Agenci T.A.R.C.Z.Y., czy Agentka Carter. Twórcy popisali się wyjątkową dbałością o szczegóły i zachowanie spójności między oboma formami. Nawet zaangażowali kinowe gwiazdy do produkcji przeznaczonych do emisji na małym ekranie. Za to należą się brawa. Przy okazji nie można zapomnieć o na razie niepowiązanych produkcjach, choć wchodzących w skład MCU, takich jak "Daredevil", czy "Jessica Jones", które mają zupełnie inny, znacznie cięższy klimat, przez co zachwycają nawet fanów DC. Przy okazji tytuły całkiem oderwane od MCU też mają się dobrze, choć radzą sobie odrobinę gorzej przez mniejszą popularność. W końcu mało kto w Polsce ogląda "Powers", czy "Stan Lee's Lucky Man".

Jak wygląda serialowy świat DC? Właściwie nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Seriale z połączonego licznymi crossoverami uniwersum superbohaterów nie są w sumie takie najgorsze. To znaczy, aktualnie oglądać się ich nie da, przez co nawet najwierniejsi fani DC zaczęli się wykruszać, jednak muszę przyznać, że te produkcje miały swoje dobre momenty. "Arrow" miało swoje wzloty i upadki, chociaż te drugie trwały dłużej. "Supergirl" od początku było złe i tylko jeden (no może dwa) odcinek pokazał klasę. Na szczęście "Flash" równoważy sytuację, ponieważ praktycznie do końca drugiego sezonu (dla jasności na razie wyemitowano dwa sezony) trzymał naprawdę dobry poziom. Niestety spektakularną klapą okazało się "DC's Legends of Tomorrow", które bazowało na rewelacyjnym pomyśle, więc bardzo mnie boli, że został zaszlachtowany (uczcijmy go minutą ciszy [*] ). Dodatkowo z jakiś nie zrozumiałych dla mnie powodów (wybaczcie, ale nie czytam komiksów DC, więc mogę się właśnie zbłaźnić) serial o Constantinie dołączył do tego uniwersum, co może nie byłoby takie złe, gdyby nie fakt, że crossover pomiędzy egzorcystą i mścicielem w zielonym kapturze został wyemitowany po tym, gdy świat obiegła informacja o wyrzuceniu "Constantina" z ramówki (chyba nie muszę wspominać, że ta produkcja nie była udana). 

I chociaż wspomniane adaptacje komiksów od DC prezentują w najlepszym wypadku ledwo średni poziom, to ich największą wadą jest brak spójności pomiędzy produkcjami telewizyjnymi i kinowymi. Widać, że stacja The CW ze wszystkich sił stara się zbudować i podtrzymać płynność pomiędzy serialami (nawet przejęli w tym celu "Supergirl" od CBS), jednak na niewiele się to zdaje, gdy Warner Bros podkłada im nogę, produkując filmy opisujące zupełnie inną historię tych samych bohaterów. To trochę dezorientujące dla widzów. Poważnie, aż tak ciężko się dogadać? Może jestem optymistką, jednak wydaje mi się, że wszyscy (w tym przede wszystkim widzowie, DC, The CW, Warner Bros i skarbce tych trzech firm) skorzystaliby na zamknięciu scenarzystów z obu wytwórni w jednym pomieszczeniu i wypuszczeniu, dopiero gdy dojdą do tego, jak zachować spójność w uniwersum. Podpowiem, że zatrudnienie tych samych aktorów i trzymanie się jednolitej historii mogłoby zdziałać cuda. 

Byłabym jednak całkowicie niesprawiedliwa, gdybym zapomniała wspomnieć o serialowych adaptacjach komiksów DC, które nie są o superbohaterach i nie łączą się z innymi produkcjami. "Gotham", "Lucifer" i "iZombie" są absolutnie cudowne. Widać, że twórcy mieli na nie pomysł i potrafili dobrze go zrealizować. Takie seriale, aż chce się oglądać i to właśnie przez nie ogłaszam remis.
Marvel 2:1 DC


