Jak przygotować się do imprezy Halloweenowej w PL?


Jak niemal każda osoba niezdrowo pokręcona na punkcie dziwnych rzeczy, uwielbiam Halloween! Uważam je za świetną okazję do zrobienia strasznej imprezy z creepy motywem przewodnim, na której przebrania są obowiązkowe. Powiedzmy sobie szczerze: Impreza tematyczna i creepy kostiumy brzmią jak zapowiedź dobrej zabawy, więc czemu ktokolwiek miałby marudzić?

Okey, zawsze znajdą się ludzie, którzy dopatrzą się w tym śladów antypolskości i grzechu na miarę wymordowania całej populacji pand, ale dziś nie będziemy o tym rozmawiać. Zwłaszcza, że o Halloween pisałam już wiele razy, więc nadszedł czas na zmianę formy! Skupmy się lepiej na tym, jak przygotować niezapomnianą imprezę:



Polecam obejrzeć w całości!

Przy okazji zerknijcie również na wpadki z planu... albo nie, bo już całkiem stracicie wiarę w moje zdrowe zmysły.

Ps. Wiem, że znów miałam ogromną przerwę we wrzucaniu nowych filmów, ale wiecie... byłam chora i uznaję to za dobrą wymówkę, bo nie chcielibyście słyszeć jak skrzeczę. Teraz obiecałam sobie, że nowy wideo będzie się pojawiać przynajmniej raz w tygodniu (Hej! Wczoraj udało się wrzucić aż dwa w jeden dzień!), ale na wszelki wypadek zaznaczcie ten śmieszny dzwoneczek pod filmem na YT koło przycisku subskrypcji, bo dzięki temu będziecie dostawać powiadomienia o nowościach! Uffff... to był bardzo długi Ps!
Ps2. A Wy co planujecie robić w Halloween?
Czytaj całość

Seriale o książniczkach, królach i monarchii


Monarchia ma w sobie coś urzekającego. Z jednej strony piękne stroje, korony i ludzie dzierżący władzę, a z drugiej niesamowita ilość intryg, polityczne potyczki i uwięzienie w roli bezwzględnych władców. Może to właśnie to jest najbardziej kuszące w takich produkcjach. Jeśli macie ochotę obejrzeć serial z księżniczkami, królami i monarchią, to porzucam kilka godnych uwagi tytułów. Tym razem same udane produkcje!


Dynastia Tudorów

O czym jest?
Serial przez 4 sezony opowiada historię życia angielskiego króla Henryka VIII Tudora - młodego, przystojnego, wysportowanego i porywczego króla, któremu bardzo zależy na odciśnięciu swojego śladu na kartach historii. Jest skory do wojny, choć częste zmienianie fontów nie służy długoterminowym zatargom. Król Henryk VIII (Jonathan Rhys Meyers) często zmienia zdanie i kobiety. Właściwie wszystko szybko mu powszednieje, czy to zamki, czy to doradcy, czy też przyjaciele. Osoby o wysokich ambicjach starają się wymyślać coraz to nowe intrygi, byle tylko pozostać w łaskach króla, jak najdłużej. Tym sposobem na drodze króla zostaje postawiona piękna i niezwykle inteligentna Anna Boleyn (Natalie Dormer), która szybko zdobywa królewskie serce i staje się nową Królową Anglii.

Czy warto?
Zdecydowanie tak! Serial sprawi, że postacie znane Wam głównie z kart podręcznika do historii, nie są już jednowymiarowymi, martwymi i niezbyt ciekawymi przedstawicielami swoich czasów. Staną się za to tętniącymi życiem znajomymi twarzami z kolorowego ekranu, wywołującymi ogrom emocji, od ekscytacji, czy śmiechu po współczucie i smutek. "Dynastia Tudorów" tchnęła życie we wspaniałą, lecz zakurzoną historię jednego z najbardziej rozpoznawalnych władców Anglii. Mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że nawet ci, których historia nudzi będą z pasją przerzucać kolejne odcinki by poznać tą hipnotyzującą opowieść o Królewskich namiętnościach i ułomnościach. Polecam każdemu!


O czym jest?
Zacznijmy od tytułu kompletnie niezwiązanego z historią. Akcja "The Royals" rozgrywa się w alternatywnej wersji naszej rzeczywistości, gdzie na angielskim tronie nie zasiada dynastia Windsorów, lecz o wiele bardziej patologiczna rodzinka Henstridge. Każdy członek tej królewskiej rodziny ma poważne problemy ze sobą i pozostałymi jej członkami, co może nie byłoby tak kłopotliwe, gdyby to oni nie rządzili Anglią, a kamery nie śledziłyby ich poczynań.

