Shrek, czyli True Story z ogrem i brzydką księżniczką


„Shrek” to bajka, którą oglądał praktycznie każdy, a jeśli nie to zdecydowanie powinien naprawić to niedopatrzenie. W końcu jest to jeden z najchętniej oglądanych przez dorosłych widzów filmów animowanych. Stał się kultowym dziełem popkultury, jednak nawet „Shrek” rozpoczął swoją przygodę przed pojawieniem się na wielkim ekranie. Co ciekawe pierwowzorem animacji była ilustrowana książka dla dzieci pt. „Shrek!” napisana i zilustrowana przez Williama Steiga.


Shrek vs Shrek!


Lepiej od razu zaznaczę, że książka ma 30 stron, z czego większość każdej z nich zajmuje ilustracja. Samego tekstu jest mniej, niż normalnie zajmuje mi opowiedzenie o pierwowzorze bajki, więc mimo najszczerszych chęci i starań nie byłam w stanie opisać wszystkiego, co kryje się za powstaniem tej animacji tak by było to wyraźnie krótsze od książki Steiga. Historia rozpoczyna się słowami:


"Jego matka była szkaradna i szkaradny był jego ojciec, ale Shrek był szkaradniejszy niż oboje razem wzięci. Nim nauczył się chodzić, pluł już żywym ogniem na sto metrów i potrafił puszczać dym z uszu. Samym spojrzeniem zmuszał do posłuchu bagienne gady, a jeśli znalazł się wąż dość głupi, by go ukąsić, natychmiast dostawał konwulsji i padał trupem. Któregoś dnia jego rodzice doszli do wniosku, że czas najwyższy, by ich kochane maleństwo wyruszyło w świat, aby odcisnąć na nim swoje niszczycielskie piętno, i nie zwlekając, wykopali go z domu."

Innymi słowy oryginalny Shrek nie został nazwany ogrem, a jedynie bardzo brzydkim dzieckiem bardzo brzydkich rodziców. Zdecydowanie posiadał też lepsze zdolności, niż jego animowany odpowiednik, który z całą pewnością nie potrafi strzelać laserami z oczu, czy pluć żywym ogniem. Niemniej oboje powalali swym smrodem. Wracając jednak do historii,  przygoda Shreka rozpoczęła się od spotkania wiedźmy. Przepowiedziała mu ona przyszłość za pomocą krótkiego wierszyka, który równie dobrze mógłby posłużyć za streszczenie bajki, a przy tym powinien zostać oznaczony jako spoiler, bo zdradza zakończenie tj. poślubienie okropnie brzydkiej księżniczki! Upsss… chyba też właśnie zepsułam zabawę. W każdym razie Shrekowi spodobała się ta wizja na tyle, by ruszyć naprzeciw swojemu przeznaczeniu. Po drodze oczywiście siał postrach wśród napotkanych wieśniaków, żywiołów i smoków (okey, był tylko jeden smok, ale i tak niezły wyczyn). W końcu spotkał gadającego osła, który w tej historii jest naprawdę mało znaczącą postacią, ponieważ pojawia się jedynie po to, by zaprowadzić głównego bohatera do Szurniętego Zamku, gdzie Shrek zmierzył się ze Stukniętym Rycerzem, aby w końcu spotkać Królewnę Brzydulę. Gdy tylko ta dwójka się ujrzała całkiem się w sobie zakochała, a nasza krótka bajka kończy się słowami „i żyli długo i obrzydliwie, dając się we znaki tym, którzy zaleźli im za skórę”.


Ciężko uwierzyć, że ta króciutka książeczka stała się inspiracją do stworzenia jednej z najbardziej kasowych i popularnych animacji wszech czasów. W końcu nie ma w niej ani Lorda Farquaada ani żadnego innego czarnego charakteru, chyba że mamy liczyć Shreka.  Trzeba przyznać, że DreamWorks samodzielnie stworzył rozbudowaną historię Shreka, Osła i świata przedstawionego w bajce, a to co najbardziej pokrywa się z oryginałem to wygląd głównego bohatera, chociaż jeśli już miałabym wskazać największe podobieństwo do naszego zielonego ogra to za przykład wskazałabym kogoś innego.

Shrek vs Francuski Anioł


The French Angel to pseudonim wrestlera rosyjskiego pochodzenia Maurice'a Tilleta. U nastoletniego Maurice'a została zdiagnozowana akromegalia, czyli choroba spowodowana nadmiernym wydzielaniem hormonu wzrostu, która u dzieci i młodzieży powoduje gigantyzm. Dzięki swoim niezwykłym rozmiarom i budowie zyskał przezwisko „dziwacznego ogra ringu”, zaś dzięki zapaśniczym umiejętnościom dwa razy został uznany mistrzem wagi ciężkiej przez American Wrestling Association. Przed śmiercią Tilleta rzeźbiarz Louis Linck stworzył kilka popiersi wrestlera. Z informacji opublikowanych przez blogera podającego się za byłego pracownika wytwórni wynika, że animatorom DreamWorks za wzór do stworzenia ostatecznego wizerunku Shreka posłużyło popiersie w zielonym odcieniu wystawiane w York Barbell Museum. I choć ani pracownicy, ani władze studia nigdy nie skomentowali tej pogłoski to porównując zdjęcia Maurice'a Tilleta z animowanym Shrekiem jestem w stanie z łatwością sobie wyobrazić, że tak właśnie było. Zresztą sami spójrzcie:

Być może przez zakorzenione w nas stereotypy sądzicie, że oto zobaczyliście prawdziwego ogra, ale nie dajcie się zwieść, bo podobnie jak Shrek Tillet pod zewnętrzną powłoką również skrywał w sobie niezwykłą osobowość. Poza byciem gwiazdą wrestlingu był również poetą, pisarzem i zapalonym szachistą znającym czternaście języków. Podoba mi się również myśl, że umieszczenie w animacji sceny, w której Shrek walczy na ringu z rycerzami biorącymi udział w turnieju jest uhonorowaniem wrestlera.

Shrek vs popkultura

[DreamWorks vs Disney]


Animacja w większym lub mniejszym stopniu nawiązuje do wielu dzieł popkultury, nawet tych niezwiązanych ze światem baśni, jak choćby do „Matrixa” w scenie walki Fiony z Monsieur Hood i jego kompanią. Z całą pewnością „Shrek” jest dziełem intertekstualnym i choć można czerpać przyjemność z oglądania go bez znajomości wszelkiej maści zapożyczeń to jednak, gdy widz posiada odpowiednie zaplecze merytoryczne bawi się znacznie lepiej, ponieważ wychwytuje wszystkie żarty oparte na zapożyczeniach, cytatach oraz parafrazowaniu znanych scen z innych filmów czy literatury. Jednak nie będziemy się zajmować rozkładaniem filmu na części pierwsze, a jedynie bliżej przyjrzymy się postaciom ze świata baśni, bo w końcu „Shrek” i jego kontynuacje to największy zlot bajkowych bohaterów od czasów filmu „Kto zabił Królika Rogera”. I choć pochodzą one z różnych baśni tak nie sposób nie zauważyć, że znaczna część z nich należy do wytwórni Disneya, jak choćby Pinokio, Śnieżka i jej Krasnoludki, Dzwoneczek, Kopciuszek, Mała Syrenka, Matka Chrzestna, Książę z bajki, czy Dobre Wróżki. Oczywiście żadna z tych postaci nie została stworzona od podstaw przez wytwórnię Disneya (o czym wiecie z poprzednich rozdziałów) to przez podobieństwo wizualne możemy śmiało założyć, że zostały zapożyczone z disneyowskich bajek. Można to odebrać jako oczywisty pstryczek w nos konkurenta przez twórców „Shreka”, jednak to tylko pierwsza warstwa, a jak wiemy rywalizacja jest jak cebula/ogry – ma warstwy.