Rzućmy okiem na bohaterów i antybohaterów Marvela. Iron Man, Thor, Loki, Czarna Wdowa, Rogue, Gambit, Wolverine, Ant-Man, Deadpool, Nightcrawler, Magneto, Mystique - czy można ich nie lubić? Pewnie można, ale to odosobnione przypadki. Prawda jest taka, że herosi Marvela są super! Zabawni, przebojowi, zdeterminowani i nieidealni, dzięki czemu szybciej zyskują sympatię widzów. Gdy nie walczą z niezwykle potężnymi zbirami, mierzą się z problemami życia codziennego. Mają wątpliwości, stres pourazowy, problemy sercowe, a to sprawia, że łatwiej nam ich zrozumieć. Są nam bliżsi, niż np. taki Superman, którego nie rusza nic poza kryptonitem. W ogóle mam wrażenie, że superbohaterowie DC albo wcale nie mają problemów (poza łapaniem złoczyńców) albo są one całkiem bzdurne. Przykładowo taki Ollie z "Arrow" jest wiecznie umęczony obwinianiem się o całe zło tego świata: 
Pół miasta poszło z dymem? ~Ojojojojoj! Mogłem temu zapobiec, gdybym tylko szybciej ubrał skarpetki. 
Psychopatyczny socjopata niszczy miasto? ~Ojojojoj! Nie robiłby tego, gdybym uratował jego ukochaną, która była też moją ukochaną.
Uratowałem tuzin dzieciaków, ale jeden z ich obdarł sobie kolano? ~Ojojojojojojojojojojojojojojoj. Jestem potworem!
Ktoś przewrócił staruszkę na pasach? ~Ojojojoj! Gdybym tylko biegł szybciej, to bidula nie przewróciłaby się!
A nie, czekajcie! To ostatnie to jednak Flash. Niemniej to pokazuje, że większość bohaterów DC wprost uwielbia obwiniać się o wszystko, co się dzieje, a użalanie się nad sobą przez cały czas jest okropnie nudne. Do tego dochodzą jeszcze ich dylematy moralne i o zgrozo! Gadki motywujące! Uroczyste przemówienie ku pokrzepieniu serc oraz pompatyczne monologi to jakaś plaga! Wierzę, że nie tylko ja mam na to reakcję alergiczną. 

Przy okazji, aż ciężko uwierzyć, że w mroczniejszych produkcjach DC, tak ostrożnie podchodzą do zabijania złoczyńców. Twory Marvela są znacznie lżejsze i przyjazne, a jednak zazwyczaj nikt nie ma większych skrupułów, by wymordować wrogów publicznych. Btw. po internetach krąży takie urocze graficzne porównanie dwóch scen. W jednej Batman łapie Jokera za gardło i trzyma pod ścianą, mówiąc "Zabiłeś kobietę, którą kocham, ale ja Cię nie zabiję". W drugiej scenie widzimy Tony'ego Starka mierzącego do zbira z broni i swojej Iron Manowej łapy, mówiąc przy tym, że zaraz zginie, ponieważ zepsuł plastikowy zegarek młodszej siostry jego przyjaciela. Rozumiecie już, co mam na myśli, prawda? U Marvela śmierć nie stanowi problemu, a przynajmniej tak się utarło, bo jeśli mam być całkiem szczera, to DC też podchodzi do mordowania z coraz większą swobodą.

Niemniej doskonale rozumiem, dlaczego Batman, Superman, czy inny super ludzik DC, nie zabija swoich nemezis. W końcu to Złoczyńcy są największym atutem ich dzieł. Nie oglądałabym Batmana, gdybym nie liczyła na pojawienie się Jokera z Harley Quinn u boku, czy też Scarecrowa, Two-Face'a, Człowieka Zagadki, Poison Ivy oraz Pingwina. Męki z Supermanem uprzyjemnia mi jedynie Lex Luthor. Nawet we Flashu najbardziej lubię Wellsa. Cóż... taki wzorzec daje do myślenia. Prawda jest taka, że gdyby nie te wspaniałe łotry, to unikałabym wszystkiego, co związane z DC. Niby antybohaterowie u Marvela, tacy jak choćby Magneto, Loki, czy Mystique również są wspaniali, ale nie są oni prawdziwymi złoczyńcami. Napisałabym, że oni często zmieniają strony, ale prawda jest taka, że oni są jedynie po swojej stronie i robią to, co jest w ich najlepszym interesie. Dlatego Magneto, czy Loki czasami stają do walki u boku Xaviera i Thora, by wspólnymi siłami pokonać Wielkiego Złego, który jest prawdziwym złoczyńcą ich uniwersum. A Ci Wielcy Źli zazwyczaj nie są ciekawi i nikt im nie kibicuje ani się do nich nie przyzwyczaja. 

