Disneyowskie rodzicielskie wzorce, których nie powinno się naśladować


Disney od pokoleń wychowuje dzieciaczki swoimi bajkami, pokazując im, które zachowania są dobre i nagradzane (np. dbanie o urodę), a które złe. Zasadniczo nie ma w tym nic złego, więc nie będę się niepotrzebnie czepiać. Problem polega na tym, że o ile dzieci mogą coś z tego wynieść, tak rodzicom, Disney serwuje zdecydowanie złe wzorce. Myślicie, że żartuję? Skąd! Wystarczy przyjrzeć się, jak postępują teoretycznie pozytywne postacie rodziców bohaterów bajek, by przekonać się, że coś tu poszło poważnie nie tak!

Pominę milczeniem, jak wiele rodziców głównych bohaterów animacji Disneya zostało uśmierconych, bo to zupełnie inny temat. Pominę też wszystkie złe lub mniej złe macochy, które robią w bajkach za złoczyńców, bo to byłoby zbyt łatwe. Tym sposobem, idąc zgodnie z chronologią wypuszczania bajek, na pierwszy rzut weźmiemy rodziców Śpiącej Królewny. Muszę przyznać, że to wręcz modelowy popis leniwego rodzicielstwa. Współcześnie narzeka się, że rodzice za mało czasu poświęcają swoim dzieciom, które są wychowywane przez opiekunki. Niemniej te opiekunki mają przynajmniej limitowany czas pracy, a rodzice Aurory poszli o krok dalej i niczym kukułki podrzucili swoje przeklęte dziecko trzem wróżkom pod opiekę... na szesnaście lat! Właściwie nawet ich rozumiem, bo nie dość, że dziecko przeklęte, więc głupio się przyzwyczajać do niego, to w dodatku nikt nie musi wstawać w nocy przewijać pieluch. Tylko trochę tak nie wypada, by królewna wychowywały w leśnej chatce trzy stuknięte stare panny.

Niektórzy się cieszą, gdy dostaną umowę na czas nieokreślony. Inni mają takie miny, gdy wiedzą, że praca będzie trwać przez 16 lat.

Przy rodzicach Aurory, Tryton, ojciec Arielki z "Małej syrenki" wydaje się naprawdę kompetentny. Nawet po śmierci żony nikomu nie oddał dzieci na wychowanie, a przecież miał aż siedem córek, więc to musiało być nie lada wyzwanie! Jego jedyny problem polegał na tym, że niespecjalnie przejmował się pragnieniami swoich córek, które ostatecznie doprowadziły do buntu najmłodszej z nich. Chociaż naprawdę mocno zastanawiający jest fakt, że Tryton tak długo nie zauważał, że jego ruda pociecha szlaja się po lądzie. Przecież nie był, aż tak zakręcony, jak ojciec Belli, a skoro o nim mowa...

Odnośnie rodziców głównych bohaterów z "Pięknej i Bestii" mam wiele zastrzeżeń. Przede wszystkim ja się pytam, gdzie byli rodzice tego małego królewicza, gdy jakaś wiedźma w przebraniu przeklęła jego syna zamieniając w kudłatą bestię?! Poważnie, gdzie byli oni i gdzie był odźwierny, skoro chłopiec sam musiał otwierać drzwi do zamku? Wychodzi na to, że rodzice królewicza Adama, nauczyli go, by nie wpuszczał nieznajomych do domu pod ich nieobecność, ale już nie padli na to, by zostawić nieletniego pod opieką osoby dorosłej, która mogłaby wytłumaczyć złej Pięknej Czarodziejce, że nie wypada karać dzieci za zdrowy rozsądek. Przy okazji gdzie była opieka społeczna i dlaczego nikt ją nie poinformował o takim zaniedbaniu?
Ojciec Belli również się nie popisał. Niby tak dbał o córkę, że ukradł dla niej różę, ale gdy złapano go na kradzieży nie miał większych problemów z tym, by zamienić się z nią miejscami, gdy oddawała swoją wolność za jego. Słyszałam o przypadkach, w których rodzice przyznawali się do zbrodni swoich dzieci, by uchronić ich przed odsiadywaniem wyroku w celi, ale Disney pokazuje nam, że można też odwrotnie!



W kolejnych bajkach mam do czynienia z ojcem pragnącym wydać córkę za całkiem nieznajomego, ale bogatego oszusta ("Aladyn"), innego ojca, który chciał roztrzaskać głowę chłopaka swojej córki jakąś podejrzaną pałą ("Pocahontas") oraz córkę, która dla dobra ojca postanowiła udawać mężczyznę i ruszyć na wojnę ("Mulan"), ale to nic przy tym, co się wyprawia w "Herkulesie". Mamy tam noworodka, który został wykradziony od rodziców. W planie było zamordowanie szkraba, jednak ostatecznie trafił w ręce dobrej bezdzietnej pary, która się nim zaopiekowała. Można powiedzieć, że wszystko skończyło się względnie dobrze, tylko biologicznych rodziców trochę szkoda. W końcu to musiałoby być dla nich naprawdę traumatyczne. Pewnie chcieliby go odnaleźć i zabrać z powrotem do domu, skoro był ich...oh wait... przecież znaleźli go po kilku godzinach, jednak zostawili go u obcych ludzi. Dobrze, już dobrze. Będę sprawiedliwa i przyznam, że ograniczało ich prawo Olimpu, zgodnie z którym ktoś kto nie jest bogiem nie może tam przebywać. Szkoda, że Zeus nie był królem bogów, bo wtedy może mógłby zmienić prawo.

