Muszę Cię ostrzec: ten tekst to pułapka, którą perfidnie na Ciebie zastawiam! Gdy w nią wejdziesz, a sznur oplecie Twoją kostkę, to zawiśniesz do góry nogami, a ja bez skrupułów wytrzepię z Ciebie ostatnie miedziaki, lajki i serduszka! Ba! Nawet skarpetki Ci zabiorę, jeśli będą fajne! Dalej tu jesteś? Nie wierzysz, że jestem do tego zdolna?! Cóż... chyba się zaraz przekonamy, jaki ze mnie degenerat! 

Dostęp do treści w Internecie niemal zawsze jest darmowy i jest fajnie. Sama nie chciałabym, żeby to się zmieniło. Główna opłata, jaką ponosimy za korzystanie z tego medium to haracz dla operatora, który dostarcza nam internet. Wszyscy o tym wiemy, ale warto zaznaczyć, że te pieniążki są opłatą dla firmy, a nie twórców treści, które czytacie, czy oglądacie. Każdy bloger, vloger, czy inny twórca zazwyczaj robi to pro publico bono, czyli dla dobra społecznego i w imię własnej satysfakcji. Czy możemy narzekać? Móc zawsze możemy, ale prawda jest taka, że nikt nas do tego nie zmusza – nie jesteśmy biczowanymi za lenistwo niewolnikami. Piszemy, robimy zdjęcia i nagrywamy video, bo sprawia nam to przyjemność. Tak jak Wam sprawia przyjemność czytanie i oglądanie tego, co stworzyliśmy. Nikt nie jest tutaj za karę. Nikt nikomu nie robi łaski. Jesteśmy tu, bo tego chcemy.

Skoro ustaliliśmy, że jesteśmy tutaj dobrowolnie i dostęp do treści jest w pełni darmowy, to pozwólcie, że bezczelnie wysnuję hipotezę zakładającą, że czytając Gosiarellę podoba Wam się to, co robię. Może nawet chcecie, by blog się rozwijał i/lub w jakiś sposób wesprzeć Gosiarellę w tym, co tworzy? Za same dobre chęci mam ochotę Was już wyściskać! Przy okazji także wyjaśnić, jak możecie pomóc. Przede wszystkim nie przestawajcie robić tego, co robicie do tej pory, czyli czytać, komentować i lajkować, gdzie tylko się da! Każda reakcja z Waszej strony to dla mnie znak, że przeczytaliście tekst i Wam się podobał. Jeśli macie konto na Facebooku to lajkujcie, udostępniajcie treści na swoich profilach, zapraszajcie znajomych do polubienia i opowiadajcie o Różowym Blogu przy każdej nadarzającej się okazji! Po co? Z wielu względów, w tym m.in. a) żebym wiedziała, że nie marnuję czasu i energii pisząc dla Was b) żeby społeczność Różowych Sałat ciągle się rozrastała i łatwiej było podbić świat! c) bo jeśli blog będzie odpowiednio duży i dobrze prosperujący będzie mi łatwiej zdobyć dla Was ekskluzywne treści, w tym wywiady, relacje z ciekawych miejsc i wydarzeń, czy nawet nagrody w organizowanych dla Was konkursach. Powinniście zdawać sobie sprawę, że to Wasze działania przyczyniają się do rozwoju Różowego Bloga! To w Was jest siła!

Okey... przechodzimy do kolejnego punktu...
Istnieje jeszcze jedna możliwość wsparcia bloga, którą niedawno uruchomiłam, czyli zostanie Patronem Różowego Bloga. Być może słyszeliście już o portalu Patronite. Jeśli nie to śpieszę z wyjaśnieniami. To taki portal, który pozwala ludziom wspierać osoby, których twórczość lubią. Taka forma finansowej opieki nad muzykami, artystami, blogerami, dzięki której jest im łatwiej tworzyć fajne rzeczy. Może trochę to rozwinę na wybranym przykładzie. Weźmy taką Gosiarellę, która pisała przed pojawieniem się Patronite, czy nawet przed otrzymaniem jakiegokolwiek hajsu z bloga i daję słowo, że będzie pisała też później niezależnie od tego, czy pieniądze będą, czy nie. Pod względem regularnej publikacji tekstów na blogu nic się nie zmieni, ale zmienić się może to, co jest opisywane, ponieważ pieniądze pozwalają na więcej. No dobrze, ale więcej czego? Książków, filmów, festiwali... właściwie to czego tylko chcecie, bo będąc patronem (od trzeciego progu wsparcia) dostajecie prawo zażyczyć sobie temat, który Gosiarella opisze na blogu. Tak po ciuchu powiem Wam, że na samą myśl się cieszę, bo domyślam się, że Wasze pomysły mogą być nieziemskie i najprawdopodobniej będę miała masę frajdy z ogarnięciem tematu. 

Zostawiam Wam link do Gosiarellowego Patronite - przejrzyjcie nawet z ciekawości, co jeszcze tam znajdziecie.