Podsumowując superbohaterowie i antybohaterowie są rewelacyjni u Marvela, zaś Złoczyńcy DC wymiatają. Czy w takim razie idealnym połączeniem nie byłoby stworzenie dzieła, w którym pozytywne postacie MCU zmierzyłyby się z łotrami DC? Skąd! Każdy choć trochę zdrowy na umyśle widz nie mógłby się zdecydować komu kibicować. U Marvela cieszę się za każdym razem, gdy Iron Man, czy X-meni spuszczają komuś łomot, a gdyby tak Joker był po drugiej stronie? Sprałabym każdego, kto podniósłby na niego rękę (nie ważne, czy ludzką, czy metalową), ale też nabiłabym Jokera na pal, jeśli zrobiłby coś Starkowi. Takie rozwiązanie zdecydowanie by się nie sprawdziło. To dobrze, że w każdym z uniwersów lubimy inny typ postaci, ale przez to ponownie mamy remis.
Marvel 3:2 DC

Przez sformułowanie otoczka rozumiem między innymi to, jaki klimat i cechy charakterystyczne mają dzieła obu komiksowych gigantów oraz to, w jaki sposób traktują swoich fanów. Na moje oko Marvel ma lekki, przyjemny w odbiorze klimat. Jego produkcje są tworzone z humorem, postacie są bardzo wyraziste, a barwy bardzo żywe, a przez to wszystko lepiej wpisuje się w mój gust. Zawsze uważałam, że filmy, seriale, animacje i komiksy o superbohaterach powinny być lekkie i kolorowe, wręcz przerysowane, a przede wszystkim ma się dziać! I to dużo i szybko! Produkcje Marvela mi to zapewniają. Przy okazji wzbudzają emocje - całą masę emocji! Bawią mnie, rozczulają, czasami smucą lub wywołują nostalgię. Zmuszają do zastanowienia i wybrania strony. I nie mam na myśli wybranie teamu Marvel lub DC. W dziełach Marvela dość często bywa tak, że dwóch lubianych przez nas bohaterów ma sprzeczne poglądy: Iron Man vs Kapitan Ameryka, czy Profesor X vs Magneto. Każda strona ma swoje racje i ich argumenty w większym lub mniejszym stopniu do mnie przemawiają. Naprawdę lubię to, że ich uniwersa pozwalają mi lepiej zrozumieć problemy świata, w którym żyją osoby obdarzone niezwykłymi zdolnościami.

Zupełnie inaczej jest u DC. Ich ciężki klimat zazwyczaj do mnie nie trafia, a mroczne kadry dobijają. To wyda Wam się śmieszne, ale oglądając ich filmy zazwyczaj muszę rozjaśniać ekran na maksa, zaś w kinie nie do końca ogarniam co się dzieje. No c'mon! Mam dobry wzrok, który przez siedzenie po nocach, jest jeszcze lepszy, gdy jest ciemno, ale oglądanie filmów DC to przegięcie. Błagam, nie mówcie, że ten problem widzę tylko ja! Do tego dochodzi chaotyczność i mała dynamiczność akcji, która jeśli już się trochę rozrusza, to i tak mnie specjalnie nie powala. Chyba, że akurat po ekranie szaleje psychopatyczny złoczyńca - wtedy jestem zachwycona! 

Pozostaje jeszcze jedna kwestia, czyli podejście do fanów. Myślę, że większość działań w obu firmach jest bardzo podobna, jednak wydaje mi się, że Marvel robi to odrobinę lepiej. Przede wszystkim niemal zawsze dostajemy to, co nam obiecują. Obietnice złożone w trailerach są dotrzymywane w filmach. Produkcje nas nie zawodzą. Bohaterowie i aktorzy dają z siebie wszystko. Wszystko jest zawsze dopięte u nich na ostatni guzik. W przypadku DC nie mogę tego napisać. Mam wrażenie, że zwiastuny pokazują zupełnie inne produkcje, niż te, które ostatecznie są wypuszczane. Sceny, które przekonały nas do oglądania, zostają wycięte. Historie są opowiadane bardzo chaotycznie, a całość wygląda, jak tworzona w pośpiechu. Wolałabym czekać na premierę dłużej, ale w zamian dostać dopieszczony film. 
Marvel 4:2 DC

Mój pokój powoli zaczyna tak wyglądać.
Na szczęście przynajmniej na polu wypuszczania gadżetów walka jest wyrównana, ale to akurat leży w najlepszym interesie obu firm. Figurki, plakaty, koszulki i inne bajery są rewelacyjne. Cieszę się, że mogę mieć na jednej półce figurkę Harley Quinn, a na drugiej Scarlet Witch. Chociaż jako zdeklarowana fanka ubieram jedynie koszulki Marvela (uprzedzając pytania: oryginalne, licencjonowane figurki i koszulki możecie znaleźć w sklepie Dystryktzero.pl), chociaż często z zazdrością patrzę na t-shirty Sheldona z DC.

