Hogwart dla zabójców, czyli o Nibynocy Jay'a Kristoffa

Recenzja książki Nibynoc czy warto?

Ach, te nastoletnie zabójczynie skąpane we krwi swoich wrogów! Czymże byłby fantastyczne światy bez skrytej w mroku skrytobójczyni? Powiadam Wam: Niczym dobrym! Dlatego dziś mam dla Was kolejną książkę o bohaterce siejącej postrach i pragnącej doprowadzić świat do upadku. Panie, Panowie i czytelnicy wszelkiej maści, oto wrażenia z "Nibynocy" Jay'a Kristoffa.

Nasza mordercza zabójczyni Mia jest pomroczem, lecz nie ma pojęcia co to oznacza poza tym, że potrafi władać cieniami (ciemnością panującą wewnątrz i na zewnątrz) oraz podąża za nią cień nie-kota. Ponadto Mia ma misje - zabić osoby odpowiedzialne za śmierć jej ojca i pogrążenie jej familli. Obie te rzeczy przyczyniają się rosnącego pragnienia wstąpienie w szeregi najprzeraźliwszych morderców, jakich nosiła ziemia - Czerwonego Kościoła Matki Błogosławionego Morderstwa (zwanego dalej Hogwartem dla Zabójców). Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego dla mnie powodu doszła do wniosku, że tylko przynależąc do morderczej organizacji uda jej się zabić swoich wrogów. Nie oceniam, ale z przyjemnością przedstawię Wam szkołę zabójców.


Podobnie, jak Hogwart nie jest dla Mugoli, tak Czerwony Kościół nie jest dla niewinnych. Każdy potencjalny uczeń musi złożyć Matce ofiarę, czyli wrzucić do czary jakąś pamiątkę wyrwaną z truchła zabitego zabójcy np. wyrwane zęby lub oko. Jak pisałam, to nie jest szkoła dla niewinnych. Trzeba mieć jakieś podstawy, które nauczyciele mogliby doskonalić, a skoro o tym mowa, to akolici mają tylko czterech nauczycieli i dyrektorkę, która przypomina damską wersję Albusa Dumbledore'a. Oczywiście o ile Dumbledore zamordowałby kilkadziesiąt ludzi. Taka już z niej urocza staruszka, która według naszej głównej bohaterki bardziej pasowałaby do bujanego fotela ustawionego przy kominku i otoczona przez gromadę wnucząt, niż do przewodzenia bezlitosną grupą skrytobójców. Lekcje eliksirów zostały zastąpione Prawdami - za tą enigmatyczną nazwą kryje się nic innego, jak sztuka przyrządzania trucizn i antidotów. Tylko nie jestem pewna, czy nauczycielka tego przedmiotu, Zabójczyni Pająków (za samą ksywę ją lubię! Piąteczka od arachnofobiczki!), która regularnie otruwa swoich uczniów, pasuje mi do odpowiednika Snape'a? Chyba odpowiedniejszym zastępstwem jest raczej Solis, który [uwaga spoiler] już na pierwszych zajęciach odrąbał Mii rękę. Tak, to zdecydowanie wredniejszy typ.

Niemniej czym byłaby szkoła bez uczniów. O dziwo nawet w szkole dla zabójców panują jakieś zasady i niewolno zabijać innych uczniów (przynajmniej akolitom, bo kto nauczycielom zabroni?), jednak wiecie jak jest - w młodych gniewnych płynie gorąca krew, więc od czasu do czasu pada jakiś trup. Nawet nasza mała panna Potter Corvere znalazła swojego Draco, tylko zamiast być bladym blondynem okazał się piegowatą rudowłosą dziewuchą z mieczem zamiast różdżki. Dobrze, postaram się już być poważna, chociaż naprawdę bawi mnie, że Jay Kristoff postanowił posadzić młodych skrytobójców w ławkach, przy których skrupulatnie notują składniki nowych trucizn. Dobrze, że rodzice uczniów dostarczyli zwolnień z WF-u, bo byłby wstyd. Niemniej muszę być sprawiedliwa. Autor robił co mógł, by ta cała nauka w morderczym akademiku miała sens i miała. Przynajmniej do pewnego momentu, bo ile rozumiem, dlaczego zabójcy szlifują swoje umiejętności pod okiem specjalistów, tak samo przyjęcie w ich szeregi na stałe wydaje mi się całkiem zbędne. Widzicie wydaje mi się, że w przypadku takiego fachu ważniejsze jest zdobycie zabójczych umiejętności, niż otrzymanie dyplomu. Jeśli był w tym głębszy sens, to autor albo nie pofatygował się, by go przedstawić, albo czeka z ujawnieniem informacji w kolejnym tomie.


"Nigdy nie zauważą noża w twojej ręce, jeśli zatracą się w twoich oczach. 
Nigdy nie poczują trucizny w twoim winie, kiedy upiją się twoim widokiem."
[To akurat cenna lekcja!]

Zastanawiam się tylko, czy przekonał mnie, abym sięgnęła po kolejny tom przygód Mii Corvere. Z jednej strony początek był ciężki. Nie mogłam się przyzwyczaić do jego stylu prowadzenia fabuły i nieustannych przypisów, które zajmowały niejednokrotnie całą stronę. Ostatecznie narracja zaczęła mnie przekonywać. W szczególności podobał mi się humor, który nie był natrętny, ani wymuszony. Podobało mi się, że w księdze pierwszej każdy rozdział posiadał krótki zalążek wcześniejszej historii głównej bohaterki, a dopiero później zaczynała się akcja właściwa. Lekka wulgarność też nie przeszkadzała, choć trzeba przyznać, że niektóre sceny są dość odważne, by "Nibynoc" nie trafiła na księgarnianą półkę młodzieżówek. Z kolei do przypisów nie udało mi się przekonać, więc po pewnym czasie kompletnie je ignorowałam, bo choć niektóre (te krótkie) bywały zabawne, to jednak znaczna wielkość opisywała kompletnie nieistotne i nieciekawe ciekawostki dotyczące historii świata, który mnie nie zaciekawił. Tak, przykro mi, ale świat wykreowany przez Jay'a Kristoffa mnie nie zafascynował, a wierzcie mi, fantastyczne krainy zazwyczaj intrygują mnie jak szalone. Za to bohaterowie byli całkiem interesujący.

Nim zaczęłam czytać "Nibynoc" przeczytałam (u eM poleca), że Celaena Sardothien była najstraszniejszą zabójczynią (z książki "Szklany tron") tylko z nazwy i to Mii Carvere należy się ten tytuł. Nie jestem pewna, czy mogę się z tym zgodzić. Nie widzę między nimi wielkiej różnicy, za to jest wiele podobieństw - od traumatycznej przeszłości przez niezwykłe zdolności, którymi nie dysponują inni zabójcy, aż po... a nie to byłby spoiler. Ponadto obie kąpią się we krwi i obie mają sumienie. Mia nie jest potworem, choć narrator próbuje nam sprzedać inną wersję wydarzeń. Zwyczajnie jej historia jest opisana w bardziej dosadny sposób. To jednak absolutnie nie znaczy, że jej nie polubiłam, bo bardzo podobał mi się jej podstępny styl mordowania. Trzeba przyznać, że dziewczyna jest cwana i punkt dla niej za to! Zresztą zapewne odziedziczyła to po autorze, który potrafi wodzić czytelników za nos fundując im całkiem zaskakujące zwroty akcji i to nie tylko na pierwszym planie, ale również w historiach bohaterów drugoplanowych. A skoro o nich mowa, to naprawdę niektórzy są fascynujący. Tricky, Ash, czy Cyd są postaciami, których sekrety będziecie chcieli poznać, a gdy to zrobicie dojdziecie do wniosku, że było warto.

Dlatego chyba tak, Kristoff mimo niefortunnego początku, przekonał mnie do sięgnięcia po kolejny tom,"Bożogrobie", które już trafiło do księgarni. Jednak nie wiem, co zrobić z Wami. Wiem, że nie wszystkim się to spodoba. Dla jednych będzie zbyt młodzieżowa, dla innych zbyt +18, a jeszcze inni mogą nie polubić stylu autora, dlatego decyzję zostawię Wam pisząc tylko, że to odrobinę bardziej hardcorova wersja "Szklanego Tronu".

Ps. Jestem na etapie pochłaniania książek o zabójczyniach i wszystkiego, co związane z morderczymi organizacjami, więc jeśli coś takiego czytaliście i jest godne polecenia, to śmiało polecajcie!
Czytaj całość

Powtórka z rozrywki, czyli o Deadpool 2

Deadpool 2 recenzja filmu

Jeszcze dobrze nie minęła trauma po "Invinity War", a Deadpool już przybiegł nas pocieszyć! I jeśli mam być szczera trochę, to trochę wtarł sól w rany i polał tequilą (chyba, że mam tylko takie wrażenie w ramach PTSD), ale ostatecznie podmuchał, pocałował i założył na nie opatrunek, więc wszystko jest dobrze.

O ile pierwszy film o przygodach Deadpoola była promowana, jako historia romantyczna (w dużej mierze dlatego, że miała premierę w walentynki), tak druga miała być kinem familijnym (w dużej mierze dlatego, że miała mieć premierę w dzień dziecka. No cóż... trochę przesunęli), a jak wiadomo każdy dobry film przyjazny dzieciom rozpoczyna się od krwawej jatki! Nasz zamaskowany czerwono-czarny bohater postanowił zostać superbohaterem, jakiego świat potrzebuje. Takim, który nie boi się zabijać złych ludzi, zamiast wciskać im motywacyjne gadki. W międzyczasie wraz ze swoją ukochaną Vanessą planował założyć rodzinę. Ostatecznie skończyło się na tym, że zamiast noworodka dostał pod opiekę dużego, wściekłego dzieciaka z supermocami i brakiem instynktu samozachowczego. Aby było jeszcze zabawniej zaczął na niego polować Cabel - super-robo-żołnierz z przyszłości, co doprowadziło do stworzenia X-Force.

Żałuję, że nie widziałam ogłoszenia o pracę, bo zatrudniali jak leci. Nie przyjmują jedynie hindusów #rasizm.

[Uwaga spoilery!]

Wpierw zajmijmy się tym, dlaczego przez mój zespół stresu pourazowego czułam się jak na powtórce z poprzedniego seansu kinowego. [Spoilery! I to również z "Invinity War"] Widzicie już niemal na samym początku filmu umiera Vanessa. Moją pierwszą, ani nawet dziesiątą myślą nie było 'ooooo nie! Jaka szkoda!", chociaż naprawdę lubiłam tę przezabawną patologiczno-romantyczną relację między nią i Wadem, więc będzie mi tego brakować. Niemniej wracając do mojej pierwszej myśli po tej scenie, było nią dokładnie ta sama myśl, którą miałam przy Lokim tj. 'Ej, ale zostanie wskrzeszona przed napisami końcowymi, prawda?!'. Jeśli widzieliście najnowszą śmierć Trickstera z Asgardu, to wiecie, aż zbyt dobrze co mam na myśli. Ciągle obawiałam się, że nagle ktoś wyskoczy z jakimś Kamieniem Czasu albo coś podobnego... oh wait... przypomnijcie mi jak Cable podróżował w czasie? No tak... Niemniej muszę przyznać, że podczas, gdy MCU potraktowało śmierć Lokiego po macoszemu, Deadpool wprowadził smutku i żalu, dał nam typowy dla siebie humor. Napisy pojawiające się w czołówce zamiast podpisów scenarzystów, czy reżysera wywoływały uśmiech i doskonale wyrażały myśli widowni. Co prawda później akcja nie skupiała się na powstrzymaniu przerośniętego trudnego do pokonania olbrzyma.. ponownie: oh wait... to w takim razie co tam robił Juggernaut?


[Spoilerów ciąg dalszy] Mamy podobieństwo na początku i w połowie filmu, więc czas na gwóźdź programu, czyli zakończenie z jego fake'owym zgonem. Oczywiście Deadpool przegadał swój wielki moment, przez co nawet jego najbliżsi czuli zniecierpliwienie i czekali, aż w końcu wyzionie ducha i nijak się to miało do krótkiego, smutnego: "Panie Stark, nie chcę umierać". Niemniej przez Kamień Nieskończoności zegarek podróżnika w czasie przywrócono go do życia, a raczej zapobiegnięto jego śmieci. Teraz arcytrudna zagadka dla Was: Zgadnijcie, jak moim zdaniem powrócą bohaterowie uśmierceni przez Thanosa? Tiaaaa... [Koniec spoilerów!]

Okey, okey, przesadzam. "Deadpool 2" wcale nie jest podobny do IW i na pewno przemawia przeze mnie PTSD, a przynajmniej tego się będę trzymać, bo nie chcę się kłócić z Deadpoolem, który uparcie twierdzi, że pomysł na kontynuacje jego przygód podwędził mu "Logan". Skoro o tym mowa, to nawiązania do Wolverine i X-manów są fenomenalne. Do DC Comics jeszcze lepsze! Ogólnie Deadpool, jak to ma w zwyczaju rzuca żartami i popkulturowymi nawiązaniami na lewo i prawo, a ja kocham jego intertekstualność! Przy okazji zdjęcia i muzyka naprawdę mnie zachwycały. Mogłabym teraz rozpocząć serenadę ochów i achów, bo zdecydowanie ten tytuł na to zasługuje, ale raz, że sami się o tym przekonacie w kinie, a dwa nikt tego nie zniesie. Jest tylko jeden mały, maciupeńki, a może jeszcze mniejszy problemik.


Mam wrażenie, że "Deadpool 2" mnie nie zaspokoił. Niby wszystko było świetne, mocne i zabawne, ale koniec końców okazało się, że liczyłam na coś więcej. Problem może leżeć w tym, że gdy "Deadpool" debiutował na ekranach kin w 2016 roku, nie byliśmy przyzwyczajeni do takiego hardcoru przyprawionego ostrym humorem w wydaniu zabójczego superbohatera. Tym razem nikt nie wziął nas z zaskoczenia, bo byliśmy przygotowani. Spodziewaliśmy się żartów z Wolverine, ścieżki usłanej trupami i przełamywania czwartej ściany. Po cichu liczyłam, że w jakiś sposób to się rozwinie, ewoluuje i przeniesie kontynuację na nowy poziom. Tak się jednak moim zdaniem nie stało, choć może rzeczywiście twórcy robili wszystko, by to zrobić. W końcu napchali w sequel tyle wątków, że momentami panował chaos. Wątek z X-manami fajny - można go rozwinąć. Motyw z sierocińcem - poprosiłabym więcej! X-Force - serio, mam nadzieję, że ten film powstanie, bo dobrze byłoby Deadpoola w innej narracji, niż Deadpoolowa. Postać Domino - spoko, można byłoby jej poświęcić więcej czasu ekranowego. Cabel - tak, jego zdecydowanie też chcę więcej. Russell - nie, spoko, jego akurat było wystarczająco.

Znów zaczęłam marudzić, choć nie powinnam, ponieważ "Deadpool 2" jest dobrym filmem. Zabawnym i odmóżdżającym, czyli spełnił swoje zadanie. Zwyczajnie nie mogę się pozbyć myśli, że mógłby być lepszym. A teraz napiszę Wam najbardziej prawdziwą rzecz: Nawet gdyby kontynuacja przygód Deadpoola była najgorszym gniotem (nie jest!), to wszystko wynagrodziłaby mi scena po napisach! Jest bezbłędna i genialna!

Ps. Który wątek z D2 chcielibyście, aby twórcy rozszerzyli?
Czytaj całość

C jak Cameo, czyli co łączy Stana Lee, Donalda Trumpa i Wesa Cravena

Stan Lee iron man

Czas najwyższy na kolejną literkę Słowniczka Filmowego - tym razem C jak Cameo!


Cameo – krótki udział znanej osobistości (na przykład aktora, muzyka lub polityka) w filmie, serialu lub w grze komputerowej. Często osoba taka nie jest wymieniona w czołówce lub napisach końcowych.

Innymi słowy cameo to nic innego, jak występ gościnny gwiazdy, która zazwyczaj swą sławą przebija głównych aktorów. Świetnym przykładem jest scena z Billem Murray'em w “Zombieland”, czy z Tysonem w “Kac Vegas”. Z całym szacunkiem dla aktorów wcielających się w głównych bohaterów, muszę przyznać, że nie są, aż tak rozpoznawalni, jak Bill Murray i Mike Tyson.
Niemniej definicja wspomina również o politykach, więc nie jestem w stanie powstrzymać się przed wymienieniem Donalda Trumpa. Prezydent Stanów Zjednoczonych przed objęciem urzędu najwyraźniej lubił się kręcić po hotelu Plaza i właśnie tam Kevin spytał go o drogę.

Prezydent USA w filmie
Święta już nigdy nie będą takie same.
Skoro przemyciłam Trumpa, to czas na mój ulubiony rodzaj cameo, czyli ten w których filmach pojawiają się twórcy! Być może wiecie, a być może nie, że wielu reżyserów ma większe parcie na szkło, niż można byłoby się spodziewać po ludziach, którzy wybrali stanie z drugiej strony kamery. Osobiście uwielbiam oglądać twórców w ich dziełach, bo dzięki temu mam wrażenie, że włożyli większą część siebie w tworzone dzieło. Przy okazji taki zabieg zazwyczaj pokazuje, czy twórca ma poczucie humoru. Wes Craven z pewnością miał, skoro w trakcie tworzenia "Krzyku" postanowił sam siebie obsadzić w roli woźnego imieniem Fred i sprzątać korytarze w takim wdzianku. Jeśli spojrzeliście na poniższe zdjęcie i skojarzył się Wam z Freddym Kruegerem, to macie racje. Reżyser odpowiada bowiem nie tylko za stworzenie "Krzyków", ale i "Koszmarów z ulicy Wiązów".

Koszmar z ulicy Wiązów w Krzyku
Do takiego liceum chciałabym chodzić! Jedna ikona popkultury morduje, a druga leci na mopie,
Zresztą nie tylko Craven jest tu ciekawym przykładem. Scorsese odbył dziwną przejażdżkę w reżyserowanym przez siebie "Taksówkarzu". Alfred Hitchcock pojawiał się choć przez chwilę w swoich filmach. Quentin Tarantino tańczył w swoim "Pulp Fiction". Wymieniać można bez końca, ale prawdziwym mistrzem dla mnie jest Stan Lee, który występuje praktycznie w każdym filmie, który jest adaptacją komiksów Marvela i mam tu na myśli również animacje, takie jak "Spider-man", czy "Wielka szóstka". Zainteresowanych odsyłam do poniższego video, który jest kompilacją wszystkich cameo Stana Lee.



Ps. A jakie są Wasze ulubione przykłady cameo?

Czytaj całość

Z-O-M-B-I-E-S od Disneya, czyli zombie vs pompony


Uwielbiam klimat zombie apokalipsy i mogłabym na okrągło oglądać film, w których mózgożercy latają za ludziną, by się najeść. Mam też dziwną słabość do produkcji Disneya. Z tego powodu od czasu do czasu zastanawiałam się, jak wyglądałaby filmy o zombie stworzony przez Disneya. Cóż... dłużej zastanawiać się nie muszę, bo w tym roku zadebiutowało ZOMBIES.




Czytaj całość

Tak bardzo nie nadaję się na główną bohaterkę!

Niestety to nie ja.
Każdy z nas jest głównym bohaterem swojego życia. Rodzina i znajomi są dla nas postaciami drugoplanowymi, a pozostali tłem. Zawsze znajdzie się jakiś czarny charakter pchający akcję do przodu. Tak, zdecydowanie jesteśmy bohaterami własnych opowieści, ale właściwie w jakim one są gatunku? Z racji tego, że lubię rozważać absurdalne tematy, to i tym razem wysiliłam swoje szare komórki. Okazało się, że dopasować się nie potrafię, bo najzwyczajniej w świecie nie nadaję się na główną bohaterkę w jakimkolwiek gatunku. Sami spójrzcie, jaki ze mnie beznadziejny przypadek!



Nie nadaję się na Księżniczkę Disneya. Pominę oczywisty fakt, że nie jestem postacią animowaną, co wyklucza mnie już na starcie (#Dyskryminacja!). Pewnie sądzicie, że teraz napiszę, że nie jestem bierną, naiwną niewiastą czekającą, aż królewicz mnie uratuję, ale Was rozczaruję. Problem leży w tym, że strasznie fałszuję. Poważnie, współczuję każdej osobie, która znalazła się w zasięgu mojego wycia. Przez moje fatalne zdolności wokalne nie potrafię zwabić żadnych ptaszków, czy innych zwierzaczków, by przyszły mi wtórować, a przy okazji posprzątać w domu. Przyznaję, że jestem tym bardzo rozczarowana! Także skoro nie mogę śpiewać, to nie mogę zostać Księżniczką Disneya, ani główną bohaterką musicalu! Takie combo! W sumie mój brak umiejętności tańca przy pseudo spontanicznej choreografii też nie wróżyłby mi świetlanej przyszłości w obu gatunkach.


A ja pewnie wpadłabym na drzewo...

Skoro nie bajka, to może horror? Niestety jako główna bohaterka horroru także byłabym beznadziejna. Po pierwsze ucieczka po schodach przed psychopatami nie wydaje mi się najlepszym pomysłem, bo zdaję sobie sprawę, że uwięzienie w jednym miejscu z szaleńcem z nożem mogłoby mi zaszkodzić. Dlatego wybrałabym przebieżkę do sąsiadów, by mogli mi pomóc lub ostatecznie łaskawie zastąpić mnie w roli ofiary. Po drugie to ja zazwyczaj jestem tym szaleńcem z nożem (wystarczy spojrzeć na zdjęcie w prawy górnym rogu bloga i wszystko staje się jasne), więc... tiaaa... wszystkie slashery odpadają, chyba że zamiast final girl robiłabym za zabójcę w masce. I znów pojawia się problem, bo nie chciałabym narobić bałaganu, skoro żadne ptaszki nie pomogą w sprzątaniu.
Pozostaje rola Zombie Huntera, tylko jak na złość zombie apokalipsa jakoś nie wybucha. I co mi pozostaje? Horror paranormalny? Mieszkam w mieście, więc na wilkołaka nie trafię. Żyję nocą, a wampira nie spotkałam. Co prawda mój dom jest odrobinę nawiedzony, ale nie jestem pewna, czy mogę winić za to ducha. Pominę milczeniem, że strach wywołują u mnie tylko bardzo trywialne rzeczy, które normalni ludzie uważają za nieodłączną część życia.

Co prawda mam jeszcze nikłą nadzieję na obsadzenie w głównej roli w sf lub fantasy, ale bądźmy szczerzy - nikłe są szansę na nagły atak kosmitów na Polskę (oni zawsze ustawiają swój GPS na USA). Elon Musk nie zwerbował mnie do załogi programu Mars One. Supermoce, ani gen X jeszcze się nie objawił. Sowa z Hogwartu nigdy nie przyleciała i wszystkie obietnice złożone przez popkulturę szlag trafił. To by było na tyle w kwestii moich ulubionych gatunków.

Tak się teraz czuję.
Główną postacią w dramacie nie jestem i mam szczerą nadzieję, że tak zostanie, bo tam akurat trafić nie chcę. To może drama? Pomijając, że nie jestem Azjatką, to bohaterki z k-dram za bardzo przypominają mi Księżniczki Disneya, czyli już wcześniej się zdyskwalifikowałam i niestety nie żywię jakichkolwiek nadziei, że nagle pojawi się przede mną przystojny Cheabolowy oppa, a jeśli się mylę to... bądźmy szczerzy i tak to spartolę, bo wiecznie cierpię na Second Lead Syndrome. Widzieliście kiedyś dramę, w której główna bohaterka zamiast wybrać bogatego drania, wybiera tego, który się o nią troszczy? No właśnie!

A gdyby tego było mało to w dodatku do głównej bohaterki romansu, czy też komedii romantycznej też mi daleko. Wychodzę z założenia, że romans powinien być romantyczny, a ja nie mam w sobie za grosz romantyczności. Ludzie! Ja mam w domu setki książek, więc spalę się momentalnie, jeśli jakaś zapalona świeczka wymknie się spod kontroli! Gdybym dostała bukiet kwiatów, to byłoby mi smutno. Kwiaty są takie ulotne, a za cenę bukietu róż miałabym kolejną książkę do biblioteczki! Za idealny film na walentynki uznaję "Deadpoola". W dodatku nie przepadam za skomplikowanymi relacjami międzyludzkimi, więc jest przesadnie bezpośrednia - jak bez niedomówień zrobić komedię romantyczną?! No JAK?!

A skoro o niedomówieniach mowa, to czas na ostateczny cios - rozmawiam z ludźmi! Jeśli mam coś powiedzieć, to powiem. Naprawdę. Jestem na kogoś zła - mówię mu o co. Jestem zakochana - mówię. Jestem szczęśliwa - mówię. Mam problem - mówię. Jeśli czegoś chcę, to to biorę. A teraz uwaga: jeśli czegoś nie wiem lub nie jestem pewna, to pytam (albo googluję). Shame on me! Naprawdę jestem beznadziejnym przypadkiem, który nie lubi komplikować sobie życia problemami wynikającymi z braku komunikacji. Tym sposobem skreśliłam się z listy nie tylko większości głównych bohaterek, ale także jakichkolwiek. Chyba jedyną produkcją, jaką znam, w której mogłabym być główną postacią jest "Świat według Bundych", ale niestety emisja serialu zakończyła się wiele lat temu...

Tylko do nich pasuję, a ich już nie ma.

I tak rok po roku konsumuje tę całą popkulturę i ciągle robi mi się przykro. Nie dość, że nieustannie zawodzi moje oczekiwania (żadna sowa z listem nie przyleciała!), to jeszcze na każdym kroku uświadamia mnie, jak bardzo nie nadaję się na główną bohaterkę! I to na główną bohaterkę w jakimkolwiek gatunku. Ech... i tak człowiek musi w końcu zrozumieć, że życie to nie film, więc wszystkie gatunki się ze sobą łączą i ciężko się wpasować w schemat.


Ps. Może chociaż Wy pasujecie do jakiegoś gatunku? Dajcie znać jakiego, albo przynajmniej w jakim chcielibyście odegrać główną rolę!
Czytaj całość

Baroni narkotykowi, DEA i polityka, czyli o Narcos!

Narcos recenzja serialu

Kokaina wbrew pozorom nie jest wielkim odkryciem XX wieku. Na długo przed tym, gdym zapanowała na nią moda w latach '80, używano ją w medycynie, czy też dodawano do Coca-coli, i chociaż tym ostatnim, dzięki temu z pewnością wzrosła sprzedaż, to dopiero kolumbijscy baroni narkotykowi zbili na kokainie prawdziwą fortunę. I to właśnie ich historię opowiada "Narcos".

Wszystko zaczyna się od Pabla Escobara, który z uzdolnionego przemytnika stał się najpotężniejszym baronem narkotykowym i jedną z najbogatszych osób na świecie. Nigdy nie interesowałam się kartelami narkotykowymi, ani ich bossami, dlatego przed obejrzeniem "Narcos" niewiele wiedziałam o Escobarze, a trochę to zakrawa o ignorancje, by nie przyjrzeć się losom osoby, która podobno zarabiała milion dolarów dziennie. Ba! Miała tyle gotówki, że musiała zakopywać ją pod ziemią. Muszę przyznać, że już w pierwszym odcinku Pablo zaczął mnie fascynować. Niby to taki prosty, spokojny człowiek, który pragnie dobra Kolumbijczyków do tego stopnia, że nie dość, że wywozi niemal całą kokainę do Stanów Zjednoczonych, to jeszcze dzieli się zyskami z policją i mieszkańcami Medellín. Nawet zyskał przydomek Robin Hooda (przypomnijcie mi, kogo okradał Robin Hood, bo chyba nie załapałam), dzięki czemu ludzie często ukrywali go przed policjantami (tymi, z którymi się nie podzielił pieniędzmi). Ba! Udało mu się nawet, dzięki głosom ludu, zostać posłem kolumbijskiego kongresu! Z drugiej strony Pablo miał też wrogów - głównie gringos, którzy przylatywali z USA i świecili odznakami DEA. To przez nich ten dobry, spokojny Pablo zmieniał się w żądnego krwi tyrana. No może nie tylko przez nich.

Filmy o Pablo Escobarze i bossach narkotykowych
No spójrzcie tylko! Kasą się podzieli, koką się podzieli. XX-wieczny Robin Hood jak malowany!

Wiecie, tak to już ze mną jest, że zawsze staję po niewłaściwej stronie barykady, a jeśli dodatkowo złoczyńca jest głównym bohaterem, to zwyczajnie nie mogę się oprzeć pokusie kibicowania mu. Tak też było w przypadku Pabla, a przynajmniej na początku, gdy jeszcze starał się trzymać swojej pięknej wizji poprowadzenia Kolumbii w nową erę i poprawienia warunków życia uboższych mieszkańców. Nie oceniajcie mnie źle, ten człowiek może i handlował narkotykami na ogromną skalę (podobno Kartel z Medellín kontrolował 80% światowego rynku kokainy), ale raz, że nikogo nie zmuszał do kupowania jego towaru (ludzie powinni brać odpowiedzialność za swoje czyny, a nie tylko obwiniać handlarza), a dwa wspomagał biednych, wybudował osiedla i ogólnie miał na swoim koncie wiele szlachetnych uczynków. Taka z niego dobra dusza z krwawymi pieniędzmi w portfelu... a tak całkiem poważnie, twórcom Narcos udało się stworzyć naprawdę wielowymiarowego bohatera o skomplikowanym charakterze. To ogromny plus. W dodatku wybór Wagnera Moura na odtwórce głównej roli był naprawdę trafny!

Po lewej Wagner Moura, po prawej prawdziwy Pablo Escobar.

