Kopciuszek na rurze, czy patologiczna Papierowa Księżniczka


Erin Watt w "Papierowej Księżniczce" zaserwowała nam kolejną wariację opowieści o Kopciuszku... tzn. gdyby Kopciuszek nie miał złej macochy, tańczył na rurze w podrzędnej knajpie, a jej przyszły królewicz chciał ją zniszczyć. Cała reszta względnie się zgadza, ale może po kolei.

Ella Harper jest nastolatką, która musi sobie radzić sama. Jej matka umarła kilka lat wcześniej. Ojca nigdy nie poznała. Fortuny nie odziedziczyła, a przynajmniej tak myślała do czasu, gdy w jej szkole zjawił się pan Royals (naprawdę autorka była subtelna przy wybieraniu tego nazwiska), który okazał się przyjacielem jej zmarłego ojca. Royals niczym dobra wróżka, zaproponował Elli układ - będzie dostawała olbrzymią sumę pieniędzy w zamian za mieszkanie z jego rodziną w luksusowej rezydencji ze wszelkimi możliwymi udogodnieniami i nawet nie po to, by tam sprzątać! Gdzie w tym haczyk? Cóż... czwórka jego synów to istne utrapienie.


Muszę przyznać, że początkowo byłam zachwycona dość odświeżającym i odważnym podejściem do tematu. Patrząc na okładkę i tytuł spodziewałam się lekkiej młodzieżówki z typową dla gatunku bohaterką, która będzie grzeczną, ułożoną dziewczynką zmagającą się najpierw z biedą, a później z podstępnym światem bogaczy. A jednak Erin Watt mnie zaskoczyła już na wstępie. Ella jest zaradna, wyszczekana i rozbiera się w klubie ze striptizem - bądźmy szczerzy, to nie jest postać, której bym się spodziewała. Bawiły mnie strasznie jej próby uciekania przed podejrzanym człowiekiem, który przyszedł znikąd i obwieścił, że od teraz jest jej prawnym opiekunem. Sytuacje, jakie z tego wynikały były absurdalnie komiczne. Niestety później wszystko zaczęło się psuć.

Z przebojowej i ogarniętej dziewczyny, która sama potrafi o siebie zadbać, nasza bohaterka szybko zmienia się w płaczliwą niewiastę z poważnymi problemami (psycholog zbiłby na niej małą fortunę). Chcecie przykładów? Proszę bardzo! Dziewczyna szczyci się, że patrząc na umierającą matkę nie zapłakała dopóki wszyscy lekarze i pielęgniarki nie wyszły z pokoju, ale płakusia, gdy tylko nowy zły brat zacznie jej dokuczać. Najwyraźniej są rzeczy smutne i smutniejsze. Jeśli o mnie chodzi, to najbardziej mnie smuci, a raczej poważnie irytuje jak autorka zbudowała wątek romantyczny - jest totalnie patologiczny. Zresztą wszystkie relacje między bohaterami takie są w "Papierowej księżniczce". Mamy pana Royalsa, który praktycznie uprawia seks ze swoją nową dziewczyną na oczach synów i nowej podopiecznej. Mamy czwórkę młodych Royalsów, którzy praktycznie molestują seksualnie i znęcają się psychicznie nad nową członkinią klanu, ale po chwili już zostają psiapsiółami, jakby nigdy nic.

Niemniej i tak najgorsza jest relacja Elli z Reedem, czyli nasze główne love story. Chłopak jej grozi, upokarza, znęca się nad nią psychicznie, pozwala swoim minionom ją znieważać, ale najwyraźniej Erin Watt uważa to za normalne zwyczaj godowe nastolatków. Brawo! W nagrodę powinny panie (ten potworek ma dwie autorki) wziąć rozpęd i walnąć głowami w ścianę! Następnie przeznaczyć cały dochód z książki na schroniska dla kobiet. A całkiem poważnie (choć poprzednie zdania też były na poważnie!) boli mnie, że książki młodzieżowe potrafią kreować tak patologiczne romanse z chamami! Nie ma to, jak idealizowanie toksycznych związków opartych na przemocy! Świetne wzorce! Jednak nie oszukujmy się, autorki wiedziały do kogo kieruje swoje pożal się Thorze dzieło, skoro zawarła instrukcje robienia loda. Tak, w "Papierowej Księżniczce" scen erotycznych też nie brakuje. Odniosłam wrażenie, że autorki chciały pod płaszczykiem powieści dla nastolatków upchnąć odważną historię z nieszablonowymi bohaterami, jednak na samych chęciach się skończyło, ponieważ kompletnie im to nie wyszło. Szkoda, zmarnowały ciekawy pomysł.
Aż dziw bierze, że ta padaka ma kontynuacje. Tyle zmarnowanych drzew [*]

Do wszystkiego podeszły po macoszemu. Bohaterowie są płascy, jak papier i poza ich licznymi dysfunkcjami niewiele o nich wiadomo. Fabuła (jaka fabuła?!) zresztą także. Wszystko opiera się na upokarzaniu głównej bohaterki, przez co dziewczyna od razu miała ochotę wskoczyć 'oprawcy' do łóżka. Noż k#!$@! Serio?! Wybaczcie, ale samo wspomnienie i pisanie o "Papierowej Księżniczce" podnosi mi ciśnienie. Niby mogłabym napisać, że styl jest w porządku i całość czyta się dość szybko, ale po co, skoro uważam sięgnięcie po nią za stratę czasu i nerwów? Szczerze odradzam. Choć muszę przyznać, że z ciekawości zerknęłam na oceny innych czytelników i zdania są mocno podzielone i zawsze skrajne - albo się jej nienawidzi albo kocha. Bałabym się wchodzić w interakcje z ludźmi, którzy dają tej pozycji 10/10. Poważnie nie marnujcie na nią czasu i pieniędzy! To tylko ładnie opakowana padaka.

