Problem pierwszego świata, czyli śmierć laptopa [*]


Gdy byłam mała życie wyglądało trochę inaczej, niż teraz. Kiedyś najbardziej osobistą rzeczą jaką miałam i ciągle bałam się, że wpadnie w niepowołane ręce były pamiętniki. Dziś drżę na samą myśl, że ktoś obcy mógłby mieć dostęp do mojego komputera. To w nim przechowuję większość informacji, które składają się na moje życie. Zresztą zapewne podobnie macie i Wy. Potrafilibyście sobie wyobrazić, że urządzenie, w które właśnie się wpatrujecie, nagle znika?

Dokładnie to przydarzyło mi się tuż przed Świętami - mój laptop wyzionął ducha. Zasadniczo nie wydaje się to być wielkim problemem, ani traumatyczną katastrofą, bo w końcu w sklepach jest masa urządzeń, którymi możemy zastąpić to popsute. Co prawda niespodziewane wydatki nie bywają przyjemne, ale takie życie w XXI wieku, że bez laptopa ani rusz. Zwłaszcza, gdy jest narzędziem pracy. Niemniej problem z umierającym laptopem wcale nie polega na tym, że tracimy sprzęt! Skąd! To nie nad nim wylewamy łzy - wylewamy je nad plikami, które umarły wraz z nim.

Wspominałam, że niegdyś rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej. Wszystkie notatki, osobiste przemyślenia, każda zapisana myśl znajdowała się na papierowych kartkach lub w zeszytach - teraz mamy od tego aplikacje na smartfonach i pliki zapisywane na komputerach. Niegdyś zdjęcia były uwieczniane za pomocą aparatów analogowych na kliszach, które zanosiło się do wywołania, a potem były przechowywane w albumach - teraz cykamy fotki na telefonach lub aparatach cyfrowych, a wszystkie zdjęcia trzymamy na dyskach. Wcześniej, do kont bankowych miało się dostęp, gdy poszło się do placówki. Listy zastąpił czat, maile i smsy. Takich przykładów jest więcej, ale wszystko sprowadza się do tego samego, czyli coś, co w przeszłości było realne, materialne i zajmowało miejsce w pokoju, dziś ma postać cyfrową i znajduje się na telefonach i komputerach. Na urządzeniach, które są zawodne i nagle możemy stracić do nich dostęp.



Moment, w którym zrozumiałam, że mój biedny laptop już się nie uruchomi, nie wywołał u mnie takiego załamania, jak wszyscy się spodziewali. Podeszłam do sprawy całkiem rozsądnie. Zabrałam denata z kartą gwarancyjną do sklepu i kazałam naprawić lub dać nowego. Dramat rozegrał się w chwili, gdy dowiedziałam się, że plików nieodzyskaniem (bo tak i już), a jeśli zaniosę do punktu, w którym mogą mi odzyskać dane, to stracę gwarancje (bo tak i już). Wait...what?! I co można zrobić w takiej sytuacji? Wyciągnięcie wideł i straszenie dekapitacją blogu ducha winnego sprzedawcy nie skutkuje. Przekupienie paczką Tic-Taców również. Nawet przybijanie do ściany rozszerzonej gwarancji (która okazuje się równie nieprzydatna, jak świąteczna skarpeta) nie przynosi efektu. Co najwyżej zabarykadowanie się w sklepie i wzięcie zakładników, ale bądźmy poważni - nie przygotowaliśmy się na taki rozwój wypadków, więc nasze groźby mogłyby się ograniczyć co najwyżej do tłuczenia ludzi klawiaturą po łbach. Nie ma wyjścia, trzeba oddać laptopa i dopiero w domu kopać się po głowie, gdy zaczniemy wychodzić z szoku. Właśnie wtedy z minuty na minutę zacznie do nas docierać, co straciliśmy. Abyście się mogli dobrze wczuć w tę sytuacje, zastanówcie się przez chwilę, co trzymacie na dyskach i nie macie żadnej innej kopi. Ile rzeczy jesteście w stanie wymienić w ciągu minuty, bez podglądania zawartości?

U mnie było to kilkanaście stron pewnego Mega Ważnego Projektu, nad którym ślęczę od roku. Kilkanaście z około trzystu, które miałam zapisane na pendrivie, więc nie było źle, chociaż na samą myśl, że muszę te strony napisać po raz kolejny, aż mnie skręca! Dobrze, co dalej? Zdjęcia! Zdjęcia z każdych wakacji, z każdej imprezy i uroczystości, zdjęcia zrobione ot tak. Każde uchwycone w obiektywie wspomnienie. No może tylko kilka, bo okazało się, że mam kopie na awaryjnym komputerze, którego przez dwa lata nie chciało mi się sformatować (a podobno lenistwo to coś złego), a część była jeszcze na kartach pamięci. Tym razem mi się upiekło. Co dalej? Zdecydowanie straciłam wszystkie bzdurne obrazki z internetu, prace dyplomowe (poza tą jedną oprawioną kopią), referencje, materiały do wpisów, materiały do pracy, na projektami, z którymi jeszcze nie ruszyłam i tymi dawno zakończonymi, choć aktualnie służącymi tylko za inspiracje. Zasadniczo nie jest źle, bo jako paranoiczka uwielbiam tworzyć kopie zapasowe kopii zapasowych. Chociaż czasami są takie momenty, gdy szukam czegoś, co przepadło już na zawsze. A jak wyglądałaby sytuacja w Waszym przypadku? Czego już nigdy nie odzyskalibyście?



Wspominałam już, że jestem paranoiczką, a to często wiążę się również z problemem z inwigilacją, więc powiem Wam o kolejnej paskudnej myśli, która pojawia się w momencie, gdy oddajecie sprzęt na gwarancje: A co jeśli dalej jest dostęp do wszystkich tych plików i osoba zajmująca się naszą reklamacją ma zbyt dużo wolnego czasu? Co jeśli właśnie teraz przegląda Wasze maile, historię czatu na FB lub zdjęcia? Jasne, wszyscy chcielibyśmy wierzyć temu rozsądnemu głosowi w naszych głowach (proszę Was, wszyscy słyszymy głosy!), który podpowiada nam, że to absurdalne. Nikomu by się nie chciało przeglądać naszego życia od podszewki. Nikt nie naruszyłby w tak karygodny sposób naszej prywatności i nie naraził zaufania. Prawda? PRAWDA?! Niemniej to okropna myśl, przed którą można się czuć niewygodnie. W końcu laptop i telefon są naszymi najbardziej osobistymi przedmiotami. Wolałabym kogoś zostawić z szufladą na bieliznę, niż z moim laptopem i wiem, że Wy również. Nie? A skasowałeś dzisiejszą historię przeglądarki? Nie masz czasem zapisanego hasła do jakiegoś konta, by automatycznie się logować? A wszystkie zdjęcia na komputerze pokazalibyście babci? No właśnie! A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś od kilku tygodni jest sam na sam z Waszym laptopem.

Czasami zazdroszczę ludziom, którzy nie potrafią nawet założyć konta mailowego, bo oni dzięki kolekcjonowaniu fragmentów swojego życia w tradycyjny sposób, nie muszą się martwić niczym więcej poza popsutym sprzętem.