Być może chcecie wiedzieć, na co pójdą środki zebrane na Patronite, więc od razu wolę wyjaśnić, że nie na kawę (zszokuję Was, ale kawy nie pijam), ani nie na willę z basenem (głównie dlatego, że nie wystarczy), choć nie powiem, że nie marzy mi się kąpiel w stylu Sknerusa Mckwacza. Jednak odpowiadając na pytanie: najpewniej pieniądze pójdą na coś popkulturowego, z czego da się wycisnąć ciekawy materiał na bloga. Gdzieś głęboko w Gosiarelli jest małe marzenie, że może udałoby się za to kupić materiały na stworzenie nowej serii True Story (nie macie pojęcia, jak ciężko znaleźć źródła bajek, które nie mają swoich korzeni w popularnych europejskich baśniach, a artbooki Disneya i stare, trudno dostępne książki kosztują majątek!) lub sprzęt pozwalający iść w YouTube (tj. tak, aby uszy Wam nie krwawiły od szumów, a Gosiarellę było widać przez mgłę i pixelozę). Ustawienie takiego celu na Patronite nie znaczy, że jeśli nie sypniecie groszem to obrażę się na amen i żadne True Story, czy film nigdy nie powstanie. Proszę Was, znacie mnie i wiecie, że gdy się nakręcę na coś to i tak w końcu to zrobię. Jednak przy Waszym wsparciu ten moment nastąpi znacznie szybciej (pewnie także będzie lepiej zrealizowany), a i mi będzie łatwiej. 

Przede wszystkim Wasze wsparcie jest dla mnie sygnałem, że robię coś, co w Waszej opinii jest dobre i warte, chociażby tyle, co gazeta, kanapka z Maca, czy nawet książka. Warte tyle, by przemóc się do zapłacenia za treść w internecie, czyli czymś, co w naszej świadomości jest z założenia darmowe. Tak poważny krok jest dla mnie jasnym komunikatem, że są osoby poza mną, które naprawdę lubią Różowego Bloga i zależy im, by się rozwijał. Wiecie, takie przybicie wirtualnej piąteczki... a nie, czekajcie, piąteczka zabrzmiała jakoś źle w tym kontekście. W każdym razie Gosiarella Was kocha i będzie serduszkować, nawet jeśli się okaże, że konto na Patronite świeci pustkami. Co najwyżej przez weekend popłaczę sobie w kącie, ubolewając nad własnymi niedoskonałościami, ale w poniedziałek wrócę straszyć Was zombiakami (a tak! Zapomniałam wspomnieć, że znów będzie Lato z Zombie!)! Don't worry!

Dwie najbardziej prawdopodobne reakcje po tym tekście.
Niezależnie od tego, czy wybierzecie jedną formę wsparcia, czy też piszecie się na wszystkie, musicie wiedzieć jedno: Gosiarella może i pisze teksty na bloga, ale to wy tworzycie społeczność i klimat, który tutaj panuje. W dużej mierze od Was zależy popularność bloga, liczba Różowych Sałat i poziom dyskusji w komentarzach. Spisujecie się świetnie i strasznie Was za to serduszkuję! 

I niech moc Różowej Gosiarelli będzie z Wami!


Dziś obchodzimy dzień ojca, czyli ten czas, gdy internet zalewają urocze obrazki przedstawiających kochających tatusiów w otoczeniu swych małych pociech. Nawet ja przyznaję, że zazwyczaj te grafiki są niezwykle słodkie — zwłaszcza te pokazujące bajkowe księżniczki z ich poczciwymi tatusiami. Na takim tle Wasi ojcowie mogą się wydawać mniej idealni. To jednak tylko pozory, bo w rzeczywistości tatusiowie z bajek, a przede wszystkim baśni to prawdziwi dranie! Zerwanie łagodnej maski i odsłonięcie ich zgniłego oblicza możecie uznać za prezent z okazji tego radosnego święta. Enjoy!!


W baśniach, czy bajkach ze stajni Disneya, każde dziecko bez trudu może odnaleźć czarny charakter. Zazwyczaj wskazuje się postać, która bezpośrednio chce skrzywdzić głównego bohatera, czy bohaterkę. Może to być Zła Królowa, Zła Macocha, Zła Wiedźma Morska, czy inna zła kobieta, która z premedytacją stara się nie dopuścić do „I żyli długo i szczęśliwie”. Problem polega na tym, że tzw. Złoczyńcy zazwyczaj jedynie starają się zrealizować własne pragnienia, a osobami, które dopuszczają się karygodnych zbrodni, są zupełnie inni bohaterowie — ojcowie! W końcu kto inny, jak nie oni ma obowiązek dbać o bezpieczeństwo i godne życie swoich dzieci? Matki bohaterek przeważnie umierają przed rozpoczęciem bajek, więc odpowiedzialność za dobro potomstwa spada na jedynego żyjącego rodzica — to zrozumiałe, ludzkie, a nawet ustalone przepisami prawa. Jednak bajkowi mężczyźni najwyraźniej nie lubią brać na siebie odpowiedzialności, więc po śmierci matki swoich dzieci znajdują sobie nową żoneczkę, która z założenia powinna odciążyć swojego męża w tym ciężki obowiązku. Oczywiście z reguły nie ma w tym nic złego. W końcu macochy nie są synonimem wcielone zła, prawda? A nie! Jednak w bajkach są! Zapewne w baśniowym świecie pod hasłem 'macocha' w encyklopedii znajduje się zdjęcie Złej Królowej lub Lady Tremaine. Przyjrzyjmy się, jak wychowywały się pasierbice tych dwóch kobiet.