Ps. Zróbmy sobie mały festiwal gorzkich żali - dajcie znać, jakie okropne gnioty przeczytaliście tylko dlatego, że skusiła Was piękna okładka.

Czytaj całość

Killing Eve, czyli sezon na psychopatyczne zabójczynie trwa!

Serial o płatnych zabójcach

Lubicie produkcje o płatnych zabójcach? Jeśli tak, to pokochacie "Killing Eve", czyli najnowszy serial opowiadający o zabójstwach, intrygach i zwichrowanych relacjach myszy ze ścigającym ją kotem (choć nie jestem pewna, która z bohaterek jest myszą, a która kotem).

Jak każda dobra historia, "Killing Eve" zaczyna się od morderstwa. Morderstwa, które przyciąga uwagę brytyjskiego wywiadu, w którym pracuje tytułowa Eve (Sandra Oh). Główna bohaterka nie jest asem wywiadu, bardziej sekretarką, która niegdyś studiowała psychologię kryminalistyczną, a przy tym pociągają ją seryjne zabójczynie. Kobieta wylatuje z pracy, gdy zaczyna prowadzić prywatne śledztwo w sprawie wspomnianego morderstwa, a ślady doprowadzają ją do Villanelle (Jodie Comer). Eve zostaje zwerbowana do tajnej jednostki, która ma za zadanie schwytać zabójczynie. Problem polega na tym, że nie tylko Eve dostaje obsesji na punkcie tajemniczej morderczyni - Villanelle również dostaje obsesji na punkcie Eve.

Przede wszystkim muszę pochwalić twórców i aktorki za stworzenie niesamowitych postaci kobiecych i to nie tylko tych pierwszoplanowych, chociaż to na nich się skupię. Każda z głównych bohaterek jest genialnie wykreowana i ogląda się je z przyjemnością.
Villanelle jest dokładnie taką zabójczynią, jaką chciałam zobaczyć w popkulturze. Jest profesjonalistką niezwykle zdeterminowaną na wykonanie zadania - niezależnie od tego, kto jest celem. Przy okazji sposób w jaki zabija zawsze jest niezwykły. Kreatywność zbrodni tak bardzo! Przy okazji uwielbiam to, że dziewczyna nie ma żadnych traumatycznych przeżyć, które mogłyby usprawiedliwiać jej zawód. Ona zwyczajnie jest psychopatką, którą cieszy praca. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę przyjemnie ogląda się tak spełnionego człowieka, który ma tyle frajdy z wykonywania rozkazów! Villanelle zdecydowanie jest jedną z najlepiej wykreowanych zabójczyń EVER! Będziecie chichotać, jak oszalali, gdy tylko zacznie zabijać. Tak, to okropne, ale będziecie!
Dodatkowo szalenie podoba mi się relacja między obiema bohaterkami. Jest skomplikowana, intrygująca i naprawdę zdrowo popaprana, więc ogląda się to wybornie!

Płatne Zabójczynie z popkultury
BBC America, dziękuję za stworzenie Villanelle! Jestem nieopisanie wdzięczna!

Eve jest bardzo bezpośrednia, zdeterminowana i zabawna, ale równocześnie dość niedbała, słabo wyszkolona i nieobyta, co tworzy ciekawe połączenie. Sandra Oh perfekcyjnie wpasowała się w taką postać. Jej gesty, mimika i zachowania dodatkowo podkreślały cechy Eve, a przy okazji niesamowicie bawiły. Szczególnie uwielbiam sceny, w których rozmawiała ze swoim mężem, Niko (Owen McDonnell). Były wprost przezabawne i wprowadzały do serialu polski akcent. Już w pierwszym odcinku dostajemy sporą porcję polskości. Niestety akcent i wymowa są zazwyczaj koszmarne, nawet u postaci, które teoretycznie powinny być biegłe, niemniej nie będę marudzić, bo po pierwsze wynagrodziła mi Sandra Oh mówiąca po polsku, a po drugie to miło, że przynajmniej zadali sobie trud, by tłumaczyć poprawnie, a nie wstawić np. rosyjski w miejsce polskiego.

"Killing Eve" jest brytyjską produkcją, więc ma zupełnie inny klimat od amerykańskich seriali, jednak nie aż tak brytyjski, jak się obawiałam (niestety nie przepadam za brytyjską popkulturą, wybaczcie). Jest nieco szary, a bohaterowie nie wyglądają, jakby dopiero co zeszli z czerwonego dywanu, jednak tempo akcji jest dość szybkie, a całość zamyka się w ośmiu odcinkach. Podoba mi się jak twórcy bawią się konwencją. Z minusów warto wspomnieć o zabójstwach dokonywanych przez Villanelle. Jak wspomniałam są kreatywne i świetnie się bawiłam, jednak są nieprzemyślane dobrze. Jasne, jak wspominano dziewczyna po dwóch latach aktywności stała się zbyt arogancka, a w dodatku jest psychopatką, którą bawi perspektywa, że może zostać złapana (a raczej, że zabije osobę, która ją przyłapie), jednak niektórych może drażnić, jakim jest lekkoduchem. Przez to wydaje się niemal absurdalne, że do tej pory jej nie złapano. Mnie osobiście kompletnie to nie przeszkadzało, o zbyt bawią mnie takie przerysowania (nie bez powodu moim ulubionym złoczyńcą jest Joker).