Przeskoczmy w czasie do jednej z najnowszych produkcji Disneya. Może nowa era zmieniła okropne wzorce zachowań u rodziców księżniczek i zachowują się troskliwie, rozsądnie i odpowiedzialnie? Taaa... jasne. Wystarczy przypomnieć sobie historię dzieciństwa najpopularniejszych księżniczek ostatnich czasów - Anny i Elsy. Po nieszczęśliwym wypadku z udziałem magii, zabronili Elsie korzystać z lodowych mocy i zamknęli na dziesięć lat w pokoju bez możliwości kontaktowania się z siostrą. I Wy narzekacie na tygodniowy szlaban! A tak całkiem poważnie to zastanawiam się, jakim cudem ich rodzice wpadli na pomysł, że przestraszenie i wyalienowanie pomoże Elsie zapanować nad mocami, nad którymi zasadniczo panowała całkiem nieźle? Takie traktowanie dziecka wydaje mi się mało pedagogiczne i nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

- Kochanie, masz szlaban do odwołania!


Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej wymienione przykłady zaczynam poważnie zastanawiać się nad dwoma kwestiami. Po pierwsze, czy te wszystkie tak wyszydzane (głównie przez Gosiarellę) księżniczki nie są takie zwichrowane i dziwne przez traumy z dzieciństwa? Po drugie, czy skoro pozytywni bohaterowie są aż tak lekkomyślni i narażają własne dzieci na niebezpieczeństwo i/lub traumę, to potrzebni są jeszcze złoczyńcy?
Czytaj całość

Goście Warsaw Comic Con, czyli kto tym razem na nas czeka?


W ten weekend będzie trwać trzecia edycja Warsaw Comic Con. Wcześniejsze edycje pod względem zapraszanych gości były całkiem niezłe, jednak fani popkultury często żartowali, że większość z nich występowała jako postacie epizodyczne lub od dawna nie pojawiała się na planie filmowym. Jak to będzie wyglądało tym razem? Sami sprawdźcie!





Niezaprzeczalnie największe emocje wywołuje pojawienie się Daniela Gilliesa znanego również jako serialowy Elijah Mikaelson z "The Orginals" i "Pamiętniki Wampirów". Wierzę, że po ogłoszeniu jego przybycia do Polski piskom fanek nie było końca, a przynajmniej moje bębenki mocno ucierpiały. Tak czy inaczej, brawo WCC, bo zrobiliście to dobrze!

W Nadarzynie pojawi się również kolega z planu Daniela Gilliesa, Michael Trevino, który we wcześniej wspomnianych serialach grał Tylera Lockwooda. Jednak to nie jedyny aktor wcielający się w serialowego wilkołaka, którego będziecie mieli okazję spotkać w ten weekend. 

Dylan Sprayberry jest gwiazdą serialu "Teen Wolf: Nastoletni Wilkołak ", w którym od czwartego sezonu grał Liama Dunbara, betę najdziwniejszego stada wilkołaków, jaki widziałam. Niemniej fani superbohaterów mogą kojarzyć aktora również z roli trzynastoletniego Clarka Kenta z "Człowieka ze stali".

Z planu "Teen Wolfa" pojawi się również Cody Saintgnue, czyli Brett, wilkołak ze stada Satomi. Niby jest to postać z trzeciego planu, która została szybko zabita, ale dwóch aktorów z jednego serialu może wynagrodzi fanom brak najbardziej oczekiwanej gwiazdy. Oczywiście nie mówię o Tylerze Posey, lecz o Tylerze Hoechlinie, czy Dylanie O'Brienie.


Wśród innych aktorów występujących w serialach stacji The CW, którzy pojawią się znajduje się Richard Harmon, czyli John Murphy z "The 100". Z racji tego, że serial należy do moich ulubionych, a postać grana przez Harmona nie dość, że wciąż żyje (co naprawdę jest nie łatwe), to w dodatku jest jedną z najbardziej wyrazistych. Piszczę z radochy! Warsaw Comic Con, przybijam Wam za to piąteczkę!

Spodziewajcie się zobaczyć także Trevora Stinesa, martwego brata bliźniaka Cheryl Blossom z serialu "Riverdale". Cóż można o nim powiedzieć? Chyba tylko tyle, że zagadka jego śmierci napędzała pierwszy sezon. No cóż... tym razem nie piszczę.

W Warszawie znajduje się również znana z tego samego serialu Hayley Law, czyli Valerie Brown, członkini zespołu Josie and the Pussycats. Dalej to nie Josie, ale przynajmniej ta postać wciąż żyje i może pojawić się jeszcze na ekranie, a to więcej, niż może powiedzieć towarzyszący jej Trevor. W dodatku Hayley mignie Wam również na ekranie, podczas oglądania "Altered Carbon".


Teraz fani serialowego uniwersum DC proszeni są o szczególną uwagę, bo kolejni aktorzy pochodzą właśnie z tych produkcji! Manu Bennett jest świetnym aktorem, który zapisał mi się w pamięci jako waleczny Kriksos z czterech odsłon serialowego "Spartacusa". Z kolei w "Arrow" grał postać Slade'a Wilsona aka Deathstroke'a. Ostatnio na ekranie wcielał się w walecznego druida w "Kronikach Shannary". Przyznaję, że to osoba, której pojawienie się na WCC wywołuje u mnie największe poruszenie!

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z Michelle Harrison, czyli słynną matką serialowego Flasha. Słynną, bo ciągle się o niej mówiono, jednak aktorka na ekranie była tylko przez krótką chwilę i nawet nie pamiętałam, jak wyglądała. Niemniej nie umniejszajmy jej sławy, bo aktorka grała w wielu filmach np. w "Ciemniejszej stronie Greya" jako UWAGA: uczestniczka aukcji. Tiaaa... tym razem emocje opadły.

Z kolei Alex Barima może się pochwalić udziałem w wielu naprawdę znanych produkcjach, jak choćby "Once Upon a Time", "Legends of Tomorrow", "Flash", "iZombie", "The Exorcist", czy nawet "Kraina Jutra". Problem polega na tym, że postacie, w które się wciela są na tak nieistotne fabularnie, że kompletnie nie mogę go z tymi produkcjami skojarzyć. No może poza "The Exorcist".