W rzeczywistości DreamWorks uderza Disneya tam gdzie boli, czyli nie w animacje, lecz w zakulisowe problemy wytwórni. Chcecie przykładów? Proszę bardzo! Zacznijmy od początków wielkiej przygody Shreka, który całe życie spędziłby w swojej samotni, gdyby nie to, że Lord Farquaad wpadł na genialny pomysł, by pozamykać wszystkie bajkowe postacie w klatkach. Do czego mogłoby się odnosić wpakowanie za kratki bohaterów bajek Disneya, jak nie do tego jak więzione są te postacie przez swoją wytwórnię. Chodzi oczywiście o to, że od kilkudziesięciu lat amerykańskie prawo ochrony praw autorskich jest tworzone wedle życzenia wytwórni Disneya (o tym kiedyś opowiem Wam więcej), a postacie wykreowane przez nią być może już nigdy nie zostaną uwolnione i nie trafią do domeny publicznej.

Innym przykładem wyśmiania konkurenta DreamWorks jest stworzenie czarnego charakteru, który jest znienawidzonym przez wszystkich karłem. Skąd wziął się na niego pomysł, skoro nie z książki Williama Steiga? Pozwólcie, że opowiem wam historię, która zdarzyła się naprawdę. Jej bohaterami są Jeffrey Katzenberg (pracownik) oraz Michael Eisner (szef). Oboje byli pracownikami The Walt Disney Company, gdy firma była w dołku i starali się uchronić ją przed bankructwem, co jak wiecie się udało. To między innymi za sprawą Jeffrey'a Katzenberga nastała era renesansu Disneya. To on przyczynił się do powstania takich filmów, jak "Kto wrobił królika Rogera?", "Mała syrenka", "Piękna i bestia", "Aladyn", czy "Król Lew", a to tylko część jego zasług dla firmy. Nic więc dziwnego, że po tragicznej śmierci Franka Wellsa chciał zostać mianowany nowym prezesem, jednak uniemożliwił to Michael Eisner piastujący stanowisko porónywalne do tego, którego pożądał Katzenberg. Całe to zajście stało się głównym powodem odejścia Katzenberga oraz początkiem dość paskudnego sporu sądowego, w którym wyszła m.in. awersja Eisnera do karłów, chociaż zdanie 'I think I hate that little midget' odnosiło się głównie do Katzenberga. I choć sam Eisner nie jest niski to czy kogoś dziwi, że mógł posłużyć za pierwowzór Lorda Farquaada, który jest jedynie małym, złośliwym człowieczkiem w krainie baśniowych stworów? Przy tym Duloc wydaje się być nawiązaniem do założonego przez Eisnera Euro Disney Resort, czyli Paryskiego Disneylandu. Chociaż sam Katzenberg oficjalnie nigdy tych plotek nie potwierdził, ale raczej nie wypadałoby mu to jako założycielowi DreamWorks. Ach! Prawda zapomniałam wspomnieć, że po odejściu od Disneya założył z kolegami studio, które stało się głównym konkurentem Disneya – DreamWorks SKG (ostatnie litery pochodzą od nazwisk założycieli, czyli odpowiednio Spielberga, Katzenberga oraz Geffena). Ups!

Zresztą nie tylko DreamWorks wykorzystał Shreka, by zagrać na nosie rywalowi. Wytwórnia Disneya nie pozostała mu dłużna i wykorzystała kilka motywów w swoich późniejszych filmach. W „Shreku Trzecim” (2007) Książę z Bajki wraz z łotrami z tawerny śpiewał piosenkę, która ich zjednoczyła i opowiadała o tym ile poświęcili dla marzeń. Ten motyw muzyczny został przerobiony „Marzenie mam” w „Zaplątanych” (2010) Disneya. Z kolei oglądając „Meridę waleczną” (2012) Pixara oraz „Shrek Forever” (2010) ciężko nie porównywać dwóch walecznych, rudowłosych dziewczyn ubranych zgodnie ze szkocką modą. A może to tylko przypadek?
Może przypadek, ale to i tak to dobry pretekst, by wrzucić obrazek ;)
Gosiarella o Shreku

„Shrek” jest animacją, która powstała, by bawić a nie pouczać, jednak chociaż Shrekowi pozornie daleko do bajek moralizatorskich to trzeba przyznać, że przesłanie filmu, jak i jego kontynuacji jest całkiem wartościowe – nie należy nikogo oceniać po pozorach. Shrek nauczył się żyć w samotności i cieszyć przerażeniem, które wzbudza w okolicznych wieśniakach, przypadkowo spotkanych rycerzach, czy wręcz każdym, kto stanie na jego drodze. Jednak w trakcie rozmów z Osłem wielki, zły ogr pokazuje, że jest nieco przewrażliwiony na tym punkcie. Zaczął żyć na uboczu, ponieważ najwyraźniej miał dość tego, że wszyscy się krzywią, krzyczą i uciekają na jego widok albo w najgorszym razie biegają za nim z widłami i pochodniami. A przecież Shrek nie jest groźnym, ludziożernym potworem za jakiego inni go mają, chociaż trochę obrzydliwe zachowanie ma. Zresztą nie tylko nasz zielony główny bohater jest tu przykładem tego, jak wygląd zewnętrzny potrafi zmylić. Taka piękna księżniczka, jaką z pewnością za dnia jest Fiona powinna według przyjętych stereotypów być uległą, infantylną ślicznością, a przecież jej zachowanie nieraz pozytywnie zaskakuje widza. Zresztą po zdjęciu klątwy widać jej prawdziwe oblicze, więc skoro nie przerażała nikogo, gdy była piękną kobietą to dlaczego miałaby zacząć, gdy jej wygląd uległ zmianie i stała się zieloną ogrzycą? Czyżbyśmy się bali tylko cech zewnętrznych, zamiast potworów, które ludzie skrywają w swym wnętrzu?