Killing Eve serial

Chyba nie muszę pisać, jak bardzo podobało mi się "Killing Eve"? Myślę, że mój zachwyt jest, aż na zbyt widoczny. I co z tego, że serial ma wady? Who cares?! Bawiłam się przy nim świetnie i uważam go za naprawdę odświeżającym dla gatunku. Nie wszystkim się spodoba, ale jeśli należycie do osób, które lubią taką tematykę, to zdecydowanie powinniście chociaż go sprawdzić, by sprawdzić, czy kliknie, a gdy tak się stanie możecie podziękować!

Ps. Jak widać moja faza na filmy, książki i seriale o zabójczyniach trwa w najlepsze, więc śmiało możecie podrzucać kolejne tytuły. Za ten serdecznie dziękuję Lexi!
Ps2. Pytanie do fanów gatunku: jaką kreacje seryjnego/płatnego zabójcy z popkultury najbardziej lubicie i czym sobie na to zasłużył?
Czytaj całość

Co przywlecze lipiec, czyli premiery filmowe i książkowe!


Lipiec! Mój ulubiony miesiąc! Niestety poza wszystkimi swoimi zaletami, lipiec ma jedną wadę - wydawnictwa nie wypuszczają wtedy prawdziwych hitów (chociaż w tym roku i tak jest naprawdę nieźle). Za to kina, jak najbardziej! Dlatego tym razem, to na ciekawe filmy nastawcie się przede wszystkim! Gotowi?


Jorge Franco - Rosario Tijeras
Wydawnictwo: W.A.B.
Data: 4 lipca

Tytułowa Rosario Tijeras to urodziwa płatna zabójczyni, ciężko postrzelona podczas jednej ze swoich wypraw. Gdy walczy o życie w szpitalu w Medellín, czytelnik poznaje jej losy z ust Antonia, przyjaciela kobiety, snującego opowieść o jej burzliwym życiu, utkaną ze wspomnień i strzępków zasłyszanych historii. Ujawnia przy tym namiętne uczucia, jakie żywi wobec Rosario.
Wznowienie głośnej powieści ukazującej obraz kolumbijskiego miasta Medellín w latach osiemdziesiątych – pełen brutalności, walk między członkami gangów narkotykowych, wszechobecnej biedy i dążenia za wszelką cenę do lepszego życia.
Paul Britton - Profil mordercy 
Wydawnictwo: Znak
Data: 4 lipca

Paul Britton jest jednym z najsłynniejszych profilerów na świecie – na podstawie śladów na miejscu zbrodni przygotowuje portret psychologiczny mordercy. Szuka szczegółów, które powiedzą mu coś o sprawcy, pozwolą sięgnąć do jego umysłu i spojrzeć na świat jego oczami. Nawet jeżeli oznacza to konieczność oglądania śmierci przerażonej ofiary.
Psychopaci ukrywający ciała ofiar w ścianach własnego domu i w przydomowym ogródku, szantażysta grożący zatruciem karmy dla zwierząt i odżywek dla dzieci w marketach, makabryczni kolekcjonerzy zabierający z miejsc zbrodni fragment ciała ofiar – to tylko niektóre z prawdziwych spraw, jakie trafiły na strony tej książki.  Paul Britton nie tylko przedstawia swoje najtrudniejsze śledztwa, ale też próbuje wyjaśnić, skąd bierze się w ludziach zdolność do okrucieństwa i zbrodni. "Profil mordercy" to mroczna wyprawa w głąb zbrodniczych umysłów.

Vi Keeland - Show 
Wydawnictwo: Kobiece
Data: 19 lipca

Jeden kontrakt, wiele zasad i wielka pokusa, żeby je złamać
Jedna z najpopularniejszych autorek romansów Vi Keeland wraca na polski rynek z nową elektryzującą historią, której bohaterka bierze udział w reality show!
Kiedy Kate zdecydowała się na udział show, w którym miała rywalizować z innymi dziewczynami o serce Flynna, zgodziła się na wszystkie zasady programu. Wydawało się jej, że nie będzie z tym problemu. Jednak wtedy nie znała jeszcze seksownego Coopera, który pokrzyżował jej wszystkie plany. Wkrótce dziewczyna traci grunt pod nogami i nie wie, jak walczyć o względy Flynna, bo serce oddała Cooperowi. Jednak Kate wie, że kontrakt to kontrakt i musi trzymać się zasad, zwłaszcza że na ich straży stoi wcielony diabeł.

Agata Czykierda-Grabowska - Adam
Wydawnictwo: Znak
Data: 18 lipca

Nawet nie będę udawać, że ta książka nie znalazła się tutaj przez okładkę, która jest obłędna!

W miłości, jak w bajkach, wszystko jest możliwe.
Adam nie zaznał w życiu szczęścia. Po trudnym dzieciństwie i tragicznej śmierci matki trafił do domu tymczasowego, żeby doczekać osiemnastych urodzin. Później miał być zdany sam na siebie, sam stawiać czoła swoim lękom, koszmarom i niebezpieczeństwu, od którego nikt nie mógł go uchronić. Nie spodziewał się, że los postawi na jego drodze dziewczynę o zielonych oczach i wielkim sercu, które czuje zbyt mocno. Nie wiedział, że ona także skrywa bolesną tajemnicę, której dotychczas nikomu nie wyjawiła. Nie mógł przewidzieć, że zrodzi się między nimi miłość – czysta i młodzieńcza, ale też namiętna i obezwładniająca. Miłość, która uratuje ich na tysiąc różnych sposobów.

