Dobro i zło, czy piękno zewnętrzne odzwierciedla wnętrze?


Każdy z nas w dzieciństwie poznał popularne bajki, czy to w wersji Disneya, czy Grimmów, czy Gosiarellowego True Story, czy jakiejkolwiek innej. Historie te były proste, a postacie jednowymiarowe, przedstawiane jako "dobra wróżka", "nikczemna czarownica", "zła królowa", "szlachetny książę", czy "piękna księżniczka", przy czym wygląd postaci też jest ściśle powiązany z charakterem, by dzieci mogły z łatwością wskazać, kto jest dobry, a kto zły.

Tylko czy takie postrzeganie nie jest odrobinę krzywdzące dla bohaterów bajek? Dlaczego pozwalamy, by ktoś na starcie uprzedzał nas do kogoś, zamiast pozwolić sobie samodzielnie wyrobić o nim opinię? W końcu skąd mamy wiedzieć, czy Zła Królowa nie chciała zabić Śnieżki, bo ta była np. socjopatką ukrywającą się za śliczną buzią i w rzeczywistości miała w planach wymordować wszystkich mieszkańców Królestwa, które może nie istnieje współcześnie tylko dlatego, że jej się to udało? Może w młodości Śnieżka znęcała się nad zwierzątkami, które wcześniej wabiła swym melodyjnym głosem? W końcu zmuszała je do pomocy w obowiązkach domowych (toż to czysty wyzysk!), więc kto wie co jeszcze wymyśliła? My z pewnością nie wiemy, bo bajki urywają się po "I żyli długo i szczęśliwie".


Wgląd w świecie dobra



Faktem jest, że w bajkach bohaterowie są zazwyczaj tacy, jak ich twórcy narysują. To, co piękne jest dobre i szlachetne, a to co brzydkie lub zwyczajnie posiadające coś złowieszczego, jak krzaczaste brwi jest automatycznie nikczemne i złe. Trudno ukryć, że w bajkach wygląd zewnętrzny jest cechą niezmiernie istotną. Matka Śnieżki nawet chodząc po ogrodzie marzyła: "Chciałabym mieć dziecko białe jak śnieg, rumiane jak krew i o włosach czarnych jak heban". Wróżki zaproszone na chrzest Śpiącej Królewny podarowały Aurorze niezwykłą urodę i wspaniały głos, bo tylko to się w życiu liczy, prawda? Po co komukolwiek dobre zdrowie, bystry umysł, dobre serce, empatia, czy zdolność dobrego rządzenia krajek (z racji tego, że obie bohaterki były królewnami wypadałoby o tym także pomyśleć), skoro by się w życiu ustawić wystarczy uroda. Jeśli o mnie chodzi to pozytywni bohaterowie bajek są niesamowicie płytcy.

Dobrze, przyznaję, że Aurorze piękny głos się przydał do wyhaczenia królewicza. 

Właściwie trochę trudno się im dziwić, skoro żyją w świecie, w którym wszystko jest oceniane po pozorach, co widać jak na dłoni w "Pięknej i Bestii", gdzie całe miasteczko wielbiło Gastona, choć ten był zwykłym wiejskim burakiem (dalej uważam, że Gaston nie był Złoczyńcą). Zresztą jego niezdrowa obsesja na punkcie Belli też dobrze obrazuje działanie bajkowego świata, ponieważ nie fascynował go jej umysł, czy charakter, a jedynie piękno. Jeśli sądzicie, że tylko bohater negatywny może kierować się tak niskimi pobudkami, to proszę przypomnieć sobie co kierowało ukochanymi Śnieżki, Aurory, Kopciuszka, czy Arielki. Bynajmniej panów nie ciągnęło do nich ze względu na wspólne zainteresowania (chyba, że liczymy taniec i śpiew), czy fascynującą osobowość. Wyciągając takie wnioski można sądzić, że morały w bajkach kuleją.


Wygląd w świecie zła


Piękno jest dobre, więc brzydkie musi być złe. Oczywiście ta cała brzydota jest sprawą dość umowną i nie każdy złoczyńca musi być opasłym Ratcliffem z beznadziejną fryzurą, małymi, przebiegłymi oczkami i kartoflem zamiast nosa. Czasami wystarczy jedna skaza na pięknym licu, by charakter bohatera zaczął się psuć. Jeśli dobrze pamiętam bajkę o "Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach" (a pamiętam dobrze!), to Zła Królowa zeszła na ścieżkę zła, gdy na jej pięknie zaczęły się pojawiać pierwsze skazy starości, a magiczne lustereczko uznało, że nie jest już godna miana najpiękniejszej w świecie. Zresztą zwróćcie uwagę, że wielu złoczyńców Disneya jest już dość sędziwa: Lady Tremaine - macocha Kopciuszka mogłaby spokojnie być już babcią. Nie jestem pewna ile żyją mieszkańcy podwodnego królestwa, ale Ursula zdecydowanie pamiętała początki jego istnienia. Yzma mogłaby nam wyjaśnić, dlaczego dinozaury wyginęły. Frollo też już jest dość sędziwy. U Claytona też pojawiły się pierwsze oznaki siwizny. Cruella mocno pomarszczona. Można wymieniać i wymieniać, a wciąż ciężko znaleźć pięknych i młodych złoczyńców (okey, poza Hansem).

Nawet los zwierząt w bajkach jest z góry przesądzony, jeśli mają skazę.

Wracając jednak do samych skaz, które uniemożliwiałyby czarnym charakterom wygrania konkursów piękności, należy wspomnieć nie tylko o zmarszczkach. Czasami niedoskonałością jest kolor skóry np. zielony jak u Maleficent, czy Nikczemnej Wiedźmy z Zachodu (właściwie nawet Shrek bardzo długo był postrzegany jako negatywna postać przez swoich kolegów z bajki). Innym razem może to być nadwaga, brzydki makijaż, za duży nos lub za małe oczy.