Podsumowując wolę styl robienia filmów Marvela, jednak fascynacja superbohaterami i złoczyńcami nie pozwala mi odpuścić filmów od DC. To dobrze, że obie marki mają zupełnie różne cechy charakterystyczne, bo dzięki temu każdy widz może wybrać, to co odpowiada mu bardziej. Gosiarella od zawsze była w pełni zdeklarowanym członkiem Teamu Marvel i po Eksperymencie DC może i patrzę na wrogi obóz przyjaźniej, ale upewniłam się w swojej decyzji. Wolę jednak jasno napisać, że niezależnie od tego, czy jesteście fanami Marvela, czy DC, to i tak jesteście zajebiści, bo lubicie superbohaterów! Piąteczka!

Ps. Gosiarella się rozgadała, więc teraz Wasza kolej. Co lubicie w DC, a co u Marvela?
Ps2. Dajcie znać, czy podoba Wam się Walka Gigantów i czy chcecie, by pojawiały się kolejne bitwy!
Anielskie powieści


W przeciwieństwie do książek o wampirach, na powieści anielskie nigdy nie było wielkiego szału, przez które na półkach księgarń zaroiłoby się od piórek. Co wcale nie znaczy, że jest ich mało. Skąd! Zwyczajnie pojawiają się regularnie w małych dawkach. Zazwyczaj towarzyszą im demony, a w skrajnych przypadkach i inne stwory. Wybrałam dla Was 15 o aniołach i ich upadłych braciach.


Anioły i demony książki
Pierzaste książki warte uwagi
"Ja, anielica" jest drugim tomem trylogii, którą rozpoczyna "Ja, diablica". Wszystko zaczyna się od śmierci Wiktorii, która została zamordowana i trafiła do Piekła... do pracy! Tamta chwila zmienia całe jej życie... okey, życie pośmiertne. Od tej chwili musi użerać się z aniołami, romansować z przystojnymi upadłymi i przypadkiem nie wysadzić świata, co może być trudniejsze, niż się zdaje, a jeśli się spisze to może dostanie awans. Muszę przyznać, że bardzo lubię tę serię i dzięki niej zaczęłam przygodę z moją ulubioną polską autorką. Od razu zakochałam się w wizji Piekła, Pierwszy raz spotkałam się z wizją Piekła, które jest miejscem przepełnionym radością i zabawą. Niebo natomiast ma chłodniejszy klimat, nie ma tam używek i śpiewa się przez całą wieczność Ave Maryja. Zdecydowanie polecam tę serię, chociaż środkowa część zaliczyła mały spadek formy.


Tym razem mam dla Was bardzo tajemniczą pozycję, w której bardzo długo pod czas czytania nie wiadomo o co dokładnie chodzi. Książka okazała się znacznie lepsza, niż początkowo przypuszczałam. Ujął mnie jej tajemniczy, mroczny klimat, dobry styl i dobrze wykreowany świat. Zdradzę tylko, że bohaterką jest nastoletnia Haven, która wraz z dwójką kolegów dostaje możliwość odbycia stażu w luksusowym hotelu Lexingston. Piękno i bogactwo, aż się wylewa ze stron książek, a zagadka niezwykle młodego i utalentowanego personelu jest warta odkrycia! Daję okejkę!


Lucyfer - Pan Ciemności, diabeł i źródło wszelkiego zła, czy może nieszczęśliwie zakochany anioł, na którego uwziął się cały świat? Victoria Gische opowiedziała jego historie na nowo. Zabrakło rogów, włochatych kopyt, zapachu siarki i ogni piekielnych, w zamian za to dostaliśmy historię niespełnionej miłości anioła do śmiertelniczki, której szukał po całym świecie przez wieki, gdy ta odradzała się w kolejnych wcieleniach. Co prawda historia do szczęśliwych nie należy, a powieść ukazała się jedynie w formie ebooka, ale mam do niej ogromny sentyment i bardzo miło ją wspominam.


Szeptem, Becca Fitzpatrick
Cykl obejmuje cztery tomy: Szeptem, Crescendo, Cisza oraz Finale. Czytałam tylko pierwszą część, ale podobała mi się na tyle, by kupić pozostałe tomy (tylko motywacji do czytania zabrakło). Lubię oficjalny opis, więc łapcie: Czasem zdarza się miłość nie z tego świata. Naprawdę nie z tego świata… Patch jest tajemniczy i zabójczo przystojny. Nic dziwnego, że szesnastoletnia Nora uległa jego urokowi. Niemal natychmiast w jej życiu zaczęły dziać się rzeczy, których nie da się wytłumaczyć. Chyba że… Chyba że ktoś wie, że znalazł się w samym środku bitwy. Bitwy, którą od wieków toczą Upadli z Nieśmiertelnymi. O Twoje życie.  Ale cicho sza… Są tajemnice, o których mówi się tylko szeptem.