Więc sądzisz, że to one są złe?
Śnieżka jako mała dziewczynka została zaciągnięta do lasu przez obcego mężczyznę, który miał zamiar wyciąć jej serce. Ponadto jej urocza macocha jeszcze kilkukrotnie dopuszczała się prób zamordowania dziewczynki. Oto jaką kobietę ojciec Śnieżki wybrał na zastępczą matkę swojej jedynej córeczki. W jego przypadku możemy co najwyżej mówić o paskudnym guście do kobiet, bo biedaczek nie dożył momentu, w którym rozpoczęło się prześladowanie Śnieżki. Inaczej wygląda sprawa w przypadku taty Kopciuszka. Wiem, że Disney postanowił wyciąć go ze swojej animacji (najprawdopodobniej po to, by rodzice nie musieli wyjaśniać swoim pociechom co znaczy termin "wyrodny ojciec"), jednak w oryginalnej baśni o Kopciuszku braci Grimm z XIX w., tatuś głównej bohaterki żył i miał się całkiem dobrze. Jeśli nie znacie tej wersji to przypomnę, że po przyprowadzeniu pod swój dach nowej żony i jej dwóch córek, wszedł im pod pantofelki. Pozwolił im zająć najładniejsze pokoje, by czuły się komfortowo. Nie przeszkadzało mu, że jego pasierbice zabrały wszystkie sukienki jego rodzonej córeczce i odziały ją szmaty - być może to miało dla niego sens, bo przecież szkoda byłoby zniszczyć drogie suknie podczas dajmy na to czyszczenia wychodka, czy wybierania popiołu z kominka. To nawet logiczne, bo w końcu kto normalny każe niewolnikowi nosić drogie fatałaszki?! Tylko... kto normalny pozwala traktować swoje dziecko, jak śmiecia, którego nie dość, że można do woli wykorzystywać to przy tym również wyzywać i wyśmiewać? Powiem Wam jedno: Może Lady Tremaine i jej rozpuszczone córki znęcały się nad Kopciuszkiem i są w tej bajce bohaterami negatywnymi, jednak ojciec naszej przyszłej księżniczki jest od nich znacznie gorszy, ponieważ nie dość, że w żaden sposób nie zareagował na krzywdy, których dziewczyna doznawała, to w dodatku to właśnie on wprowadził do życia swojej córki te trzy wiedźmy. 
Tatuś na to pozwolił.
Nie jesteście jeszcze przekonani, że to ojcowie są prawdziwymi złoczyńcami w baśniach? Poważnie?! W porządku, Gosiarella zawsze ma racje, a gdy się ją ma to łatwo ją udowodnić, bo i przykładów nie brakuje! Weźmy pierwszy lepszy np. ojca Jasia i Małgosi! Oczywiście przez działania PR-owe rezolutnego ojczulka, najpewniej kojarzycie wersję, w której rodzeństwo jest tylko dwójką biednych dzieciaczków zgubionych w lesie, i których tatuś opłakuje w domu ich zniknięcie, ale to bzdura! Bracia Grimm znali prawdziwe oblicze tego podłego drania i opowiedzieli ją w 1812 roku (tutaj znajdziecie True Story Jasia i Małgosi), a wtedy cały świat usłyszał historię o ojcu, który z premedytacją porzucił swoje dzieci w środku lasu na pewną śmierć! Właściwie zrobił to dwukrotnie, jednak za pierwszym razem maluchy znalazły drogę powrotną bez problemu. Dopiero przy drugim podejściu trafiły do chatki czarownicy, która jakimś cudem robi w tej opowieści za czarny charakter. Skandal! Sądziłam, że cały cywilizowany świat uzna za łajdaka ojca, który porzuca swoje dzieci w lesie, licząc na to, że umrą z głodu lub zjedzą je zwierzęta. Najwyraźniej jestem w błędzie, bo w tej bajce nie pojawia się pracownik socjalny, który uratowałby dzieci, gdy ponownie wróciły do chatki ojca (tj. po okradnięciu chatki czarownicy), któremu zmiękło serce na widok złota i cennych kamieni przyniesionych przez Jasia i Małgosie.
Nie dysponuję grafiką przedstawiającą ohydne czyny ojca Jasia i Małgosi, więc wrzucam Wam przerażającego ojca Pocahontas, gdy chciał zabić jej chłopaka.
Wierzę, że zaczynacie dostrzegać ogrom zbrodni ciążący na występujących w bajkach ojcach, ale to nie znaczy, że skończyliśmy! Przypomnijcie sobie "Piękną i Bestię", w której ojciec-nieudacznik nie dość, że stracił cały majątek i ledwo mógł zapewnić podstawowy byt swoim córką. Jeśli dobrze pamiętam to nawet w disneyowskiej wersji wymienił wolność swojej córki za własną, gdy Bestia go uwięziła, ale to przecież normalne, że każdy ojciec roku zgadza się, by jego córka odsiadywała wyrok za nie swoje winy. Prawda?!