Czas odwrócić wzrok od aktorów The CW, by spojrzeć w stronę HBO i "Gry o tron"! Na scenie pojawi się Kristian Nairn, czyli serialowy Hodor z „Gry o tron”. Każdy przyzna, że Hodor to już kultowa postać, więc wyzłośliwiać się nie będę. Nawet nie wspomnę, że zyskał sławę dzięki jednej kwestii, bo scenarzyści poskąpili mu rozbudowanych dialogów. Jednak trochę dziwnie będzie słuchać, gdy Nairn będzie wypowiadał zdania złożone, ale zdecydowanie chcę to zobaczyć!

Z kolei Kerry Ingram w "Grze o Tron" wcielała się w postać Shireen, córkę lorda Baratheona. Z kolei w "‎Barbarians Rising" grała Hilde.

Wśród osób pracujących na planie GoT w W-wie znajdzie się także Conan Stevens, czyli jedyne oswojone zombie w tym serialu. Panie i panowie, oto Góra!

Wśród pozostałych gości pojawi się również Ken Stott, Martin Klebba oraz Marlon Langeland. Śmiem twierdzić, że całość wygląda naprawdę zachęcająco, a z edycji na edycję Warszawski Comic Con się rozkręca.

Ps. Który z gości wywołuje u Was największy entuzjazm i dlaczego wszyscy chcecie wskazać Daniela Gilliesa?!
Ps2. Gosiarella pojawi się na Comic Conie w niedzielę, więc mam nadzieję, że tam się spotkamy!
Czytaj całość

Plusy i minusy kariery jako złoczyńca Disneya


Nie ulega wątpliwości, że jestem w teamie złoczyńców. Bądźmy szczerzy czarne chartery od Disneya są genialne. Nie sposób ich nie uwielbiać! Problem polega na tym, że nie jestem pewna, czy bycie złoczyńcą rzeczywiście jest takie super. Plusy i minusy tego zawodu się równoważą.




Czytaj całość

The Good Doctor, czyli amerykański serial vs k-drama


Moim pierwszym kontaktem z "The Good Doctor" było kilka pierwszych odcinków amerykańskiej wersji. Gdy trafiłam na informację o tym, że scenariusz oparto na podstawie k-dramy, doszłam do wniosku, że obejrzę również pierwowzór, by porównać, jak bardzo wersja amerykańska różni się od koreańskiej. Jesteście ciekawi, jak bardzo obie produkcje różnią się między sobą?

W obu wersjach historia jest zasadniczo podobna. Młody doktor, dzięki wstawiennictwu dyrektora, dostaje się na staż do renomowanego szpitala. Nie byłoby w tym może nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że ów młody lekarz cierpi na autyzm oraz zespół sawanta, czyli rzadko spotykany stan, gdy osoba niepełnosprawna intelektualnie jest wybitnie uzdolnionym geniuszem, co zazwyczaj jest połączone z doskonałą pamięcią. W przypadku naszego głównego bohatera takie połączenie objawia się tym, że pomimo swoich problemów z wyrażaniem i rozumieniem emocji oraz trudnością w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich, potrafi bezbłędnie wizualizować sobie anatomię ciała pacjentów i ich urazów, co skutkuje trafnymi diagnozami i znajdowaniem najlepszych sposób leczenia.


Park Shi Ohn vs Shaun Murphy


Na tym kończą się podobieństwa u bohaterów obu produkcji. Koreański Park Shi Ohn jest mężczyzną bardzo nieśmiałym, który ciągle musi stykać się z wrogim nastawieniem kolegów z pracy oraz rodziców pacjentów. Bohater jest niezrozumiałym, dość niezdarnym szczeniaczkiem, który dodatkowo zmaga się z ogromną traumą z dzieciństwa. Mimo swojego geniuszu ciągle popełnia błędy. Oglądając jego zmagania na ekranie można dojść do wniosku, że jest biednym, zbitym szczeniaczkiem, który dojrzewa dopiero pod opiekuńczymi skrzydłami koleżanki z pracy.

Park Shi Ohn w całej okazałości.

Z kolei dr Shaun Murphy od samego początku nie prezentuje nam niczego poza czystym geniuszem. Chłopak jest odważny, zaradny, śmiały oraz całkowicie nieświadomy swojej bezczelności i bezpośredniości, dzięki czemu ciągle wywołuje u widzów uśmiech zamiast współczucia, czy też poczucia niesprawiedliwości, jak to ma się w koreańskiej wersji. Oczywiście autyzm sprawia mu wiele problemów, jednak w pracy zawsze jest doskonały. Brak zdolności interpersonalnych nie powoduje, że zamyka się w sobie, czy popełnia błędy. Prywatnie jest bardziej nieporadny, ale ma wokół siebie kilka przyjaznych osób, które widzą w nim nie tylko autyzm i pomagają dostrzec piękno świata.

Shaun Murphy w całej okazałości.
Muszę przyznać, że niezależnie od wersji bardzo podobał mi się pomysł stworzenia lekarza cierpiącego na autyzm połączony z zespołem sawanta. Ciekawie oglądało się jego odsłonę w dwóch wersjach - jednej genialnej i bezpośredniej oraz w drugiej nieporadnej i bardzo dziecinnej.  Zasadniczo Park Shi Ohn jest bardzo typowym bohaterem dram. Koreańczycy lubią kreować główne postaci na zagubione szczeniaczki, które muszą stawić czoła całej niesprawiedliwości świata, aż w końcu odnajdą innych dobrych ludzi, którzy pomogą im pokazać jacy są wartościowi. Z kolei Shaun jest bardzo amerykański. W zachodnich produkcjach bohater musi być wybitny i samodzielnie pokonywać wszystkie problemy, by ludziom wokół co rusz szczęki opadały z wrażenia. Ostatnimi czasy miała dość tych przebojowych amerykańskich typów, ale muszę przyznać, że w przypadku "The Good Doctor" znacznie bardziej polubiłam Shauna.