Anioły i wampiry w jednej książce.
O tej książce wspominałam przy okazji zestawienia książek o wampirach. Dlaczego trafiła również do anielskiego zestawienia? Cóż... głównie przez to, że Melissa De La Cruz nie potrafiła się do końca zdecydować jaki paranormalny gatunek opisać, dlatego stworzyła wymyśliła sobie wygnane z nieba anioły, które przybrały postać ludzi, ale wysysają krew. Seria właściwie nie jest taka zła, chociaż klimat ma trochę z Plotkary, a przy tym w serii aż się roi od postaci snobów z wyższych sfer, dla których jedyną przeciwwagą jest Schuyler, która i tak niczym Dan Humphrey szybko zyskuje swoją przepustkę do świata bogactwa i elegancji. Mina to nie jest, ale gwarancji, że Wam się spodoba też nie mam.


Ponownie wampiry pomieszały nam się z aniołami, jednak przynajmniej w świecie wykreowanym przez Singh są to dwa oddzielne gatunki, które żyją w sąsiedztwie ludzi. Główna bohaterka, Elena jest urodzona łowczyni Gildii, która poluje na wampiry, przyjmuje zlecenia od aniołów i ogólnie jest całkiem waleczna. Brzmi ciekawie, prawda? I książka zdecydowanie byłaby interesująca i wręcz porywająca, gdyby tylko wszystko nie kręciło się wokół napalonego archanioła, który przez całą powieść próbuje tę naszą Elenkę posiąść - nie ważne, czy gwałtem, czy po dobroci. Urocze, nie ma co. Najgorsze jest to, że "Krew Aniołów" ma dobry początek i zakończenie, więc gdyby tylko zmienić środkową część książki, to mogłabym ją Wam polecić. Niestety w obecnym stanie nie mogę.


Wieczni wygnańcy, C.L. Smith
Tym razem dość słaba książka, która zapowiadała się całkiem nieźle, ale najwyraźniej w trakcie pisania, pani Smith coś nie wyszło. Oficjalny opis brzmi tak: Anioł wygnany z nieba i dziewczyna wygnana z ziemi połączeni wieczną miłością. Zachariasz zrobiłby dla Mirandy wszystko. To dla niej łamie zasadę, jakiej aniołom stróżom nigdy łamać nie wolno: przybiera ludzką postać. Lecz nawet wtedy nie jest w stanie ochronić swojej śmiertelnej ukochanej. Zaatakowana przez wampira Miranda ulega mrocznej przemianie... Tak, anioły i wampiry znowu razem!


Historia rozgrywa się w odciętej od świata mieścinie Viterbo, w której anioły żyją wśród mieszkańców miasteczka i wszyscy na terenie miasta wiedzą o ich istnieniu, jednak poza murami, sekret ich istnienia jest pilnie strzeżony. Główną bohaterką książki jest siedemnastoletnia Vittoria (bojaźliwa idiotka), która jest jedynym aniołem bez skrzydeł, co odrobinę izoluje ją zarówno od świata ludzi, jak i od świata aniołów. Niebawem do miasteczka przyjeżdża chłopak (idealny w każdym calu) i rozpoczyna się idealne love story. Przyznaję, że to nie była najgorsza książka, jaką czytałam, ale i tak zdecydowanie odradzam jej czytanie. 

Tę książkę pamiętam, jak przez mgłę. Wiem, że mi się nie podobała, ale nie dlatego, że była beznadziejna, ale zwyczajnie do mnie nie trafiła. Opisując ją na blogu użyłam takich słów: Z "Angelologii" naprawdę byłaby dobra książka, gdyby tylko ktoś wyrwał co drugą stronę. Czytałam ją chyba 4 miesiące - w tym czasie często się poddawałam i porzucałam książkę z myślą, że bardziej wciągająca musi być książka telefoniczna. W sumie nic dziwnego, skoro w Angelologii każdy ma swoją historię. Nic nieznaczący dla akcji przechodnie, siostry zakonne, błąkające się koty  ( ok, z tymi kotami może przesadzam) mają przedstawioną swoją życiową historię. Wierzcie mi można od tych śmieci zalewających biedne szare komórki zwariować! Zdecydowanie odradzam.