Kogo tam jeszcze mamy? Zeusa, który nie dość, że nie upilnował swojego dziecka to nawet jako król bogów nie chciał złamać dla niego zasad tj. z racji urodzenia pozwolić mu wrócić na Olimp. Skąd! Zabawniej było oglądać, gdy Hercules ryzykuje życie w walce z potworami w myśl: "Idź synku naprzać dzikie bestie to może wpuszczę Cię do domu". To takie pedagogiczne podejście! Co ciekawe wspominam tylko wersję Disneya, bo oryginalna, grecka historia świadczy o Zeusie jeszcze gorzej. Przy okazji to dobrze, że mogę Wam pokazać, że nie tylko w dawny wersjach ojców przedstawiano, jako barbarzyńców, ale również we współczesnych animacjach coś jest z nimi nie hallo. Może to tylko pozostałości ich dawnego zła, ale jednak ciężko niektóre rzeczy wytłumaczyć, w tym między innymi decyzję ojca królewny Aurory, by dziewczynka wychowywała się z dala od rodziców i zamku, chociaż miała się ukłuć wrzecionem dopiero w wieku szesnastu lat, a i tak cały zamek miał podobno być wrzeciono-bezpieczny. Więc dlaczego ją odesłano?! Ojciec Aladyna przynajmniej nie krył się z faktem, że porzucił dziecko. 

 
Zdaję sobie sprawę, że zazwyczaj staję staram się bronić bajkowe Czarne Charaktery, więc możecie mnie nie uznać za bezstronną, jednak jak dla mnie to powyższe przykład jeszcze mocniej udowadniają, że mam wtedy rację. Widzicie każdy człowiek może kiedyś dopuścić się złego uczynku niezależnie od swoich intencji i można go wtedy zakwalifikować jako postać negatywną. Jednak prawdziwym łotrem jest dla mnie ojciec, który dopuszcza się zbrodni wobec własnego dziecka lub pozwala krzywdzić go innym osobom. Panie, Panowie, Różowe Sałaty, myślę, że jednogłośnie doszliśmy do wytypowania prawdziwych bajkowych zbrodniarzy i mam nadzieję, że od teraz odrobinę łagodniej będziecie patrzeć na te pozostałe i pozornie bardziej oczywiste Czarne Charaktery! A teraz idźcie powiedzieć swoim ojcom, że są w sumie całkiem w porządku. 


I niech los zawsze Wam sprzyja! 

Ps. Wiem, że przyszło Wam kilku poczciwych, bajkowych ojczulków do głowy, ale dla odmiany wymieńcie, kto jeszcze pasowałby do roli złoczyńcy. A zresztą, nie będę Was ograniczać, bo a nuż i tak uda się obalić Wasze przykłady?!
Ps2. Przy okazji pieski w schroniskach nie mają taty, więc fajnie byłoby, gdyby chociaż miały pełne brzuszki, więc kliknijcie w banerek po prawej i weźcie udział w Rekordowej Misce!
 
[Wpis gościnny]

W ostatnich latach ludzie po raz kolejny udowodnili, że kochają superbohaterów. Nawet wtedy, gdy ci się mylą, doprowadzają do katastrof, i nie są nieskazitelni. Paradoksalnie – być może kochamy ich właśnie dlatego, bowiem trudno wymienić choćby jednego superbohatera, który byłby wad pozbawiony. Skąd więc to uwielbienie?


Pewne jest to, że motyw bohatera jest obecny w kulturze od zawsze i od zawsze ma on podobne cechy. Nie jest bogiem, a raczej herosem, kimś kto walczy ze złem, ale także z własnymi niedoskonałościami. Jest kimś kto walczy nawet wtedy, gdy ma małe szanse powodzenia. Taki wzorzec jest powielany od wieków. Motywacją uwielbianego bohatera nie jest kalkulacja szans na wygraną, a niezależne od okoliczności dążenie do dobra i do sprawiedliwości.

Jak już zostało wspomniane, bohater nie jest nieomylny, ale ta cecha również przyciąga fanów. Łatwiej utożsamić się z bohaterem, który w wyniku zawiłości otaczających nas spraw popełnia czasem błędy. Istotne jest to, by te błędy starał się naprawić, by z każdej porażki wyciągał wnioski i by nie poddawał się mimo wszystko. Dlaczego nie wybieramy jako wzorców istot nieomylnych? Być może dlatego, że nikt w nie wierzy, a być może dlatego, że nie sposób się z nimi identyfikować. Istota, która się myli (mimo niezwykle szlachetnych intencji) to ktoś, kto mógłby być każdym, gdyby nie to, że posiada dodatkowe umiejętności.

Ponieważ jednak one są często wynikiem przypadku, a superbohaterowie niekoniecznie wywodzą się z jakiejś elity, wręcz przeciwnie – często dowiadujemy się, że to zwykli ludzie, którzy zresztą często ukrywają swoje wyjątkowe umiejętności lub motywacje. Daje nam to poczucie, że każdy z nas mógłby zamienić się w takiego bohatera, a z pewnością każdemu z nas codziennie towarzyszą podobne uczucia i motywacje. Ludzie lubią również poczucie wspólnoty, a na nią składać się może także należenie do kręgu osób będących fanami jakiejś postaci. Zwłaszcza jeśli uznaje się ją jako własnego przodka czy twórcę kultury (jak niegdyś) czy kogoś z kim każdy się utożsamia (jak dziś).