Ps. Nie mam pojęcia, czy napisałam ten tekst po to, by dać upust silnej potrzebie marudzenia i paranoi, czy też aby Was uczulić na robienie kopii zapasowych. Uznajmy, że w obu celach, więc skrupulatnie przejrzyjcie swoje dyski i zróbcie kopie ważnych plików. Przy okazji ponawiam pytanie zadane w tekście: Gdyby teraz Was sprzęt umarł, to co stracilibyście na zawsze?
Czytaj całość

Całkiem fortunna serialowa seria niefortunnych zdarzeń

Seria niefortunnych zdarzeń 2017 netflix

"Seria niefortunnych zdarzeń" miała swój początek jako seria książek młodzieżowych autorstwa Daniela Handlera, która doczekała się już pełnometrażowej całkiem udanej ekranizacji. Nic dziwnego, że fani książek, jak i filmu mają ogromne oczekiwania wobec najnowszej serialowej odsłony od Netflixa debiutującej w piątek 13-tego!

Zacznijmy od początku, czyli od naszego przewodnika po "Serii niefortunnych zdarzeń", którym jest Lemony Snicket (Patrick Warburton). Lemony stojąc w kanałach z zapaloną zapałką w dłoni, uprzedza nas, że historia, którą opowiadał, nie będzie miała szczęśliwego zakończenia i odradza jej oglądanie. Kto uwierzyłby, że serialowa adaptacja książek dla młodzieży nie będzie miała happy endu? No kto?! Chyba tylko Ci, którzy już znają tę historię. Niemniej Gosiarella potwierdza słowa Lemony'ego, bo cóż szczęśliwego jest w historii trójki dzieci, które nagle dowiadują się o tym, że ich rodzicie oraz wszystko, co posiadali, spłonęło w pożarze (niemniej patrząc na Snicketa z zapałkami pod domem państwa Baudelaire można mieć pewne podejrzenia, co do tożsamości podpalacza)? Nic! Zwłaszcza, gdy najpierw trafia się pod opiekę przygłupiastego Pana Poe (K. Todd Freeman), który jak się niefortunnie składa zarządza zarówno przekazaniem dzieci w odpowiednie ręce, jak i później ich majątku. Urzędnik wbrew zdrowemu rozsądkowi oraz ostatniej woli rodziców, przekazuje dzieciaki nowemu opiekunowi - Hrabiemu Olafowi, który wcale nie jest tak dobroduszny, jak bałwan z "Krainy Lodu". Co to to nie! Hrabia Olaf jest człowiekiem złym do szpiku kości, który liczy jedynie na majątek sierot Baudelaire, czyli automatycznie staje się naszym ulubionym bohaterem, bo chyba wszyscy na Różowym Blogu przejawiają nietypową słabość do łotrów. Przy okazji to, że Olafa gra Neil Patrick Harris wcale nie jest tym bardziej zachęcające, by oglądać serial i kibicować mu wymachując pomponami. Wcale!

Seria niefortunnych zdarzeń 2017
Może nie tak urodziwy, jak zazwyczaj, ale i tak ma nieodparty urok!

Oczywiście losy Wioletki, Klausa i Słoneczka, czyli sierot Baudelaire jest tragiczny, jak Was z Lemonem uprzedzaliśmy. Jest odrobina przemocy, masa trupów i wiele niefortunnych wydarzeń, które doprowadzają do tego, że dzieciaki ciągle muszą walczyć o życie oraz udowadniać, że ktoś (w domyśle Olaf) próbuje ich zabić. Oczywiście dorośli są w ich historii okropnymi ignorantami. To zazwyczaj ich niekompetencja sprowadza na sierotki te wszystkie straszne rzeczy. Gdybym miała wskazać bohatera sprowadzającego te wszystkie niefortunne zdarzenia na Baudelairów, to niezaprzeczalnie byłby nim Pan Poe. Dlaczego on, a nie Hrabia Olaf? Już wyjaśniam! Niezaprzeczalnie to Olaf jest źródłem wszystkich problemów, bo dybie na majątek sierotek i próbuje go przejąć wszelkimi sposobami, jednak on przynajmniej działa z rozmysłem. Poza tym i tak nie udałoby mu się położyć łapy na forsie przez następne cztery lata, czyli do czasu, aż Wioletka nie osiągnie pełnoletności. Tak czy inaczej samo znalezienie się dzieciaków pod opieką Hrabiego było niefortunnym zdarzeniem, za które odpowiedzialny był Poe. Później nie wierzył dzieciakom i łykał głupie wyjaśnienia jak pelikan. Raz za razem, choć historia ciągle się powtarzała: (SPOILER) Dzieciaki znajdowały opiekuna. Hrabia przebierał się w kostium i pod przykrywką wdzierał się do ich życia. Zabijał opiekuna i starał się przejąć opiekę nad dziećmi. A nasz bankier-geniusz ciągle się na to nabierał.

A oto i nasz geniusz!
Okey, po prawdzie może zwyczajnie uległam silnemu instynktowi bronienia czarnych charakterów i chcąc wybronić Olafa, zrzucam winę na Poe. A skoro o złoczyńcach mowa, to muszę przyznać, że Neil Patrick Harris sprawdził się znakomicie w roli Olafa. Chociaż przyznaję, że w pierwszej scenie z trudem mogłam go rozpoznać. Każda kolejna odsłona była coraz lepsza i lepsza. W pełnometrażowej ekranizacji "Serii niefortunnych zdarzeń" w tę postać wcielił się Jim Carrey, co też było świetnym wyborem ludzi od castingów. Muszę przyznać, że Harris godnie go zastąpił. Niestety przy pozostałych aktorach nie mogę tego powiedzieć. Nie mogę również zarzucić im słabej gry aktorskiej. Zwyczajnie Harris zagarniał dla siebie scenę i nikogo poza nim nie było widać. Chyba najmniej urzekły mnie same dzieciaki, które wyszły takie nijakie.

Ogólnie serial ma fajny klimat. Połączenie groteski z smutną historią udała się znakomicie. Chociaż momentami łapałam się na tym, że śmiałam się w nieodpowiednich momentach. No bo jak się śmiać, gdy wszystko jest takie niefortunne, nieszczęśliwe i nie kończy się dobrze dla nikogo?

Masz racje, nieładna recepcjonistko.
Pierwszy sezon "Serii niefortunnych zdarzeń" jest adaptacją czterech tomów serii napisanej przez Daniela Handlera: "Przykry początek", "Gabinet gadów", "Ogromne okno" oraz "Tartak tortur". Wszystko to zostało streszczone w ośmiu odcinkach. Przyznam bez bicia, że te tomy czytałam lata temu i średnio je pamiętałam. Wyjątkowo cieszę się z tego, bo w niektórych momentach nagły zwrot akcji potrafił mnie zaskoczyć. Jeden szczególnie mocno mnie przy tym zasmucił i przestałam naiwnie wierzyć w happy end (nie skończyłam czytać książkowej serii). Wy także przestaniecie, ale tym bardziej będziecie zainteresowani dalszymi losami sierotek. Niemniej osoby, które dobrze pamiętają tę serię mogą mieć problemy z doborem niektórych aktorów, bo nie do końca pasują do tego, jak przedstawiono je w książce. Największy problem miałam chyba z ciotką Józefiną graną przez Alfre Woodard, bo choć świetna, była moim zdaniem zbyt energiczna. Niemniej to drobnostka.
Serial naprawdę jest niezły. Może nie jest najlepszą serialową produkcją ostatnich lat, ale zdecydowanie jest ciekawy i warto poświęcić mu czas. Szkoda tylko, że nie wiadomo ile przyjdzie nam czekać na kolejny sezon.