To jedna z książek, na które polowałam długo i zawzięcie, bo byłam przekonana, że okaże się rewelacyjna. Jaka ja głupia byłam! Styl debiutującej pisarki był niezmiernie męczący. Nie mogłam zdzierżyć opisywania nic nieznaczących detali w okropnie drobiazgowy sposób. Na domiar złego co rozdział powtarzano to samo. Nieustanie powtarzające się opisy krajobrazów, wyglądu postaci, masa barwnych epitetów, morały i wychwalanie wszystkiego męczyły mnie niemiłosiernie. Może czytanie tej książki nie byłoby taką katorgą, gdyby chociaż fabuła lub bohaterowie byli ciekawi, ale nic z tego! Straszne dno!

Upadli, Lauren Kate
W skład tego cyklu wchodzą Upadli, Udręka, Namiętność, Zakochani, Uniesienie i Przebaczenie, jednak sama czytałam jedynie tom pierwszy, który opowiadał historię nastoletniej Luce. Dziewczyna trafiła do czegoś pomiędzy szkołą iz internatem dla trudnej młodzieży, a szpitalem psychiatrycznym. Tam spotkała niesamowicie pociągającego Daniela i niemal równie intrygującego Cama, jednak totalnie zbzikowała na punkcie tego pierwszego stając się okropnym natrętem. Oczywiście wszyscy okazują się upierzeni i sobie przeznaczeni, jak to już bywa w młodzieżówkach. Pamiętam, że książka mi się niezbyt podobała, a jednak z jakiegoś powodu chciałam przeczytać kolejne tomy (jeden nawet mam na półce), więc nie mogło to być całkiem tragiczne. 



Panie i Panowie! Oto książka, która jest tak zła, że nawet autorka szczerze pogardza jej bohaterami! Poznajcie "pieprzonego debila", czyli Aloisa Petersena oraz "pieprzoną debilkę", czyli Dilettę Mair. Swoją drogą to miło, że Sanchez nie pieściła się z podsumowaniem swoich bohaterów i była szczera. Może nawet za bardzo. W każdym razie ta dwójka "pieprzonych debili" to główne postacie w książce i nasi narratorzy, bo historia jest przedstawiana z ich punktu widzenia na zmianę. Zaczyna ona - nastolatka, która najwyraźniej nie jest specjalnie ładna, nie ma ciekawej osobowości (autorka sama tak ją opisała, więc nie śmiem się z nią kłócić) i widzi duchy. Naprawdę tylko widzi, bo ze wszystkich sił stara się nie wchodzić z nimi w żadną interakcję. Niestety przez swój dar wpada na Aloisa, gdy ten jest w formie Lilima. Alois to najwyraźniej mężczyzna doskonały - chamski, arogancki, próżny i skory do przemocy, a w dodatku demon. I to demon, przez którego dziewczyna niebawem umiera. Poważnie, nie czytajcie książki, którą nawet autor pogardza.

Angel fantasy prosto z Polski. "Serce Suriela" jest pierwszą częścią cyklu "Strażników Nirgali". Nirgalia jest miastem, w którym żyją magiczne istoty takie jak anioły, lesze i zmiennokształtni. W mieście rządzą aniołowie, na której czele jest Wielka Trójka, czyli najstarsi aniołowie z trzech rodów: Lhenów, Nitaelów i Argyllów. Niestety miastu zagraża zakon Hauruki, który pragnie je przejąc w brutalny sposób. Niedaleko Nirgalii, oddzielona rzeką Rondane leży Gadera, gdzie mieszkają zwyczajni ludzie - tacy, jak my. Mają komórki, tramwaje, samochody i komputery. Stąd pochodzi Bree Whelan-Mandali, która pragnie odwiedzić anielskie miasto. Pogubiliście się? Spoko, nie jesteście w tym sami. Książka jest bardzo chaotyczna, czemu wcale nie pomagają skomplikowane nazwy wymyślone przez autorkę. Widocznie ciężko jest nazwać młodą anielicę, "młodą anielicą", zamiast semani. A młodego anioła, po prostu "młodym aniołem", a nie angarosem (choć po przeczytaniu całej książki dalej nie jestem pewna, czy to oto chodzi, bo w gąszczu dziwnych informacji najwyraźniej mi to uciekło). Przywykłam do tego, że gdy autor tworzy zupełnie nowy świat, w który pojawiają się niestandardowe nazwy i gatunków humanoidalnych to z czystej przyzwoitości zaraz przed wkroczeniem czytelnika do tego świata, bardzo skrupulatnie wyjaśnia wszystko co z nim związane. Tymczasem w "Sercu Suriela" dostajemy jedynie strzępki informacji, a reszty możemy się domyślać. Nie, nie i jeszcze raz NIE - Nie czytajcie tego!