Ps. Podobało się? Wesprzyj Gosiarellę na Patronite! Z pojawieniem się każdego nowego patrona, będzie się pojawiać na blogu nowy odcinek serii True Story! A klikając tutaj możecie się dowiedzieć więcej na temat udzielanego wsparcia.
Ps2. Z ciekawości wolicie bajki Disneya, czy DreamWorksa?
Czytaj całość

Riverdale i tajemnica śmierci Jasona Blossome'a

Riverdale recenzja opinia

Witajcie w Riverdale — małym amerykańskim miasteczku, w którym wszystko jest piękne, ładne i niewinne. Przynajmniej do czasu tajemniczego morderstwa, którego pogrążyło mieszkańców w spirali strachu i wzajemnych podejrzeń. Witajcie w miasteczku, w którym tysiące widzów na całym świecie zakochało się bez pamięci. Jesteście gotowi, by przyjrzeć mu się z bliska?

Akcja serialu rozgrywa się w małym miasteczku Riverdale, które wygląda jakby zastygło w czasie w latach '90. Niewinność Riverdale umarła wraz z Jasonem Blossomem (Trevor Stines) - popularnym nastolatkiem pochodzącym z najbogatszej z okolicznych rodzin. Poszukiwanie mordercy chłopaka staje się głównym wątkiem sezonu, a podejrzany jest niemal każdy. Niemniej głównym bohaterem serialu nie jest martwy Jason, lecz całkiem żywy inny rudowłosy chłopak — Archie Andrews (K.J. Apa), który wraz ze swoimi przyjaciółmi stara się prowadzić normalne, nastoletnie życie w liceum. Poza nim dość istotną rolę odgrywa Betty Cooper (Lili Reinhart), która najwyraźniej chce zostać następczynią Nancy Drew i na własną rękę znaleźć mordercę oraz Veronica Lodge (Camila Mendes), która wraz z matką przeprowadziła się do Riverdale, by rozpocząć nowe życie po aresztowaniu ojca dziewczyny.

Muszę przyznać, że bohaterowie „Riverdale” są naprawę ciekawie wykreowani. Betty na pozór wydaje się spokojną dziewczyną z sąsiedztwa, a jednak pod głęboko pod maską ułożonej dziewczynki kryje się nie do końca zrównoważona psychicznie osoba z problemami, które mogą być poważniejsze, niż przypuszczamy. Mam nadzieję, że akurat tego wątku scenarzyści nie oleją w kolejnych sezonach, a wręcz przeciwnie uda się im go ładnie rozwinąć. Z kolei Veronica świetnie prezentuje się jako dziewczyna wychowywana w wyższych sferach. Zachwyca pewnością siebie, urodą, stylem i licznymi talentami. Niemniej najbardziej podoba mi się w chwilach, gdy wychodzi z niej prawdziwa księżniczka wykuta z lodu, co stanowi idealną przeciwwagę dla płomiennowłosej i bardzo impulsywnej Cheryl Blossom (Madelaine Petsch) - siostry bliźniaczki zmarłego Jasona.

Elsa wersja 2.0

W komiksie, na bazie którego twórcy oparli serial olbrzymią rolę odgrywa trójkąt miłosny między Betty, Veronicą i Archiem, co moim zdaniem nie do końca może się udać w serialu, ponieważ Betty trafiła już na idealną parę i nie wyobrażam sobie już jej z Archiem. Zresztą sam Archie po kilku odcinkach nie wydaje się już wcale tak interesującą postacią. Ot taki typowy nastolatek z naprawdę ładną buźką i głosem. Przyznaję, że K.J. Apa świetnie wcielił się w rolę i przyjemnie go oglądać, jednak nie dość, że jego historia stała się nieciekawa, to w dodatku został przyćmiony przez dziewczyny i swojego najlepszego przyjaciela Jugheada Jonesa (Cole Sprouse). Chociaż dla mnie Jughead skradł cały serial. Po części dlatego, że Cole Sprouse fenomenalnie sprawdził się w roli ponurego outsidera, a po części również dlatego, że historia tej postaci jest interesująca i smutna. Jednak co najważniejsze Jughead zwyczajnie ma to coś, co wyróżnia go na tle innych i przykuwa uwagę widzów, gdy tylko pojawi się na ekranie.

Riverdale Jughead Cole

Oczywiście jak to już w teen dramach bywa, to właśnie tak czwórka nastolatków ma największy udział w doprowadzeniu śledztwa w sprawie morderstwa Jasona do końca. To im udaje się odkryć najwięcej dowodów i zepchnąć całe dochodzenie na właściwe tory. Doprawdy powinno się zmienić przepisy prawne w sprawie zatrudniania nieletnich, by obsadzić nastolatkami agencje detektywistyczne i posterunki policji — więzienia pękałyby w szwach, a liczba zamkniętych spraw zawstydziłaby wszystkich! A tak całkiem poważnie to odrobinę niepokojące jest to, że wraz z każdym odcinkiem poznajemy odkrywamy nowe wątki dotyczące tej zbrodni, a co za tym idzie również kolejnych podejrzanych. To wręcz zaskakujące jak wiele osób ma motyw, by zabić nastolatka.

Nie mogłabym opublikować tego tekstu bez pochwalenia aktorów. Bardzo ucieszył mnie fakt, że ludzie odpowiedzialni za castingi wzięli pod uwagę wiek bohaterów. Aktorzy w końcu są bardzo zbliżeni wiekiem do postaci, w które się wcielają. To w połączeniu z faktem, że wielu z nich stawia w serialu swoje pierwsze aktorskie kroki (nie wliczamy w to m.in. Cole'a Sprouse'a, który dosłownie wychowywał się na planie filmowym. Dalej ciężko mi uwierzyć, że to dzieciak z „Nie ma to jak hotel”) mógłby rodzić obawę, że nie poradzą sobie z tak trudnym zadaniem, a jednak wyszło im to całkiem dobrze. Zresztą nie tylko bohaterowie pierwszego planu potrafią przyciągnąć uwagę, bo i postacie drugoplanowe mają ciekawie poprowadzone wątki. Hermione Lodge (Marisol Nichols), państwo Blossom i przywódca gangu Southside udowadniają, że nawet w teen dramach postacie rodziców mogą być dobrze wykreowane i ciekawe, a to zasługuje na dużego plusa. Niemniej warto podkreślić, że większość bohaterów jest naprawdę mocno przerysowana.


Riverdale serial na podstawie komiksu

Jak wspominałam „Riverdale” jest adaptacją komiksu "Archie Comics”, który zadebiutował na amerykańskim rynku w 1942 roku — jak widzicie nie bez powodu serialowe Riverdale urządzało obchody z okazji 75 rocznicy istnienia! W tym momencie podkreślam, że znajomość komiksów nie jest absolutnie potrzebna do oglądania serialu! Zwłaszcza, że Archie wraz ze swoim gangiem przeżywał tam niekiedy naprawdę mocno oderwane od naszej rzeczywistości przygody, jak choćby walka z zombiakami w serii „Afterlife with Archie”, czy z Predatorem w „Archie vs. Predator". Z tego powodu potraktujcie to bardziej jako ciekawostkę lub zacznijcie przygodę z komiksami, gdy będziecie czekać na emisję drugiego sezonu.