Ps. Jaki jest Wasz ulubiony serial od Netflixa?

Czytaj całość

Zróbmy z tego bajkę: Jigsaw / Billy the Puppet


Nadszedł piątek 13-tego, czyli dzień który wedle wszystkich podań ludowych i współczesnych przynosi pecha. Sama nie przepadam za zabobonami, ale taki dzień to dobra okazja, by umilić Wam dzień kolejnym odcinkiem serii Zróbmy z tego bajkę! Pozwólcie więc, że przedstawię historię ostatniego syna króla Cravena ze Slasherowic - Billy'ego!

Dla przypomnienia: Dawno, dawno temu istniały obok siebie dwa Królestwa, które oddzielał gęsty las. Jedno z nich - Slasherowice było rządzone przez potężnego króla Cravena, jednak ciążyła na nim klątwa - każdy z jego synów miał być prześladowany i zginąć z ręki ukochanej kobiety, a gdy każdy dziedzic korony umrze Slasherowice zostaną zapomniane. Król Craven, aby nie dopuścić do spełnienia się przepowiedni, postanowił użyć małej sztuczki. Każdy syn otrzymał od ojca unikatową maskę, którą musiał nosić dniami i nocami, dzięki czemu niemal nikt nie wiedział, jak naprawdę wyglądali. Gdy młodzi królewicze podrastali otrzymywali kolejny podarek - stworzoną specjalnie dla nich broń i przez lata trenowali, by jak najlepiej się nią posługiwać. Po zakończeniu szkolenia każdemu z królewiczów zostali przydzieleni strażnicy, których mundury stanowiły niemal takie same ubrania i maski, jakie nosili synowie króla. Po co zapytacie? Król wierzył, że dzięki temu zły los się pomyli i dosięgnie kogoś innego. My jednak wiemy, że dwóch synów króla znalazło skuteczniejsze rozwiązanie - Ghostface znalazł swój happy end z Sidney, a Jasonowi udało się całkiem przełamać klątwę. Niemniej historia Billy'ego dzieje się pomiędzy bajkami jego braci (tj. klątwa dalej aktualna).

Billy miał jedynie dwa lata, gdy na jego rodzinę spadła klątwa rzucona przez zrozpaczoną czarownicę, więc nie pamiętał życia bez maski. Nie pamiętał również twarzy Jasona i Ghostface'a. Dla niego od zawsze starszy brat przypominał zmęczonego zawodnika hokejowego, a młodszy przypominał postać z wiszącego na ścianie obrazu Edvarda Muncha (chociaż mały Billy i tak był święcie przekonany, że Ghostface machnął autoportret, bo dorośli tak źle nie rysowali!). Z kolei dla nich Billy wyglądał jak kukiełka przez swoją białą maskę ozdobioną czerwonymi kołami na policzkach i ruchomą brodą. Burza zwichrzonych czarnych włosów wystających zza maski dopełniała dzieła, przez które jego bracia nadali mu przezwisko "Billy kukiełka". Gdy jeździł po zamkowych korytarzach na swoim dziecięcym rowerku, niemal turlali się ze śmiechu i żartowali, że kukiełka ożyła i może kiedyś stanie się prawdziwym chłopcem. Jednak Billy wcale tego nie chciał. Nie marzył o życiu bez maski. Za bardzo podobało mu się, że mógł w odwecie pod osłoną nocy zakradać się do sypialni swoich braci i śmiać się demonicznie nad ich głowami, przez co oni przerażeni piszczeli ze strachu (kto się nie boi demonicznych kukiełek, niech pierwszy rzuci kamień!), a służba musiała zmieniać im codziennie pościel, nucąc przy tym pieśń anonimowego autora: 


"Powolnym krokiem, na dziecięcym rowerku 
Pośród sal zamkowego zgiełku
W pozornej beztrosce i sielance 
Pojawił się demon, w którego stworzeniu klątwa maczała palce
Odwet wiedźmy, dziedzic przeklęty pod wpływem uroku
Wkrótce wypełznie z zamkowego mroku
Puste oczy, barwy piekielnej czerwieni
Rzucają na spokój, falę mrocznych cieni
Już wkrótce Billy, mała kukiełka pozorem 
Stanie się Slasherowic największym horrorem! 
Dziedzic burzy, z białym licem
Jest wszak Króla Cravena dziedzicem! 
Gosiarella, która znała już wtedy jego moc
Snuje dziś o nim opowieść- w tą piątku trzynastego noc!"




Mijały lata, Billy dorósł i dalej czuł się dobrze w swojej masce. Niemniej marzył o znalezieniu prawdziwej miłości. Przez długi czas zbierał się na odwagę, by zdjąć maskę i ruszyć w świat w poszukiwaniu ukochanej, jednak nim się zdecydował, dotarła do niego wieść o śmierci Ghostface'a, a niedługo później również o zniknięciu Jasona w Crystal Lake. Billy zrozumiał wówczas, że najprawdopodobniej został jedynym dziedzicem korony Slasherowic i nie może ot tak po prostu podążyć za marzeniem, gdy w być może niedalekiej przyszłości będzie musiał wziąć odpowiedzialność za całe królestwo i swoich poddanych. Niemniej nasz królewicz był już po uszy zakochany w samej idei miłości, więc choć sam stracił szansę na znalezienie własnej, to nie poddał się, a jedynie zmienił swoje plany. 

W tajemnicy, pod zmienionym nazwiskiem Billy założył firmę Jigsaw sp. z o.o., która zajęła się montażem sieci monitorującej całych Slasherowicach, a także wygrała przetarg na wykonanie tej samej usługi w sąsiednim królestwie Filmoville. Dodatkowo Jigsaw zajmowała się także produkcją najwyższej klasy kamer internetowych i tych montowanych w laptopach i smartfonach marki Pince. Firma szybko zyskała renomę i zarabiała krocie! Gdyby Billy nie urodził się w rodzinie królewskiej, to i tak dzięki swojemu przedsięwzięciu miałby skarbiec pełen złota! Niemniej to nie góry złota były celem naszego bohatera, lecz podgląd na życie mieszkańców, których Billy obserwował uważnie dniami i nocami. 


Uwaga! Billy patrzy!

Kochane dzieciaczki, nie martwcie się, Billy nie był okropnym podglądaczem, lecz człowiekiem z misją! Postanowił zostać Dobrą Wróżką, czy jak wolicie Kupidynem, który obserwując dysfunkcyjne związki lub samotne osoby idealnie pasujące do innych postaci migających na jego monitorach, postanowił pomóc odnaleźć im prawdziwą miłość. To naprawdę urocze, że osoba, której śmierć grozi, jeśli pokocha, nie odwraca się od miłości. W końcu czym są bajkowe Dobre Wróżki, czy Matki Chrzestne, jeśli nie właśnie takimi podglądaczami, które wiedzą kiedy należy interweniować? No właśnie!