Julie Johnson - Wbrew grawitacji
Wydawnictwo: Kobiece
Data: 13 lipca

To coś więcej niż przyjaźń. Może nawet więcej, niż miłość.
Dwudziestoletnia Brooklyn walczy z bolesną traumą. Jako dziecko była świadkiem morderstwa ukochanej matki. Od wielu lat dręczą ją koszmary, z którymi nie jest w stanie sobie poradzić. Odcina się od ludzi i nikomu nie pozwala zbliżyć się do siebie. Nie może pozwolić, żeby ktoś ją zranił.
Wszystko zmienia się, gdy na studiach poznaje Finna, najprzystojniejszego faceta w kampusie. Zupełnie nie jest gotowa na to, jak bardzo ten intrygujący i zabawny wokalista będzie wytrwały z zdobywaniu jej miłości. Wkrótce przyciąganie między nimi staje się zbyt duże, aby byli w stanie z nim walczyć.  Jednak Brooklyn nie wie, że będzie musiała zmierzyć się z mrocznymi wspomnieniami oraz rozegrać śmiertelną grę w kotka i myszkę z nieprzewidywalnym wrogiem, który czai się tuż za rogiem.
Daisy Goodwin - Łowca posagów
Wydawnictwo: Marginesy
Data: 13lipca


Sisi, cesarzowa Austrii to ktoś, kogo pragnie każdy mężczyzna i komu zazdrości każda kobieta.
Piękna, wysportowana i inteligentna Sisi ma wszystko – z wyjątkiem szczęścia. Jest znudzona ogłupiającą etykietą na dworze Habsburgów i swoim znacznie starszym, sumiennym, lecz mało ekscytującym mężem, Franciszkiem Józefem. Musi wyrzec się prywatności, nieustannie towarzyszą jej damy dworu i służące. Sztywny rozkład dnia nie odpowiada przyzwyczajonej do swobody cesarzowej. Życia nie ułatwia też despotyczna teściowa. Sisi, żeby zabić nudę i uciec od rutyny, często wsiada na jacht, na grzbiet konia albo do swojego prywatnego pociągu.
Na zaproszenie Korony Brytyjskiej przyjeżdża do Anglii na polowanie. Szuka tu wrażeń i znajduje je w osobie zawadiackiego kapitana Baya Middletona, jedynego człowieka w Europie, który jeździ na koniu lepiej niż ona. Młodszy od Sisi o dziesięć lat i zaręczony z bogatą i oddaną mu Charlotte Bay może stracić wszystko, zakochując się w kobiecie, która nigdy nie będzie należeć do niego. Ale Middleton i cesarzowa są jednakowo nierozważni, a ich wzajemny pociąg to siła, której nie da się powstrzymać.
Łowca posagów opowiada prawdziwą historię XIX-wiecznej Królowej Serc i kapitana kawalerii, historię o walce między miłością a obowiązkiem.

Berek - 6 lipca


Iniemamocni 2 - 13 lipca


Pierwsza noc oczyszczenia - 20 lipca


Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie - 20 lipca


Książę Czaruś - 27 lipca



Ps. Dajcie znać, co przykuło Waszą uwagę! 
Ps2. Znikam na dwa tygodnie, więc najpewniej dopiero wtedy przejrzę Wasze komentarze, ale nowe teksty będą się pojawiać, żebyście nie marudzili, że Was nie kocham i zaniedbuję! <3
Czytaj całość

Gdy Twój facet zjada mózgi, czyli wady i zalety romansu z zombie

Romans z zombie film

Nigdy nie sądziłam, że dożyję czasów, w których będę musiała przedstawiać zalety i wady romansu z zombiakiem. Niestety stało się - romanse z zombie w popkulturze zyskują na popularności. Zaczęło się od "Ciepłych ciał" (znanych również pod tytułem "Wiecznie żywy") i niestety na tym się nie skończyło, bo dostaliśmy również "Z-O-M-B-I-E-S", "iZombie", a o "Zombie Striptizerkach" nawet nie chcę wspominać.

Ja się pytam: DLACZEGO?! Nie żebym była uprzedzona do martwych kolesi wyżerających ludzkie mózgi, ale jakim cudem zyskują oni aż taką sympatię u płci pięknej? Może rozważę to w starym dobrym stylu, czyli za pomocą listy plusów i minusów. Jestem ciekawa, czy też wybrałabym zombie. Spoiler: Nie ma szans!


1. Jest małomówny*
Każdy od czasu do czasu lubi sobie porozmawiać o mózgach, ale wyobrażacie sobie mózgi jako jedyny temat rozmowy?! Zwariowałabym po tygodniu, gdyby każda moja rozmowa wyglądała tak:

- Kochanie, myślisz, że ta sukienka mnie pogrubia?
- Braine...
albo:
- Kochanie, myślisz, że Twój przyjaciel zjadł psa sąsiadów?
- ...Braine...

albo:
- Kochanie, co chcesz na obiad?
- ...Braine...Braine...

A nie, to ostatnie jednak ma sens. To jednak wcale nie zmienia faktu, że zombie nie porozmawiasz o wrażeniach po obejrzeniu nowego serialu, ani nie zaśmieje się z niezwykle udanego żartu, więc po co się wysilać.