Za emisję „Riverdale” jest odpowiedziała amerykańska stacja The CW, więc nie powinno nas dziwić, że serial jest bardzo ładny wizualnie i ma ciekawą oprawę. Podoba mi się połączenie słodkości i klimatu zatrzymanego w czasie amerykańskiego miasteczka (Riverdale jest niezbyt współczesne) z tajemniczą i mroczną aurą. Tworzy to świetny kontrast! Szczerze powiedziawszy odnoszę wrażenie, że to dzięki tej całej pięknej oprawie, przerysowaniu i urzekającemu klimatowi „Riverdale” odniosło sukces i zebrało wokół siebie rzeszę fanów, bo zasadniczo sama fabuła nie jest aż tak dobra. Czasami wiele idealnie dopracowanych szczegółów potrafi zachwycić bardziej, niż całokształt, a ludzie z The CW doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Riverdale komiks vs serial
Fani komiksów pewnie piszczą.

I teraz może Was zaskoczę: „Riverdale” nie powaliło mnie na kolana. Oczywiście uważam, że to całkiem niezły serial, który kilkoma elementami wyróżnia się na tle pozostałych teen dram, jednak nie jest wybitny. Niemniej nie każdy serial musi taki być, bo ważne, by się go przyjemnie oglądało, a ten tytuł potrafi umilić czas wolny.

Ps. Komiksowa wersja nie dała nam jednoznacznej odpowiedzi na to, z kim ostatecznie zwiąże się Archie, więc zapytam Was (choć pewnie znam już odpowiedź większości) komu kibicujecie?
Ps2. Jeśli skończyliście już oglądać pierwszy sezon, to z pewnością wiecie kim jest zabójca Jasona. Podejrzewaliście właśnie jego, czy może uwagę skupialiście na kimś innym?
Czytaj całość

Słowiańska księżniczka u Disneya, czy to mogłoby się udać?


Nie ulega wątpliwości, że Disney ma fanów na całym świecie, a każdy z nich chciałby, aby jego ulubione studio w kolejnym filmie zrealizowało jego życzenia. Na szczęście (lub nieszczęście) żyjemy w czasach, gdy widzowie mają ogromny wpływ na popkulturę i mogą śmiało podsuwać twórcom swoje pomysły np. za pomocą petycji. Niedawno pisałam o prośbach fanów, by Disney zeswatał Elsę z dziewczyną, a tym razem przykuła moją uwagę petycja o stworzenie słowiańskiej księżniczki.


Czy Disney zainteresowałby się słowiańską księżniczką?


Szczerze mówiąc taki już ze mnie sceptyk, że w pierwszej chwili uznałam to za mało realną opcję, jednak po chwili przypomniałam sobie wszystkie True Story, które napisałam i zmieniłam zdanie. W końcu Disney nie tworzy nowych, oryginalnych bohaterów, lecz czerpie inspirację z książek i legend narodów całego świata. Tylko spójrzcie na korzenie księżniczek. Elsa teoretycznie wywodzi się z Danii, skoro studio oficjalnie zapewniło widzów, że „Krainę Lodu” oparto o baśń „Królowa Śniegu” Hansa Christiana Andersena. „Moana” przeżywa przygody z bohaterami legend wysp Polinezji.  Meg z „Herkulesa” wzięła się z greckich mitów. Merida pochodzi ze Szkocji. Mulan z chińskich legend. Jasmina z „Księgi Tysiąca i Jednej Nocy". Bella jest Francuzką, a Kida pochodzi z legend o Atlantydzie. Do tego dochodzą wszystkie bajki oparte na baśniach spisanych przez braci Grimm, czyli niemieckiej książki. Myślę, że możemy śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Disney przemierza świat wzdłuż i wszerz, by dokopać się do ciekawych historii, a do europejskich ma szczególną słabość.

Polinezyjska Moana jest jak hiszpańska inkwizycja — nikt się jej nie spodziewał!

Teraz należałoby zadać sobie pytanie, czy słowiańskie księżniczki mogłyby stać się odpowiednim materiałem na animację. Tym razem także napiszę: tak. Jeśli możemy być czegoś pewni, to tego, że mamy naprawdę fascynującą historię pełną niezwykłych kobiet. Niemniej zazwyczaj to nie historia interesuje Disneya, a legendy. W tym przypadku też moglibyśmy go zainteresować kilkoma niezwykłymi postaciami jak choćby moja osobista ulubienica legendarna Wanda. Zresztą nie tylko słowiańskie dziewczyny są świetne, bo mężczyźni nieźle się spisywali, no i mamy smoki! Jedyny problem jest taki, że...


„Słowian już nie ma. (…) Słowianie to kopalne resztki. To skansen. Kultura, która zdechła i już nie rodzi”. 
[Ziemowit Szczerek - „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”]

Niestety nasze legendy już od jakiegoś czasu zaczęły przechodzić do historii, a my całkiem o nich zapominamy. Z magicznych opowieści, które kiedyś zdobywały serca ludzi przetrwała tylko część, która zmieniła się w okrojone opowiastki z bajek dla dzieci. Większość z nas nigdy nie interesowała się zamierzchłym dziedzictwem słowiańskiej kultury. Nie mamy porządnego zapisu słowiańskiej mitologii. Nie uczymy się o niej w szkołach, więc co my właściwie o niej wiemy? Niewiele. Przeciętny Polak poznał w dzieciństwie kilka legend (najpewniej o Dratewce), może ogarnia, że mieliśmy jakiegoś Świętowita lub Swarożyca, słyszał któryś z utworów z albumu „Równonoc. Słowiańska dusza” i może przeczytał lub grał w „Wiedźmina". Niemniej i tak w ostatnich latach pojawia się coraz więcej dzieł opartych w mniejszym lub większym stopniu na słowiańskich wierzeniach.


Czy chcielibyśmy słowiańską księżniczkę u Disneya?


Odpowiedź na to pytanie jest kwestią indywidualną i mogę pisać jedynie w swoim imieniu, a nawet ja nie jestem tego do końca pewna. Z jednej strony pewnie piszczałabym z zachwytu, gdyby Disney stworzył animację na bazie słowiańskich wierzeń lub ze słowiańską księżniczką, bo najpewniej byłoby to świetne i mogłoby wprowadzić u nas słowiańską modę na ogromną skalę. Z drugiej strony w mojej głowie pojawia się ten irytujący głosik, który wciąż ma nadzieję, że w Polsce kiedyś będą powstawały wspaniałe bajki. Tak, naiwnie wierzę, że nasza popkultura, a przede wszystkim kinematografia wstanie z kolan i dumnie podniesie głowę. Szczególnie marzy mi się, by w Polsce powstało studio animacji z prawdziwego zdarzenia, a skoro marzyć trzeba na całego to dodam jeszcze, że owe studio powinno z czasem stać się prawdziwą konkurencją dla amerykańskich gigantów produkujących filmy animowane. A co! Biorąc pod uwagę, że wiele historii z baśni braci Grimm zostało już wykorzystanych przez amerykanów, to nasze polskie mogłoby się właśnie zająć słowiańskimi legendami. A tak całkiem poważnie to wcale nie jest takie nierealne, jak mogłoby się zdawać. Mamy przecież wspaniałych animatorów, którzy nie raz pokazali klasę, jak choćby Tomasz Bagiński i jego „Katedra”, „Sztuka spadania” i przede wszystkim „Animowana historia Polski".