Obserwując mieszkańców Filmoville i Slasherowic wytypował kilka par, a wśród nich dwie, które miały być pierwszymi króliczkami doświadczalnymi: Lawrence i Alison Gordon oraz Amanda i Hoffmana. Pierwsza z par była małżeństwem z długoletnim stażem, jednak ich drogi powoli zaczęły się rozchodzić - zajęci własnymi sprawami przestali się zauważać. Zaś Amandę i Hoffmana pozornie nie łączyło nic. Praktycznie się nie znali, jednak Billy obserwując tę dwójkę wiedział, że połączą ich wspólne pasje i miłość. Nasz wspaniałomyślny królewicz postanowił czym prędzej wcielić swój plan w życie. Miał tylko problem z wykonaniem. Wpierw zadzwonił do nich, jako przedstawiciel handlowy Jigsaw, by pogratulować wygrania wycieczki na tajemniczą wyspę, jednak ku jego zaskoczeniu każdy z nich rozłączał się, jakby uznał to za głupi żart. Drugą próbą było wrzucenie do ich skrzynek bonów na romantyczną kolacje, ale nikt się nie zjawił - chyba uznali to za nic nie warte ulotki. W trzecim podejściu Billy włamał się do ich telefonów, zainstalował aplikację randkową i dobrał w pary, jednak pierwsza para zafundowała sobie awanturę w klimacie "Jesteś zamężny/a, wiec po co Ci aplikacja randkowa?!", zaś druga uznała ją za złośliwe oprogramowanie i usunęła. Billy'emu kończyły się pomysły. 


Billy nie miał magicznych mocy, ani czarodziejskiej różdżki, a w dodatku beznadziejnie prezentował się w niebieskiej sukience (wszystko wina kukiełkowej maski!), dlatego nie mógł ot tak zjawić się przed domami swoich ofiar ludzi, którym chciał pomóc, by sypnąć im w twarz brokatem (czyt. magicznym pyłkiem), lub chociaż okrzykami zmobilizować ich do działania. Ta opcja odpadała, dlatego postanowił wykorzystać swoich sobowtórów, czyli oddanych strażników, którzy z rozkazu króla nosili identyczne maski, jak Billy. Dla złagodzenia dziwnego wizerunku maski nakręcił kilka reklam firmy Jigsaw sp. z o.o., której oficjalnymi maskotkami stały się małe kukiełki jeżdżące na rowerkach. Gdy tylko wszyscy mieszkańcy obu królestw obdarzyli je ciepłymi uczuciami, nadszedł plan wysłania ich (tj. strażników na rowerkach) pod wskazane adresy i nakłonienie dwóch par, by udali się wraz z nimi na wycieczkę po firmie. 


Mówiłam, że głupio to będzie wyglądać!

Mówi się, że do trzech razy sztuka, ale sztuczki Billy'ego zadziałały dopiero za czwartym podejściem. Zarówno państwo Gordon, jak i Amanda i Hoffman podążyli za małymi, jeżdżącymi na rowerkach kukiełkowymi ludzikami, aż dotarli do budynku na skraju lasu. Nim przekroczyli próg zostali magicznie pozbawieni przytomności (nie pytajcie jak, bo musiałabym Wam powiedzieć o uderzeniu w głowie lub chloroformie, a to nie pasowałoby do bajkowej formy!). Ocknęli się w przytulnie urządzonych pokojach (każda para osobno), gdzie spostrzegli suto zastawione stoły, telewizor wbudowany w ścianę, brak okien i zamknięte na kłódkę drzwi - tak, tym razem Billy był przygotowany na wszystko! Goście dość szybko zaczęli panikować i oskarżać się wzajemnie o porwanie, co nie rokowało najlepiej na romanse wszech czasów, dlatego nasz królewicz doszedł do dość ponurego wniosku: Skoro nie chcą po dobroci - trzeba siłą!

Miejsce akcji: Pokój nr 1: Państwo Gordon

Wróżka Billy uruchomił telewizor, który wyświetlał najpiękniejsze sceny z życia państwa Gordon. Film ze ślubu i pokaz zdjęć ze wspólnymi chwilami był nawet miły, jednak poczuli się nieswojo, gdy na ekranie pojawiły się sceny nagrywane za pośrednictwem kamery z laptopów i telefonów. Pod koniec pokazu pojawiła się maska Billy'ego, a z głośników wydobył się głos, który grzecznie ich powitał: "Dzień dobry, Lawrence. Dzień dobry, Alison. Chcecie zagrać grę, w której stawką jest Wasze życie?". Ten niefortunny dobór słów "stawką jest Wasze życie" zrozumieli opacznie tj. że z tej gry tylko jedno z nich ujdzie z życiem, a nie to, co Billy miał na myśli tj. wygrana oznaczać będzie szczęśliwsze życie, w którym oboje zaczną doceniać swoją prawdziwą miłość. Cóż... wyszło, jak wyszło, ale do tego jeszcze wrócimy. 

W tym czasie Billy przedstawił warunki gry, w ramach której on będzie zadawał im pytania dotyczące partnera, a oni muszą odpowiadać, by coś zyskać. W domyśle były np. kwiaty i czekoladki dla małżonki lub nowy zegarek dla męża, a w finałowej rundzie kluczyk do kłódki wraz z zaproszeniem na romantyczny wyjazd, ale ich psychika podpowiadała inne rozwiązania np. nóż, piłę lub ekskluzywne wejście do pieca.


Miejsce akcji: Pokój nr 2: Amanda i Hoffman


W przypadku dwójki nieznajomych nie było możliwości pokazania na zdjęciach, czy filmie, ich wspólnie spędzonych chwil. Dlatego Billy już na starcie zaproponował grę. Tu jednak reakcja była odrobinę odmienna, bo spanikowany Hoffman postanowił wcielić się w prawdziwego rycerza i zaczął zdzielać telewizor poduszką porwaną z fotela. Scena rozgrywająca się przed oczami Amandy wprowadziła je w takie zdumienie, że musiała walnąć ręką w czoło. Dopiero odgłos facepalma uspokoił porywistego rycerza. Wykorzystując szansę Billy zaczął pokrótce opowiadać o swoich gościach: co lubią, o czym marzą, jakie mają pasje etc. Wszystko to w nadziei, że uda im się odnaleźć cechy wspólne, bo na razie jedynie porwanie i przetrzymywanie wbrew woli ich łączyło. Po przedstawieniu graczy zaproponował, by zagrali w Prawdę i Wyzwanie.



Wróćmy do pokoju nr 1, gdzie małżeńska kłótnia trwała w najlepsze. Pan Gordon nie potrafił wskazać, ani ulubionego koloru żony, ani poprawnie wytypować daty rocznicy ślubu. Rękoczyny zaczęły się dopiero, gdy pomylił się wskazując miejsce ich pierwszej randki. Wkurzona żona zarzucała mężowi romans, bo inaczej nie potrafiła wytłumaczyć tych pomyłek, a biedny Billy bezskutecznie próbował ją przekonać, że gdyby Lawrence miał kochankę, to on by to widział szpiegując go. Argumenty nie podziałały. Billy poddał się dopiero, gdy wściekła Alison rzuciła w męża wazonem, który przeciął mu nogę (na szczęście obyło się bez trwałego uszczerbku na zdrowiu i amputacja nie wchodziła w grę). Niemniej postanowił czym prędzej wypuścić państwa Gordon. Po prawdzie Alison zauważyła otwarte drzwi dopiero wtedy, gdy Lawrence zaczął przez nie uciekać kuśtykając.
Wnioski eksperymentu nr 1: Miłości przychodzi i odchodzi, a pytanie męża o rocznicę ślubu może zakończyć się rozpadem związku. Billy zapamiętał, by nie naprawiać par z długoletnim stażem.