Naprawdę smutnym wydaje się fakt, że przez te niedoskonałości bajkowe postacie są z góry skazane na bycie postrzeganym jako czarne charaktery. Albo inaczej: smutne jest to, że bajki każdą nam wierzyć, że ludzie "brzydcy" muszą być nikczemni i knuć przeciwko tym młodym i pięknym. Nie taki morał chciałabym sprzedawać dzieciom na całym świecie. I niestety nie jestem w stanie obwiniać za taki stan rzeczy jedynie Disneya i jego rywali, bo po części sami jesteśmy sobie winni. W końcu wystarczy przeczytać komentarze pod filmami, gdzie ocenia się wygląd aktorów, a każdą ich najdrobniejszą niedoskonałość zjadliwie się wyszydza. W świecie bajek bardzo oberwało się Meridzie Walecznej, która w porównaniu do swoich księżniczkowych koleżanek nie jest tak szczupła i doskonała. Rude włosy, piegi, okrągła buzia nie były najwyraźniej zadowalające. Nic więc dziwnego, że rok po premierze Disney zdecydował się nadać jej nowy wygląd przy okazji ceremonii wstąpienia w szeregi oficjalnych księżniczek Disneya. Dziewczyna stała się szczuplejsza w tali, zyskała bardziej wypukły biust, przywdziała święcący strój, poszła do fryzjera, a nawet jej oczy stały się większe. Co ciekawe i to nie spotkało się z przychylną reakcją widzów, którzy nagle stwierdzili, że jej wady były zaletami. Dziwny jest ten świat, ale i tak podkreśla to znaczenie zewnętrznej powłoki.

Merida z 2012 roku kontra Merida z 2013 roku.

Ps. Zastanawia mnie, czy w świecie bajek to zło wywołuje brzydotę, czy co bardziej prawdopodobne brzydota powoduje zło. Jak sądzicie?

Ps2. Na kanale Gosiarella Show pojawił się nowy film bardzo w klimacie, więc koniecznie sprawdźcie! I dajcie suba, by nie przeoczyć kolejnego!
Czytaj całość

Wianki, Noc Kupały, Noc Świętojańska, a może słowiańskie walentynki?

Polska tradycyjna wersja walentynek

Świętowanie przesilenia letniego jest stare jak świat (poprawniej byłoby napisać: stare jak ludzkość). Najkrótszą noc w roku świętowali w starożytności. Świętowali ją Słowianie. Dziś my też świętujemy. Tylko to nasze współczesne świętowanie nieco się różni od tego, co w te noce wyprawiali nasi przodkowie, chociaż pewne podobieństwa się zachowały.

Nie jestem pewna, pod jaką nazwą funkcjonują u Was obchody tego święta. Z tego, co słyszałam w Poznaniu zachowała się nazwa Noc Kupały, w Krakowie uznajemy tylko określenie Wianki, a najpowszechniejszym terminem jest Noc Świętojańska. Obchody święta też różnią się w zależności od tego, w którym zakątku Polski się odbywają. W Poznaniu puszcza się w niebo lampiony, a w Krakowie wianki do Wisły i ogląda pokaz sztucznych ogni. Obie wersje wyglądają przepięknie i przyciągają na obchody mnóstwo ludzi, jednak to już tylko pozostałości po tym, jak swoje najważniejsze święto obchodzili Słowianie. Ci to dopiero wtedy szaleli! Kraszewski w „Starej Baśni” podsumował to, jako „jeden ciąg wesela, śpiewu, skoków i obrzędów”, a jeśli to byłoby za mało zachęcające do przyłączenia się do zabawy, to z pewnością pomagała wiara w to, że wszyscy, którzy biorą udział w tych uroczystościach będą cieszyć się zdrowiem i dobrobytem. Gdyby nie to, że z moim szczęściem spaliłabym sobie włosy skacząc przez ognisko, to pewnie sama zaryzykowałabym dla takich obietnic. Niemniej trochę wyprzedziłam fakty, więc lepiej opowiem Wam jak dokładnie wyglądały obchody Nocy Kupały.


Lampiony i Noc Kupały

Słowianie mieli w zwyczaju wygaszać ogień w domowych paleniskach i ruszać na wzgórza, by rozpalać ogniska, co miało ich uzdrowić i zapewnić powodzenie. Zbierali się więc wokół ognia, gdzie tańczyli i śpiewali, a przy tym skakali przez ogień (raczej tego ostatniego nie polecam, nawet jeśli macie więcej gracji od Gosiarelli). My najpewniej wykorzystalibyśmy okazję, by nabić na kij jakąś świeżo upolowaną kiełbasę lub pianki, a Słowianie woleli wrzucać w ogień różnego rodzaju zioła zapewniając tym samym sobie ochronę przed złymi mocami. Jednak ogień nie był jednym żywiołem, który był mocno związany z obchodami Nocy Kupały. Ważna była również woda. Wierzono, że ogień i woda mają oczyszczającą moc, więc zażywano również kąpieli, która miała ustrzec przed chorobami i urokami.


Walentynki Słowiańskie święto miłości


Puszczanie wianków na wodzie też miało dość istotną rolę, ponieważ słowiańskim odpowiednikiem walentynek była właśnie Noc Kupały, tylko u nas, by zdobyć dziewczynę, nie wystarczyło kupić jej kartkę z serduszkiem, czy różę, tylko bardziej się poświęcić. Dziewczyny plotły wianki z kwiatów i ziół, przymocowywały do nich płonące drewienko i puszczały z nurtem, zaś chłopcy musieli je wyławiać, a następnie do swojej zdobyczy dopasować właścicielkę. Jeśli się to udawało, to para zazwyczaj szła na całość. I pomyśleć, że narzekamy, że współczesna młodzież ma zdegenerowane zabawy! Chociaż z drugiej strony ogólnie przyjmowano za pewnik szybkie zamążpójście panny, gdy wianek zostanie wyłowiony, więc może ta noc miłosnych uniesień zobowiązywała do czegoś więcej, niż podejrzewam. No dobrze, a co z dziewczynami, których wianki nie zostały schwytane przez pełnych poświęcenia (umówmy się, że musieli wleźć do wody, by wyłowić te wianki, więc komplement im się należy!) mężczyzn? Bardzo fajnie opisała to Katarzyna Miszczuk w „Nocy Kupały” (tom III cyklu Kwiatu Paproci), ale pokrótce wyglądało to tak, że właścicielki wianków, który popłynęły w siną dal musiały jeszcze trochę poczekać na ożenek, zaś staropanieństwo groziło dziewczynom, których wianuszki spłonęły, utopiły się lub gdzieś się zaplątały.

☞ Sprawdź również bajkę o Królowej Wandzie

Niemniej istniały jeszcze inne obrzędy, a jeden z ciekawszy wiąże się ze szczypiorkiem! Młode słowianki musiały mieć spore powodzenie, skoro by wybrać adoratora, przywiązywały kolorowe nitki (każdy kolor symbolizował innego młodzieńca) do szczypiorku wyrastającego z cebuli, by sprawdzić, który z nich do rana wyrośnie najwyżej. Zwycięzca miał niby kochać najmocniej. I po co komu swatka, skoro jest szczypiorek! Chociaż i tak moim skromnym zdaniem puszczanie wianków miało więcej sensu.