Nie bez powodu w co drugiej szafie znajdziemy koszulkę z logo Batmana czy Supermana. Zdecydowanie takie utożsamianie się „na wyrost” to także element autoterapii. Ludzie oczekują pomocy, sami lubią być osobą uważaną za pomocną, gorzej jednak już z realizacją tych wzorców. Utożsamienie z bohaterem może dać złudne wrażenie, że jest się do niego podobnym, lub że – pomagać mogą tylko ci najlepsi, a my jesteśmy z tego niejako zwolnieni.


To jak bohaterowie radzą sobie w życiu jest pokazane w makro skali. Niemniej to są nasze problemy i dylematy. I nie chodzi o to, że jest to dla nas rzeczywisty wzór postępowania, a o to, że lubimy uczycie, gdy uważamy, że sami też byśmy dokonali identycznego wyboru co superbohater (nawet jeśli to nieprawda). Postać jest tym ciekawsza, im trudniejsze przed nim wybory. Gdy sytuacja jest patowa – współczujemy mu, ale nie obwiniamy, nawet gdy dojdzie do tragedii w wyniku jego błędu. Wizyta w kinie może więc stać się połączeniem przyjemności i podświadomej autorefleksji.

Artykuł napisany przez członków redakcji Świat-Komiksów.pl 

Ps. A Wy za co lubicie superbohaterów?
Ps2. Jutro na blogu znajdziecie prezent z pewnej kalendarzowej okazji! Nie zapomnijcie zajrzeć! 

Chyba żadna baśń nie doczekała się tylu adaptacji filmowych, ile zaliczył Kopciuszek. Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy szukam filmu do obejrzenia natykam się na nową wersję lub nawiązanie. Nie mam pojęcia, dlaczego to właśnie opowieść o najbierniejszej i najpróżniejszej ze wszystkich księżniczek zdominowała Hollywood, ale stawiam na to, że zawdzięcza to błyskawicznemu wspięciu się na wyżyny społeczne. W każdym razie naliczyłam około siedemdziesięciu filmowych adaptacji, ale wybrałam dla Was tylko kilka najbardziej różnorodnych. Przede wszystkim jednak zachęcam Was do zapoznania się z oryginałem tj. True Story ze złotym kapciem.


Kopciuszek (1950)


Gdy Disney wypuszcza do kin swoją wizję baśni to po pewnym czasie staje się ona najbardziej rozpoznawalną wersją. Tak też było i w przypadku "Kopciuszka", dlatego szczerze wątpię, by tę wersję trzeba było komukolwiek przedstawiać. Za to dodam, że wytwórnia wypuściła w późniejszych latach kolejne części: "Kopciuszek II: Spełnione marzenia" z 2002 roku, czyli opowieść o przygodach z zamku, oraz "Kopciuszek 3: Co by było gdyby..." z 2007 roku, czyli o tym, co się dzieje, gdy zła macocha ma różdżkę i nie zawaha się jej użyć, by cofnąć czas.

Kopciuszek (1997)


A może interesuję Was wersja musicalowa opisująca losy czarnoskórego Kopciuszka, w której wystąpiły m.in. Whitney Houston i Whoopi Goldberg? Chyba bez sensu opowiadać Wam fabułę, skoro tę historię znacie pewnie, aż za dobrze. Dlatego ograniczę się do dodania, że kostiumy i scenografia są na dobry poziomie.

Długo i szczęśliwie (1998)

I oto jedna z moich ulubionych filmowych adaptacji tej baśni! Wszystko zaczyna się mniej więcej tak, jak zawsze, czyli biedna mała Danielle została zdegradowana z córki pana majątku do służącej swojej macochy. Pewnego dnia dziewczyna przypadkowo poznaje księcia Francji, którego omyłkowo bierze za złodzieja. Niefortunna pomyłka i kolejne spotkania sprawiają, że para zakochuje się w sobie, jednak na całe szczęście scena z balu w niczym nie przypomina tej klasycznej, o której opowiadają wszystkie bajki, a i sam Kopciuszek w niczym nie przypomina znanego nam zbyt dobrze biernego kocmołucha. 

Cinderella Story (2004)


Kopciuszek trafił do współczesnego, amerykańskiego liceum i zakochał się w kapitanie drużyny footballowej. Jednak zacznijmy od początku: Sam, czyli nasz uwspółcześniony Kopciuszek, po śmierci ojca trafia pod opiekę złej macochy, która wraz z całym majątkiem, domem i restauracją dostała w spadku dziewczynę. Co specjalnie macochę nie denerwuję, bo darmowa pomoc domowa i kelnerka w jednym to nie powód do płaczu. Przez bycie kelnerką dziewczyna jest w szkole wyśmiewana, ale to lekko absurdalne, skoro najpopularniejszy chłopak w szkole pracuje w myjni samochodowej. Tiaaa... taki poziom absurdu jest widoczny w całym filmie.