Zresztą ogólnie jestem ogromną fanką tego, jak twórcy sprawnie łączyli nakręcone przez siebie sceny z materiałami dokumentalnymi. Nie dość, że ładnie łączyli fakty z fikcją i świetnie dobrali aktorów, którzy w większości byli podobni do swoich realnych odpowiedników, to w dodatku przykładali ogromną uwagę do tego, by ich ubrania się pokrywały. Podobało mi się również, że serial jest dwujęzyczny. Gdy bohaterowie mówili po angielsku, to mówili po angielsku, a gdy Kolumbijczycy rozmawiali między sobą używali hiszpańskiego. Dzięki temu wszystko wydawało się bardziej autentyczne. Takie dopracowane detale najlepiej podkreślają, jak wiele pracy włożono w ten serial. Powiem tylko, że było warto! Poza tym jestem również ogromnie zaskoczona tym, jak szybko przebiega akcja. [To chyba nie jest spoiler, ale wolę dać znać, że trochę o niego zahacza] Historia Pabla rozpoczyna serial i trwa przed dwa sezony, później w trzecim zostaje zastąpiony przez Kartel z Cali. Początkowo nie byłam zadowolona, bo chciałabym przyjrzeć się bliżej historii Escobara, a tu cała historia rozbłysła szybko, jak zapałka i niemal tak szybko zgasła. Jak na moje oko stanowczo zbyt szybko, ale z drugiej strony przynajmniej nie zdążyłam się znudzić. Opowieść o Dżentelmenach z Cali potoczyła się jeszcze szybciej, a teraz przyszło mi czekać na czwarty sezon, w którym jak mniemam pojawi się meksykański kartel.

To jak zmieniają się bohaterowie poszczególnych sezonów, przynajmniej dobitnie pokazuje, że "Narcos" nie jest opowieścią o Pablo Escobarze, lecz historią zmagań agentów DEA z baronami narkotykowymi, którzy zalewali swoim towarem całe Stany Zjednoczone. I w tym momencie mam jeden dość duży problem, który w dużej mierze odpowiada za to, że kibicowałam Pablowi. Nie jestem pewna, czy twórcy są świadomi, że wyszedł im serial, który pokazuje jak paskudna jest polityka zagraniczna USA. Widzicie żyjemy w pięknym świecie, w którym każdy kraj ma swoje podwórko, a w nim swoje zabawki, którymi może się bawić. Nie może ot tak iść do sąsiada i zniszczyć mu jego zabawek tylko dlatego, że ma na to ochotę. O nie, nie! Jasne, istnieją organizacje zrzeszające różne państwa, które mogą dać im po łapach, jeśli brzydko się bawią, ale to w zasadzie tyle. Problem polega na tym, że USA to taki chuligan, który myśli, że wszystko mu wolno, bo jest większy. Dlatego wszedł na kolumbijskie podwórko i układa sobie tam wszystko po swojemu i jeszcze bezczelnie próbuje zabrać zabawki do siebie, krzycząc o jakiejś ekstradycji. Niby jakieś tam podstawy prawne mają, by korzystać z uprzejmości rządu Kolumbii, ale umówmy się, że w ostatecznym rozrachunku agenci DEA i CIA układają nie swój kraj według własnego uznania. Mnie osobiście strasznie to irytowało. Właściwie działania USA na terytoriach innych krajów zawsze niemal zawsze sprawiają, że mam ochotę gryźć, ale to temat na inną okazję. Teraz ograniczę się do stwierdzenia, że z perspektywy nie-amerykanki zalewała mnie krew, gdy oglądałam poczynania przedstawicieli amerykańskich agencji. Naprawdę zastanawia mnie, jaka jest różnica w odbiorze tego wątku pomiędzy mieszkańcami Stanów Zjednoczonych, a resztą świata.

Seriale o kartelach narkotykowych
Plan DEA na dziś: Poważyć wiarygodność kolumbijskiego prezydenta... albo poszalejmy i zmieszajmy cały rząd z błotem!

Niemniej skłamałabym pisząc, że "Narcos" jest złym, irytującym serialem. Nie jest! Jest rewelacyjny, dopracowany, intrygujący i wciąga nawet tych, którzy nie przepadają za taką tematyką (czyt. np. Gosiarella). Jest krwawo, jest mocno, jest dobrze! Przy okazji zawsze dobrze dowiedzieć się czegoś nowego, a tu nie dość, że dowiedziałam się, jak wytwarza się kokainę (by ludzie przestali ćpać wystarczyłoby im zdradzić ten sekretny przepis!) i jak wyglądało życie Escobara, to jeszcze dowiedziałam się sporo o współczesnej historii Kolumbii. Zdecydowanie daję okejkę!



Dwa pytania do osób, które już oglądały "Narcos":
1. Co myślicie o takiej interwencji USA w Kolumbii? Przeszkadzało Wam to, czy może nawet nie zwróciliście na to uwagi?
2. Gdybyście mieli się porównać do omawianych w serialu baronów, to którym byście byli? Sama chciałabym być jak Pablo, ale w rzeczywistości bliżej mi do panów z Cali.
Czytaj całość

© Copyright Gosiarella