Słowiańskie obrzędy

Co jeszcze robili Słowianie w czasie obchodów Nocy Kupały? Szukali Kwiatu Paproci! Legenda głosi, że ten niezwykły kwiat zakwita tylko jednej nocy w roku, czyli w dzień przesilenia letniego. Należy go szukać w lasach lub na bagnach (oczywistym wydaje się, że nie zakwitnie nam w doniczce), a jeśli udałoby się go odnaleźć, miał zapewnić szczęście i bogactwo. Chociaż jeśli mam być szczera to wiele cudownych właściwości się mu przypisuje i każda z nich jest ogromnie zachęcająca do wyruszenia na poszukiwania. Problem w tym, że nikt go nigdy nie znalazł (lub się tym nie pochwalił), więc możemy go uznać za wymarły gatunek.

I chociaż dziś dalej puszczamy wianki na wodę, słuchamy muzyki i śpiewamy razem z artystami, a nawet obiecujemy sobie, że w końcu spędzimy noc na odganianiu komarów i kleszczy w czasie poszukiwań legendarnego kwiatu, to nie cel świętowania jest odrobinę inny. Nikt nie bawi się dlatego, by zapewnić sobie dobrobyt i ustrzec się przed demonami, czy chorobami. Zazwyczaj nie pamiętamy nawet, że świętujemy najważniejsze święto Słowian. Zapytacie co się stało? Stali się chrześcijanie. W Polsce Kościół katolicki nie dał rady wykorzenić tych obchodów, więc zrobił to, w czym był najlepszy, czyli schrystianizował to święto zmieniając nazwę na Noc Świętojańska i przesuwając w czasie o dwie noce (z 21/22 na 23/24 czerwca), czyli tak, by wypadało w dzień św. Jana Chrzciciela, który według legendy chrzcił w wodzie także rusałki.


Ps. Dobra, na dziś wystarczy. Lepiej idźcie już pleść wianki! Przy okazji dajcie znać, jak Wy obchodzicie to święto!
Ps2. Co powiecie na Słowiańskie Lato? W sensie tematyczną porę roku ze Słowianami w tle?
Ps3. Pamiętajcie, że w niedziele widzimy się w Krakowie!
Czytaj całość

Jak skraść serce królowej, czyli Bez Serca Marissy Meyer

Alicja w Krainie Czarów Tima Burtona
Gosiarella woli być kochana, ale co ja tam wiem, skoro jeszcze czekam na swoją oficjalną koronację.

Każdy z nas zna Krainę Czarów, którą poznawaliśmy wraz z Alicją. Pamiętamy Szalonego Kapelusznika, Królową Kier, Kota z Cheshire i pozostałych bohaterów wykreowanych przez Lewisa Carrolla. Marissa Meyer postanowiła raz jeszcze zabrać nas do Wonderlandu, jednak zamiast typowego dla niej retellingu znanych baśni, w „Bez serca” cofamy się do czasu, gdy Królowa Kier nie została jeszcze koronowana.

Lady Catherine Pinkerton jest córką Markizy i Markiza Skalistej Zatoki Żółwiowej, a jako ich dziedziczka musi wieść życie porządnej arystokratki. Co oznacza, że powinna poświęcić cały swój czas na bale, herbatki i grę w krykieta flamingiem i jeżem, a ostatecznie zgodnie z planem swoich rodziców powinna poślubić króla. My-czytelnicy znający treść „Alicji w Krainie Czarów” również się tego spodziewamy po bohaterce, jednak sama Catherine gwiżdże na to, czego wszyscy od niej oczekują. Ma własne plany — założyć cukiernię na spółkę ze swoją przyjaciółką oraz piec ciasta, ciasteczka i tarty od świtu do zmierzchu. Niestety prowadzenie cukierni nie przystoi królowej, a dziewczyna nie potrafi zdobyć się na odwagę, by zawieść rodziców odrzuceniem zalotów króla. Jednak powoli wszystko zaczyna się odmieniać za sprawą przystojnego Jokera imieniem Jest, który pomalutku skrada serce Catherine.

Książka o młodości Królowej Kier

Załamać Was? Nie lubię „Alicji w Krainie Czarów". Nigdy nie lubiłam i nie potrafiłam polubić, choćbym nie wiem, jak bardzo się starała. Czytałam książkę, oglądałam animację Disneya, filmy aktorskie i nic nie pomogło. Zwyczajnie szaleństwo Krainy Czarów nie pokrywa się z Gosiarellowym szaleństwem. Kochałam jedynie każde wcielenie kota z Cheshire, którego oficjalnie uznaję za swojego Patronusa. Niemniej mam wrażenie, że dzięki Marissie Meyer w końcu coś kliknęło — w końcu znalazłam swoją Krainę Czarów. Taką bardziej przyjazną, w której chciałabym się znaleźć, choć zdecydowanie jej mieszkańcy nie chcieliby mnie tam, skoro rzeczy ze snów przenikają do ich rzeczywistości i zostają tam na stałe. Przy takich czarach po kilku dniach zafundowałabym im zombie apokalipsę (cieszę się, że w naszym świecie sny nie mają takich cudownych właściwości, bo stracono by mnie dla dobra ogółu). Wracając jednak do świata przedstawionego w książce, cieszę się, że w końcu po tylu próbach udało się komuś choć trochę przekonać mnie do tej magicznej krainy. Chociaż dużą rolę odegrali tu bohaterowie, którzy w końcu nabrali 'trochę sensu', gdy skupiono się na opowiedzeniu ich historii zamiast na cudach i dziwach.

W Catherine niewiele jest z bezlitosnej, krzykliwej i siejącej postrach królowej, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Meyer przedstawiła ją nam jako pełną pasji marzycielkę, która stawia innych ponad własnym szczęściem, a raczej stara się znaleźć własną drogę nie raniąc przy tym swoich bliskich. To kompletnie inna osoba, więc nie zdziwcie się, jeśli podczas czytania "Bez serca" zapomnicie, że bohaterką jest Królowa Kier. A nawet jeśli będziecie o tym pamiętać, to wierzę, że będziecie mocno kibicować, by historia zakończyła się inaczej. By los nigdy nie zaprowadził Cath do tronu i korony Kier. Nie tylko dlatego, że obdarzycie bohaterkę sympatią, lecz przez Jesta, który skradnie Wam serce. [Spoiler] Mnie skradł i je złamał. Pod koniec książki miałam taki moment, gdy stwierdziłam, że czas najwyższy rzucić fochem i przestać czytać, bo wiedziałam, że za moment ta podła Meyer wszystko popsuje! Przyznaję, że naprawdę ciężko czyta się książkę, której zakończenie się zna, a co gorsza wcale nie prowadzi do happy endu. [/Spoiler]

Cora and hearts in Once Upon a Time
Wstrętne kradzieje serduchowe!
Jest jest dokładnie takim typem bohatera, jakiego lubię. Trochę tajemniczy, trochę przebiegły, odważny, czarujący, a ostatecznie bardzo podatny na zranienia, przez co staje się bardziej ludzki. Bez niego ta książka nie miałaby sensu i straciła cały swój urok. W końcu to on stał się motorem napędowym do przemiany głównej bohaterki, a ta była naprawdę zdumiewająca. Muszę przyznać, że w pełni zrozumiałam, dlaczego to niewinne dziewczę zmieniło się w apodyktycznego tyrana. Też zmieniłabym się po czymś takim. Zresztą jak chyba każdy.