Kopciuszek: Roztańczona historia (2008)



Kolejna uwspółcześniona wersja. Naszą małą służącą tym razem gra Selena Gomez, która po śmierci matki tancerki zostaje przygarnięta przez piosenkarkę-pracodawczynie owej matki. Oczywiście nie z dobrego serca, lecz z praktyczności, bo nowe wcielenie złej macochy docenia plusy posiadania darmowej siły roboczej. W każdym razie Mary pragnie iść w ślady swojej rodzicielki, czyli zostać tancerką. Wtem pojawia się książę z bajki, a raczej idol nastolatek i świetny tancerz w jednym! Oczywiście dzięki niemu los Mary może się odmienić. Oczywiście również z pomocą Matki Chrzestnej, którą w tej wersji jest nastoletnia przyjaciółka 'Kopciuszka'. Ogólnie da się obejrzeć, ale szału nie ma wcale.

Kopciuszek. W rytmie miłości (2011)


Tym razem dostajemy połączenie "Roztańczonej historii" ze "Współczesną wersją Kopciuszka", czyli nic nowego. Wszystkie schematy zostały powielone, film jest przewidywalny, a sceny jeszcze bardziej absurdalne. Kopciuszek, a raczej Katie jest nastolatką, w której drzemie piękny głos, dlatego prawdziwą okazją jest dla niej wpadnięcie w oko i ramiona "księcia", który jest synem właściciela wytwórni muzycznej. Przeszkadza jej w tym tylko zła macocha, a jakże!

Once Upon a Time (2011-)

Kopciuszek z serialu "Once Upon a Time" jest postacią epizodyczną, ale jej historia została opowiedziana w dość ciekawy sposób. Dziewczyna po utracie swojej dobrej wróżki nie przestaje marzyć o zdobyciu królewicza i nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel - nawet obieca swoje pierworodne dziecko w zamian! Opowieść o Ashley pojawia się w pierwszym sezonie.

Tajemnice Lasu (2014) 


"Tajemnice lasu" są filmem, który splata ze sobą kilka baśni. Kopciuszek jest jednym z bohaterów, których magiczne artefakty są potrzebne do zdjęcia klątwy. Poza tym drobnym szczególe historia dziewczyny przebiega podobnie, jak w oryginale... no może poza ciągłym śpiewaniem. Jeśli chcecie przeczytać więcej na temat filmu zapraszam tutaj.


Kopciuszek (2015)


Disney ponownie przedstawił widzom swoją wersję klasycznej baśni i to niemal identycznie, jak poprzednio w filmie animowanym. Historia tu przedstawiona jest jedynie delikatnym przerobieniem bajki z 1950 roku, jednak trzeba przyznać, że aktorska wersja ma znacznie więcej uroku, a aktorzy zostali bardzo dobrze dobrani do swoich ról. Helena Bonham Carter wcielająca się w postać wróżki/matki chrzestnej dosłownie skradła ten film! Jeśli chcecie przeczytać więcej zapraszam tutaj.


Sprawdźcie inne filmowe adaptacje znanych bajek:
Jaś i Małgosia | Czerwony Kapturek Śnieżka | Piękna i Bestia | Piotruś Pan | Śpiąca Królewna



Ps. Oczywiście mogłabym wspomnieć o takich filmach, jak "Pretty Woman", czy "Książę i ja", ale mam nadzieję, że sami w komentarzach napiszecie o filmach, które w jakiś sposób nawiązują do historii Kopciuszka i są godne polecenia!

"W ramionach gwiazd" Amie Kaufman i Meagan Spooner, zachwyca już samym tytułem, a nieziemska okładka dodatkowo wabi swym pięknem, więc nie mogłam oprzeć się pokusie. Nie liczyłam na wiele - zwykły romans między księżniczką i żołnierzem rozgrywający się na tle kosmicznego krajobrazu, a jednak książka mile mnie zaskoczyła.


"Chłód to tylko brak ciepła, ciemność to brak światła. A tam jest tak, jakby… światło i ciepło nie istniały, nigdy".

Ona: Lilac LaRoux - córka najbogatszego człowieka w galaktyce, właściciela planet i ojca, którego nazwanie nadopiekuńczym to delikatne niedomówienie. Lilac jest oczkiem w głowie swojego taty i jego największym skarbem. Zrobiłby dla niej niemal wszystko, przy czym "niemal" to słowo klucz, ponieważ jedyne, czego odmawia swojej córce to wolność. Rudowłosa, nastoletnia piękność (a jakże!) ciągle przebywa w otoczeniu swojej świty, jednak dziewczyny, które dla nieuważnego obserwatora wydają się przyjaciółkami, w rzeczywistości są ochroniarzami donoszącymi panu LaRoux o wszystkich poczynaniach jego córki. 

On: Tarver Merendsen - zaledwie osiemnastoletni bohater wojenny, który za swoje zasługi otrzymał stopień majora. O jego heroizmie wspominają liczne raporty wojskowe (a jakże!), jednak teraz jest ozdobą na salonach i obiektem pożądania paparazzi. Mimo nagłego zainteresowania ze strony przedstawicieli wyższych sfer, Tarver nie jest przez nich postrzegany, jako ktoś im równy. Co zresztą wcale mu nie przeszkadza, ponieważ sam ma o nich nienajlepsze zdanie. 