Czy warto?
Zdecydowanie tak! Choć serial emituje E! to czuć klimat produkcji The CW. Mamy piękne stroje, bogate wnętrza i przepych na każdej scenie uzupełnia dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa. Aktorzy potrafią grać, dzięki czemu ich postacie są genialnie poprowadzone. Przede wszystkim jest jednak czymś świeżym i na swój sposób zabawnym. Może i nie jest ambitny, ale nie taki jest jego cel. Guilty pleasures z dużym naciskiem na pleasures.

Reign

O czym jest?
Akcja rozgrywa się w XVI wiecznej Francji, a głównymi bohaterami są nastoletni następcy tronu oraz królowe i królowie. Wszystko rozpoczyna się w momencie, gdy młodziutka Maria, królowa Szkotów przybywa do zamku króla Francji, by poślubić Franciszka, a tu wyskakuje trójkąt miłosny! Zasadniczo można przypuszczać, że serial rości sobie pretensje do historyka, ale prawda jest taka, że Reign koło podręcznika do historii nawet nie stał.

Czy warto?
Osobiście uwielbiam ten serial i poświęciłam cały wpis, by przedstawić 5 powodów, dla których warto oglądać Reign. Wiem jednak, że dla niektórych może być zbyt infantylny ze swoim lekkim uwspółcześnionym klimatem i całą masą wątków romantycznych, ale who cares! Szczerze polecam, a wszystkich tych, których denerwuje zmieniona historia Królowej Szkotów lub chcieliby wiedzieć, jak w rzeczywistości wyglądały jej losy odsyłam do PopHistorii, gdzie dowiecie się jaka była prawdziwa historia Marii Stuart.


O czym jest?
Rodzina Elżbiety Woodville walczyła po stronie Lancasterów w wojnie dwóch róż. W decydującej bitwie zginął jej mąż. Świeżo owdowiała piękna kobieta musi prosić nowego króla (z wrogiego obozu) o zwrócenie majątku. I tak oto pokonana dziewczyna żebrząca o swoją własność znajduje miłość i szybko zostaje królową Anglii. Kto by się spodziewał? Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nasza bohaterka jest również czarownicą - panuje nad pogodą i rzuca klątwy wątpliwej jakości (naprawdę nie zamówiłabym u niej żadnej). Niemniej pierwsza z tych umiejętności okazuje się niezwykle pożyteczna, gdy jej mąż wyrusza na wojnę, bo bez niej najpewniej żadnej by nie wygrał, ale z drugiej strony gdyby nie ona, to na żadną nie musiałby iść. Przynajmniej twórcy serialu pokazują, że przyjaciele i wrogowie Edwarda IV obwiniają jego żonę o wszystko co złe na świecie. Zazwyczaj niesłusznie.

Czy warto?
Zbeletryzowany serial historyczny zawsze uznam za ciekawy, więc tak! Przy "Białej królowej" będziecie mogli miło spędzić czas, a przy okazji poznacie kawałek historii Anglii m.in. dowiecie się kim były babcie Henryka VIII, po kim odziedziczył charakterek oraz dlaczego nie doczekał się męskiego dziedzica tronu. Ponadto aktorzy są dobrze dobrani i przyjemnie się ich ogląda. Naprawdę całkiem nieźle pasują do swoich ról. Przy tym uwielbiam oglądać Jamesa Fraina, choć w serialach historycznych zawsze gra skończonego drania.

Biała Księżniczka

O czym jest?
Serial kontynuuje wydarzenia z "Białej królowej", jednak tym razem akcja skupia się na córce poprzedniej bohaterki, księżniczce Elżbiecie York, która ma wyjść za mąż za króla Henryka Tudora. Elżbieta nienawidzi Henryka, ponieważ jest odpowiedzialny za śmierć jej ukochanego oraz brata. Niestety nie może uciec od swojego przeznaczenia.

Czy warto?
Jeśli spodobała Wam się "Biała Królowa", to tym bardziej spodoba Wam się "Biała księżniczka", bo na moje oko jest bardziej udaną produkcją. Dużym plusem jest także fakt, że można ją oglądać bez znajomości poprzedniego serialu. Akcja wydaje się pędzić jeszcze szybciej, a aktorzy świetnie pasują do swoich postaci.

Wiktoria

O czym jest?
Serial skupia się na historii królowej Wiktorii Hanowerskiej, która z młodej, niedoświadczonej i dość infantylnej panienki zmienia się w królową jednego z największych mocarstw i musi stawić czoła światu wielkiej polityki. Innymi słowy czeka na Was kolejna produkcja zajmująca się angielską księżniczką/królową.