Tam, gdzie spadają anioły, Dorota Terakowska
Dla przeciwwagi tych wszystkich marny powieści, mam dla Was coś, co czytałam lata temu i do tej pory miło wspominam. W skrócie: Ewa utraciła swego Anioła Stróża. Bez jego opieki dziewczynka zaczyna ciężko chorować. Aby mogła wyzdrowieć, Anioł musi wygrać walkę ze swym bratem bliźniakiem, Aniołem Ciemności. Więcej Wam nie napiszę - sami przeczytajcie!

Blask, Alexandra Adornetto
To jedyna książka w tym zestawieniu, której nie czytałam, ale przez to, że mam ją na półce od lat, to bardzo mocno kojarzy mi się z anielskimi powieściami. Przy okazji może teraz, w końcu się zmotywuję do jej przeczytania, zwłaszcza że jest dość wysoko oceniana przez czytelników. Do tego czasu musimy się zadowolić oficjalnym opisem: Do sennego miasteczka Venus Cove przybywają trzy anioły: Gabriel – wojownik, Ivy – uzdrowicielka oraz najmłodsza, a przy tym mającą w sobie najwięcej z człowieka, Bethany. Zadaniem aniołów jest nieść dobro światu, który w coraz większej skali ulega wpływom ciemności. Podczas misji zmuszeni są ukrywać swe nadnaturalne zdolności, świetlistą poświatę, a także – co najtrudniejsze – anielskie skrzydła. Pomagając całej społeczności, próbują nie przywiązywać się do pojedynczych ludzi… I wtedy Bethany poznaje w szkole Xaviera. Żadne z nich nie potrafi oprzeć się wzajemnemu przyciąganiu. Kiedy zaczyna łączyć ich prawdziwe uczucie, zdają sobie sprawę, że przekraczają granice ustalone przez niebo. I nie jest to jedyne zagrożenie dla ich szczęścia. Ciemne moce nie czekają i wciąż rosną w siłę. Nie ma czasu do stracenia. Czy miłość do człowieka stanie się źródłem klęski Bethany i jej misji?

Ps. Jak widać po powyższych pozycjach, książki o aniołach są przeróżne i ciężko odnaleźć wśród nich te naprawdę dobre. Wierzę, że uzupełnicie listę o kolejne tytuły. A przy okazji dajcie znać, z jakiej tematyki chcecie kolejne zestawienie.

Któż z nas nie zna "Dumy i uprzedzenia" Jane Austen? Nawet, jeśli ktoś nie czytał, to i tak zazwyczaj udaje, że zna bardzo dobrze, bo przecież wstyd się przyznać do braku znajomości takiego klasyka, prawda? Może jednak czas zmienić strategię i w końcu dowiedzieć się o co tyle szumu - zwłaszcza, że owy szum utrzymuje się już od ponad 200 lat! Jeśli jednak nie przekonują Was stare, angielskie love story, to może skusicie się na romans osadzony w czasie zombie apokalipsy?


Pewnie najwierniejsi fani powieści Austen właśnie zeszli na zawał, ale spójrzmy prawdzie w oczy. To prawie ta sama historia, która pobijała przez lata serca czytelników, tylko w tej konkretnej odsłonie została doprawiona żywymi trupami. Główne wątki pozostały (niemal) niezmienione. Po raz kolejny możemy spotkać infantylną panią Bennet (Sally Phillips), której życiowym celem jest korzystne wydanie za mąż swoich córek. Dalej mamy bal, na którym panny Bennet poznają niesamowicie przystojnych i bogatych kawalerów, w tym Charlesa Bingley'a (Douglas Booth) oraz wyniosłego Pana Darcy'ego (Sam Riley). Z tym, że w tej wersji bal zostaje przerwany z powodu ataku zombie. Niemniej i tak Darcy zdążył zaleźć za skórę inteligentnej i bezpośredniej Elizabeth Bennet (Lily James). Relacje między bohaterami oraz ich charaktery nie uległy wielkiej metamorfozie. Zmieniło się jedynie tło historyczne i problemy, z którymi musi się mierzyć ówczesna arystokracja. A wszytko dlatego, że wraz z przepływem towarów z brytyjskich kolonii, rozpowszechniła się zaraza. Jak widać nawet statki z curry mogą skrywać pod pokładem niebezpiecznego wirusa, który zmieni oblicze Anglii. 

Popieram takie modne dodatki angielskiej arystokracji!
Przyznaję, że po filmie nie spodziewałam się fajerwerków, ani niczego nowego, bo nie dość, że czytałam oryginalną "Dumę i uprzedzenie", oglądałam liczne adaptacje, to w dodatku czytałam książkę Setha Grahame-Smitha "Duma i uprzedzenie i zombi", na podstawie której nakręcono omawianą wersję. Przez kontakt z tym ostatnim, już zawsze wyobrażałam sobie Elizabeth z kataną w dłoni, więc może dlatego też nie przeżyłam takiego szoku. Niemniej jest znaczna różnica między mashupem literackim a jego ekranizacją, bo choć książka całkiem mi się podobała, to jednak film okazał się znacznie lepszy. Wątki zombie w powieści wydawały mi się wstawionymi na siłę przerywnikami akcji właściwej, zaś w filmie to właśnie na wątku zombie apokalipsy koncentrowała się fabuła. 

Sceny walki nie zajmowały wiele czasu ekranowego, ale były zrobione porządnie i ciekawie. Zresztą tak, jak i same zombiaki. Może nie jest to typowa charakteryzacja dla żywych trupów, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale podobała mi się. Tak, jak i teorie dotyczące chodzących zmarłych, jak na przykład zombie arystokracja (czy tylko ja zakochałam się w tym pomyśle?), która zachowywała przytomność umysłu i dobre maniery pod warunkiem, że nie konsumowała ludzkich mózgów, a jedynie zwierzęce. Cudny pomysł, który w sumie mocno kojarzy się z wampirzymi wegetarianami znanymi ze "Zmierzchu", ale kto by się tym przejmował? I tak zombie wegetarianie to na chwilę obecną najbardziej uroczy i zarazem najbardziej absurdalny pomysł, o jakim słyszałam i uwielbiam to! A przy okazji test Pana Darcy'ego z muchami wydaje się godny zapamiętania, jeśli zombie będą potrafiły się dobrze kamuflować w pierwszym etapie przemiany! Tylko dlaczego te trupy były takie szybkie?!

Tak się bawią panny z dobrego domu! Przeszłaby się na taką imprezę!
Warto zwrócić także uwagę na obsadę aktorską. W końcu Lizzy gra Lily James, która już wielokrotnie udowadniała, że jest dobra w tym co robi! Zresztą nie ona jedna, bo towarzyszą jej tak rewelacyjni aktorzy, jak choćby Jack Huston, Douglas Booth, czy Lena Headey, która idealnie sprawdza się w roli silnej kobiety sprawującej władzę (uwielbiam ją oglądać jako Królową Gorgo z "300" oraz jako Cersei Lannister z "Gry o Tron"!). Przy tym pozostali aktorzy wcale nie są gorsi. Z tak genialną obsadą ciężko ukryć film przed światem, a jednak mam wrażenie, że w Polsce przemilczano jego istnienie. Co nie było takie trudne, skoro nie wyświetlano go na ekranach naszych kin, co osobiście uważam za karygodne zaniedbanie! 

Szczerze mówiąc trochę mi wstyd przyznać, że film mi się podobał, bo takie filmy z założenia powinny być złe, ale bawiłam się przy nim świetnie. Okey, dobry to on może faktycznie nie do końca był, ale na mój wypatrzony i głodny zombie mózg, nadał się doskonale. Przy okazji naprawdę lubię połączenie pseudo horrorów, romansów i komedii, zwłaszcza, gdy w efekcie najbardziej przypomina horrorowy pastisz. Znalazłam z nim sceny, które mnie urzekły. Co prawda głównie to te z udziałem zombie, bo mogłam się napawać widokiem mieczy wprawionych w ruch, ale uwielbiam również te, w których występuje Pan Collins (Matt Smith), dzięki któremu ciągle się uśmiechałam! Okey, przestaję nawet udawać, że mi się coś tam nie podobało. Niemniej wolę Was ostrzec, że trzeba mieć niezdrowe poczucie humoru i odrobinę skrzywiony mózg. Wszyscy normalni ludzie raczej nie będą zachwyceni, ale gdzie my znajdziemy zdrowych psychicznie?

Ps. Pogrzebałam trochę w internetach i znalazłam urocze pomysły na kolejne dziwne filmy łączące klasyki z horrorami! "Android Karenina" koniecznie chcę przeczytać, ale niestety nie istnieją jeszcze: "Sami swoi i Predator", "Rozważna i romantyczna i potrafi sterować mechem", ani nawet "Bambi: Pierwsza Krew". Macie swoje pomysły na takie połączenie?
Ps2. Kto jeszcze nie wypełniał ankiety powinien to zmienić, bo mam maczetę i nie zawaham się jej użyć!