W skrócie: Początek książki przypomina kosmiczną wersję Titanica!
Zarówno on, jak i ona spotykają się na pokładzie Ikara, największego promu kosmicznego w całej galaktyce, który w trakcie rejsu ulega awarii. Zrządzeniem losu (a jakże!) trafiają wspólnie do jedynej kapsuły ratunkowej, która ocalała z katastrofy. Brzmi, jak początek kosmicznego romansu? Cóż... właściwie tak właśnie jest, ale spokojnie, bo od tego momentu zaczyna się robić ciekawie. Otóż planeta, na której awaryjnie lądują nie jest taka, jakiej się spodziewali. Choć pozornie wykreowana na typową kolonię LaRoux, to w rzeczywistości wydaje się niezamieszkała przez ludzi. Dodatkowo niedługo po katastrofie, pannę LaRoux zaczynają męczyć niepokojące wizje, w których widzi martwych pasażerów Ikara. 


Ciekawe, czy tylko mnie podczas czytania pierwszych rozdziałów przypominały się sceny z "Titanica". Sami rozumiecie: piękna dama o płomienny włosach pochodząca z wyższych sfer i zalecający się do niej chłoptaś z niższej klasy społecznej. Wspólna podróż największym i najbardziej prestiżowym statkiem, który nie miał prawa ulec awarii, a jednak uległ. Następnie panika ludzi, którzy porzucili wszelkie maniery, byle tylko dostać się do kapsuły ratunkowej. Serio? Tylko mnie się tak kojarzy? Okey, to przejdźmy dalej.

Książki takie jak "Blask" "Blask" Amy Kathleen Ryan, czy "W otchłani" Beth Revis przyzwyczaiły mnie do tego, że space opera to jeden wielki romans w otoczeniu gwiazd. Niemniej akcja wspomnianych książek działa się głównie na pokładzie promu kosmicznego, więc nie było tam obcych planet do okrycia. Najpewniej po części dlatego tak bardzo doceniłam fakt, że Amie Kaufman i Meagan Spooner stworzyły dla nas nowy, tajemniczy świat, którego zagadka mnie intrygowała. Muszę jednak przyznać, że pod względem flory i fauny nie było wielkiego zaskoczenia, więc moja wyobraźnia nie mogła za bardzo poszaleć. Jednak chyba powinnam to autorkom wybaczyć, skoro głównymi tematami "W ramionach gwiazd" jest romans i walka o przetrwanie na wyludnionej ziemi. A i sam romans był całkiem zgrabnie napisany. 



Wyjątkowo spodobała mi się książka, która ma tylko dwóch bohaterów prowadzących narrację naprzemiennie. Zwłaszcza, że są oni całkiem sympatyczni. Lilac może pozornie wydawać się rozpuszczoną księżniczką, która będzie płakać przy każdym złamanym paznokciu i wpadnie w histerię, gdy złamie jej się obcas, a jednak dzielnie brnie przez lasy i góry. Ba! Czasami wykazuje się cenniejszymi umiejętnościami, niż jej wojskowy towarzysz. Tarver też nie jest stereotypowym bohaterem wojennym. Ma w sobie wiele łagodności, empatii i zamiłowania do poezji. Niby nic zaskakującego, ale przyjemnie czytało się o ich przygodach. 

Czas na maksymalną dawkę szczerości: "W ramionach gwiazd" nie jest książką, która utkwi mi w pamięci na lata. Pewnie za rok zapomnę o czym dokładnie była, ale to dobrze, bo chciałabym jeszcze kiedyś do niej wrócić - ot tak dla przyjemności, bo chociaż nie jest ambitna, przełomowa, ani nawet wykreowany świat nie jest zachwycający, czy unikalny, to i tak czytanie jej gwarantuje mile spędzony czas. To więcej, niż zapewniła mi większość książek, po które sięgnęłam w przeciągu ostatniego półrocza. W skrócie niezbyt wymagająca, a za to wciągająca. Czyta się ją szybko i lekko.

Ps. Znacie książki, w których planety są ciekawe opisane pod względem panujących tam warunków? Polecicie coś?
Ps2. Mam nadzieję, że ten tytuł przełamał moją ostatnią złą passę do książek i już niebawem pojawi się więcej tekstów z tej kategorii. 

Jako mól książkowy dobrze wiem, ile przyjemności przynosi dobra książka w towarzystwie ciepłego kakao. Czasami okazuje się, że obie te rzeczy nie tylko idą w parze, ale mogą być jednym i tym samym. Pozwólcie, że opowiem Wam historię tego, jak kakao stało się książką, a niewinny żart potężną reklamą. 