Nie mogę nic poradzić na to, że mam nadzieję, że to w Polsce będą powstawały zachwycające produkcje promujące naszą historię i kulturę na całym świecie, tak jak to robi „Wiedźmin". W końcu my także wiele potrafimy, co pokazały choćby "Legendy Polskie" tworzone w Polsce i z polskimi aktorami przez Allegro. Niemniej nawet, jeśli to moje śmieszne marzenie miałoby się kiedyś zrealizować, to słowiańska księżniczka u Disneya zdecydowanie nie zaszkodzi, a może nawet pokaże naszym rodzimym twórcom, że się da. Także dla słowiańskiej Disney Princess mam jedno głośne: Hell Yeah!

Ps. A Wy chcielibyście zobaczyć słowiańską księżniczkę u Disneya? Jeśli tak, to może macie jakąś konkretną na myśli?
Czytaj całość

Klątwą odebrane, czyli Once Upon a Time i porzucone dzieci

Sieroty w Once Upon a Time

Dawno, dawno temu wierzyłam, że „Once Upon a Time” jest serialem o baśniach. Nie będę tutaj wypisywać żadnych wywrotowych teorii, że niby o tym nie jest, jednak kończąc szósty sezon i szykując się na restart w siódmym, w końcu mnie olśniło, że tak na dobrą sprawę nie tylko o baśniach jest tu mowa. „Once Upon a Time” ma jeszcze drugi temat przewodni — porzucone dzieci.


[Uwaga: Po całym artykule maszerują spoilery!]


Już w pierwszym sezonie dwójka głównych bohaterów okazuje się porzuconymi dziećmi. Pierwszą z nich jest Emma Swan — Wybawczyni, która przez sześć sezonów ciągle nęka widzów swoimi problemami z samotnością za młodu, życiem w sierocińcu i drzazgą w sercu, którą wywołało porzucenie jej przez rodziców. Oczywiście Emma została opuszczona przez Śnieżkę i jej Księcia, by mogła żyć w świecie bez klątwy, ale nie czarujmy się, bo liczne sceny udowadniały, że w rzeczywistości chodziło im głównie o to, by wyrosła na Wybawczynie i ocaliła ich łamiąc złe zaklęcie. Trzeba przyznać, że dość ponure musi być dorastanie w świadomości, że nie tylko rodzice cię porzucili, ale również nie zadali sobie tyle trudu, by oddać do sierocińca, czy okna życia, lecz zostawić w lesie. Gdyby nie mały Pinokio (również porzucony i zmuszony do wychowywania się samodzielnie), który zabrał ze sobą niemowlę i zaniósł do najbliższego przydrożnego baru, Emma mogła umrzeć porzucona na pustkowiu. Najsmutniejsze w tej historii jest to, że jej rodzice nie mieli zielonego pojęcia, że Gepetto przeszmuglował swojego 'syna' przez portal, a co za tym idzie nie mieli żadnej gwarancji, że ich córka przeżyje. Szczerze mówiąc, klątwa nie klątwa, ale na miejscu Emmy ciężko byłoby mi wybaczyć bezmyślność, z jaką Śnieżka i Książę porzucili swoje dziecko, które żyło dopiero od kilku godzin.

It's not creepy at all!

Z drugiej strony podejrzewam, że Emmie wybaczenie rodzicom przyszło łatwiej, ponieważ sama miała na sumieniu podobny uczynek. Co prawda jej syn, Henry nie wylądował w lesie i nie musiał dorastać w rodzinie zastępczej, jednak został oddany do adopcji zaraz po tym, gdy Emma urodziła go przebywając w więzieniu. Chłopczyk został adoptowany przez Reginę aka Złą Królową, więc zakładał, że jest niekochany. Błędny osąd. Niemniej chłopak był zdesperowany do tego stopnia, że postanowił odnaleźć biologiczną matkę i ściągnąć ją do Storybrooke. Nie wiem, czy pamiętacie, ale impulsem Henry'ego była m.in. praca domowa dotycząca drzewa genealogicznego, którego chłopak nie oddał. Gdyby na tę chwilę miał takie stworzyć, to zabrakłoby mu kartki. W końcu odnalazł biologicznych i adopcyjnych rodziców, dziadków, pradziadków, a do tego doszły mu jeszcze ciotki, wujkowie etc. Chyba każdy z głównych bohaterów i złoczyńców serialu jest z nim w jakiś sposób powiązany.

A skoro o jego rodzinie mowa, to właśnie tam jest najwięcej przypadków porzuceń. Matka, jak już wiemy została po(d)rzucona do innego świata. Ojciec w sumie miał podobną historię, z tym że najpierw porzuciła go matka (by być z Kapitanem Hakiem, który notabene później z kochanka babki od strony ojca, został ojczymem Henry'ego — so gross!), a dopiero później 'niechcący' Rumpelstiltskin. Zresztą Baelfire nie był jedynym synem Rumpelstiltskina, który musiał wychowywać się samotnie, ale do tego dojdziemy za moment, bo teraz zajmiemy się Rumpelstiltskinem. Rumple sam został porzucony przez swoich rodziców. Wpierw poznajemy jego historię związaną z ojcem, Malcolmem, który samolubnie postanowił porzucić syna, by zyskać wieczną młodość i żyć w Nibylandii jako Piotruś Pan. No cóż... można i tak. Matka imieniem Fiona przynajmniej kochała syna, co prawda dość dziwną, pokraczną miłością, ale nie odeszła z własnej woli, lecz została wygnana przez wróżki (poważnie, te niby dobre wróżki to zawsze szkodzą), gdy zmieniła się w Czarną Wróżkę. Swoją drogą Czarna Wróżka najwyraźniej tak bardzo cierpiała po utracie syna, że straciła również zdrowie psychiczne i zaczęła porywać inne dzieci, w tym między innymi swojego wnuka Gideona, czyli syna Rumple'a i Belle. No Na Bloga! Czy każdy męski potomek w ich rodzie musi się wychowywać bez rodziców?! Nawet nie umiem zdecydować, który miał najgorzej! Henry'ego przynajmniej Zła Królowa kochała i szybko zyskał rodzinę. Baelfire również musiał wiedzieć, że ojciec go kocha, jednak nie potrafił bez wahania porzucić dla niego władzy, jaką dawała magia. Gideon miał znacznie gorzej, bo porwała i wychowywała go sadystyczna Czarna Wróżka, która łamała mu psychikę przez lata, a później wyrwała serce, by był jej ślepo posłuszny. Tylko Rumpel może mu dorównać, bo całe życie miał do bani, a nie tylko dzieciństwo.

W tej rodzinie dzieci powinny na siebie uważać. A raczej opieka społeczna powinna ich mieć na oku!