Czy warto?
Tak! "Wiktoria" ma interesującą fabułę i jest dobrze zrealizowaną produkcją. Przyjemnie ogląda się niedoświadczoną i niejednokrotnie nadąsaną dziewczynkę, która próbuje bawić się w królową i gania za facetami, jakby nic innego nie było ważne. Brzmi infantylnie, a jednak dobrze ogląda się, jak Wiktoria zmienia się z dziecinnej panienki w wielką królową. Przy okazji mam wrażenie, że o ile dużo jest książek, filmów, czy seriali rozgrywających się w epoce wiktoriańskiej, o tyle o samej królowej wiele dzieł nie powstało albo żadne nie utkwiło mi w pamięci.

Gra o Tron

O czym jest?
Chyba nikomu nie muszę wyjaśniać o czym jest "Gra o Tron". Zamiast tego wyjaśnię, co robi w tym zestawieniu. Mamy tu królowe, księżniczki, szlachcianki i masę pretendentów do tronu, więc chyba wystarczy, by się zakwalifikować, prawda? Poza tym warto na chwilę odpocząć od monarchii angielskiej.

Czy warto?
Poważnie? Muszę na to odpowiadać? Oczywiście, że warto! Tylko nie włączajcie serialu dzieciom, bo liczba scen erotycznych i kazirodczych może zepsuć im psychikę. Dorosłym zresztą też.

The Crown

O czym jest?
Skupia się na aktualnie panującej królowej Elżbiecie II. Ukazuje wydarzenia mające miejsce od śmierci jej ojca i wstąpienia na tron, aż do czasów obecnych.

Czy warto?
Ciężko było mi się przekonać do tego serialu, ale nie mogę zaprzeczyć, że jest pięknie zrealizowany i niesamowicie dopracowany. Warto zwrócić na niego uwagę i samemu przekonać się, czy przypadnie do gustu.


Ps. Oglądaliście już któryś z powyższych tytułów? Jeśli tak, to dajcie znać, jakie są Wasze wrażenia, a przede wszystkim napiszcie w komentarzach, o jakich serialach zapomniałam lub powinnam nadrobić!
Ps2. Ma ktoś pojęcie, dlaczego twórcy skupiają się głównie na brytyjskiej monarchii, jakby nie było innych europejskich rodzin królewskich?
Czytaj całość

Salvation, czyli asteroidy, apokalipsa i Elon Musk


15 lutego 2013 roku w rosyjskim Czelabińsku spadł meteoryt. Jego średnica przed wejściem w atmosferę szacowana jest na około siedemnaście metrów, a masa na około dziesięć tysięcy ton. Całkiem spory, prawda? A jednak nikt nie zauważył go, dopóki nie było za późno.

Od informacji o meteorycie z Czelabińska zaczyna się serial, co ma nam-widzom uzmysłowić, jak ogromnym zagrożeniem są asteroidy. Pewnie bylibyście zaskoczeni, gdyby teraz się okazało, że "Salvation" jest produkcją poświęconą Hefalumpom, a nie zmierzającej ku Ziemi ogromnej asteroidzie. To dopiero byłby zwrot akcji! Na szczęście go nie ma i wielka asteroida mknie z zawrotną prędkością w kierunku Ziemi, o czym wie tylko garstka ludzi, którzy mają pół roku na uratowanie świata przed totalnym zniszczeniem.

Asteroidy zawsze ze mną wygrywały, więc dobrze, że to nie ja muszę opracowywać plan zniszczenia zagrożenia, bo wszyscy bylibyśmy martwi. Przy okazji piąteczka dla każdego, kto kojarzy tę grę! 

Wśród wybrańców, którzy wiedzą o zbliżającym się końcu świata i powinni temu przeciwdziałać są m.in. pracownicy Pentagonu, jak wiceminister obrony Harris Anders (Ian Anthony Dale), czy rzeczniczka prasowa Grace Barrows (Jennifer Finnigan). Myślicie sobie, że skoro rząd USA jest świadom zagrożenia, to wszystko będzie dobrze? Błąd! [Spoiler] Okazuje się, że politycy upatrzyli sobie w apokalipsie szansę na pozbycie się rywali. Co zasadniczo nie jest błędną konkluzją, bo skoro wszyscy zginą, to przecież dotyczy to także ich przeciwników, prawda? No prawda. Tylko tak jakby to nie jest żadna wygrana, skoro wszyscy będą martwi. Niemniej politycy nie są tacy głupi, jak myślicie (no dobra są, ale są też w tej głupocie bardzo kreatywni), bo wpadli na pomysł, by zepchnąć asteroidę z kursu na tyle, by zniszczyła tylko kawałek naszego globu - konkretnie ten zajmowany przez Rosjan i Chińczyków. Także tego... Amerykanie to czyste zło! [/Spoiler]