Dawno, dawno temu, czyli jeszcze tydzień temu Cacao DecoMorreno był tylko ciemnym, wydajnym, aromatycznym proszkiem, który uświetnia mleko i ciasta. Jego kariera na rynku wydawniczym rozpoczęła się z chwilą, gdy na facebookowej grupie „500+, Becikowe, MOPS, Alimenty” ktoś wrzucił zdjęcie pudełka z podpisem „czy zna ktoś może więcej książek tego autora?”. Niby nic, a jednak poddało to pomysł innej osobie, by stworzyć na portalu LubimyCzytac.pl stronę książki "Najwyższa jakość" autorstwa Cacao DecoMorreno. Szybko okazało się, że książka wydana przez wydawnictwo Extra Ciemne, ma rzesze fanów piszących bardzo pozytywne recenzje. Oto kilka przykładów:


Strona książki w portalu LubimyCzytac.pl
DecoMorreno długo kazał na siebie czekać, ale w końcu powrócił. Twórca bestsellerowych "Hot Classico" i "Hot Milky" po raz kolejny zabiera nas do świata pełnego słodyczy, ale i nierzadko gorzkich rozczarowań. Warto pamiętać, iż "Najwyższa Jakość" to pierwsza część zapowiedzianej przez Autora trylogii. Kolejne tomy będą się nazywać: "Największa Przyjemność" oraz "Najlepszy Smak". Absolutne arcydzieło deklasujące konkurencję w przepyszny sposób. ~ Oficer95

W opozycji do większości nie rozumiem zachwytu nad tą akurat książką DecoMorreno. Główny bohater jest bardzo jednowymiarowy, niczym nas nie zaskakuje, Próba sportretowania materialistycznego społeczeństwa wyzutego przez ''Boga Supermarketów'' z wszelkich ważkich odczuć ogranicza się do prostackiej satyry i przerysowywania bohaterów. Nic odkrywczego, zły jest w tej książce zły od zawsze na zawsze, dobry nie ma żadnych rys. Nawiązania do modelu średniowiecznych moralitetów razi wysublimowane gusta czytelników sięgających po Morreno. Najwyższa jakość to książka autora wypalonego, zjedzonego przez własny sukces. Niestety moim zdaniem już nigdy nie nawiąże do takich klasyków jak "50% cream", "LaFesta", czy moja ukochana książka Deco - "Intensywne doznania". Zdecydowanie polecam wyjść z zachwytu i docenić inne pozycje autora trylogii ''Extra Ciemne'' ~ Huehuehue

Wow! Niezwykle głęboka, słodko-gorzka powieść. Pamiętam, że babcia miała w domu zawsze trzy egzemplarze, trzymała je w kuchni, by mieć zawsze pod ręką. Mówiła, że poprawia jej humor. Ja sam nigdy nie lubiłem DecoMorreno, z gatunku bardziej przemawia do mnie twórczość Henriego Nestlé i jego rozprawa o życiu królików z gatunku Nesquik nesquik. 
Mimo to, postanowiłem przeczytać Najwyższą jakość z braku laku. Mówią, że na bezrybiu i rak rybą, toteż sięgnąłem po DecoMorreno (moja mama też ma aż dwa ezgemplarze!). Ciepłe mleko popijane do lektury znakomicie wyostrza doznania, czytelnik odczuwa delikatną immersję ze światem przedstawionym. ~ Bartek Box
Ta niezwykła historia trafiła również w ręce graczy.
Po zebraniu masy pozytywnych recenzji Cacao DecoMorreno zyskał niezwykłą sławę w internecie. Jego popularność była widoczna zwłaszcza n facebooku i blogach, a nagłe odkrycie jego powieści przyciągnęło również uwagę marek. Portal LubimyCzytać.pl początkowo nie poradził sobie z rosnącym zainteresowaniem, o czym może świadczyć brak dostępu do podstrony przez pewien czas. Ostatecznie postanowili jednak wykorzystać szum wokół najnowszego bestselleru m.in. przez publikację wywiadu z DecoMorreno. Producent kakao także musiał zareagować na niezwykłą popularność "Najwyższej jakości". Na fanpage'u pojawiły się filmy pokazujące, jak stworzyć zakładki do książek oraz konkurs. Trzeba przyznać, że osoby odpowiedzialne za promowanie marki stanęły na wysokości zadania, a i sklepy sprzedające produkt potrafiły ładnie się przy okazji wypromować. 
Fanpage producenta sprytnie wykorzystuje wzrost popularności bestselleru.
Wzrost wypowiedzi w internecie o marce DecoMorreno. Dane wygenerowane przez monitori.pl
Błyskawiczna reakcja z pewnością przełożyła się na ruch w sklepie i internecie.
Niezależnie od tego, czy viral był zamierzoną akcją producenta (nie przyznają się do tego), czy zwykłym żartem, który poniósł się po internetach, to jedno jest pewne - firma mocno na tym zyskała pod względem wizerunkowym i najprawdopodobniej sprzedażowym (w końcu ludzie musieli kupić kakao, by zrobić sobie z nim selfie). Każda marka życzyłaby sobie tak nagłego wzrostu zainteresowania odbiorców! Pytanie, co będzie dalej? Może ekranizacja?




Ps. A Wy macie już swój egzemplarz?
Ps2. Jeśli natknęliście się już na bestselerową powieść "Najwyższa jakość" to powiedzcie mi proszę, gdzie trafiliście na informacje o niej?