Przyjrzyjmy się gałęziom z drzewa genealogicznego Henry'ego ze strony matki. Tu porzuconych członków rodu, poza Emmą nie ma. Niemniej jej rodzina parę razy doprowadziła do utraty niemowląt w innych rodzinach. Najbardziej odrażającym czynem było wykradnięcie przez Księcia i Śnieżkę jaja Maleficent i wysłanie nowo wyklutej Lilith do innego świata, a wszystko po to, by Emma nie zabiła w przyszłości Śnieżki. No cóż... dobro rodziny najważniejsze, prawda? Chyba jednak nie do końca, skoro rodzice Księcia sprzedali jego brata bliźniaka Jamesa za uratowanie farmy i leki. Zresztą przez ojca Śnieżki też doszło do małego incydentu z Zeleną, ale o tym za moment. Najbardziej niepokojące w tym akapicie jest to, że powszechnie uważa się rodzinę Emmy za bohaterów pozytywnych. Jak rozumiem nikogo z mniejszą ilością grzechów na sumieniu w tym serialu nie było?

Nadszedł czas na adopcyjną część rodzinki Henry'ego. Regina nie była porzucona przez rodziców (chociaż wyszłoby jej to na dobre), za to sama notorycznie rozdzielała rodziców z dziećmi. Pierwszymi ofiarami byli Jaś i Małgosia, następnie Percival, Grace/Paige (córka Szalonego Kapelusznika) i Roland (gdy straże Królowej pojmały Lady Marion). Mogłabym tu wymienić sporą listę, ale tych kilka przykładów powinno w zupełności wystarczyć, by udowodnić swoją rację. Za to Cora, matka Reginy ma na swoim koncie nie cudze, a własne porzucone dziecko. By zaspokoić własne ambicje, porzuciła Zelenę w lesie. Poważnie się pytam: co oni mają z tymi lasami?! W magicznych krainach naprawdę nie ma okna życia?! Przecież takie niemowlęta porzucone w lesie mogą zostać przekąską jakichś drapieżników lub zostać porwane przez zielone tornado. Oh wait...

Mała Zelena z Dawno temu
Las, tornado, drapieżniki — kto by się nimi przejmował. Ważne, że jest wstążeczka!
Biorąc pod uwagę, że dotychczas przyjrzeliśmy się jedynie porzuconym dzieciakom bezpośrednio powiązanym z adopcyjną i biologiczną rodziną Henry'ego, możemy śmiało dojść do wniosku, że coś tam poszło naprawdę źle. Wiecie, co w tym wszystkim jest najbardziej absurdalne? Otóż fakt, że w zatrważającej większości z wymienionych przypadków maczała różdżkę Błękitna Wróżka, ale to historia na kolejny artykuł.


☞ Przeczytaj również Czarne charaktery #3: Dobry czy zły?

Niemniej nie tylko rodzina Henry'ego składa się z takich porzuconych postaci. Choćby Ruby aka Czerwony Kapturek nie była wychowywana przez rodziców, lecz babcię. Dzieciakami wychowującymi się z dala od rodziny był również Kapitan Hak i jego brat Liam Jones. Sporo przykładów jeszcze można byłoby wymienić, ale to działa trochę tak, że gdybyśmy stali na dachu jakiegoś budynku w Storybrooke i zaczęli rzucać kamieniami w przechodniów, to na bank 3 na 4 strzały trafilibyśmy w osobę wychowującą się bez rodziców.

Myślę, że biorąc pod uwagę tych wszystkie postacie możemy dojść do wniosku, że twórcy „Once Upon a Time” naprawdę lubią kreować bohaterów o dość dramatycznych początkach swojego życia. A może zwyczajnie w baśniach nie mogą grać pierwszych skrzypiec bohaterowie, którzy doświadczyli szczęśliwego dzieciństwa u boku biologicznych rodziców? W dużej mierze tak właśnie jest. Co prawda w tych najbardziej znanych baśniach nie zawsze mamy do czynienia z dzieciakami, które zostały z premedytacją porzucone, jak choćby Jaś i Małgosia (w oryginalnej wersji baśni o Jasiu i Małgosi nie zgubiły się przypadkiem!), ale z na wpół lub w pełni osieroconymi postaciami, jak Królewna Śnieżka, czy Kopciuszek. Niemniej w świecie baśni pojawia się wiele głównych postaci, które zostały wychowywane przez rodziców, więc nie możemy tym tłumaczyć decyzji scenarzystów OUaT. Zwłaszcza że historie postaci wymienionych w tym artykule są w większości stworzone na potrzeby serialu, a co za tym wyłączna odpowiedzialność za zgotowanie takiego losu bohaterom spoczywa na twórcach serialu.


Jestem w stanie zrozumieć dlaczego zdecydowano się Emmę wepchnąć w rolę porzuconego dziecka. W jej przypadku zadziałało nie tylko rozwiązanie fabularne, mające pokazać jak osoba mocno powiązana z naszą rzeczywistością i wychowana w sceptycznym podejściu do magii musi poradzić sobie z uwierzeniem w baśnie oraz tym, że sama jest w nich kluczową postacią, ale także pokazanie wewnętrznej przemiany bohaterki. Od poznania swojej sekretnej tożsamości przebyła długą drogę, dzięki której udało jej się zjednoczyć z rodziną, odnaleźć życiowy cel i samą siebie. Poza tym dodatkowa sympatia ze strony widzów, którzy poprzez współczucie będą odczuwać większą potrzebę kibicowania bohaterowi w czasie trwania jego przygody, również jest bardzo pożądana przez twórców. Niemniej liczba porzuconych dzieci w „Once Upon a Time” jest zbyt zatrważająca. Opuszczenie przez rodziców wydaje się tu standardowym zabiegiem mającym na celu przyśpieszenie akcji i wprowadzanie nowych bohaterów. Osobiście uważam za bardzo smutne to z jaką lekkością twórcy podeszli do tak poważnego tematu, jakim jest oddawanie dzieci. Powiedzmy sobie szczerze porzucanie i oddawanie dzieci do adopcji jest poważnym problemem, tylko w Polsce roczna ich liczba jest mierzona w tysiącach i niestety wątpię, by większość z nich została oddana z powodu klątwy lub wykradziona przez złą wróżkę, czy księcia z bajki...


Ps. Kto jest Waszym ulubionym bohaterem z Once Upon a Time? (I dlaczego Rumpelstiltskin?)
Ps2. Jak wrażenia po zakończeniu szóstego sezonu i serialu w takiej formie, jaką znamy?
Czytaj całość

Hello Monster, I Remember You, czyli o koreańskim Sherlocku


Koreańskie dramy zazwyczaj kojarzą się z płaczliwymi romansami pełnymi słodkich, skrzywdzonych przez życie szczeniaczków, ale są również takie, które przykują Was do monitorów, dzięki fascynującej fabule. Jedną z nich jest "Hello Monster", które postrzegam trochę jako koreańskie połączenie Dextera z Sherlockiem.