Prawdziwym wybawcami mają być genialny student MIT Liam Cole (Charlie Rowe) oraz Darius Tanz (Santiago Cabrera), którego moglibyśmy określić słynnym zdaniem "geniusz, miliarder, playboy, filantrop", przez co oczywiście moglibyśmy go porównać do Tony'ego Starka, jednak w rzeczywistości żaden z niego Iron Man. Tanz to serialowa wersja Elon Musk. Z pewnością kojarzycie Muska, prawda? Jednego z założycieli PayPala, Tesli, czy SpaceX? Człowieka, który opracował plan Mars One? Oczywiście, że kojarzycie, w końcu jest jak gwiazda technologicznego rocka! Nie da się nie podziwiać Muska, a więc przynajmniej część zachwytu musi przekładać się także na jego fikcyjny odpowiednik. W końcu dzielą wspólne plany, marzenia i pomysły. Poważnie, jeśli znacie dorobek Muska, będziecie bardzo często uśmiechać się oglądając Tanza. W sumie i bez tego bohater wywoła u Was takie reakcje, bo bez sprzecznie jest najciekawszą postacią z serialu, choć Liam dzielnie dotrzymuje mu kroku.

Z jakiegoś powodu to nadgryzione jabłko w dłoni Dariusa przyciąga moją uwagę.

Lubię oglądać geniuszy przy pracy. Lubię również tematykę powiązaną z nadchodzącą (lub już obecną) apokalipsą, więc teoretycznie "Salvation" powinno być dla mnie serialem idealnym, jednak czegoś mu zabrakło. Nie zrozumcie mnie źle. Naprawdę uważam, że jest to najlepszy serialowy debiut tego lata* i nie mogę doczekać się kolejnego sezonu, ale to niestety wcale nie znaczy, że pozostałam ślepa na wszystkie niedociągnięcia i wady. Przede wszystkim odniosłam wrażenie, że tylko dwie postacie ciągły ten scenariusz: Liam i Darius. Reszta była jak te dzieci we mgle, które błądziły, przeszkadzały i zderzały się między sobą, jeśli nikt ich nie pokierował. Ponadto byli dość nudni, a nudni ludzie mają nudne historie, a nudne historie widzów nudzą - jestem widzem, więc mnie nudzili. Dodatkowo pod koniec logika gdzieś się twórcom rozmyła, bo przestali ogarniać jak działa np. instynkt rodzicielski (jeśli zdecydujecie się obejrzeć serial, to z pewnością domyślicie się, które sceny mam na myśli), czy instynkt przetrwania (mały spoiler: niemal wszyscy wtajemniczeni w temat zbliżającej się apokalipsy mieli ją głęboko w nosie i przeszkadzali w ratowaniu świata, bo przecież mają większe cele do zrealizowania, prawda? O końcowej scenie z Dariusem nawet boję się wspominać). Wydaje mi się, że troszeczkę nie ogarnęli, że ludzie zachowują się zupełnie inaczej, niż to przedstawiono.

Jeśli jednak wszystko, co przeczytaliście w powyższym akapicie nie odbierze Wam frajdy z oglądania, to odpalajcie pierwszy odcinek, bo jest naprawdę ciekawą produkcją przedstawiającą próby zapobiegnięcia apokalipsie. Dodatkowo zaprezentowano kilka ciekawych rozwiązań technologicznych, wpleciono wątki politycznej walki o władze, rywalizacji USA z Rosją oraz dziennikarskich prób odkrycia najważniejszego tematu milenium. Osobiście trzymam kciuki za drugi sezon, bo wszystkie znaki wskazują na to, że serial może podążyć w nowym kierunku (Spoiler: Albo zwyczajnie wystrzelą wszystkich nudnych bohaterów w kosmos, a ci genialni dalej będą próbowali uratować Ziemię, co też będzie okey). Tak czy inaczej, "Salvation" jest jedną z najbardziej udanych premier tego lata, więc warto go sprawdzić!

Ps. Poza tym chyba nie ma zbyt wielu seriali, w których bohaterowie mają szansę uniemożliwić nadejście apokalipsy! Chyba że się mylę - wtedy dajcie znać w komentarzach, o czym zapomniałam. Supernatural się nie liczy!
Ps2. Gdyby w kierunku Ziemi zmierzała ogromna asteroida, a nam pozostało pół roku życia, to wolelibyście, by rząd ujawnił taką informację, czy może wolelibyście dożyć końca świata w błogiej nieświadomości?

* Co prawda w sezonie letnim stacje wypuszczają seriale, które mają na celu głównie zapchać dziury na antenie, gdy widzowie czekają na pojawienie się tytułów z jesiennej ramówki. Innymi słowy, poprzeczka jest ustawiona dość nisko.
Czytaj całość

Patologia romansu, czyli będę chamem, więc mnie kochaj!