Alison miała zamiar udać się w pościg za przygłupim mężem, ale ostatecznie bardziej zainteresowała się drzwiami znajdującymi się po przeciwnej stronie korytarza. Ostatecznie ślady krwi doprowadzą ją do męża, jak okruszki chleba doprowadziły Jasia i Małgosię do domu, więc nie musi się śpieszyć - później go wytropi! 

W międzyczasie w pokoju nr 1 Hoffman bezskutecznie próbował wypełnić wyzwanie rzucone mu przez Amandę: otwarcie drzwi. To dało czas królewiczowi Billy'emu na dojście do wniosku, że jest beznadziejnym kupidynem i powinien szybko zmienić branżę lub opracować lepsze metody łączenia ludzi. "Może strach, adrenalina i ból fizyczny pozwoliłby im dostrzec, co jest dla nich najlepsze?" - pomyślał. 

W czasie, gdy Hoffman próbował otworzyć kłódkę za pomocą noża, po drugiej stronie drzwi rozległ się kobiecy głos pytających, czy chcieliby, aby ich uwolniono. Dzielny rycerz miał odpowiedzieć, że świetnie sobie radzi, jednak Amanda go uprzedziła, krzycząc TAK! Nie musieli długo czekać, by wściekła kobieta zaczęła rąbać siekierą po drewnianych drzwiach, aż w końcu ich uwolniła. Uwolniona para miała zupełnie inny odbiór swojej bohaterki. Amanda widziała w Alison szaloną wariatkę wymachującą siekierą i wolała zejść jej z drogi, dlatego grzecznie podziękowała, a następnie wróciła do domu. Z kolei Hoffman stał, jak urzeczony przyglądając się szaleństwu ukrytemu w oczach pięknej wybawicielki. 


Widzicie to coś w jej oczach, prawda?

- Gdybym miał konia, już odjeżdżalibyśmy w stronę zachodzącego słońca, moja piękna księżniczko. - powiedział Hoffman, a my musimy wybaczyć mu ten wyświechtany tekst, skoro jak każdy mieszkaniec Filmoville marzył tylko o happy endzie. 

Alison dość szybko doszła do wniosku, że męża trzeba posłać w diabły, a Hoffman jest nie brzydki i biorąc pod uwagę okoliczności, na pewno zapamięta jak wyglądała ich pierwsza randka. Dlatego z uśmiechem na ustach zaproponowała, by posiedzieli chwilę w tak ładnie urządzonym pokoju, do którego musiała sobie wejść dzięki siekierze. W końcu łakocie na stole i kawa w ekspresie nie powinny się marnować, prawda? I jak to w każdej bajce ze szczęśliwym zakończeniem bywa - wszyscy zaczęli śpiewać!

Adison:
Za czasów Starożytnych Greków królową miłości była Afrodyta
I była to bardzo potężna kobita, 
Hofffman:
Jednak dzisiejszego, chłodnego wieczora 
Ta boska cnota znalazła nowego protektora!
W miłości nigdy nie można udawać, 
Ani broń Boże się poddawać
Adison:
Bowiem to uczucie mężczyzny i niewiasty
Jest tym co pozwala osiągnąć gwiazdy!
Hoffman:
Nawet złe rzeczy mogą dać szczęście 
Nawet zgubne snu zaklęcie 
Doprowadzić nas może do więzienia 
Twardszego od litego kamienia!
Adison:
Nawet ma siekiera, w swej doskonałości
Nie zwycięży nigdy owej Celi Miłości
Ta lalka, która zamknęła nas w tej klatce
Być może nie wiedziała, że dzięki niemu nasze uczucie wypuściło latawce!
Billy:
Hej, kochani! Macie ochotę na jeszcze jedną grę!
Wyjaśnienie planu nazywa się!
Chciałem połączyć dwie pary węzłem miłości,
ale nie wypaliło to w całej okazałości, 
Jednak jeśli choć dwa serca zanurzyły się w węzeł wieczysty
To cel został zrealizowany, a ja jestem czysty!

Królewicz Billy zachwycony tym nagłym zwrotem akcji, zanotował sobie w zeszycie 1:2, co ostatecznie wcale nie było takim złym wynikiem. Ostatecznie to dzięki niemu połączyły się dwie bratnie dusze! Zadowolony z siebie zaczął przygotowania do drugiego etapu testów. Wszystko zapowiadało, że za sprawą Billy'ego w Slasherowicach i Filmoville zapanują rządy prawdziwej miłości. Niemniej był ktoś, kto chciał pokrzyżować jego plany. 

Amanda nie była typem osoby, który lubi być porywany i więziony z obcymi facetami. Postanowiła przeprowadzić tajne śledztwo mające na celu ustalenie kim był porywacz. Teoretycznie wnioski były oczywiste, czyli właściciel firmy Jigsaw sp. z o.o., jednak dziewczyna uważała, że nikt nie byłby tak lekkomyślny (by nie napisać głupi), aby używać do porwania tak rozpoznawalnych maskotek, jeśli sam je stworzył. Niestety każdy trop prowadził do Jigsaw. Amanda nie miała innej możliwości, jak tylko wykorzystać jedno z życzeń złotej rybki, którą wygrała w Wesołym Miasteczku - kazała jej zdradzić imię osoby odpowiedzialnej za cały ten proceder. Nie spodziewała się usłyszeć: Królewicz Billy. Jednak rybka nie kłamałaby, więc musiała jej zaufać.
Po kilku dniach opracowywania strategii, Amanda miała gotowy plan porwania królewicza. Wiedząc, że jego strażnicy wyglądają tak samo, postanowiła się przebrać w takie same ubrania i maskę. Nie mogli się niczym wyróżniać, więc przeszła obok nich i nikt nie posądził ją o bycie włamywaczem, gdy nocą zakradła się do zamku królewicza. Podając mu specjalne środki na senne, wyprowadziła go z posiadłości. Wszystkim tłumaczyła, że Mike (wszędzie znajdzie się jakiś Mike) za dużo wypił (powiedzmy, że miodu lub syropu na kaszel, skoro to bajka). 

Billy obudził się w tym samym pokoju, w którym przed kilkunastoma dniami obudziła się Amanda. Tym razem na ekranie telewizora widać było twarz Amandy. Teraz to ona prowadziła grę - ta jednak była okrutniejsza, bo nie miała szlachetnego celu i nic, co zrobiłby Billy nie mogło zapewnić mu wolności. Raz za razem odgadywał jej zagadki, wypełniał polecenia, układał kostki Rubika, aż w końcu dziewczynie znudziło się torturowanie więźnia, więc najzwyczajniej w świecie przyszła do jego celi i patrząc w oczy spytała o powody, jakimi się kierował, przy porwaniu. Królewicz opowiedział dziewczynie historię swojego rodu. Mówił o klątwie, śmierci brata, zaginięciu kolejnego, aż dotarł do wyznania, że znajdowanie bratnich dusz innych osób stało się dla niego substytutem miłości. Jedynym bezpiecznym. Jedynym, przez który nie groziła mu śmierć, a królestwu bezkrólewie. Dziewczynę tak wzruszyła jego opowieść, że bezgranicznie zakochała się w Billym. Na cóż jej to jednak było, skoro on sam, jak i ich miłość była przeklęta?


[Źródło]
Amanda przez długi czas szukała rozwiązania ich problemów, jednak nawet życzenie wypowiedziane do Złotej Rybki nie mogło pomóc. Ta para nie miała szans, jeśli chcieli, aby Billy przeżył. Ostatecznie spróbowali żyć razem darząc się jedynie miłością platoniczną i wspólnie szerzyć miłość wśród ludności obu królestw za pomocą licznych uprowadzeń, które dzięki ulepszonym 'grom' dawały lepsze rezultaty. Niezbyt dobre szczęśliwe zakończenie, prawda? Chociaż patrząc z innej perspektywy, dobre wróżki nie miały obrączek na placach, więc może nasza para wcale nie miała odegrać w baśni głównej roli, a jedynie być pomocnikami - przedstawicielami prawdziwej miłości! 
[Dobra, dobra, wkręcam Was - tak złego zakończenia, nawet Disney by nie zrobił, więc nie będę obniżać standardów]

Minął rok od czasu, gdy ta dwójka zaczęła ze sobą współpracować niosąc miłość po każdym zakątku dwóch królestw. W tym czasie poznali się na wylot, wiedzieli już o sobie wszystko, co było dobre, bo dzięki temu nie mogli powtórzyć błędów popełnionych przez państwa Gordon. Pewnego dnia zaobserwowali w Slasherowicach zmianę - ciemne chmury nad królestwem zaczęły się przerzedzać. Zupełnie jakby klątwa wisząca nad rodem króla Cravena znikała. Jednak zmiana warunków atmosferycznych nie była dostateczną gwarancją i nie zdecydowali się zaryzykować życia Billy'ego. Chociaż sam królewicz był coraz bliżej podjęcia samolubnej decyzji, by jednak pocałować swoją księżniczkę. Na szczęście dla niego w porę powrócił jego brat Jason, który z radością oznajmił wszystkim, jak pokonał klątwę, dzięki czemu jego ród był już na zawsze bezpieczny. Nadszedł czas zdjęcia maski i triumfu miłości. Koniec. 

Ps. Dziękuję ślicznie wszystkim, którzy mają swój wkład w powstanie tej bajki! Naprawdę cudownie pisze się, gdy możecie decydować o przebiegu fabuły, a w dodatku powstają przebajeczne piosenki! Łapcie serduszka <3 <3 <3
Ps2. Mam nadzieję, że piątek 13-tego był dla Was łaskawy!

Ps3. To koniec przygód z Slasherowic! 
Czytaj całość

Świat bez książąt, czyli Akademia Dobra i Zła 2

Seria Akademia Dobra i Zła

Baśnie to fenomenalna rzeczy, która rozbudza wyobraźnie! Co prawda większość z nich przebiega wedle dość utartego schematu, ale nie tyczy się to serii napisanej przez Somana Chainani. Tym razem opowiem Wam o drugim tomie jego trylogii "Akademia Dobra i Zła", czyli o "Świecie bez książąt".

W pierwszej części "Akademii Dobra i Zła" poznaliśmy świat, w którym nauki pobierają przyszli bohaterowie bajek. Akademia Dobra i Zła dzieliła się na dwie szkoły, jedną dla postaci pozytywnych, w którym wszystko było różowe, piękne i słodkie oraz drugą szkołę przeznaczoną dla młodocianych antagonistów, w której wszystko jest brzydkie, ponure i obrzydliwe. Tak było do momentu, gdy Sofia i Agata zakończyły swoją baśń razem - księżniczka z wiedźmą patatajają ku zachodzącemu słońcu, a książę zostaje na lodzie. Piękna rzecz, ale katastrofalna w skutkach! Okazało się bowiem, że w Akademii zaszły poważne zmiany. Damska część złoczyńców została wykopana ze swojej szkoły, a księżniczki zachwycone opowieścią o Sofii i Agacie, przygarnęły je w swoje progi, by się z nimi zaprzyjaźnić. W tym momencie książęta także zostali wykopani z zamku Dobra. Nastały nowe czasy Girl Power!, w których dziewczynki wyżej ceniły sobie przyjaźń, niż chłopców. Zasadniczo napisałabym, że powinny mieć wybór i skoro tak chciały, to nie ma w tym nic złego, jednak w świecie baśni istnieją tylko skrajności. I tak księżniczki postanowiły zmienić swoich niegdysiejszych ukochanych w niewolników.

Swoją drogą to na tyle fascynujący pomysł, że postanowiłam przez chwilę pogdybać o świecie bez książąt. Wyobrażacie sobie, jak bez nich wyglądałyby baśnie? Zawsze narzekam, że księżniczki bywają taki irytująco niezaradne i czekają na ratunek księcia z bajki, a tak musiałyby sobie radzić bez niego. Soman Chainani wplótł w swoją opowieść pomysł, że Czerwony Kapturek mógłby samodzielnie podciąć wilkowi gardło, Śpiąca Królewna podpalić wrzeciono, a Śnieżka pięściami rozbić swoją szklaną trumnę, co jest trochę dziwne, skoro od tej rewolucji księżniczki przyjaźnią się z wiedźmami, więc nie miałyby się przed czym bronić. Niemniej moim zdaniem wyglądałoby to zupełnie inaczej. W świecie bez królewiczów (i króli) Zła Królowa nie dostałaby obsesji na punkcie swojej urody i wspólnie ze Śnieżką mogłaby zająć się czytaniem książek i wyuczeniem jej na rozsądną władczynię - chyba, że dostałaby załamania nerwowego z chwilą, w której uczennica stałaby się mądrzejsza od swojej nauczycielki. Śpiąca Królewna nie dostałaby w darze od wróżek urody, czy pięknego głosu, bo i kogo miałaby nim zwabiać. Może dostałaby w zamian zdolność teleportacji lub umiejętność strzelania laserami z oczu lub przebiegłość, by nigdy nie nadziać się na wrzeciono? Wyobrażacie sobie, jak potoczyłaby się wtedy jej baśń?! Arielka zostałaby syrenką na wielki może rozbudowałaby podwodne królestwo i stało się potęgą? Może dziś wiedzielibyśmy od istnieniu trytonów i syren, a nawet z nimi handlowali? Okey, z tym ostatnim mnie poniosło, ale i tak te baśnie przebiegałyby w zupełnie inny sposób!

"A ode mnie dostaniesz umiejętność czytania ludziom w myślach"

Wracając do książki, muszę przyznać, że naprawdę uwielbiam nowatorskie pomysły Somana Chainani. Sama na większość bym nie wpadła! A wierzcie mi w tym tomie nie traficie jedynie na wojnę między baśniowymi chłopcami i dziewczętami - jest w niej o wiele więcej niecodziennych rozwiązań. Jedyne, co mnie irytuje to to, że w wykreowanym przez niego świecie Dobro i Zło są bardzo dziwnie definiowane. Widzicie, z poprzedniego tomu dowiedzieliśmy się, że piękna Sofia jest Zła, a brzydka Agata Dobra. Z tym, że teraz pierwsza z nich postanowiła się zmienić. Problem polega na tym, że obie dziewczynki potrafią zachować się względem siebie paskudnie, a tylko Sofia obrywa za bycie złą. Podobnie jest z resztą pozytywnych bohaterów, którzy zachowują się karygodnie i mogliby się od Sofii uczyć właściwych postaw moralnych, a jednak i tak ciągle obrywa jej się za wszystko. Przyznaję, że mam naturalną skłonność do sympatyzowania i bronienia fikcyjnych Czarnych Charakterów, więc może (ale to mało prawdopodobne) nie jestem w tym względzie obiektywna. Niemniej nie trudno zgadnąć, że Sofia była moją ulubioną bohaterką, a Agacie nie życzyłam najlepiej.

Warto wspomnieć, że trylogia "Akademia Dobra i Zła" nie jest skierowana do dorosłych czytelników, chociaż nie ma żadnych zastrzeżeń, by i oni po nią sięgnęli, bo jak widać nie raził mnie piorun w trakcie czytania. Niemniej dobrze przygotować się na to, że jest skierowana do dzieci i młodzieży. W końcu bohaterowie mają ledwo naście lat. Jeśli jesteście w stanie to przetrwać, możecie się bawić świetnie, bo książka bywa momentami bardzo zabawna. Okey, może odrobinę częściej, niż tylko momentami. Gdy przywyknie się to stylu narracji można się szybko wciągnąć w fabułę. Jednak w przeciwieństwie do pierwszego tomu, po skończeniu książki nie miałam wrażenia, że "Świat bez książąt" stanowił zamkniętą całość. Niby wątki zostały jako-tako pozamykane, ale tym razem korci mnie, by poznać dalsze losy Akademii.

Ps. Macie jakieś pomysły na to, jak potoczyłyby się losy znanych bajek i baśni, gdyby książęta nie odgrywały tak wielkiej roli? Dajcie się ponieść fantazji!

Czytaj całość

Po szczęśliwym zakończeniu, czyli od księżniczki do Złej Królowej

Jaka przyszłość czeka księżniczki Disneya?

Głównymi bohaterkami bajek Disneya są piękne młode dziewczyny o dobrych sercach, które niemal w równym stopniu wabią królewiczów, jak ich uroda. Zazwyczaj baśń przebiega w podobny sposób, gdy bohaterka spotka już swojego księcia, który pozbędzie się zła, pozytywni bohaterowie razem "żyją długo i szczęśliwie", co w domyśle znaczy tyle, że biorą ślub i władają motłochem w swoich Królestwach. Ale co się dzieje, gdy księżniczka zmienia się w królową?

Bądźmy szczerzy każdy następca tronu, prędzej czy później na owym tronie zasiądzie. Dlatego powinniśmy się liczyć z tym, że wedle bajek Disneya dziewczyny takie jak Aurora, Belle, Śnieżka, Kopciuszek i cała reszta, która poślubiła księcia, w końcu zostaną królowymi. Zasadniczo już nie raz wspominałam o tym, że moim zdaniem większość księżniczek z bajek Disneya nie nadaje się do sprawowania władzy (więcej na ten temat w tekście "Złoczyńcy walczą w obronie Królestwa"), bo nie mają żadnych kwalifikacji, ale i tak powtórzę. Wyobrażacie sobie je w rolach królowych? Przecież one są tak uległe i nieporadne życiowo, że aż mi ich szkoda. Powiedzmy sobie szczerze: one mieszą się jedynie w kategorii Trophy wife, czyli żonki młode, niezwykle atrakcyjne, którymi mężowie mogą się chwalić i tyle z nich mają pożytku.

Jak zdobyć księcia
Przy wyborze żon, królewicze kierowali się tylko dwoma kryteriami: urodą i umiejętnościami wokalnymi.

Marne szanse są na to, by którakolwiek z tych księżniczek stała się równorzędną partnerką (chociaż ich wybrankowie także nie wydają się ulepieni z królewskiej gliny), królową, która będzie w stanie władać, zarządzać i wprowadzić Królestwo w złotą erę. Co więc je czeka? Początkowo ich rola będzie się sprowadzać do uśmiechów i machania do tłumów, być może w ruch pójdą okazjonalne działania charytatywne, ale nie jestem pewna, czy nie są na to zbyt zapatrzone w siebie. W końcu uzmysłowią sobie, że ich jedyną wartością jest uroda, dlatego będą z niezwykłą pieczołowitością o nią dbać. Może kremikami z pokrzyw i ziół, a może w końcu zaczną sięgać po magię? W końcu czasu na jej zgłębianie będą mieć aż nadto! W końcu chęć bycia najpiękniejszą staje się obsesją, która ma za zadanie utrzymać zainteresowanie małżonka, by np. nie brał sobie matres (Disney Wam tego nie powiedział, ale faworyty królewskie były dość powszechne na dworach królewskich). Wiecie, czyją historię mi to przypomina? Oczywiście Złej Królowej!

Uroda cechą księżniczek z bajek Disneya
Charlotte uczy, że urodę trzeba pielęgnować!

Zauważcie, że większość czarnych charakterów w bajkach Disneya jest brzydka. Zróbmy mały przegląd: Ursula ze swoimi mackami, nadprogramowymi kilogramami i nieciekawą facjatą zdecydowanie nie może startować w konkursie miss syrenek. Ratcliffe z "Pocahontas" przypomina trochę jej męską, dwunożną wersję. Cruella i Yzma zapewne pamiętają tak odległe czasy, by uznać je za naocznych świadków mogących potwierdzić teorię Darwina. A Maleficent jest zielona i ma rogi, co także nie zachęca do wręczenia jej nagrody popularności (w sumie już wiadomo, czemu nikt ją nigdzie nie zapraszał). Złoczyńcy są brzydcy, by dzieci bez zastanowienia wiedziały, na czyj widok powinny się krzywić. Niemniej wśród wszystkich czarnych charakterów kryje się jedna kobieta o niezwykłej urodzie - Zła Królowa. W dodatku nie zapominajmy, że jako jedyny złoczyńca jest również królową. Sądzicie, że to przypadek? Jasne, możemy tak właśnie założyć albo zobaczyć w tym przyszłość naszych księżniczek.

Zła Królowa na pewno nie zawsze była zła (patrz: Nikt nie rodzi się zły). W końcu udało jej się zdobyć serce króla... albo przynajmniej zostać Trophy wife, jak większości księżniczek. Zasadniczo nie możemy być pewni, czym zasłużyła sobie na przydomek Złej. Czy była zła, bo podpalała okoliczne wioski (wątpię), zjadała małe dzieci (wątpię), czy może odbiło jej dopiero, gdy magiczne lustereczko przyznało, że Śnieżka zabrała jej tytuł najpiękniejszej w świecie. Jeśli to ostatnie, to może Zła Królowa była wcześniej zwykłą księżniczką, która niegdyś rozmawiała ze zwierzątkami, a później porzuciła je na rzecz lusterka, bo przecież królowej nie wypada robić z zamku schroniska dla zwierząt, ani biegać co chwilę po lesie? Może niegdyś ktoś również chciał stanąć na jej drodze do szczęśliwego zakończenia, ale w porę nadjechał ojciec Śnieżki, zgarnął ją na konia i poślubił? Może po pewnym czasie stwierdził, że jego wybranka nie ma zbyt wiele do zaoferowania poza swoją urodą i to właśnie tak stała się ona jej obsesją? Może Disney z premedytacją nie pokazuje nam, co doprowadziło do tego, że bajeczni Złoczyńcy stali się źli, bo wyszłoby, że większość z nich była bohaterami pozytywnymi?

Teoria o przeszłości Złej Królowej
Czy wszystkie księżniczki czeka taka przyszłość?

Czy każda księżniczka Disneya zmieni się w Złą Królową? Zdecydowanie nie. Disney coraz częściej przedstawia bohaterki zaradne na tyle, by móc samodzielnie władać swoimi królestwami. Takie, które mają wiele przydanych talentów, są zaradne i mają predyspozycje do bycia wspaniałymi królowymi lub przynajmniej takimi, które nie doprowadzą swojego kraju do ruiny. Niemniej te, które od swoich wróżek dostały w darze jedynie dobroć, urodę i piękny głos mają niewiele do zaoferowania i jest wielce prawdopodobne, że podzielą los Złej Królowej. W końcu z wiekiem ludzie się zmieniają, mogą się stać coraz bardziej zgorzkniali, aż w końcu stanąć po stronie zła, jeśli wszystko zostanie im odebrane, a jak wszyscy wiemy uroda przemija.

Ps. Jak sądzicie, co sprawiło, że Zła Królowa stała się zła?
Ps2. Macie pomysły, jaka inna przyszłość może czekać nasze bajeczne księżniczki?
Ps3. UWAGA: W Piątek pojawi się kolejny odcinek serii "Zróbmy z tego bajkę" pisany na żywo, więc bądźcie czujni, jeśli chcecie go współtworzyć!

Czytaj całość

Superfilmy 2017, czyli nowe filmy o superbohaterach

Filmy o superbohaterach 2017

2017 to kolejny rok, w którym na ekrany kin trafi sporo filmów o superbohaterach. I całe szczęście, bo byłoby nudno! Marvel i DC mają w końcu plany, które zobowiązują. W tym roku dalej trwa III faza w MCU (sprawdźcie jakie filmy Marvela powinniście nadrobić, nim pojawią się nowe), zaś DC zaprezentuje nam swój odpowiednik Avengersów, czyli Ligę Sprawiedliwych (sprawdź kolejność poprzednich filmów). Niemniej nie tylko to na nas czeka! Oto przed Wami siedem najlepiej zapowiadających się filmów o superbohaterach roku 2017!


Logan (Marzec)

Film o Superbohaterach


Jeśli jeszcze nie wiecie, to mam dla Was przykrą informację: Hugh Jackman po raz ostatni zagra Wolverine'a (chociaż mówi się, że Ryan Reynolds próbuje namówić go na film, w którym pojawi się zarówno on, jak i Deadpool)! "Logan" będzie kontynuacją filmów "X-Men Geneza: Wolverine" z 2009 roku i "Wolverine" z 2013 roku.


Zmęczony życiem Wolverine czuje się zagubiony w świecie, w którym zdziesiątkowani mutanci X-Men żyją na marginesie społeczności ludzkiej. Jego mentor Charles Xavier, znany jako Profesor X, przekonuje go, by wziął udział w ostatniej misji, w której stawką jest życie młodej dziewczyny, jedynej nadziei rasy mutantów.

Power Rangers (Marzec)

Bohaterowie znani z serialu emitowanego w latach '90, powracają w nowej odsłonie i formacie.

Piątka nastolatków staje przed wyzwaniem na miarę superbohaterów, gdy dowiadują się, że świat stoi u progu zagłady. Zagrożenie o niewyobrażalnej mocy pochodzi z najdalszych krańców wszechświata, a przeciwstawić mu się może tylko ktoś o nadludzkich zdolnościach. Piątka bohaterów wybranych przez przeznaczenie musi pokonać swe lęki i słabości, by stanąć ramię w ramię jako Power Rangers.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 (Kwiecień)


Po sukcesie "Strażników Galaktyki" nadszedł czas na kontynuację, która zasadniczo wchodzi w skład III fazy MCU. Jednak w roli wyjaśnienia Strażnicy spotkają się z Avengersami dopiero w 2018 roku, gdy zadebiutuje „Avengers: Infinity War”.

Dwa miesiące po wydarzeniach z pierwszej części, Peter Quill z drużyną wyrzutków kontynuuje podróż przez kosmos i jako obrońca galaktyki stawia czoła nowym niebezpieczeństwom. Poznaje także prawdę o swoim ojcu oraz jego dziedzictwie. 

Wonder Woman (Czerwiec)

DC Extended Universe

Będzie to czwarty film w DC Extended Universe, a zarazem prequel. Po DC nigdy nie spodziewam się fajerwerków, jednak ten tytuł zdecydowanie obejrzę, bo było nie było, DC daje nam coś, czego Marvel poskąpił, czyli film pełnometrażowym o damskiej superbohaterce! 

Film zrealizowany na podstawie serii komiksów autorstwa Williama M. Marstona. Diana (Gal Gadot), amazońska księżniczka, postanawia opuścić rodzinną wyspę. Wyrusza w podróż do cywilizowanego świata ze szkła i stali. Wyuczona jak przystało na greckiego wojownika i obdarzona przez swoje Boginie niezwykłymi mocami, góruje nad ludźmi.

Spider-Man: Homecoming (Lipiec)

Film o spidermanie 2017

Kolejny reboot serii o Spider-manie. Postać tworzona przez Sony Pictures i Marvel Studios zadebiutowała już w filmie "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów", gdzie była bardzo ciepło przyjęta. Szczerze mówiąc polubiłam już wersję Amazing, ale narzekać na Spider-Mana w MCU nie mam zamiaru. 

Po wydarzeniach w filmie Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, główny bohater, Peter Parker z pomocą swojego mentora Tony’ego Starka, stara się pogodzić życie zwykłego nastolatka z Nowego Jorku z życiem superbohatera o imieniu Spider-Man, który zwalcza przestępczość w swoim mieście. Nagle pojawia się zagrożenie w postaci niebezpiecznego złoczyńcy, Vulture’a.

Thor: Ragnarok (Październik)

Nowi Avengers Thor 2017

Jeśli macie w planach obejrzenie tego filmu, to lepiej abyście byli na bieżąco z całym uniwersum, bo inaczej się pogubicie. I nie wystarczy obejrzeć jedynie "Thora" i "Thora Mroczny Świat", bo to ma być również kontynuacją "Avengers: Czas Ultrona". Z dobrych wiadomości: będzie Loki!!

Thor mierzy się w walce bogów, podczas gdy Asgard jest zagrożony Ragnarokiem, nordycką apokalipsą. 

Liga Sprawiedliwości (Listopad)

Liga Sprawiedliwości 2017

Dotychczas filmy DC Extended Universe nie były dobre i to najmilsza rzecz, jaką mogę o nich napisać. Niemniej "Liga Sprawiedliwych" ostatecznie zdecyduje o przyszłości tego uniwersum. W końcu mało kto patrzy na "Avengersów" przez pryzmat wcześniejszych filmów o poszczególnych bohaterach, nim ci dołączyli do grupy. A skoro o tym mowa, to trochę dziwne, że dostajemy filmową ekipę, a na produkcje o Flashu i Aquamanie musimy jeszcze długo czekać. 

Zainspirowany ofiarnym czynem Supermana Bruce Wayne, który odzyskał wiarę w ludzkość, prosi swojego nowego sprzymierzeńca, Dianę Prince, o pomoc w pokonaniu jeszcze potężniejszego wroga. Nie tracąc czasu, Batman i Wonder Woman starają się znaleźć i przekonać do współpracy grupę metaludzi, która ma stanąć do walki z nowym zagrożeniem. Jednak mimo utworzenia jedynej w swoim rodzaju ligi superbohaterów, złożonej z Batmana, Wonder Woman, Aquamana, Cyborga i Flasha, może być już za późno na uratowanie planety przed atakiem katastroficznych rozmiarów.

Ps. Wierzę, że na większość powyższych filmów czekacie z zapartym tchem, jednak jestem strasznie ciekawa na który najbardziej. Piszcie!
Czytaj całość

© Copyright Gosiarella