Nie mogę się powstrzymać przed pochwaleniem jeszcze jednej rzeczy, na którą zazwyczaj nie zwracam szczególnej uwagi, ale dawno nie trafiłam na książkę, która miałaby tak pasujący do siebie tytuł. "Bez serca" to odzwierciedlenie powieści na wielu płaszczyznach. Chociaż nie powiem, że najbardziej to określenie pasuje do samej autorki z racji tego, że zafundowała nam takie zakończenie historii. I co z tego, że wszyscy je dobrze znaliśmy?! To nie jest istotne! Jednak wracając do samej książki, to muszę przyznać, że pierwszą stronę czytałam dziesięć razy i wcale nie dlatego, że tak bardzo mi się podobała, lecz przez to, że ciągle się dekoncentrowałam. Dawno temu słyszałam, że książka powinna być wciągająca od pierwszego zdania, pierwszej strony i pierwszego rozdziału. Ta niestety nie jest. Pierwsze, co przeczytacie to hołd dla ciasta cytrynowego. Niech Was waga chroni, jeśli akurat jesteście na diecie, bo to jak rozwlekle autorka się nad tym rozwodzi jest zadziwiające. Na szczęście później jest już tylko lepiej i akcja zaczyna się powoli rozkręcać.

Królowa serc i ciastka
Kto by pomyślał, że przyszła Królowa Kier miała słabość do pieczenia?!

W "Bez serca" Marissa Meyer po raz kolejny udowodniła, że świetnie radzi sobie w przedstawianiu własnych wariacji bajecznych tematów. Wszyscy, którzy czytali "Sagę księżycową" nie muszą mi wierzyć na słowo, że autorka naprawdę potrafi to robić dobrze, a jej styl sprawia, że czytelnicy z łatwością dają się wciągnąć w akcję i czytanie jest czystą przyjemnością. Pozostali muszą zaryzykować, jednak osobiście uważam, że warto dać tej powieści szansę. Będziecie mieli okazję poznać przeszłość bohaterów, których już znacie z "Alicji w Krainie Czarów", pokochać nowych bohaterów i uśmiechać się za każdym razem, gdy bohaterka wpadnie na pomysł ścięcia czyjejś głowy! Założę się, że podbije Wasze serca!


Ps. Dajcie znać, którą wersję Królowej Kier lubicie najbardziej, a przy okazji możecie w komentarzach podrzucić wszystkie znane Wam tytuły książek, filmów i seriali, które czerpią z "Alicji w Krainie Czarów", bo niebawem planuję kolejne zestawienie!
Czytaj całość

Guardians Zashchitniki, czyli super misiek i rosyjscy strażnicy

Rosyjski film o superbohaterach

Gdy myślę o superbohaterach zazwyczaj mam w głowie postacie z amerykańskich komiksów Marvela lub DC Comics. Albo aktorów wcielających się w ich role w filmowych adaptacjach. Albo ostatecznie postacie z „Heroesów”, „Powers” lub innych seriali o superbohaterach. Niemniej pierwsze, drugie, trzecie i kolejne skojarzenia zawsze są powiązane z amerykańską popkulturą. Tym razem chcąc nie chcąc będę myśleć również o rosyjskich superbohaterach. Jesteście ciekawi, jacy oni są?

Zacznijmy od tego, skąd się wzięli rosyjscy „Zashchitniki”, czyli „Strażnicy". Oczywiście są oni wynikiem eksperymentów prowadzonych przez rosyjskich naukowców w czasie zimnej wojny! Eksperymenty na ludziach, którzy mieli zostać obdarzeni super mocami zostały jednak przerwane, a udane okazy rozbiegły się po świecie, by wieść swój długowieczny żywo (nie mam pojęcia, jak moc rzucania kamieniami miała sprawić, by człowiek mógł pozostać wiecznie młody, ale może nie powinnam się doszukiwać logiki w filmach o superbohaterach, a tym bardziej tych rosyjskich). Od tamtej pory nikt ich nie nękał, a rząd zajęty był własnymi sprawami, jak choćby tworzeniem armii zdalnie sterowanych maszyn wojennych, które buntują się, gdy na polance pojawia się wielki złoczyńca z supermocami... hmmm... rażenia prądem i sterowania wszelkimi maszynami? Hmmm... ciężko stwierdzić co on tak właściwie z tymi błyskawicami wyrabia. Niemniej nasz super złoczyńca jest głównym naukowcem, który przed laty prowadził wspomniane wcześniej eksperymenty na ludziach, a teraz postanowił wszystkim pokazać, że jest geniuszem za sprawą tego, że... zniszczy Moskwę, Rosję i wszystko na swojej drodze? Okey, ciężko się połapać, o co chodzi, gdy po logice w filmie nie ma śladu. Tak czy inaczej, rosyjscy agenci odnajdują zbiegłe obiekty badań i nakłaniają ich, by zemścili się na złym naukowcu za swoje krzywdy.

Zashchitniki
Spójrzcie tylko na tego skrzywdzonego misia!

Już w czasie oglądania „Strażników” zrozumiałam, jak ogromną ilością nielogicznych scen i wątków jest wypełniony, ale dopiero teraz, gdy próbuję Wam opisać fabułę zrozumiałam, że tam nie ma za grosz logiki. Przykładowo nie jestem do końca pewna, dlaczego po dziesięcioleciach po zakończeniu eksperymentu, Rosjanie nagle wpadli na pomysł zebrania superbohaterskiej ekipy, zamiast zaprzęgnąć do pracy grupę snajperów lub gości z bazuką. Nie rozumiem też, jak to możliwe, że tak szybko ich odnaleźli, skoro jak sami twierdzili nie mieli zielonego pojęcia co się z nimi działo. Niemniej jak wspomniałam to mój błąd, że zakładam, że w rosyjskim filmie o superbohaterach wątki będą się kleić, a fabuła nie będzie miała dziur jak ser szwajcarski. Na szczęście (a raczej nieszczęście) mina z serii WTF?! była powodowana także dziesiątkami innych rzeczy, więc może od razu do nich przejdę.

Ogólnie oglądając „Zashchitniki” nie dało się go nie porównywać do sztandarowych produkcji Marvela i DC. Poczynając od samych postaci. Kseniya (Alina Kiziyarova) ze swoją mocą bycia niewidzialną przypomina Susan Storm z „Fantastycznej Czwórki". Ler (Sebastien Sisak) to taki Magneto, z tym że panuje nad kamieniami, a nie metalem. Khan (Sanzhar Madiyev) najczęściej przyciągał moją uwagę, ale nie jestem do końca pewna, w jakim stopniu zadziałał na mnie jego magnetyzm, a w jakim stopniu imponujące zaokrąglone miecze, które chętnie sprawiłabym sobie. Niemniej poza skojarzeniami z postaciami z Mortal Kombat, przypomina mroczną odsłonę Flasha lub Quiksilvera zaopatrzoną w kozackie ostrza.

Film o superbohaterach z Rosji
Gdzie nabyć takie cuda?

Oczywiście mamy też szefa zespołu Elenę Latinę (Valeriya Shkirando), który w przeciwieństwie do Nicka Fury'ego jest piękną blondynką kochającą swoją matkę Rosję. Na koniec zostawiłam Arsusa (Anton Pampushny), czyli człowieka-misia, a może misiołaka? Niedźwiedziołaka? Jest jakaś oficjalna nazwa na człowieka zmieniającego się w niedźwiedzia? Jeśli nawet, to i tak ta jedna postać będzie dla mnie jedynym prawdziwie rosyjskim superbohaterem. Jeśli mam być szczera to właśnie ta postać ukradła film. Nie dlatego, że był dobrze wykreowany, lecz przez to, że nie mogłam powstrzymać śmiechu, gdy pojawiał się na ekranie. To było tak urocze, kiczowate, absurdalne i śmieszne zarazem!

Strażnicy Zashchitiniki Guardians 2017
I pozamiatane!

Zresztą widać, że nie tylko przy postaciach twórcy wzorowali się na amerykańskich produkcjach. Ogólnie mimo silnego patriotycznego wydźwięku filmu, widać tu inspiracje na wielu frontach. Z pewnością to poczujecie, jeśli zdecydujecie się obejrzeć film. Jednak osobiście mam żal o jeden błąd, który powtórzyli nie ucząc się na błędach DC Comics z „Legionu Samobójców”, a konkretnie tego, że wciśnięto masę wątków w jeden film, przy czym żadnego z nich dobrze nie rozwinęli, jak choćby indywidualne historie bohaterów. Widać, że starali się je odrobinę nakreślić drętwymi dialogami wciśniętymi na siłę w film, jednak dalej praktycznie niczego nie dowiadujemy się o głównych postaciach i ich wzajemnych relacjach. DC byliśmy w stanie to nawet wybaczyć, bo większość fanów bardzo dobrze kojarzy bohaterów komiksów amerykańskiego giganta, jednak o rosyjskich Strażnikach nie wiedzieliśmy wcześniej nic. Szkoda, bo ich historie mogły okazać się znacznie lepszym materiałem na film, niż kompletowanie drużyny mającej walczyć z szaleńcem rażącym prądem.

Mimo wszystko nie jestem pewna, czy mogę z czystym sercem napisać, że to zły film. On jest zwyczajnie dziwny. Nie, nie dziwny, abstrakcyjny. Przy okazji muszę przyznać, że jest parę rzeczy, które mi się podobało. Przede wszystko miło dla odmiany obejrzeć film o superbohaterach, który nie jest amerykańskiej produkcji (nawet jeśli był nimi inspirowany), a rosyjskich aktorów przyjemnie ogląda się na ekranie. Przy okazji bardzo podobał mi się ze strony wizualnej, choć widać, że momentami efekty nie są najlepszej jakości, ale zwyczajnie „Zashchitniki” ma wiele ładnych scen, które mnie urzekły. Zwłaszcza w momentach, gry na scenę wkracza Ksenia aka invisible girl lub Khan. Do moich ulubionych zdecydowanie należy scena, w której przedstawiono Ksenię. Jest urzekająca, choć jej występ już nie tak bardzo. Przy okazji film naprawdę jest momentami zabawny, jednak nie jestem do końca przekonana, czy jest to spowodowane intencjami twórców.


Strażnicy Zashchitiniki Guardians

Rosyjscy „Strażnicy” nie są dobrym filmem. Mają wiele wad i kilka zalet, jednak podczas oglądania przeważa niedowierzanie spowodowane wszystkimi niedorzecznościami zaprezentowanymi na ekranie. Czy to znaczy, że nie powinniście go oglądać? A skąd! Moim zdaniem warto sprawdzić na własną rękę, jak wygląda rosyjska produkcja o superbohaterach. Choćby po to, by znaleźć w nim jedną rzecz, która sprawi, że będziecie im kibicować, by kolejne filmy były lepsze. Zwłaszcza, że to dopiero początki tego typu kina w Rosji i mam szczerą nadzieję, że niebawem rozpocznie się między Stanami i Rosją wyścig filmów superbohaterskich, które będą nas naprawdę zachwycać.

Ps. Pytam całkiem poważnie: Misiołak, człowiek-miś, niedźwiedziołak, czy istnieje inna oficjalna nazwa na takiego stwora? Wypadałoby to w końcu jakoś wołać w stylu: Kici, kici, misiołaku.
Ps2. Podrzućcie tytuły innych filmów o superbohaterach, których nie stworzyli amerykanie. Przydałoby się w końcu na Różowym Blogu wprowadzić większą różnorodność supermocy.
Czytaj całość

Filmy, w których karty, kości i ruletka odgrywają ważną rolę


Od dziesięcioleci Las Vegas i inne miasta słynące z kasyn są miejscami akcji filmów i książek. Czasem miasto grzechu jest tylko tłem, a czasem bohaterowie filmowi przeżywają tam wzloty, upadki, rozterki i szczęśliwe chwile. Niemniej niezaprzeczalnie są one ważnym elementem kinematografii, a jednak gdybym teraz zapytała o film, gdzie karty, kości i ruletka grają główną rolę, bez wątpienia większość Was skojarzyłaby sobie kilka, gdzie akcja dzieje się wokół kasyn, zadymionych od cygar sal, atłasowych pokerowych stołów. Postanowiłam przyjrzeć się bliżej temu wątkowi i przyznaję, że kilka razy byłam zaskoczona.


„Diamenty są wieczne” (1972)

Jeden z serii filmów o przygodach najbardziej znanego agenta Jej Królewskiej Mości, czyli Jamesa Bonda. W najsłynniejszego agenta wcielił się Sean Connery, a część akcji filmu rozgrywa się w Las Vegas, gdzie w kasynie Whyte House James Bond oddaje się grze w kości. Co nie zmienia faktu, że największym zwycięzcą w przypadku tego filmu jest Sean Connery, który dał się przekonać do ponownego ubrania w garnitur Bonda, gdy zaproponowano mu gażę w wysokości 1,25 miliona dolarów plus udziały w zyskach. Dzięki temu trafił też na listę rekordów Guinnessa jako najlepiej opłacany aktor.


„Żądło” /  The Sting (1973)

Jeden z najgłośniejszych i najsłynniejszych filmów poruszających temat gier i sztuczek karcianych. Paul Newman i Robert Redford wystąpili w roli oszustów, którzy próbują zemścić się za śmierć przyjaciela na wpływowym gangsterze. Przez wielbicieli kina film często określany jest jako genialny majstersztyk, a jedna ze scen, gdy postać grana przez Roberta Redforda przegrywa w ruletkę zdobyty łup, jest już kultowa.




„Rain Man” (1988)

Oscarowy obraz z Tomem Cruisem i Dustinem Hoffmanem. Historia dwóch braci, którzy o swoim istnieniu dowiadują się po śmierci ojca. Jeden z nich choruje na autyzm, bez problemu rozwiązuje skomplikowane zadania matematyczne, ale zamknięty w zakładzie nie do końca wie, co zrobić i na co mu spadek otrzymany w testamencie po ojcu. Z kolei drugi – bezuczuciowy i zimny – porywa brata, aby zyskać choć połowę majątku. Podczas podróży zatrzymują się w Las Vegas, gdzie w jednym z kasyn bohater grany przez Hoffmana, dzięki swojemu matematycznemu umysłowi, wygrywa w blackjacka. Film urósł do rangi kultowego i został bardzo ciepło przyjęty przez krytykę oraz widzów.


„Hazardziści” (1998)

Mike (Matt Damon) jest studentem prawa i zapalonym pokerzystą. Po sporej porażce porzuca na rok pokera i oddaje się nauce oraz pracy. Jednak tylko do czasu, aż z więzienia wychodzi jego kumpel, który ma ogromne długi do spłacenia. Chcąc mu pomóc, Mike po raz kolejny zasiada do stołu. Główny bohater w grze szukał tego, czego nie gwarantowały mu ani studia, ani praca – dreszczyku emocji. A z ciekawostek dodam, że studio Miramax wysłało Edwarda Nortona i Matta Damona na światowy konkurs gry w pokera. Co prawda już czwartego dnia Damon został wyeliminowany przez legendarnego pokerzystę Doyle'a Brunsona, ale i tak można mu pozazdrościć przygotowań do roli.


„Ocean's Eleven: Ryzykowna gra” (2001)

Plejada gwiazd w filmie, gdzie cała akcja kręci się wokół kasyn Las Vegas. Główny bohater po wyjściu z więzienia od razu planuje obrabować jednocześnie trzy kasyna, a dokładniej to skarbiec, gdzie przechowywane są dochody właśnie z tych wspomnianych kasyn i w tym celu kompletuje dość nietypową grupę fachowców. Niektórzy zarzucają, że film miał potencjał, jednak nie został on należycie wykorzystany, a „Sinatra w grobie się przewraca”, bo to właśnie on grał głównego bohatera w pierwowzorze pod tym samym tytułem z 1960 roku. Jako ciekawostkę dodam, że ponoć po przeczytaniu scenariusza miał powiedzieć do Petera Lawforda (też grał w filmie): „Zapomnij o filmie. Lepiej wprowadźmy ten plan w życie!”.

Nie ma co się krzywić, aż tak. 

„21” (2008)

Oparty na faktach obraz filmowy Roberta Luketica o grupie studentów, którzy dzięki wiedzy z zakresu matematyki podbili kasyna Las Vegas, wygrywając ogromne sumy pieniędzy w blackjacka. Bohaterowie wykorzystują swoje umiejętności w dość nietypowy, niebezpieczny sposób w świetle wielkiego, grzesznego miasta. No cóż... a ja musiałam się nabawić dyskalkulii.

„Toy Story 3” (2010)

Na koniec wisienka na torcie, czyli film, który zaskoczył mnie sceną z kasyna! Chyba nie sądziliście, że lista filmów mogłaby się obyć bez animacji? Za kogo Wy mnie macie?! A właściwie za kogo Wy macie bohaterów bajek? Myśleliście, że oni nie potrafią zaszaleć? Otóż moi drodzy, animowane zabawki z "Toy Story" urządziły sobie grę w ruletkę, w której do wygrania były… baterie! Całkiem rozsądnie rzekłabym.

Niezbity dowód!


Ps. Dajcie znać w komentarzach, czy znacie jeszcze jakieś filmy, w których akcja dzieje się wokół kasyn, kart, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze. Być może uda się odkryć jeszcze jakiś film, o którym nigdy nie słyszałam lub taki będący totalnym zaskoczeniem, jak Toy Story. Przy okazji przyznajcie się, które z wymienionych są Wam dobrze znane, a o których nie mieliście pojęcia.
Czytaj całość

Hajsy, afery i książkowe blogery


Być może wiecie, a być może nie wiecie, że Różowy Blog narodził się jako blog książkowy. Przez dwa albo trzy lata działał pod nazwą W Krainie Stron, gdzie publikowane były niemal same 'recenzje' książek. I choć teraz Gosiarella jest pełna szeroko pojętej popkultury, to dalej czuję się mocno związana z blogosferą książkową. Mam do niej ogromny sentyment i z uwagą przyglądam się jak się rozwija oraz każdej nowej aferze wybuchającej w tym środowisku, choć te najczęściej dotyczą tematu współprac na linii bloger — wydawnictwo.

Tym razem zaczęło się od tekstu Martyny o Agonalnym stanie blogosfery książkowej i znowu poszło hurtowo. Mam wrażenie, że to temat stary jak świat (a przynajmniej stary jak blogosfera), wielokrotnie przerabiany i wszystko, co można było o tym napisać, zostało już napisane. Blogerzy zbierają cięgi od innych blogerów za to, że współpracują z wydawnictwami na zasadzie barteru, a przecież to się nie godzi! Nie ważne, czy nie godzi się, ponieważ powinni się cenić i brać wynagrodzenie za wykonaną pracę, czy jak woła druga strona konfliktu — wystawiają laurki i pomniki wydawcom za AŻ książkę, więc się sprzedali. Wydawnictwom też okazjonalnie się od blogerów dostaje, ponieważ wybierają blogi o słabej jakości, by robiły hałas o nowo wydanym tytule, zamiast zacząć współpracę z kilkoma w miarę ogarniętymi blogerami, którzy tworzą jakościowe treści (oczywiście za pieniądze). Ostatecznie wszystko i tak rozbija się o pieniądze (i to, co się za nie robi), a jak to powiedział Piłsudski „racja jest jak dupa — każdy ma swoją”, toteż Gosiarella też ma dupę, więc się wypowie.


Drodzy blogerzy,

[Od razu zaznaczam, że poniższych słów nie kieruję do wszystkich blogerów literackich, lecz znaczącej mniejszości, bo większość wydaje się całkiem rozsądna]

Mam wrażenie, że jestem na trochę innym etapie blogowania, niż znaczna większość blogerów książkowych, więc to, co napiszę może się wydać odrobinę abstrakcyjne, choć wcale takie nie jest w każdej innej sferze blogosfery. Także proszę o uwagę, bo mam ważne informacje: Blogosfera już lata temu się skomercjalizowała... ku zaskoczeniu nikogo. Jasne, blogi nie są słupami reklamowymi, ale to nie zmienia faktu, że nikt nie lubi pracować za darmo. Na tym etapie przeważnie przeciwnicy krzyczą: czy blogowanie można w ogóle nazwać pracą / pisać powinno się dla przyjemności, a nie dla pieniędzy / sprzedaliście się, więc nie jesteście wiarygodni etc. Szczerze mówiąc mam wrażenie, że takie poglądy mogą głosić jedynie osoby o dość ograniczonym postrzeganiu świata i czuję lekki wstyd, że zniżam się do odpowiadania na takie głupoty, ale podobno czasami trzeba się wdać w polemikę. Zacznijmy od tego, że tak, blogowanie można nazwać pracą tak samo, jak pracą można nazwać pisanie artykułów do gazet. Jedno i drugie polega na pisaniu artykułów. Oczywiście są także różnice, jak na przykład to, że blogerzy większość swoich tekstów piszą pro publico bono, czyli bezpłatnie w imię dobra publicznego (no nie mówcie mi, że teksty o przetrwaniu w razie zombie apokalipsy się do tego nie zaliczają!).

Oczywistym jest fakt, że my-blogerzy piszemy dla przyjemności — zarówno swojej, jak i naszych czytelników, bo zwyczajnie sprawia nam ogromną frajdę pisanie. Inaczej byśmy tego nie robili, prawda? Nie zmienia to jednak faktu, że większość tematów wybieramy sami, więc jeśli przychodzi klient do blogera i mówi, że chciałby, aby przeczytał jego książkę i opublikował recenzje na swoim blogu, to to już jest coś, za co powinno się brać pieniądze, bo było nie było, ktoś coś od Was chce, a w dodatku w określonym terminie. Drodzy Państwo, gdy są wymagania, to powinna być zapłata. Czy to znaczy, że bloger się sprzedaje? Osobiście uważam to sformułowanie za pejoratywne, a jeśli naprawdę tak uważacie to to samo możecie powiedzieć o swoich rodzicach, którzy „sprzedali się” pracując, abyście mieli na czym klepać te swoje wyświechtane hejty. Bądźmy przez chwilę logiczni: każdy powinien lubić swoją pracę i wykonywać ją z przyjemnością, ale to wcale nie znaczy, że powinien ją wykonywać za darmo, bo wtedy wszyscy pomarlibyśmy z głodu. To jednak wcale nie znaczy, że ktokolwiek może zmusić Was, abyście zaczęli domagać się wynagrodzenia. Sami oceńcie, czy chcecie. Jeśli jednak jesteście przeciwnikami blogowania za pieniądze to zróbcie wszystkim uprzejmość i nie zmuszajcie innych, by pracowali za darmo, bo uważacie to za jedyne słuszne, właściwe i zbawienne podejście.

Wyobrażacie sobie lekarza, prawnika albo panią sklepową, która pracuje za darmo, bo ktoś ją poprosił?

Ponadto nie bardzo rozumiem dlaczego ktokolwiek miałby się sprzedać, jeśli napisze tekst w zgodzie z tym, co uważa. Gdy podejmuję współpracę z wydawnictwem (tak, za hajs), to przy uzgadnianiu warunków i podpisywaniu umowy zawsze zaznaczam, że napiszę, co mi się podoba, prześlę im do akceptacji, a jeśli będą mieli jakieś wątpliwości to mogą się wycofać. Przecież nie mogę ich zmusić do zapłacenia za coś, co im się nie spodoba, a oni nie mogą mnie zmusić do napisania czegoś, czego nie chcę. Wstyd byłoby mi się podpisać pod złym produktem. Moi drodzy, jeśli kiedyś będę wychwalać gnioty, to tylko dlatego, że najwyraźniej będę miała fatalny gust. Dlatego drodzy blogerzy książkowi, skoro istnieją ludzie potrafiący zjechać książkę przy płatnej współpracy, to Wy tym bardziej nie powinniście pisać laurek, jeśli robicie to za darmo, czy tam za barter.


By całkowicie wytrącić przeciwnikom argumenty z rąk, dodam że współpraca nie jest obowiązkowa. Jeśli wydawca proponuje książkę, która w ogóle Was nie ciekawi, to możecie odmówić. Działa to też w drugą stronę - możecie napisać o książce, gdy nikt Wam za to nie zapłacił. Nawet mnie - złej, pazernej blogerce, zdarza się bardzo często opisywać tytuły, o które nikt mnie nie prosił, bo na bloga! Piszę o czym tylko chcę. Hajsy zbieram, gdy ktoś chce czegoś ode mnie. To takie proste.

Drodzy czytelnicy,

Teraz uchylę rąbka tajemnicy przed tymi, którzy nie prowadzą blogów. Wiecie, jak wygląda skrzynka mailowa blogera? Codziennie przychodzą na nią dziesiątki maili od przeróżnych firm, które chcą poinformować o swoim nowym produkcie (i żebyśmy MY poinformowali WAS na blogu), nakłonić, by na blogu pojawiła się recenzja ich tytułów, wywiadów z autorami, zachęcić, by na własny koszt przemierzał kilka razy w miesiącu (oczywiście na swój koszt) całą Polskę, by wziąć udział w konferencji i zobaczyć pokaz nowego modelu czegoś tam. Może i dla niektórych brzmi to całkiem fajnie i zastanawia się, dlaczego te chciwe blogery narzekają, gdy ktoś ich gdzieś zaprasza lub podrzuca tematy pisania tekstów. Prawda jest jednak taka, że jeśli publikowałabym wszystko, o co mnie proszą pracownicy działów marketingu, to zaśmiecałabym bloga tysiącami nieprzydatnych informacji o produktach, za które w żaden sposób nie mogłabym ręczyć i nie byłyby to tylko informacje o popkulturze, ale również o wkładkach do butów, kosmetykach, świeczkach, biżuterii, czy ofertach chirurgów plastycznych, bo niektórym nie chce się nawet sprawdzać jaka jest tematyka bloga. Chcielibyście czytać o tych wszystkich duperelach u Gosiarelli? Wątpię.

To może wydawać się śmieszne, ale większość autorów blogów, które czytacie, bardzo skrupulatnie podchodzi do treści serwowanych w swoich internetowych kątach. Jeśli zachwalalibyśmy chłam raz, drugi, trzeci, to szybko stracilibyśmy wiarygodność i za czwartym razem nie uwierzylibyście nam nawet wtedy, gdybyśmy stwierdzili, że niebo jest niebieskie, a Gosiarella różowa. Między innymi z tego powodu dobieramy współprace bardzo ostrożnie, a zalew informacji najczęściej filtrujemy (a przynajmniej ja) dwoma kryteriami. (1.) Czy mi (i Wam) to się podoba, a jeśli tak to (2.) czy opłaca się o tym teraz pisać... bo widzicie tyle tematów czeka na opisanie, a tu jakiś w kolejkę się wciska! Poza tym komu ja to tłumaczę, skoro wszystkie Różowe Sałaty są mądre i nie mają problemów z zarabiającymi blogerami, dopóki wartościowe treści są serwowane za im za darmo i z uśmiechem. Nic tylko życzyć innym takich czytelników!

Drogie Wydawnictwa,

Gosiarella wie i Gosiarella rozumie, że branża wydawnicza jest ciężkim kawałkiem chleba i często ciężko wyłuskać miedziaki na zapłatę dla blogerów. Niemniej weźcie pod uwagę, że blogi są medium, które zrzeszają grupę docelową waszych klientów. Wydając pieniądze na reklamę w radiu, prasie, czy plakaty na przystankach etc. traficie do przeróżnych osób, z których czyta może 1/4 biorąc pod uwagę stan czytelnictwa w Polsce, a nawet gdy już traficie na moli książkowych, to jest spore prawdopodobieństwo, że tylko części z nich będzie podchodzić gatunek książki, tematyka, autor etc. W przypadku blogerów sprawa jest znacznie prostsza, jeśli macie w swoich szeregach ogarniętego pracownika, ponieważ wystarczy godzina, by sprawdzić w jakiej tematyce bloger czuje się dobrze. Gosiarella uwielbia fantastykę, a zombie, superbohaterowie oraz postacie z bajek i horrorów wręcz wylewają się z każdej strony (poleciałam z taką autopromocją, że brakuję tylko linku do zakładki współpraca, ale spokojnie znajdziecie ją sami!), więc podsuwanie powieści obyczajowych z chorobami nowotworowymi na pierwszym planie, nie wydaje się najlepszym pomysłem (ale to i tak lepsze od propozycji promowania majonezu #TrueStory). W każdym razie, jeśli wybierzecie do współpracy blogera, który wpasowuje się w Wasz target, to automatycznie wpasowują się w niego czytelnicy blogera, więc macie pewność, że news o nowej książce trafi do tych, do których powinien.

A ten obrazek to skąd się tutaj wziął?! Hmmm... podejrzane.

Mówię o potencjalnych odbiorcach, bo wiem, że nie zawsze zależy Wam na jakości treści, ale na tym, by zapędzić ludzi do księgarń. Teoretycznie w dobie kapitalizmu nie mogę mieć Wam tego za złe. Dalej wysyłajcie książki do przypadkowych osób, ale na dziesięć takich przypadków znajdźcie choć jednego, który wpasowuje się w target i potrafi zainteresować czytelników. A jeśli nie, to chociaż mam nadzieję, że chociaż Wasze podejście do blogerów odrobinę się zmieni i też zaczniecie ich postrzegać jak ludzi, a nie słupy ogłoszeniowe, bo jednym jest wysyłanie informacji o premierach i przeróżnych newsów, a czymś innym wymaganie, by z ucałowaniem ręki publikowali wszystko jak leci i promowali tytuły za darmo. Szanujmy się wszyscy.

Wiem też, że nie można wszystkich wydawnictw wrzucać do jednego worka, bo nie wszyscy zatrudniają u siebie januszy marketingu. Osobiście utrzymuję ciepłe relacje z wieloma naprawdę ogarniętymi pracownikami wydawnictw i współpracuje mi się z nimi świetnie. Niestety wciąż zdarzają się ci, którzy kompletnie nie potrafią w swoją pracę. Ci, którzy odziedziczyli lub stworzyli listy mailowe i nigdy ich nie zweryfikowali. Ci, którzy wielokrotnie proponują współpracę tym, którzy wielokrotnie zaznaczyli, że za współpracę barterową to oni serdecznie dziękują, ale nie tykają. Ci, którzy (o zgrozo!) obrażają się, gdy bloger skrytykuję książkę.

Na koniec dodam, że możecie mi wierzyć na słowo: gdy podejmujecie współpracę z wyspecjalizowanym blogerem, to możecie zaoszczędzić sobie wielu nerwów. Gdy w grę wchodzą umowy i pieniądze, to zazwyczaj nie ma miejsca na fuszerkę, nieterminowość, czy standardowe problemy.

Do wszystkich,

Profesjonalizacja blogosfery oraz idące za tym pisemne umowy i wynagrodzenia za współpracę, to jedyne wyjście, by skończyć z wolną amerykanką i wzajemnym obwinianiem się. We wszystkich aferkach związanych z blogosferą literacką nikt nie jest w 100% winny, bo każdy z nas ma swoje za uszami. Jedni mogą mówić, że wydawnictwa tak zepsuły blogosferę, inni, że blogerzy do tego przyzwyczaili wydawnictwa, a jeszcze inni żyją w strachu przed hejtem za zarabianie ze strony czytelników. We wszystkim jest ziarno prawdy, ale to nie znaczy, że wciąż powinniśmy się nawzajem atakować. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Róbcie swoje i róbcie to właściwie, a w końcu wszystko będzie, jak być powinno. I na bloga! Zacznijcie się cenić!

Ps. Nie chce mi się więcej wracać do tego tematu, więc napiszcie w komentarzach, co o tym wszystkim sądzicie i jutro cieszmy się znów popkulturą, okey?
Czytaj całość

Reklama

© Copyright Gosiarella