2. Zjada mózgi
Zombie zjada mózg
Bon appetit!

To oznacza, że gdy tylko usłyszycie o zaginionym znajomym będziecie się zastanawiać, czy poszukiwań nie należy rozpocząć w przewodzie pokarmowym Waszego ukochanego. A jeśli przeczucia okażą się prawdziwe, to jak później spojrzeć w oczy jego rodzinie? Trochę krępująca sytuacja. Poza tym, jeśli nawet zombie jest już rozumne, to nie zmienia faktu, że może w przeszłości pożarł Waszego znajomego. Poza tym dodatkowym minusem jest to, że nie możecie podbierać mu jedzenia z talerza... to znaczy w sumie możecie, ale to obrzydliwe.

3. Zarazki
Naprawdę muszę wyjaśniać, że zombizm jest wysoce zaraźliwy? Niech Was dziabnie i po Was! Wymiana płynów też raczej źle się skończy, czyli nici z całowania i aktywności dla dorosłych.

4. Jest martwy
Wyobrażacie sobie ten nieustający smród gnijącego ciała? Wyobrażacie sobie?! Tym razem żaden odświeżacz powietrza nie pomoże! Niezależnie od tego ile choinek zapachowych zawiesicie mu na szyi! Poza tym zbliża się sezon wakacyjny i nie żebym oceniała ludzi po wyglądzie, ale trochę przerażałoby mnie leżakowanie obok faceta, któremu wystają żebra w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przy okazji jego partnerka miałaby jeszcze gorzej, bo zarówno opalanie, jak i kąpiel chyba znacząco przyśpieszyłyby gnicie tego już i tak nieseksownego ciałka.

Artykuły o zombie

5. To zombie!
Umówmy się: Nie ma nic seksownego w zombie, a na dodatek zawsze znajdą się porządni zombie hunterzy, którzy będą na niego polować, by zapewnić rasie ludzkiej przetrwanie! Poza tym wszyscy będą uważać partnerkę zombie za nekrofilkę i patrzeć na nią z odrazą. No umówmy się, taki związek jest dziwny!

1. Jest małomówny*
Blog o zombie apokalipsie

Istnieje stereotyp, że kobiety są gadatliwe do stopnia, że mogą zagadać człowieka na śmierć. W tym przypadku żadna kobieta nie musi się obawiać o puls swojego mężczyzny, bo... no cóż... ten statek już dawno odpłynął. Poza tym taki zombiak może okazać się świetnym słuchaczem, który w odpowiednich momentach będzie wydawał z siebie pomruki, które możecie dowolnie interpretować. Haw awesome is that?! Nigdy nie będzie się z Wami kłócił, ani wtrącał się niepotrzebnie, ani nawet nie będzie narzekał!

2. Zjada mózgi
Jest duża szansa, że będąc na takiej diecie sam wyjdzie z domu i upoluje swój posiłek. Co to oznacza dla Was? Ogromną oszczędność na zakupach spożywczych! A przy okazji nie musicie mu gotować!

3. Zarazki
Zombie jest martwe, więc raczej nie złapie przeziębienia, czy nawet grypy żołądkowej, którą mógłby Was zarazić. To zawsze jakiś plus! Poza tym on sam też raczej nie legnie do łóżka z wysoką temperaturą, domagając się, żebyście robiły za pielęgniarki. Wszyscy wiemy, jak upierdliwi potrafią być chorujący mężczyźni, a z zombiakiem problem z głowy!

Epidemia Zombie
Bez wideł nie podchodź!

4. Jest martwy...
...czyli nie musicie się martwić, że go zranicie, czy przypadkowo zabijecie. Kobiety mające problemy z agresją mogą swobodnie ją na swoim zombiaku wyładować. Bicie po ramieniu, kopanie po brzuchu, czy nawet przebijanie metalową rurą na wylot nie powinno mu zaszkodzić. Pod warunkiem, że jego mózg zostawią w spokoju.

5. To zombie!
Więc kto normalny chciałby być z nim w związku?! Jeśli znajdzie się na tyle szalona kobieta, to ma spore szanse, że druga odważna się nie trafi, więc nie ma mowy o zdradach! No chyba, że zombie pójdzie w bok z panią zombie.


Ps. Nie krępujcie się przy dodawaniu własnych wad i zalet takiego romansu, a przy okazji jestem naprawdę ciekawa, czy znajdzie się tutaj osoba, która dałaby się porwać zombiakowi w ramiona!
-----
* Punkty z gwiazdką należy skreślić, jeśli zombie będzie inteligentne i kominukatywne.
Czytaj całość

Zagubieni w kosmosie, czyli Robinson zawsze się zgubi!


"Zagubieni w kosmosie" to tytuł, który brzmi znajomo, prawda? Tegoroczna produkcja Netflixa bazuje na serialu emitowanym w latach '60. Przyznaję, że nie oglądałam ani jego, ani późniejszej wersji pełnometrażowej, dlatego do "Lost in space" podchodziłam ze świeżym spojrzeniem i całkowitą niewiedzą na temat tego, co mnie czeka.

Pewnego dnia Ziemi stało się kuku. Wybaczcie, ale naprawdę "kuku" jest tu jedynym możliwym określeniem bliżej niezidentyfikowanej katastrofy (coś spadło z kosmosu), która spowodowała jeszcze bardziej niezidentyfikowane szkody (dowiedziałam się tyle, że niebo przestało być niebieskie). W związku z kuku ludzie postanowili osiedlić się na innej planecie. Oczywiście dotyczyło to tylko tych przydatnych, którzy przeszli odpowiednie testy. Wśród tych wartościowych zasobów znajduje się rodzina Robinsonów, a gdy ludzie o takim nazwisku ruszają w podróż, to wiadomo, że rozbiją się na bezludnej wyspie lub planecie, jak to miało miejsce w przypadku tej produkcji. Po katastrofie szybko w padają ofiarami licznych zagrożeń, które czyhają na nieznanej im planecie. Na szczęście dla nich z pomocą przychodzi im kosmiczny robot.