Drama vs serial


Pierwsze odcinki w obu produkcjach przebiegają bardzo podobnie, więc jeśli będziecie oglądać obie wersje możecie się przestraszyć powtórki z rozrywki, ale spokojnie. Bardzo szybko każda produkcja idzie w swoją stronę. Bohaterowie drugoplanowi różnią się między sobą. Istnieją tacy, którzy mają swoje odpowiedniki, choć ich charaktery bywają odmienne. Są również tacy, którzy są zlepkiem kilku postaci lub całkiem nowymi. Niezależnie od tego, ich problemy prywatne są zupełnie inne, co powoduje, że postacie rozwijają się w zupełnie inny sposób. Przypadki medyczne, z którymi muszą się mierzyć lekarze również są różne. Koreańczycy skupili się na oddziale pediatrii, a amerykanie na chirurgii ogólnej. To wszystko sprawia, że oglądanie obu wersji będzie dla Was zupełnie innym doświadczeniem, a kolejne odcinki będą mogły Was zaskakiwać. Przy okazji, czy wspominałam już, że za powstanie amerykańskiej wersji odpowiada Howard Shore, czyli twórca "Dr. House'a"? To powinno powiedzieć Wam sporo na temat prezentowanych bohaterów i przypadków medycznych.


Amerykanie nanieśli spore poprawki scenariuszowe, więc remake bardzo się różni od oryginału. Muszę przyznać, że okazało się to trafnym rozwiązaniem, ponieważ gdyby drama została przeniesiona 1:1 na serial, to wiele widzów nieprzyzwyczajonych do specyfiki azjatyckiej popkultury odpuściłaby oglądanie serialu. Zwyczajnie żaden Amerykanin, czy Europejczyk nie zrozumiałby dziwactw koreańskiej służby zdrowia. Przykładowo, kto normalny zrozumiałby, dlaczego lekarze nie ratują noworodka, gdy istnieje 20% szansa przeżycia operacji, a zaniechanie zabiegu da 100% gwarancje śmierci? No kto?! W naszym świecie taka sytuacja skończyłaby się w sądzie, a dodatkowo byłaby nagłaśniana przez media, a w Korei najwyraźniej tak po prostu wygląda normalność. Nikt nie zrozumiałby także dlaczego życie pacjentów jest sprawą drugorzędną, podczas gdy pierwszorzędną jest dbanie o stanowisko swoje i przełożonego. Niezrozumiała byłaby również ta cała absurdalna hierarchia, którą traktuje się z taką nabożnością. Uproszczając: zamerykanizowanie, czy raczej ucywilizowanie (wybaczcie szczerość dramoholicy) realiów z koreańskiej dramy wydaje mi się w tym przypadku w pełni zasadne, bo widzom łatwiej byłoby uwierzyć w Reptilian, niż w to, co się wyprawia w koreańskich szpitalach.


Zazwyczaj przy remake'ach cenię sobie wierność względem oryginału, jednak w tym konkretnym przypadku różnice okazały się świetnym rozwiązaniem. Zdecydowanie polecam zapoznać się z produkcjami obu krajów, a przy tym najlepszym wyjściem będzie zaczęcie od amerykańskiego remake'u, zamiast od oryginału. Chyba że jesteście już z dramami zaprzyjaźnieni - w takiej sytuacji to nie powinno robić większej różnicy.

Ps. Która wersja bardziej Was kusi?
Ps2. Znacie inne przykłady amerykańskich remake'ów dram? Podrzućcie!
Ps3. Ważna wiadomość dla wszystkich dramaholików! Jeśli będziecie w weekend majowy w Krakowie, to wpadnijcie na Serialcon, gdzie wraz z eM polecabędziemy prowadzić prelekcję o koreańskich dramach i przekonywać, że azjatycką popkulturę też da się lubić!
Czytaj całość

True Story Rumpelstiltskina, czyli dawno temu z tajemniczym imieniem


Wierzę, że większość z was nie słyszała nigdy imienia Titelitury, ani Rupiec-Kopeć, czy Hałasik. Natomiast są spore szanse, że znacie Rumpelsztyka lub Rumpelstiltskina, chociaż najprawdopodobniej znacie jego historię głównie z amerykańskiego serialu „Once Upon a Time”. I choć historia opowiedziana przez Corę, która w serialu była córką młynarza (jedną z głównych postaci baśni, ale o tym za momencik), częściowo pokrywa się z oryginalną wersją to jednak prawdziwa historia Rumpelstiltskina przebiegała inaczej.

Baśń „Rumpelstilzchen” została spisana przez braci Grimm w 1812 roku, jednak jej korzenie sięgają przynajmniej do XVI wieku. Opowieści o małym pomocniku, którego można było pokonać zgadując jego imię pojawiały się w różnych regionach świata, dlatego różne są jego imiona. Wśród nich znajdziecie m.in. brytyjskiego Tom Tit Tota, austriackiego Kruzimugeli, czy islandzkiego Gilitruta. Jednak skoro Rumpelstilzchen był pierwszy to jego historii się przyjrzymy.