Ile to już razy oglądaliście film, serial, dramę, czy bajkę lub czytaliście książkę, w której główny bohater romansu był skończonym chamem? Nie mam tu na myśli zwykłego nieuprzejmego mężczyzny, który nie jest dżentelmenem w każdym calu lub nie chciał odkręcić zakrętki od słoika z ogórkami. Nie mam też na myśli typowego aroganckiego dupka powszechnie nazywanego typem niegrzecznego chłopca, którego większość bohaterek chce swoją wielką miłością naprawić, bo wiecie... plotka głosi, że facetów trzeba reperować, bo wszyscy popsuci! Pisząc o skończonych chamach mam na myśli takich skończonych buców (to nie Gosiarella brzydko się wyraża, tylko oni brzydko się zachowują!), co to zabierają dzieciom cukierki, kopią szczeniaczki, poniżają wszystkich wokoło i zabili ostatniego jednorożca! Wiecie, jakich bohaterów mam na myśli? Z pewnością, bo ich w popkulturze nie brakuje.

Oglądając love story, którego głównym bohaterem jest właśnie taki buc zastanawiam się, jakimi ludźmi są osoby odpowiadające za scenariusz. Pytam poważnie, co trzeba mieć w głowie, by dojść do wniosku, że genialna historia miłosna powinna rozpoczynać się od scen, w których dwójka bohaterów poznaje się, a on - ten nasz wielki chamski amant, zaczyna pałać do swej przyszłej lubej czystą pogardą? Bigos? Kisiel? Wyrwane kartki z "Dumy i Uprzedzenia"?

Okey, przyznaję, że przy Jokerze wychodzi na jaw moja hipokryzja.

Wyobrażacie sobie drogie panie, że pewnego pięknego dnia w Waszym życiu pojawia się mężczyzna, który przy pierwszym spotkaniu miesza Was z błotem i opluwa pogardą. Innego dnia znów na niego trafiacie, a on zaczyna Wam ubliżać i popychać. Przy trzecim  spotkaniu robi z Was pośmiewisko na oczach innych ludzi, kopie bezdomnego i powiedzmy sika na małego kociaka. Ile z Was dochodzi do wniosku, że to świetny materiał na męża? Czy widzę las rąk? No poważnie żadna z Was mimo wszystko nie wpadłaby na fenomenalny pomysł, by zakochać się w tym czarusiu po uszy i zacząć budować szczęśliwy związek? No dajcie spokój! To, jak Wy chcecie znaleźć sobie faceta? Wiecie ilu scenarzystom złamałyście właśnie serca? Wstydziłybyście się! A nie... czekajcie, jednak to chyba oni powinni się wstydzić, że wciskają nam taką patologię i nazywają to romansem.

Myślicie, że przesadzam z tym złym traktowaniem? Cóż... po prawdzie byłam zbyt delikatna w opisie, bo tu zaserwowałam dość typowy przykład z większości dram, na jakie trafiłam, a przecież są tytuły, których autorzy posuwają się znacznie dalej. Pozwólcie, że kilka przytoczę. Tym razem wyobraźcie sobie, że pewnego pięknego dnia napada na Was obcy facet, który wpadł na fenomenalny pomysł, by Was porwać. Przy tym oczywiście obowiązkowo Was także poniżać, spętać, grozić i niejednokrotnie uderzyć. Ach! ♫  I feel love in the air! ♫ Niech podniesie łapkę w górę osoba, która od razu zakochałaby się w takim amancie. Nie krępujcie się, śmiało! Znowu nikt? To jednak kobiety nie lubią być pomiatane i poniżane? To jakim cudem "Pocałunek Kier" Lynny Raven, czy "Mroczna bohaterka" Abigail Gibbs są tak wysoko oceniane przez czytelników? Przecież to przykład żywcem wyjęty z tych powieści.

Najwyraźniej dzisiejsze obrazki sponsoruje DC.

Drodzy autorzy, drodzy twórcy, reżyserzy, scenarzyści! Sprzedajecie nam patologiczny obraz związku! Jak u diabła wpadliście na pomysł, że najlepszą metodą na podryw kobiety jest traktowanie jej jak śmiecia? Ktoś Was skrzywdził? Może macie się za dobrych facetów, którzy zbyt dużo razy dostali kosza, przez co doszliście do wniosku, że tylko bad boy może zdobyć dziewczynę? Jeśli tak to naprawdę nie tędy droga. To tak nie działa, a przynajmniej nie powinno, bo jeśli rzeczywiście istnieją na świecie osoby, które zainteresują się wyłącznie partnerem, który nimi pomiata, to powinniście zrobić dobry uczynek i czym prędzej zaprowadzić ich za rączkę do specjalisty. Dlatego grzecznie Was proszę przestańcie nam wciskać taki model związków i nie budujcie na ich podstawie romansów, bo raz, że mam dość oglądania takich głupot, a dwa to niezdrowe. Poważnie, wrzodów się nabawię od tego stresu, że ktoś usłyszy jak wydzieram się do laptopa! I jeszcze czółko zacznie mnie boleć od tych częstych face palmów. A przecież nie mogę być jedyna i potem co? Pozew zbiorowy i będziecie musieli wypłacać nam odszkodowanie!