"Zagubieni w kosmosie" skupiają się głównie na dwóch wątkach, a przynajmniej te dwa były dla mnie istotne. Po pierwsze na próbie opuszczenia bezludnej planety, na której się rozbili. Najbardziej w space operach lubię poznawanie nowych drugich Ziem. Fascynuje mnie, jakie panują na nich warunki, jakie występują tam gatunki flory i fauny oraz jak koloniści stawiają swoje pierwsze kroki, by się na niej zadomowić. Pod tym względem "Lost in Space" okazało się całkiem interesujące i nudne zarazem, choć brzmi to paradoksalnie. Naprawdę zachwycające okazały się drobnostki, jak niezwykły spektakl rozgrywający się na niebie. Niestety w zbyt wielu aspektach, twórcy nie wykazali się kreatywnością, więc nowa planeta do złudzenia przypominała Ziemię, po której chodziły w pewnym stopniu zmodyfikowane drapieżniki przypominające nasze wciąż istniejące ssaki lub dinozaury.
Po drugie na przyjaźni chłopca z robotem. Muszę przyznać, że akurat to okazało się najciekawszą rzeczą w serialu. Niby taki ciepły, nawet familijny wątek, a ciągle czeka się, aż robot rozszarpie chłopca.



Oczywiście robot i chłopiec nie są jedynymi bohaterami, bo serial skupia się na całej rodzince Robinsonów, do której zalicza się:
Ojciec (Toby Stephens), były żołnierz, który przez większość życia swoich dzieci był na misjach.
Matka (Molly Parker), irytująca perfekcjonistka i pani naukowiec w jednym. Zajmuje się... właściwie nie mam pojęcia czym, bo wychodzi na to, że zna się dosłownie na wszystkim. Wszystko naprawi, wszystko obliczy, wszystko ogarnie i w ogóle jest połączeniem Einsteina z Macgyverem.
Córka Judy (Taylor Russell), która jest chyba najsztywniejszą i najbardziej snobistyczną bohaterką, jaką widział świat. Robi za profesjonalną nastoletnią panią doktor.
Córka Penny (Mina Sundwall), która jako jedyna w rodzinie nie jest totalnym geniuszem znającym się na wszystkim, więc oczywiście musi być infantylna, zamiast zwyczajnie ludzka.
Syn Will (Max Jenkins), czyli najmłodszy geniusz w rodzinie. Ma może osiem lat, ale już jest mądrzejszy od wszystkich członków ekspedycji (oczywiście pomijając Robinsonów).

Opisując bohaterów zorientowałam się, że irytują mnie znacznie bardziej teraz, niż podczas oglądania. Dopiero analizując ich charakter i działania na chłodno, zaczęłam dostrzegać, jak ich postawy były pretensjonalne. Ciężko polubić bohaterów, którzy mają się za lepszych od pozostałych, a przy tym zostali wykreowani na chodzące ideały, a Robinsonowie niestety tacy są. To nie tylko moje zdanie. Pozostali rozbitkowie mieli o nich podobne, więc o czymś to świadczy.

Robinsonowie
Space opery to dość nietypowy gatunek, bo może się pod tym kryć wszystko - od romansy, przez międzygalaktyczne bitwy, aż po kino familijne. "Zagubieni w kosmosie" należą do tej ostatniej kategorii. Nie ma w nich płomiennych romansów, wielkich podbojów, ani mroku i scen dla dorosłych. Jak wspominałam, nie oglądałam produkcji, na której oparto ten serial, jednak i tak podczas oglądania jestem w stanie poczuć ducha starych, amerykańskich seriali, które nie skupiały się na efektach specjalnych, brutalności, czy nawet logice (o niestety absurdów jest tu cała masa), tylko miały zapewniać rozrywkę całej rodzinie. I w tym sensie jest w "Zagubionych w kosmosie" coś uroczo nostalgicznego.

Pytanie do Was: Co w serialach najbardziej do Was przemawia? Akcja, klimat, bohaterowie, tematyka, brak totalnych absurdów i nieścisłości, czy może coś jeszcze innego?
Czytaj całość

Twój Simon...oraz inni Homo Sapiens, czyli książka vs film


Muszę przyznać, że nie miałam w planach czytania "Simon oraz inni Homo Sapiens" Becky Albertalli. Chciałam się wykpić filmem "Twój Simon", jednak bardziej lub mniej przypadkowo książka do mnie trafiła i totalnie w sobie rozkochała. Do tego stopnia, że rzuciłam wszystkie plany i dzień później obejrzałam ekranizację. Ta wersja też mi się podobało, ale są pewne różnice, które zmieniły wiele. Co powiecie na małe porównanie?

Zarówno film, jak i książka opowiadają historię nastoletniego Simona, który ma uroczą rodzinę, fajnych przyjaciół i sekret, który przed nimi ukrywa. Jest gejem. Nie wstydzi się tego, zwyczajnie denerwuje go sam fakt, że musi wszystkim publicznie ogłaszać jakiej jest orientacji. Jego życie zmienia się, gdy na szkolnym Tumblrze znajduje wpis Blue, a następnie zaczyna wymieniać z nim maile. Wraz z kolejnymi wiadomościami zakochuje się w chłopaku. Niestety są dwa problemy. Pierwszym jest to, że Blue nie chce ujawnić kim jest. Drugim jest to, że Martin chce ujawnić kim jest Simon i szantażem zmusza go do zeswatania go z Abby.