Mały nieroztropny ludzik

Dawno, dawno temu był sobie młynarz, który miał piękną córkę, jednak to jedyne czym mógł się pochwalić, ponieważ nie był zamożny, ani zbyt bystry, ani nawet roztropny. Chcecie dowodu? Proszę bardzo: pewnego dnia postanowił przechwalać się przed królem, że jego córka potrafi zmienić słomę w złoto. Wcale nie wydawało się to nieprawdopodobne zwłaszcza, że był ubogi (drogie dzieciaczki, jeśli zdecydujecie się kłamać to przemyślcie czy wasze kłamstwo ma sens), a król postanowił to przetestować. Zaciągnął dziewczynę na zamek i zamknął w komnacie, w której stał kołowrotek do przędzenia oraz mnóstwo słomy, która sięgała aż po sufit. Biedaczka miała jedną noc na zmienienie jej w złoto, a jeśli nie udałoby się jej wykonać zadania, rankiem zginęłaby z ręki kata. Jak na bohaterkę baśni przystało zaczęła płakać, a wtedy zjawił się mały ludzik, który zaproponował jej układ – spełni żądanie króla, jeśli dziewczyna da mu coś w zamian. Oddała mu swój naszyjnik, a mały ludzik zaczął prząść. Rankiem cała słoma zmieniła się w złotą nić. Zadowolony, choć zaskoczony król postanowił dać upust swojej pazerności i ponownie zamknął dziewczynę na noc w komnacie, choć tym razem była ona większa, by mogła pomieścić więcej słomy. Ponownie zjawił się mały ludzik proponując wymianę. Tym razem córka młynarza zaoferowała mu swój pierścień. Nazajutrz uradowany król zaprowadził dziewczynę do jeszcze większej komnaty, w której było jeszcze więcej słomy. Jednak zamiast ponownie grozić jej śmiercią, obiecał, że jeśli i tym razem wykona zadanie to zostanie jego żoną i co za tym idzie także królową. I tej nocy pojawił się mały ludzik, ale dziewczyna z przerażeniem odkryła, że nie ma już nic co mogłaby zaoferować mu w zamian za pomoc. Na jej szczęście miał on własną propozycję – pierworodne dziecko. Dziewczyna nie zastanawiała się długo.


Król dotrzymał słowa, ożenił się z córką młynarza, a po roku para doczekała się potomstwa. Jak z pewnością się domyślacie, mały ludzik pamiętał upomnieć się o to, co zostało mu obiecane. Królowa nie miała zamiaru dotrzymać słowa, więc najpierw starała się go przekupić, ale na co bogactwo osobie, która potrafi zmienić słomę w złoto? Później oczywiście zaczęła płakać i mały człowiek zlitował się nad nią proponując kolejną umowę. Jeśli chcielibyście znać moje zdanie to wyjątkowo niekorzystną, ponieważ dał jej trzy dni na odgadnięcie jego imienia i jeśli zgadłaby to mogłaby zatrzymać dziecko. Tylko gdzie korzyść dla niego? Dziecko i tak było mu już obiecane, więc mógł jeszcze czegoś zażądać. Królowa wolała się jednak zastanawiać jak może brzmieć imię małego człowieka. Wysłała posłańców do miast i wsi, by przynieśli spis wszystkich imion znanych mieszkańcom. Pierwszej i drugiej nocy podała karzełkowi wszystkie jakie znała oraz odczytywała te z list przywiezionych przez sługi. Oczywiście wszystkie okazały się błędne. Trzeciego dnia posłaniec nie miał dla niej nowych imion, za to opowiedział jej na co przypadkiem trafił po drodze. Otóż przy małej chatce położonej w gęstym lesie niemal na szczycie góry tańcował sobie radośnie mały ludzik wyśpiewując „Dziecko króla będzie moje! Zamieszkamy tu we dwoje! Wiosną, jesienią, w lecie i w zimie Rumpelsztyk mam na imię!”. Pozwolę sobie na zadanie krótkiego pytania: Poważnie?! POWAŻNIE?! Czy ktoś z was śpiewa sobie rymowanki o tym jak się nazywa i to w momencie, gdy wasze imię powinno być owiane tajemnicą? Wątpię. Takie rzeczy się nie dzieją, ale z drugiej strony w baśniach wszystko jest mocno odrealnione, więc na moment przestanę się czepiać.

Gdy nastała noc i pojawił się karzełek, królowa odgadła jego imię, a on wpadł w szał. Tupnął nogą tak mocno, że wbił ją całą w podłogę, a gdy próbował się wydostać chwycił drugą i przedarł się na pół. Nie pytajcie, bo nie wiem jak to jest możliwe. The End.

Mały lubieżny ludzik

Choć powyższa opowieść ma dość krwawe zakończenie to chyba nie sądzicie, że zostawię was z taką wersją? Znalazłam coś bardziej interesującego. Jak wspominałam historia Rumpelstilskina była znana już w XVI wieku, a bracia Grimm w swoim zbiorze baśni jedynie spisywali zasłyszane historie, a przy tym dokonywali większych lub mniejszych poprawek. W opowieściach ludowych zakończenie baśni było odrobinę inne. Powszechnie uważa się, że w momencie, gdy dziewczyna odgadła prawdziwe imię karzełka to wpadł on w taką furię, że rzucił się na nią i utknął w jej częściach intymnych (nie znalazłam żadnych obrazów dokumentujących tę scenę, ale stawiam, że aby się tam zaklinować musiał próbować dostać się cały. Wiecie on musiał być naprawdę małym ludzikiem). Straż pałacowa musiała interweniować, by wyciągnąć go z królowej. Ciekawa jestem jak ona się później z tego tłumaczyła? Może dokładnie tak powstała ta opowiastka? Ciekawe czy król w to uwierzył? Jakkolwiek nie brzmiałyby odpowiedzi na te pytania jedno jest pewne: dobrze, że bracia Grimm zmienili zakończenie.


Gosiarella o Rumpelstilstkinie

Wyjątkowo skupmy się na wersji Grimmów, zamiast na najbardziej rozpowszechnionym wizerunku bohatera. Spójrzcie tylko na bohaterów tej bajki. Młynarz jest albo najgłupszym bohaterem wszech czasów, bo jak można pleść takie rzeczy (i to królowi?!), albo najmądrzejszym, ponieważ jego kłamstwo sprawiło, że córka młynarza zastała królową, choć wątpię, by nasz kłamczuch mógł przewidzieć pojawienie się małego ludzika. W każdym razie nie jest on pozytywną postacią. Król na moje oko to już typowy złoczyńca, ponieważ wpierw bez pytania o zgodę zabiera dziewczynę do zamku, później ją więzi w komnacie wypełnionej słomą i jeszcze grozi, że ją zabije, jeśli nie zmieni owej słomy w złoto. Na koniec co prawda ją poślubia, ale nie możemy tego nazwać romansem, bo nie ma tam miłości tylko chciwość. Córka młynarza początkowo robi za ofiarę, później staje się bardziej zaradna, jednak gdy zostaje królową zaczyna grać w drużynie czarnych charakterów, bo nie wywiązuje się z umowy i doprowadza do samobójstwa jedynej osoby, która jej pomogła. O przehandlowaniu własnego dziecka nawet nie chcę wspominać. Na koniec został nam Rumpelstilstkin, który jako jedyny od początku do końca zachowywał się w sposób jasny i uczciwy. Przyszedł z pomocą, uratował dziewczynę przed śmiercią, postawił jasne warunki umowy, a dodatkowo wbrew własnym interesom ulitował się nad królową dając jej szansę na zachowanie dziecka. Fakt, chciał zabrać malucha od matki, ale musimy wziąć pod uwagę dwa aspekty. Po pierwsze od początku było mu ono obiecane, a po drugie to z pewnością wyszłoby dziecku na dobre, bo czy kobieta, która chciała go oddać karzełkowi i ojciec z morderczymi skłonnościami mogliby zapewnić mu odpowiednie warunki do prawidłowego rozwoju (zwłaszcza psychicznego i emocjonalnego)? Odejście z karzełkiem byłoby najlepszą opcją dla tego berbecia.



Zastanawia mnie także morał tej historii. Stawiam, że główną bohaterką baśni jest córka młynarza, która jak już wiecie nie świeci przykładem. Może jednak uczy nas czegoś wartościowego? Pomyślmy. Czyżby chodziło o taki przekaz: Drogie dzieciaczki, jeśli traficie na osobę, która przez dwa dni was przetrzymuje i grozi śmiercią to będzie on doskonałym materiałem na męża? Nie to raczej nie to. Może tak: Drodzy rodzice, kłamcie na temat zdolności waszych dzieci i narażajcie je na niebezpieczeństwo, bo wbrew pozorom dzięki temu mogą zostać bogatymi władczyniami królestwa? Nie, chyba nie o to chodziło. Dobra do trzech razy sztuka: Jeśli zawrzecie umowę, która wam nie leży to spróbujcie się z niej wykręcić i wszystko będzie w porządku? Tak, to ma sens.

Podobało się?

Wraz z pojawieniem się nowego patrona, będzie się pojawiać na blogu nowy odcinek serii True Story! A klikając tutaj możecie się dowiedzieć więcej na temat udzielanego wsparcia.


Ps. Dobra, niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego ani król, ani młynarz nie byli na tyle rozsądni, by zobaczyć brak logiki: skoro córka młynarza potrafiła wytwarzać złoto ze słomy, to dlaczego dalej byli biedni?

Czytaj całość

Jaką dramę obejrzeć, czyli paczka tytułów z Korei #7


I oto nadeszła kolejna dostawa dram prosto z Korei! Jeśli szukacie ciekawych dram do oglądania, to warto zwrócić szczególną uwagę na trzy pierwsze tytuły, a może nawet wśród pozostałych znajdziecie coś interesującego!


[WAŻNE: Jeśli dotąd nie oglądaliście żadnej dramy, to koniecznie zacznijcie od poradnika Jak zacząć przygodę z koreańskimi dramami, bo ta przygoda musi zacząć się we właściwej kolejności!]

Missing Nine
Gatunek: thriller, przygodowy, mystery

Fabuła: Gdy dochodzi do katastrofy lotniczej samolotu agencji Legend Entertainment z masą koreańskich idoli na pokładzie, w Korei wybucha panika. Jeszcze większą zgrozę wywołuje fakt, że po trzech miesiącach od katastrofy, zostaje odnaleziona dziewczyna, Bong Hee, która była jedynie pracownikiem agencji, a nie gwiazdą. Jednak dzięki jedynej ocalałej wychodzi na jaw, co działo się pasażerami samolotu, którym udało się przeżyć i walczyć o przetrwanie na bezludnej wyspie.

Czy warto? Motyw przetrwania na bezludnej wyspie chyba nigdy mi się nie znudzi... pewnie dlatego, że nie ma wielu tego typu produkcji i ciężko uciec od oczywistego skojarzenia z amerykańskim "Lost", jednak w koreańskiej odsłonie nie ma żadnych niewyjaśnionych zjawisk, lecz psychopatę lubiącego mordować, więc na plus! Akcja biegnie dwutorowo - retrospekcje z wydarzeń na wyspie przeplatają się z losami Bong Hee już po powrocie do Korei. Muszę przyznać, że drama bardzo mi się podobała, a przynajmniej pierwsza połowa. Porusza ciekawy temat, zdjęcia z wyspy są świetne, bohaterowie zarówno zabawni, jak i odrobinę przerażający, więc ciężko początkowo odgadnąć, kto jest dobry, a kto zły, dzięki czemu wszystko staje się jeszcze ciekawsze. "Missing Nine" jest tytułem, który zdecydowanie warto obejrzeć pod warunkiem, że odpuścicie sobie ostatnie minuty finałowego odcinka (jeszcze szlag mógłby Was przez przypadek przez to trafić i miałabym Was na sumieniu).

Just Between Lovers
Gatunek: Romans, dramat

Fabuła: Lee Gang Doo i Ha Moon Soo poznali się w galerii handlowej, a konkretnie utknęli wspólnie pod jej gruzami, gdy galeria się zawaliła. To wydarzenie zmieniło ich życie na zawsze. Moon Soo straciła siostrę, a wraz z jej śmiercią także rodziców, którzy nie mogli pogodzić się ze stratą młodszej córki. Dziewczyna dorastając w poczuciu winy postanowiła pracować w branży architektonicznej, by nie dopuścić do podobnej katastrofy. Z kolei Gang Doo stracił ojca, a także perspektywy na dobre życie. Po latach ponownie się spotykają, by wspólnie pracować przy powstawaniu budowli położonej na fundamentach zawalonej galerii.

Czy warto? Że się tak kolokwialnie wyrażę: Łooooo mamo! Jakie to było dobre! Od dawna nie oglądałam tak świetnej dramy. Fabuła jest świetna (powyższy opis absolutnie tego nie oddaje) i choć bardzo dramatyczna i smutna, to potrafi wywołać uśmiech. Nieco ponury klimat idealnie pasuje do tematu. Jestem zachwycona, że aktorom i scenarzystom udało się wykreować głównych bohaterów tak doskonale. Chyba po raz pierwszy w k-dramie spotkałam się z bardzo ludzkimi odruchami u osób, które przeżyły tragedie. "Just Between Lovers" zdecydowanie jest pozycją obowiązkową, a przy okazji nadaje się idealnie dla osób, które będą miały po raz pierwszy kontakt z koreańską popkulturą.

Hwayugi - Koreańska Odyseja
Gatunek: komedia romantyczna, fantasy

Fabuła: Jin Seon Mi od dziecka widzi duchy. Pewnego dnia, spotyka "Wróża", demona Woo Ma Wanga, który obiecuje jej magiczną parasolkę potrafiącą odpędzić złe byty, jednak w zamian za przyniesienie wachlarza. Wykonując powierzone zadanie, dziewczynka spotyka Son Oh Gonga, kolejnego demona, który oszustwem nakłania ją do wypuszczenia go z więzienia w zamian za ochronę przed demonami, gdy tylko wypowie jego imię. Niestety małpa postanawia zabrać jej to wspomnienie, więc Seon Mi musi dalej radzić sobie sama, a przy okazji zmierzyć się z karą za wypuszczenie demona z więzienia. Po latach wszyscy ponownie się spotykają, gdy demony postanawiają ją zjeść.

Czy warto? "Koreańska Odyseja" jest przykładem tego, jak powinny wyglądać dramy, czy też ogólnie seriale. Jest odrobinę creepy, bardzo zabawna (krówcia i zombie zawsze wywołują uśmiech!) i posiada masę interesujących wątków pobocznych. Bohaterowie są genialnie wykreowani i zagrani. Fantastyczna część dramy również jest bardzo dobra, chociaż początkowo ciężko się połapać. Może Ci, którzy czytali "Journey to the West" będą mieli łatwiej. Niestety pod koniec zaliczałam wiele facepalmów, bo twórcy zapomnieli, co to logika i wiele wątków prowadzono całkiem bezsensownie, ale nawet biorąc to pod uwagę jest to jedna z lepszych dram. Zdecydowanie polecam!

MeloHolic
Gatunek: Komedia romantyczna, fantasy, mystery

Fabuła: Yoo Eun Ho był straszną pierdołą w relacjach damsko-męskich. Przynajmniej do czasu, gdy uderzył w niego piorun i zyskał zdolność czytania w myślach kobiet. Jego życie miłosne znacznie się polepszyło, jednak z czasem zaczęło go irytować, jak wiele kłamstw wysłuchuje. Pewnego dnia spotyka Han Ye Ri, która urzekła go swoją szczerością. Chłopak nie wie jednak, że dziewczyna ma dwie osobowości, a ta druga jest bardzo przebojowa.

Czy warto? "Meloholic" łączy w sobie elementy, które zazwyczaj do siebie nie pasują: osobowość mnoga, niezwykłe zdolności i seryjny morderca czający się na drugim planie. Niemniej jakimś cudem to wszystko tam jakoś działa. Nawet biorąc pod uwagę, że drama jest dość krótka. Całość jest całkiem przyjemna do oglądania i momentami zabawna (podziękujecie mi za polecenie, gdy zobaczycie scenę z Czarodziejką z Księżyca), jednak mało ambitna i łatwo się o niej zapomina po obejrzeniu.

Black Knight
Gatunek: Fantasy, romans, dramat

Fabuła: Moon Soo Ho jest tajemniczym biznesmenem, który ma zaskakujące szczęście. Za to jego wrogowie już nie tak bardzo, bo umierają, gdy tylko staną mu na drodze. Z kolei Jung Hae Ra jest dość pechowa. Biedna, niezbyt doceniana w pracy, a w dodatku jej chłopak jest kłamcą i kobieciarzem. Los Hae Ra ma się odmienić za sprawą czerwonego płaszcza od tajemniczej krawcowej i rzeczywiście tak się staje. Nagle wyjeżdża w zagraniczną podróż, gdzie przypadkowo spotyka swojego przyjaciela z dzieciństwa, by kontynuować historie miłosną, która rozpoczęła się ponad dwieście lat wcześniej.

Czy warto? Pierwsze odcinki niesamowicie mnie urzekły swoim tajemniczym i nieco ponurym klimatem. Sądziłam, że "Black Knight" okaże się jednym z ciekawszych koreańskich romansów fantasy z podłymi długowiecznymi istotami w rolach złoczyńców. Niestety, jak to w produkcjach z Shin Se Kyung zazwyczaj bywa, wszystko po kilku odcinkach trafił szlag i najzwyczajniej w świecie oglądanie bolało (nie tylko przez patrzenie na jej grę aktorską). Cała urzekająca atmosfera gdzieś wyparowała, a akcja zaczęła rozwijać szablonowo, przez co ani nie oglądało się tego dobrze, ani przyjemnie.

Liar and his lover
Gatunek: Muzyczna, romans, młodzieżowa

Fabuła: Głównym bohaterem, czyli tytułowym kłamczuszkiem jest niezwykle utalentowany kompozytor znanym pod pseudonimem K. Chłopak niegdyś był członkiem popularnego zespołu Crude Play, jednak odszedł tuż przed debiutem. Muzyka zawsze była dla niego ważniejsza od przyjaźni i miłości, więc zawsze stawiał ją na pierwszym planie. Pewnego dnia przypadkowo spotyka licealistkę o pięknym głosie, która zostaje zwerbowana przez agencję K.

Czy warto? Nie jestem do końca przekonana. Z jednej strony czego można wymagać od młodzieżówek? Jest lekka, ma swoje mocniejsze strony i nawet nieźle się ją ogląda, jednak przez większą część czasu człowiek ma ochotę zwyczajnie przyłożyć bohaterom, by się ogarnęli, abyśmy w końcu mogli przestać oglądać ich głupawe problemiki. Ciężko mi zdecydować, czy to odradzić, więc może pozostawić decyzję Wam.

The Girl Who Sees Smells
Gatunek: komedia romantyczna, thriller, fantasy

Fabuła: Drama rozpoczyna się, gdy nastoletnia Eun Seol (Shin Se-kyung) po powrocie do domu, przyłapuje mordercę podczas zabijania jej rodziców. Dziewczynie udaje się uciec, jednak wpada pod samochód i w ciężkim stanie trafia do szpitala. Morderca postanawia pozbyć się świadka w szpitalu, ale pomylił dziewczynę z inną nastolatką o tym samym imieniu. Gdy właściwa Eun Seol po kilku miesiącach budzi się ze śpiączki, odkrywa, że jest w stanie zobaczyć zapachy. 

Czy warto? Sam pomysł widzenia zapachów nie jest wcale najgorszy, jednak niezaprzeczalnie motyw mordercy kodów kreskowych jest znacznie ciekawszy. Choćby z tego powodu warto polecić "The Girl Who Sees Smells", bo nie wiele produkcji przedstawia w ciekawszy sposób modus operandi seryjnego mordercy. Dlatego zapomnijcie o romansie, czy o średnio zabawnej komedii i skupcie się na jednym z najbardziej interesujących morderców, jakiego przedstawiły koreańskie dramy.

Tomorrow Cantabile
Gatunek: komedia romantyczna, muzyczna

Fabuła: Opowieść o dziecinnej i roztrzepanej (chociaż jestem pewna, że również upośledzonej umysłowo) studentce, która ukrywa swój niezwykły talent gry na fortepianie oraz o początkującym dyrygencie pozbawionym jakikolwiek zdolności interpersonalnych. Oboje trafiają do uniwersyteckiej orkiestry S (S od Specjalnej - sami domyślcie się skąd się wzięła ta nazwa. Podpowiem, że nie chodzi o ich talent).

Czy warto? Nie będę ściemniać - to było straszne! Zaczęłam oglądać, bo chciałam obejrzeć dramę z Park Bo Gumem, który oczywiście był jedynym jasnym punktem tej produkcji. Niestety nie był głównym bohaterem i zbyt rzadko pojawiał się na ekranie, by móc w pełni zrekompensować widzom oglądanie najbardziej niedorzecznego romansów głównej dwójki. Oglądanie tego naprawdę bolało i sprawiało, że czułam się zażenowana przez samo patrzenie. Zdecydowanie odradzam, a fanom Bo Guma zalecam rewatch "Hello Monster".

Secret Romanse
Gatunek: Romans, Komedia

Fabuła: Czy wielki romans może zacząć się od przygodnego seksu w aucie? Najwyraźniej tak. Po swojej przygodzie, para spotyka się ponownie po trzech latach. Ona próbuje udawać, że go nie pamięta, a on ma poważne pretensje, że zostawiła go tamtej nocy bez żadnych wyjaśnień.

Czy warto? "Secret Romanse" wbrew pozorom jest bardzo lekkim i uroczym romansem, przy którym miło spędza się czas. Nie jest ani specjalnie skomplikowany, ani ambitny, więc na totalne odmóżdżenie, czy relaks po ciężkim dniu nada się idealnie.

Personal Taste
Gatunek: komedia romantyczna

Fabuła: Seria nieporozumień sprawia, że nieporadna życiowo Gae In uznaje Jin Ho za geja, dlatego pozwala mu ze sobą zamieszkać. Co więcej prosi go, by zrobił z niej prawdziwą kobietę, za którą mężczyźni będą się uganiać. 

Czy warto? Pierwszy odcinek wyrwał mnie z butów. Wyobraźcie sobie, że przyjaciółka głównej pani za jej plecami wychodzi za mąż następnego dnia za jej faceta. Owy facet zrywa z główną (dalej nie wie, że następnego dnia bierze ślub z jej psiapsi), która z tego powodu zalewa się w trupa ze swoim przyjacielem. Przyjaciel jest w niej zakochany, więc próbuje ją pocałować. Ona na niego wymiotuje. Gdy trochę się ogarnia bierze ją do hotelu i całuje, po czym rozpina spodnie w wiadomym celu. Ona się budzi wyrzuca go z pokoju hotelowego. A chwilę później pojawia się główny pan (nie ex-boyfriend), a za nim biegnie nagi koleś (tak, z pokoju hotelowego), który w sumie wyznaje mu miłość przed główną laską. Nazajutrz główny pan został przyłapany, gdy w windzie majstrował przy rozporku innego kolesia. A główna panna poszła niczego nieświadoma na ślub swojej przyjaciółki i swojego chłopaka. Tak, to wszystko dzieje się w pierwszym odcinku, a ja nie miałam bladego pojęcia co tam się wyprawia. Patrzyłam dalej, bo nie byłam w stanie oderwać wzroku od tej katastrofy. Z czasem dziwnych akcji było coraz mniej i mniej, a "Personal Taste" zmieniło się w szablonową dramę. Niemniej polecam obejrzeć choćby ten pierwszy odcinek, jeśli myśleliście, że widzieliście już wszystko.

☞ Sprawdź także Paczkę dram #6

Ps. Dajcie znać, co dobrego ostatnio oglądacie oraz czy widzieliście któryś tytuł z powyższej listy.
Ps2. Ważna wiadomość dla wszystkich dramaholików! Jeśli będziecie w weekend majowy w Krakowie, to wpadnijcie na Serialcon, gdzie wraz z eM poleca będziemy prowadzić prelekcję o koreańskich dramach i przekonywać, że azjatycką popkulturę też da się lubić!
Czytaj całość

© Copyright Gosiarella