Dobra, dobra, to ja będę przez chwilę poważna i zapytam wprost: Czy wina leży jedynie po stronie twórców? Może my też jesteśmy odrobinę winne, skoro popkultura w większości jest tworzona pod publikę tak by się sprzedała, a my koniec końców kibicujemy tym bucom, gdy w końcu zmieniają się w prawdziwych rycerzy po zdobyciu kobiet, które ich naprostowały. Zupełnie, jakby w którymś momencie oglądania/czytania ktoś nam zaserwował lobotomię, przez którą kompletnie zapominamy jakimi bucami panowie byli na początku. Pod koniec widzimy tylko, że teraz chłopaki się starają i są tacy biedni, bo tak naprawdę oni wcale nie byli źli, tylko skrzywdzeni, a te popychadła kobiety musiały tylko okazać im trochę serca, by się przed nimi otworzyli, prawda? A guzik! Nie pozwalajcie się omotać! Żadnych negatywnych zachowań nie można tłumaczyć łzawymi historyjkami, bo takie u każdego się znajdą! Nie dawajcie przyzwolenia na to. Nie pozwólcie sobie wciskać romansów budowanych na chamstwie. Potem jeszcze przez przypadek, jakiś realny mężczyzna to zobaczy i pomyśli, że tak trzeba. I idąc argumentem równi pochyłej: później nasze dzieci będą oglądały remake Kopciuszka, w którym dziewczyna na balu dostaje od księcia takiego liścia, że aż ją z buta wyrwało, a my będziemy ciągnięte za włosy do jaskini.

I może tym negatywnym proroctwem zakończmy, bo znów zapomniałam, że przy poważnych tematach powinnam być poważna.

Ps. Możecie podrzucać przykłady patologicznych romansów z popkultury, które Was złoszczą. Nie krępujcie się - wylejcie z siebie jad, by wrzodów nie dostać!
Ps2. Macie inne pomysły na inne przykłady bajek z takiej wizji przyszłości? Na przykład: Śnieżka obudziła się ze snu, bo książę tak jej przyłożył, że aż kawałek zatrutego jabłka wypluła (swoją drogą to akurat całkiem zbliżone do oryginału).

Czytaj całość

Najlepsze kolekcje maskotek, czyli pluszaki nie tylko dla dzieci!


Ostatnio nadziwić się nie mogłam, jakim cudem jest takie zapotrzebowanie na Gang Świeżaka, gdy w okół tak wiele genialnych pluszaków. By nie być gołosłowną wskażę palcem na te maskotki, które zachwycą nie tylko każde dziecko, ale również podbiją serca dorosłych. Uwaga! Poziom słodkości przekroczył dopuszczalne normy, więc chowajcie portfele!


1. Maskotki z popkultury

I nie mam tu na myśli normalnych bohaterów popkultury, ale maskotki będące kopią ich maskotek. Dla przykładu Scrump należąca do Lilo z "Lilo i Stich", jednorożec Agnes z Minionków, Chudy i Buzz należące do Andy'ego z "Toy Story", czy Miś Tuliś z tej samej bajki. Osobiście uważam, że to zachwycające, że możemy mieć coś żywcem wyjęte z popkultury w dokładnie takiej samej formie, jak tam zaprezentowane, a nie zwyczajnie przerobione np. postać z bajki na lalkę, czy przytulankę. Od tej incepcji mózg się lasuje.
Przy okazji tylko dodam, że bardzo ciekawe są też pluszowe wersje postaci z filmów, czy bajek i wcale nie piszę tego dlatego, że mam puchatą wersję Batmana. Wcale!


2. GIGANTmicrobes

Pluszowe mikroby mają ten sam kształt, kolor i wygląd co żywe wirusy, bakterie, komórki i pasożyty, jednak są od nich znacznie większe, słodsze, bardziej puchate i nie wywołują chorób. Umówmy się, że to dość nietypowa seria zabawek, ale potrafi osłodzić chorobę. Pomyślcie tylko, jak genialne miny mieliby Wasi znajomi, gdyby dostali od Was pluszową bakterię choroby, którą mają (czy ja naprawdę właśnie robię sobie żarty z choroby? Czy żaliłam się już, że mam katar i mocno mnie kaszle? Gdzie moja maskotka?!) lub jak osłodzilibyście dziecku chorobę dając takiego pluszaka? Okey, na ospę, ebolę i bardziej nieznośne choróbska nawet pluszak nie pomoże, ale na katar czy biegunkę może da radę.


Te niezaprzeczalnie urocze stworki z serii "My little dragon" oraz "Inari Foxes" są dziełem rosyjskiej artystki Mitiny Marii Sergeevny, znanej jako Santaniel. Patrząc na nie mam wrażenie, że zostały żywcem wyjęte z filmu fantasy lub baśni. Każdy z nich jest ręcznie robiony. Zrobienie jednej zabawki trwa ponad tydzień, ponieważ każdy jej element jest tworzony ręcznie od podstaw - od rzeźbienia przez szycie aż po montaż i malowanie. Kliknijcie w link, jeśli jesteście ciekawi pozostałych stworków stworzonych przez Stataniel.

4. Engendros

Wiecie, Gosiarella bywa czasami trollem i to właśnie jeden z tych momentów, bo na wstępie podrzuciłam Wam kolekcję, która nie jest już nigdzie dostępna do kupienia (niegdyś były dostępne w Flo, ale chyba nawet ten sklep zniknął. Dammit! Ale jestem stara!). Chyba nawet na Allegro ich nie ma. Niemniej nie mogłam się powstrzymać, bo dla mnie były to najbardziej epickie pluszaki ever! Wiecie co jest w nich tak genialnego? Oczywiście poza uroczo creepy wyglądem. Każda maskotka z tej serii miała inną osobowość (opisaną na opakowaniu), więc sprawdzała się świetnie w formie prezentu - można było wybrać konkretnego Engendrosa bazując na cechach, które łączyłyby go z nowym właścicielem. Fajny, przemyślany prezent, ale skoro ich nie ma, to całkiem ciekawą alternatywą są Brzydale, które też są fajnymi straszydłami i jest ich wiele do wyboru.

5. Pokemon

Od ponad dwudziestu lat trwa moda na Pokemony - raz są popularniejsze, a raz mniej, ale nie można zaprzeczyć, że gdzieś tam się przewijają. Po części dlatego to jedna z nielicznych serii zabawek, która nada się zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Złapiesz je wszystkie?

Ps. Nie mogę tworzyć takich zestawień, bo moja lista zakupowa się powiększa. I pomyśleć, że jestem dorosła... W każdym razie dodajcie mi trochę otuchy i dajcie znać, jakie maskotki są Waszymi ulubionym. Zwykłe misie też jak najbardziej mile widziane - może mają jakąś ciekawą historię?
Ps2. Doceńcie fakt, że nie wstawiłam pluszowych zombie! Było mi naprawdę ciężko się powstrzymać!
Czytaj całość

Koreański Iron Man, czyli kolce, sztylety i naćpani scenarzyści!

Blade Man drama pl

Gdy myślimy o Iron Manie przeważnie mamy na myśli Tony'ego Starka, jednak to nie nim będziemy się dziś zajmować. Nawet nie będziemy się zajmować żadnym kolesiem posiadającym zbroje naładowaną technologią. O nie! Będziemy zajmować się Koreańczykiem, któremu z ciała wyskakują sztylety.

Joo Hong Bin (Lee Dong Wook) jest prezesem firmy produkującej gry. Młody, przystojny, bogaty i zainteresowany technologią, czyli teoretycznie widać podobieństwa do Tony'ego, jednak chłopaki mają zupełnie odmienne charaktery. Joo Hong Bin jest socjopatycznym furiatem, który uwielbia bić innych, rzucać w nich przedmiotami i wysyłać ich do szpitala. Ogólnie facet ma naprawdę podły charakter i napisałabym, że uwielbia się wyżywać na wszystkim dookoła, ale słowo 'uwielbia' byłoby nadinterpretacją, ponieważ nawet to nie sprawia mu przyjemności. On zwyczajnie ma taki styl bycia, który najwyraźniej nikomu nie przeszkadza, bo nikt się nie skarży. Oczywiście nasza bestia spotyka na swojej drodze pięknie pachnącą dziewczynę, która (TAK SIĘ SKŁADA) przygarnęła na lotnisku jego syna (TAKI ZBIEG OKOLICZNOŚCI) i tak zaczyna się kręcić dramowe love story.