Obie wersje opowiadają dość podobną historię. Pełną ciepła skupiającą się na pierwszych miłościach i wychodzenia z szafy. Przyglądając się bliżej można dostrzec, że twórcy nie pokazują wyłącznie zmagań z przyznaniem się do swojej orientacji seksualnej, ale również na ogólnym wychodzeniu z cienia swoich lęków, które dotyczą wszystkich nastolatków. Przykładem niech tu będzie Lea, która przez lata skrywała swoją miłość do wieloletniego przyjaciela i zazdrość o tę nową, popularniejszą dziewczynę w ich grupie. To świetne, że mimo spoglądania z perspektywy Simona, którego właściwie napędza głównie obawa o własny coming out, udaje się nam dostrzec również problemy pozostałych postaci, nawet jeśli nie są one tak ważne.

Love Simon
Statuetkę dla tego pana! Migusiem! 

Szybko powiem, że obie wersje mi się podobały, a teraz przejdźmy do porównania, gdzie niestety będzie sporo spoilerów (tylko tożsamości Blue Wam nie zdradzę!). Na wstępie mała ciekawostka: dopiero w 25 minucie filmu zaczyna się akcja znana z książki. A teraz czas na konkrety!
Przede wszystkim podobał mi się dobór aktorów. Ludzie od castingów sprawili się wyśmienicie! Nick Robinson w tytułowej roli sprawdził się świetnie. Josh Duhamel jako ojciec Simona to czyste złoto! Zakochałam się w nim po uszy i jeśli ktoś kiedyś będzie przyznawał statuetkę dla najlepszego ojca w popkulturze (lub aktora grającego taką postać), to zatłukę maczetą, jeśli do niego nie trafi! Jorge Lendeborg Jr. i Alexandra Shipp jako Nick i Abby też mi pasowali, ale to para z planu "Trzynastu powodów" zrobiła mi dzień. Oglądanie Katherine Langford jako Lea oraz Miles Heizer jako Cala wywoływało uśmiech i miała ochotę na więcej scen z ich udziałem Dlatego ucieszyłam się, że Lea dostała ich większą rolę, niż w książce. Właściwie w pewien sposób zjadła Abby, od której tam się roiło. Niestety Cal ucierpiał. [Spoiler] Poza tym, że było go mniej, to nie pozwolono mu przyznać się do bycia bi, a tym samym odegrać istotnej roli w relacji Simona i Blue. [Już możecie odetchnąć z ulgą - spoiler minął]
Muszę szczerze przyznać, że zachwyciło mnie wprowadzenie nowych postaci, jak zabawny dyrektor szkoły (Tony Hale), czy Ethan (Clark Moore), a także rozbudowa charakteru Pani Albright (Natasha Rothwell). Sceny z udziałem tej trójki, a zwłaszcza pracowników szkoły wywoływała u mnie dziki uśmiech. Czysta perfekcja, która sprawiła, że historia Simona stała się znacznie zabawniejsza!


[Od tego momentu spoiler goni spoiler i wspólnie hasają wesoło]

Coming out

Zacznijmy od samej sytuacji, w której Martin wrzucił post o orientacji Simona. W książce zrobił to przez zazdrość i dostanie kosza od Abby, a w filmie była to przyczyna pośrednia. Dostał kosza błąźniąc się przed całą szkołą, a dzieciaki nie omieszkały wyśmiewać go i robić memy. Dla odwrócenia uwagi wrzucił do sieci maile Simona (w książce skasował je, gdy się zaprzyjaźnili, chociaż dalej go nimi szantażował). Niby to nie jest jakaś ogromna różnica, a jednak zmienia wiele w tym, jak postrzegam Martina. Filmowego poniekąd rozumiem. Było mu wstyd i chciał przekierować uwagę w inną stronę. Dalej było to głupie i złe, jednak nie tak, jak w książce, w której nic na tym nie zyskał poza własną, chorą satysfakcją. Widzicie krzywdzenie innych bez własnych korzyści jest gorsze od robienia tego dla korzyści. Bezcelowe okrucieństwo jest zwyczajnie złe (nie żeby celowe było dobre, bo też nie jest!).

Mam wrażenie, że książka lepiej podeszła zarówno do samego coming outu Simona, jak i lepiej wyjaśniła, dlaczego tak długo się z tym wstrzymywał. Tam dość jasno wyraził, że jest świadomy faktu, że ujawnienie swojej orientacji nie spowoduje, że rodzice wyrzucą go z domu, a znajomi przestaną się do niego odzywać i w zasadzie nic się nie zmieni, w tym jak go traktują. Powstrzymywało go to, jak sam się czuł z myślą o publicznym definiowaniu się, a także nie czuł takiej potrzeby. Chciał to zrobić na własnych warunkach we właściwym czasie, bo tak wybrał, a nie ze strachu i to było niesamowicie fajne. Zwłaszcza gdy okazało się, że miał rację. Rodzina nie zawiodła, a przyjaciele zachowywali się jak chodzące pitbulle, gdy tylko komuś obcemu zebrało się na głupie żarty. To było absolutnie urocze! Wiem, że jestem białą heteroseksualną dziewczyną, więc tak naprawdę nic nie wiem o coming outach, więc mogę je oceniać jedynie ze swojej perspektywy i tak też zrobię. W "Simon oraz inni Homo Sapiens" zakochałam się w tym, że przy ujawnianiu orientacji seksualnej obyło się bez wielkich dram. Nie było rodziców zastanawiających się "gdzie popełnili błąd" i wyrzekających się syna. Nie było niezręczności między przyjaciółmi, który wpadliby na pomysł, że po kilkunastu latach znajomości mógłby ich nagle obmacywać. Wszystkie klisze towarzyszące tej tematyce wyrzucono przez okno, ale co równie ważne, nie zapomniano o tym, że na świecie są nie tolerancyjne dupki. Tak że drama była, ale na zewnątrz.