Lee Hyun jako dziecko był delikatnie mówiąc creepy. Jako dziesięciolatek był geniuszem, który był również bardzo zaradny. Opiekował się młodszym bratem i organizował życie roztrzepanego ojca, ale też zakopywał w ogród martwe psy. Przez takie dziwne sytuacje ojciec podejrzewał go o bycie socjopatą. Skrajne kroki leczenia swojego małego "potworka" powziął, gdy przyłapał go na rozmowie z seryjnym mordercą (Do Kyung-soo), z którym najwyraźniej się zakumulował. Ta sytuacja mogłaby się rozejść po kościach, gdyby dzieciak i socjopata nie złożyli sobie obietnicy, która doprowadziła do śmierci ojca Hyuna i zniknięcia brata. Niemniej to tylko zdarzenia z przeszłości, którą oglądamy w retrospekcjach.

Dorosły Lee Hyun, a raczej David Lee (Seo In Guk) dalej jest geniuszem, który nie okazuje uczuć za to jest niezrównany w rozwiązywaniu spraw kryminalnych. Zupełnie jakby znał umysł kryminalistów na wylot. Wyobraźcie sobie Sherlocka Holmesa, a będziecie wiedzieli jakim typem bohatera jest Hyun. Poznajemy go w chwili, gdy postanawia rozwiązać sprawę najpewniej bezpośrednio związaną z dniem, w którym stracił rodzinę.



Mój słodki socjopato!


"Hello Monster" (uwielbiam ten tytuł, tak bardzo pasuje do treści!) to wyjątkowa drama, która bardziej od typowego koreańskiego serialu, przypomina mi amerykański kryminalny procedural. Tylko o niebo lepszy! Poważnie, amerykańscy twórcy seriali kryminalnych powinni obejrzeć ten tytuł i zrobić porządne notatki, by dowiedzieć się, co powinni poprawić w swoich produkcjach, ponieważ "Hello Monster" zawstydza je wszystkie. Mimo wszystko muszę przyznać, że nie jest to najlepsza drama, jaką oglądałam, a nawet nie jest w moim TOP5. Co nie zmienia faktu, że jest genialna! Pojawia się w niej kilka kryminalnych zagadek, ale ich rozwiązanie nie ma na celu pokazania nam motywu zbrodni (jak to się zazwyczaj ma w amerykańskich produkcjach), lecz wniknięcie w umysł mordercy. Granica między nimi nie jest tak subtelna, jak się wydaje. W HM mamy świetnie podaną psychologiczną anatomię zbrodni. Poznajemy modele zachowań morderców i naprawdę możemy zobaczyć co im siedzi w głowie. Rewelacja!


Okey, okey, przyznaję, że mam niezdrową fascynację nie tylko na punkcie czarnych charakterów, ale również fikcyjnych seryjnych morderców, więc tematyka zwyczajnie mnie pochłonęła. Niestety po raz kolejny okazało się, że instynktownie wyczuwam socjopatę, bo od razu zakochałam się w nim, nawet nie wiedząc, że się takim okaże (Socjopatyczny Radar działa). Jeśli również macie dziwne ciągoty do takich postaci w popkulturze, to "Hello Monster" jest zdecydowanie dla Was i słowo daję: amerykański "Dexter" może się przy tym schować.

Nie ma się co bać, to tylko socjopatyczny seryjny morderca o miękkim sercu.


Mój słodki stalkerze!


Skoro to drama, to z pewnością spodziewacie się romansu. Oczywiście i tu nie mogło go zabraknąć, chociaż jest odrobinę dziwny, ponieważ skupia się na Lee Hyunie i przesiadującej go od lat stalkerce. Naprawdę rozumiem, że główny bohater miał być dziwny od samego początku, ale żeby parować do ze stalkerką, to już lekka przesada. Mam z tym problem, ponieważ odnoszę wrażenie, jakby twórcy w ten sposób chcieli powiedzieć, że nie ma nic złego w stalkingu, o ile osoba nas prześladująca jest zasadniczo dobra i ładna. Otóż przepraszam bardzo, ale stalking tak kończyć się nie powinien! Nie podoba mi się usprawiedliwianie go (napisała osoba, która wcześniej przyznała, że ma słabość do fikcyjnych socjopatów), ani dawanie prześladowcy happy endu. Nope, nope, nope! Niemniej i tak z punktu widzenia widza nie czułam się porwana relacją głównej pary i nie czułam między nimi żadnej chemii. Za to bromance mnie porwał! Był przeuroczy! [Spoiler] Relacja Hyuna i Mina była absolutnie genialna. Do tego stopnia, że przyłapałam się na tym, że najchętniej wycięłabym wszystkie wątki, byle tylko oglądać sceny z ich udziałem. Łapanie mordercy? Who cares! Dawać więcej Mina!

Zachwycili mnie również bohaterowie i ich wątpliwa moralność. Większość z nich okazała się mieć niecne uczynki na swoim koncie, ale tak naprawdę mało z nich była naprawdę zła, a i dobra wcale. Grzechy tych, których mielibyśmy nadzieje widzieć jako postacie pozytywne, przyczyniały się do paskudnych okropieństw. Zaś intencje tych, których nazywamy złymi, bywały bardziej szczytne, nic 'pozytywnych' bohaterów. Jak w takiej sytuacji moglibyśmy ich osądzać różną miarą?
Prawda jest tak, że od początku szuka się na ekranie ukrytego mordercy, więc przez tę wątpliwe moralności dość trudno go właściwie wskazać (chyba, że macie radar na socjopatów). Nawet przy Lee Hyunie długo nie byłam pewna, czy dał upust swoim morderczym fascynacją, czy może pozostał niewinny, a te wszystkie dziwne sceny były tylko niepokojącymi zbiegami okoliczności. Tak czy inaczej muszę przyznać Seo In Guk zagrał tę postać naprawdę świetnie. Dziwnie było mi go oglądać w takiej roli, po tym jak kilka dni wcześniej oglądałam go jako uroczego, przesłodkiego szczeniaczka w "Shopping King Louie", ale dzięki temu wiem, jak dobrym jest aktorem. Niemniej moim ulubionym bohaterem szybko został ktoś inny...

Najlepszy bromance ever!
Prawnik Jung Sun Ho grany przez Park Bo Gum skradł mi serce. To zarówno fenomenalnie napisana, jak i zagrana postać. Chociaż wszystkie główne postacie w "Hello Monster" takie są, to Sun Ho zdecydowanie wyróżnia się na ich tle (tylko Park Ji So w roli młodego Cha Ji Ana mu niemal dorównuje).

Wierzę, że po przeczytaniu tej całej ściany moich zachwytów nad tą dramą, nie muszę już pisać, że szczerze polecam, bo jest to oczywiste. W roli ścisłości dodam tylko, że nie jest to najlepsza koreańska drama, jaką oglądałam i jest wiele lepszych, ale ta najzwyczajniej w świecie ma w sobie rewelacyjny motyw przewodni, świetnie wykreowanych bohaterów i odpowiednią dawkę napięcia wymieszaną z interesującymi zagadkami kryminalnymi. Przy okazji jest świetnym tytułem dla osób, które dopiero mają w planach zacząć swoją przygodę z dramami, ponieważ bardzo fajnie łączą cechy amerykańskich seriali z koreańskimi, dzięki czemu jest lepsza w odbiorze dla początkujących. Niemniej i tak polecam jeszcze zerknąć na "Poradnik K-dram: Jak zacząć przygodę z koreańskimi dramami?".

Ps. Kim jest Wasz ulubiony fikcyjny (!) socjopata/seryjny morderca?
Czytaj całość

Sarah J. Maas - Imperium Burz, czyli wojna o Erileę trwa!

Sarah Maas recenzja Imperium Burz

"Szklany tron" był przyjemną opowiastką o młodej i bezczelnej zabójczyni, która przypominała mi wariację bajki o Kopciuszku (z zakrwawiony mieczem w dłoni), ale wraz z pojawieniem się kolejnych tomów serii, charakter opowieści zaczął się zmieniać. Drugi tom "Korona w mroku" bardziej uwypuklił zabójcze zdolności głównej bohaterki. "Dziedzictwo ognia" skupiło się na jej dziedzictwie krwi Fae. Kolejna część "Korona cieni" jest już pełną akcji opowieścią o królowej zbierającej swój dwór i rozprawiającej się z wrogami. Ton najnowszej serii znów się zmienia, a seria wchodzi na nowy poziom, w której uroczy klimat został wyparty przez krwawe bitwy. To już nie ta sama opowieść bazująca na baśni.


[Jeśli jeszcze nie przeczytaliście poprzednich tomów, to uważajcie, bo przy czytaniu recenzji piątego tomu nie da się uniknąć spoilerów]

Kończąc "Koronę cieni" wierzyłam, że Celaena (nie ważne, że Aelin już porzuciła swe ludzkie imię - dla mnie zawsze pozostanie Celaeną) wraz ze swym dworem ruszy do swojego zamku, by zasiąść na tronie Terrasenu. A tu proszę: niespodzianka! Po kilku dniach w ojczyźnie, dziewczyna ruszyła w drogę, na której musiała pozyskać sojuszników w walce z Ciemnością oraz stawić czoła potężnym wrogom. Ścieżka wiodąca do zwycięstwa będzie krwawa i okupiona ofiarami, ale zdradzę, że zapłata nadejdzie później.


"Ten świat zostanie ocalony i przebudowany przez marzycieli."

"Imperium burz" zawiera w sobie wiele akcji i rozległych opisów trudnych starć. Niemniej jej największą zaletą jest skupienie się na strategii wojennej i przeznaczeniu wykutym setki lat temu. W końcu dowiadujemy się, co się stało, gdy Erawan po raz pierwszy postanowił podbić świat oraz jak wyglądały dzieje Eleny, która tak ochoczo próbowała wepchnąć Celaenę na drogę przeznaczenia. To miło, że dla odmiany dostajemy garść odpowiedzi, a nie tylko same pytania, choć część z nich dalej pozostała bez wyjaśnienia. Niemniej fascynujący jest fakt, że w końcu zaczynamy rozumieć, dlaczego bogowie tak ochoczo wspomagają bohaterów, a może właściwszym byłoby stwierdzenie, że przesuwają ich, jak pionki, które powinny wykonać swą rolę w większym planie. A skoro o planie mowa, to naprawdę nie chciałabym Wam zdradzić zbyt wielu szczegółów, jednak muszę przyznać, że rozbroiło mnie, jak dobrym strategiem wojennym jest Celaena. Choć właściwie szacunek należy się raczej pani Maas, która w rewelacyjny sposób powiązała ze sobą wszystkich bohaterów i historię opisywane na przełomie lat. W końcu zrozumiałam, że żadna przygoda głównej bohaterki jej serii nie była przypadkowa, lecz bardzo dobrze przemyślana.


Sarah J. Maas Szklany tron mapa

Przy okazji akcja serii nareszcie połączyła się z treścią opisaną w nowelach "Zabójczyni i Władca Piratów" oraz "Zabójczyni i Czerwona Pustynia".  Wcześniej trzymałam się tego, że znajomość nowelek nie jest specjalnie potrzebna przy czytaniu "Szklanego tronu", bo nawiązania pojawiały się jedynie przez postać Sama. Tym razem dochodzę do wniosku, że ciężko zrozumieć "Imperium Burz" bez poznania historii z prequeli, ponieważ ci nowi bohaterowie, którzy pojawiają się na kartach najnowszego tomu, wcale nie są tacy nowi. Oni jedynie powrócili, by ponownie połączyć losy z Celaeną, zaś ich wcześniejsze przygody nie zostały znów opisane. Dodam jeszcze tylko, że osoby, które już nowelki mają za sobą, będą uśmiechać się szerzej przy czytaniu scen wielkich powrotów!

Książki Sarah J. Maas
Tyle książek trzeba przeczytać przed lekturą "Imperium Burz".

Muszę przyznać, że naprawdę nie pamiętam, czy kiedykolwiek w jednej serii książek miałam aż tylu bohaterów, których uwielbiam, a tu wychodzi na to, że cały nowy dwór Terrasenu i jego sprzymierzeńcy kupili mnie całkowicie! Już przy okazji recenzji poprzednich tomów opowiadałam, jak dobrze wykreowani są bohaterowie oraz jak dojrzewają i zmieniają się pod wpływem zdarzeń, których doświadczają. W "Imperium burz" to się nie zmieniło, a my dalej możemy czytać o przygodach Doriana, Rowana, Aediona, Lysandry, Manom i pozostałych. Doszły również nowe postacie, w tym Fenrys, który szczególnie mnie zainteresował i liczę, że przyszłości wywalczy sobie więcej miejsca na kartach powieści. Niestety na to znów będę musiała swoje odczekać.

Na koniec kilka słów o zakończeniu. Mam wrażenie, że Sarah J. Maas jest sadystką, a czytelnicy jej książek masochistami, bo jak inaczej można wytłumaczyć, że wciąż dajemy się tak krzywdzić zakończeniami, a raczej urwaniem akcji w traumatycznym momencie. Gdybyśmy mieli odrobinę zdrowego rozsądku, a przede wszystkim więcej cierpliwości, by wstrzymać się z poznawaniem przygód naszej Zabójczyni, aż wszystkie tomy zostaną wydane, oszczędzilibyśmy sobie wielu gorzkich rozczarowań i nie bylibyśmy porzucani w TAKICH emocjonujących momentach. Mam ochotę napisać, abyście jak najszybciej przeczytali "Imperium burz" i całą serię, bo jest naprawdę genialna, pełna akcji, cudownych bohaterów etc., a jednak bezpieczniejszym wyjściem byłoby wstrzymać się do czasu, gdy wyjdzie ostatni tom, by nie przeżywać kryzysu, kaca książkowego i nieznośnego oczekiwania na ciąg dalszy. Gosiarella jest jednak masochistką, więc jedyne, co sama może dla siebie zrobić, to ponowne przeczytanie całej serii tuż przed premierą ostatniego tomu... ale na to to sobie jeszcze poczekamy.

Ps. Idę o zakład, że najpierw doczekamy się serialu na podstawie "Szklanego tronu", a dopiero później Maas wyda zakończenie historii Celaeny.
Ps2. Wasz ulubiony facet z tej serii to...?
Czytaj całość

© Copyright Gosiarella