Joo Hong Bin, czyli nasz koreański Iron Man jest naprawdę niesamowitym człowiekiem. Czuje zapachy, których nawet pies by nie wywąchał i wszystko mu śmierdzi. Stalowe ostrza wysuwają mu się z ciała, a on nawet nie jest tego świadomy. Biega niemal tak szybko, jak Quicksilver i fruwa jak Superman. Kiedy się denerwuje nad miastem rozpętuje się burza. Niemniej wszystkie te niezwykłe zdolności posiada jedynie wtedy, gdy robi się zły, czyli w jego przypadku co 5 minut. Największą zagadką tej dramy jest: skąd ta supermoc się wzięła. Pomysły są przeróżne, a wśród nich nawet to, że oddał komuś szpik kostny. Jeśli mam być szczera, to od początku podejrzewałam, że jest diabłem/pomiotem szatana lub podpisał jakiś cyrograf. [Spoiler Alert] Ostatecznie nie dowiedziałam się, skąd się wzięła jego moc. Całkiem możliwe, że to dlatego, że ostatnie 8 odcinków tak często przewijałam, że uwinęłam się w 2 godziny. Jednak, jeśli dobrze zrozumiałam, to pestka brzoskwini (jak nazywają tam u nich zbierającą się frustrację) urosła w nim na tyle duża, że przestała się mieścić i puściła korzonki na zewnątrz ciała... dla przypomnienia: w postaci stalowych ostrzy. Czekajcie... co?! [Koniec spoileru]

Blade man flying scene
Czy to Wam wygląda na poważną produkcję?

Tkwię w głębokim przekonaniu, że plan zdjęciowy do „Iron Mana” przypominał istną Krainę Czarów. Scenarzyści musieli mieć pod ręką solidne zapasy narkotyków i bardzo hojnego dilera, bo jestem prawie pewna, że dzielili się swoimi dobrami z całą ekipą filmową, bo to, co oni w tej dramie wyczyniają jest nieprawdopodobne. Nie mam do nich żalu i mam nadzieję, że im to wyjdzie na zdrowie, bo dawno się tak nie śmiałam podczas oglądania dramy... ani serialu... ani filmu. Poważnie tak absurdalnie niedorzecznych scen tworzonych w atmosferze grozy nie widziałam dawno. Pomysły scenarzystów i miny aktorów były wręcz obłędne i nie mam pojęcia, co tam się działo, ale bawiłam się świetnie!

Zastanawia mnie jedynie skąd pomysł nazwania tej dramy „Iron Man” (istnieje drugi alternatywny tytuł „Blade Man”, ale mam wrażenie, że ten wcześniejszy jest bardziej powszechny), skoro od razu porównujemy Hong Bina do Starka. Osobiście uważam, że bliżej mu już do Evana Danielsa znanego również jako Spyke z „X-man: Ewolucja”, którego moc również polegała na tym, że jego szkielet wytwarzał rogi i kolce, których mógł używać do ataku. Ostatecznie jeszcze Wolverine przychodzi mi do głowy.


Niemniej roztkliwiam się tu nad supermocami i naćpanymi scenarzystami, a przecież miałam Wam opowiedzieć o dramie. Jak wcześniej wspomniałam „Iron Man” z Korei jest dość absurdalną produkcją. Może nie tak, jak „Atak Krwiożerczych Donatów”, bo zarys fabuły wraz z prowadzeniem poszczególnych wątków zasadniczo jest całkiem sensowny, jednak wiele scen potrafi rozłożyć na łopatki. To właśnie to jest największą zaletą tej dramy, a przecież dochodzą też inne. Ciekawe wykreowane postacie, jak m.in. zabawnie przerysowany sekretarz Go (Han Jung-soo), czy Chang (Jung Yoo-geun), czyli najsłodsze koreańskie dziecko w historii, które musi być reinkarnacją Kota ze "Shreka".

Ogólnie to właśnie takie małe elementy sprawiają, że tę dramę tak świetnie się ogląda i z przyjemnością w tym momencie poleciłabym ją Wam, gdyby nie to, że po kilku odcinkach najwyraźniej twórcom skończyły się narkotyki i swój dramat życiowy wyładowali na scenariuszu. Niemal w jednej chwili „Iron Man” z lekkiej, komicznej i odrobinę tajemniczej produkcji zmienił się w przepełnioną dramatem dramą i to taką wciśniętą na siłę. Problemy bohaterów były naciągane, ich reakcje wywoływały zażenowanie, a całość stała się niezdatna do oglądania. I tak po bodajże 10 odcinku więcej scen przewijałam, niż oglądałam, bo nie zdzierżyłabym. Jaki z tego wniosek? Nie ważne, czy lubicie dramy, czy nie, idźcie obejrzeć 5 pierwszych odcinków koreańskiego „Iron Man”! Pośmiejcie się, nie dowierzajcie i zastanawiajcie, co tam właściwie się dzieje, a później porzućcie oglądanie! Jeśli będziecie ciekawi, co było dalej, to zwyczajnie zapytajcie Gosiarellę! You're welcome!

Ps. Postawiłam na Spyke, a Wy którego superbohatera porównalibyście do Joo Hong Bina?
Ps2. Najbardziej absurdalna drama, przy której turlaliście się ze śmiechu po podłodze to...? Piszcie!
Czytaj całość

© Copyright Gosiarella