Z kolei w "Twój Simon" to zaprzepaszczono. Niby dalej wszystko było w porządku, ale Jennifer Garner grająca matkę Simona, wyglądała, jakby miała dostać załamania nerwowego i wybuchnąć płaczem, gdy jako mówiła o akceptacji. Poza tym przyjaciele Simona nie stanęli na wysokości zadania i w pierwszym dniu po ujawnieniu jego orientacji postanowili puścić na niego focha. Nie wspierali go wcale. Możecie mi mówić, że nastolatkowie tak mają, że są samolubni i stawiają siebie w centrum świata, ale to bzdura. Nastolatkowie to dalej ludzi i samolubni wyrastają na samolubnych dorosłych, a ci wspierający również nie porzucają tego z wiekiem. To cechy charakteru, a nie wieku, na bloga! Dlatego uważam, że twórcy filmu odrobinę spieprzyli to świetne wspierające środowisko Simona, które tak dobrze wykreowała Becky Albertalli.

Romans

Tak to już jest z książkami, że pozwalają nam tworzyć w głowach własną interpretację bohaterów, więc nie jestem pewna, czy podzielicie moje zdanie na temat Blue... bo z Simonem z pewnością się zgodzicie. Papierowy Simon był nomen omen ciepłą kluchą - uroczą, przezabawną, ale wciąż kluchą. Nie potrafił przeciwstawić się szantażyście, spełniając jedną jego zachciankę za drugą. Ba! W pewnym momencie nawet się z nim w pewnym sensie zaprzyjaźnił. Ponad to jego pchanie Abby w stronę Martina również było subtelniejsze. W ekranizacji widać był więcej buntu wobec Martina, ale również chłopak posuwał się znacznie dalej w działaniu na jego korzyść. Co nie zmienia faktu, że obie wersje bohatera bardzo polubiłam. Przy okazji Nickowi Robinsonowi w roli Simona, daleko do ciepłej kluchy.

I choć jak wspominałam, polubiłam Simona. Bardzo. To moim ulubieńcem był Blue (swoją drogą aktora wybrali idealnie do tej roli, ale nie zdradzę Wam jego prawdziwej tożsamości). Byłam zachwycona jego delikatnością. Choć był anonimowy dało się się wychwycić, że jest osobą nieśmiałą, wrażliwą i pod wieloma względami był również perfekcjonistą. Doskonale rozumiałam dlaczego główny bohater stracił dla niego głowę, chociaż nie znał jego prawdziwej tożsamości, a gdy Blue w końcu się ujawnił stał się jeszcze bardziej uroczy. Domyśliłam się przed Simonem, kim jest Blue, a jednak nawet mnie zaskoczyło, jak wiele Blue zrobił zrobił, by zbliżyć się do chłopaka. Muszę przyznać, że w pewnym sensie to był romans idealny, bo B. chciał, by osoba, z którą pisze była Simonem, choć nie chciał się z nim spotkać w realu, zaś Simon nie miał bladego pojęcia, a naciskał bardziej na ujawnienie się. Poza tym, damn it! Ich związek był perfekcyjny! Taki ciepły i delikatny, że porwałby chyba każdego!


W filmie było to trochę inaczej przedstawione. Było za mało maili, by widz mógł pokochać Blue (można było wyciąć kilka scen z wyobrażeniami Simona i akurat znalazłby się na to czas!). Praktycznie nic o nim nie wiedzieliśmy i nie było żadnej chemii, więc wyglądało to trochę tak, jakby Simon zakochał się w samej idei posiadania chłopaka ze szkoły. Jak dla mnie filmowcy za bardzo spłaszczyli tę postać. A i tak największy grzech popełniono przy ujawnieniu, gdy Blue nagle odciął się od chłopaka, gdy cała szkoła się o nim dowiedziała. To było słabe i nie pasowało do Blue, którego poznałam w książce. Ta cała dziwna sytuacja zmusiła Simona do napisania na publicznym forum wiadomości do Blue i ostatecznie doprowadziła do niesamowicie krępującej sceny na diabelskim młynie. Słyszeliście o secondhand embarrassment? Oznacza to odczuwanie zawstydzenia przez samo obserwowanie kogoś, kto robi coś żenującego.Tak się czułam oglądając scenę na diabelskim młynie. Cholera moment z Martinem był jedyną dobrą chwilą w tym! Jak mogło do tego dojść, skoro tak podobna scena w książce, prawie mnie rozczuliła? Coś poszło nie tak, jak pójść powinno.
[Koniec spoilerów!]

To porównanie zabrzmiało tak, jakbym uważała film za zły, a to bzdura! Zwyczajnie książka jest o niebo lepsza! Choć film zdecydowanie zabawniejszy. Chcę przez to powiedzieć, że się różnią i każdy z nich może funkcjonować niezależnie od siebie i obie wersje dobrze jest poznać. Powieść Becky Albertalli jest cieplejsza i ma bardziej wciągający romans, za to wersja aktorska bawi, a przy tym nie zapomina, że również porusza ważne tematy. Szczerze polecam i życzę sobie więcej takich książek i ich adaptacji!
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella