Pamiętnik z Zombie Apokalipsy, czyli Armagedon dzień po dniu


Książek o zombie nie brakuje i wciąż pojawiają się nowe, przez co coraz ciężej spotkać taką, która potrafiłaby wyróżnić się na tle pozostałych. Tym razem udało mi się taką znaleźć. Macie ochotę poznać kronikę upadku ludzkości z hordą zombie w rolach głównych oraz z survivalowymi wskazówkami? J.L. Bourne stworzył taką w "Armagedon Dzień po dniu".


Głównym bohaterem i zarazem narratorem opowieści jest młody oficer lotnictwa marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, który w ramach postanowienia noworocznego zaczyna pisać pamiętnik. Dość szybko jego zapiski zaczynają przypominać kronikę upadku cywilizacji, a wszystko zaczyna się od informacji o panującej w Chinach epidemii, która doprowadza do licznych zgonów i potrzeby interwencji wojska. Wkrótce wirus dociera również do USA, a mieszkańcy zaczynają gromadzić zapasy. Choć nie spodziewają się zombie apokalipsy, to są pewni tego, że epidemia może spowodować braki w zaopatrzeniu sklepów i zamieszki na ulicach. Nasz bezimienny bohater również postanawia się przygotować. Gromadzi prowiant, amunicję, zabezpiecza dom i sprawia, by stał się on samowystarczalną twierdzą. Jednak sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli, gdy zombie zaczynają błąkać się po ulicach.

Zasadniczo akcja "Armagedon dzień po dniu" J.L. Bourne'a przypomina większość scenariuszy z zombie apokalipsą, czyli ogólnie rzecz ujmując skupia się na ucieczce przed szaloną hordą żywych trupów, które chcą zeżreć bohaterów. Ocaleni w końcu znajdują schronienie, zombie ponownie się gromadzą i znów przychodzi czas na ucieczkę. Taka cecha gatunku, a i tak wszyscy fani zombiaków pożerają kolejne powieści o nich i oglądają następne odcinki The Walking Dead. Dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego fani komedii romantycznych, czy innych gatunków też oglądają ciągle powielane schematy, czyli dlatego, że każda historia czymś się wyróżnia. Zdecydowanie "Armagedon dzień po dniu" także jest inny od pozostałych książek o zombie, które do tej pory czytałam. I to z dwóch powodów.

Skrzywdziłabym osobę odpowiedzialną za stworzenie zagranicznej okładki. Niemniej straszny badziew potrafi skrywać wartościowe rzeczy.

Przede wszystkim forma. Pamiętnik z zombie apokalipsy jest dość ciekawym pomysłem. Sama w razie katastrofy z żywymi trupami, raczej nie wpadłabym na to, by odciążać plecak zeszytem (za to z idiotycznych powodów pewnie zabrałabym notebooka, bo kto by się przejmował brakiem prądu czy wi-fi?), czy raczej spisywać walkę ostatnich ludzi o przetrwanie w świecie, który niegdyś należał do nas. Niemniej za taką kronikę upadku ludzkości z pewnością byliby niesamowicie wdzięczni historycy z przyszłej cywilizacji (o ile taka by się pojawiła). Pisząc już całkiem poważnie, przez wybór takiej formy, czytanie o próbach przetrwania w czasie apokalipsy staje się jeszcze bardziej przejmujące. To zdecydowanie emocjonujące, ponieważ wraz z autorem pamiętnika dowiadujemy się o kolejnych niepokojących doniesieniach, które doprowadzają do globalnej zagłady. Czytamy o tym, co go martwi i czego się boi. Wchodzimy do jego głowy i mamy wgląd w najbardziej skrywane emocje. I chociaż teoretycznie wiemy, że skoro bohater wciąż spisuje swoją historię oznacza, że żyję, to nie możemy mieć całkowitej pewności, bo kto wie, czy za moment nie oznajmi, że został ugryziony lub jego towarzysz nie zacznie kontynuować dziennika po śmierci przyjaciela.

Drugą rzeczą, przez którą "Armagedon dzień po dniu" się wyróżnia jest survivalowy charakter książki. Uwielbiam to, że J.L. Bourne stworzył głównego bohatera, który jest dobrze wyszkolonym żołnierzem! Dzięki temu podchodzi do kluczowych kwestii zapewniających przetrwanie w sposób logiczny i praktyczny. Czytając dostajemy wskazówki jak zabezpieczyć dom i ogrodzenie, w co warto się zaopatrzyć i jak przygotować się do poruszania w post-apokaliptycznym świecie. W tej książce nie ma miejsca na łuty szczęścia (no może jeden i to bardzo duży, czyli Hotel 52), że zombie ot tak pójdzie w inną stronę, bo coś przypadkowo zwróci ich uwagę. Nie ma mowy o spuszczaniu paliwa z baku, jeśli auto jest wyposażone zawór zwrotny. Dzięki temu, jeśli kiedyś będziemy musieli przetrwać w niekorzystnych warunkach (nie tylko zombie apokalipsa mogłaby zmienić nasz świat), to nie będziemy niemile zaskoczeni, że sztuczki pokazane w filmach i serialach są do niczego. Przynajmniej nie, jeśli przyjrzymy się rozwiązaniom opisanym przez Bourne'a. Chociaż i tak na wszelki wypadek radziłabym się Wam wyposażyć w "Poradnik Survivalowy na czas kataklizmu".

Jeśli mam być szczera to od dawna książka o zombiakach nie przypadła mi tak do gustu. Dzieje się w niej całkiem sporo. Podoba mi się to, że zombie znów przypomina zombie stworzone przez Romero, a nie istoty, które poza powrotem z za grobu w niczym nie przypominają oryginalnych, żadnych mózgów potworów. Dodatkowo napromieniowane zombie wyjaśniają wiele kwestii. Fani Romero, czy "The Walking Dead" nie powinni poczuć się zawiedzeni. J.L. Bourne czerpiąc z klasyków gatunku, stworzył Z-apokalipsę, którą trzeba poznać!

Ps. Pytanie do Was: Jaka książka/film o zombie jest Waszą ulubioną?

Czytaj całość

Słowniczek Filmowy: A jak Adaptacja i czym się różni od ekranizacji?


Niemiecki reżyser i producent filmowy, Werner Herzog  powiedział kiedyż, że "film nie jest sztuką uczonych, lecz analfabetów", skoro tak, to chyba właśnie piszę tekst dla złej grupy docelowej. Na szczęście postanowiłam nie przejmować się takimi drobiazgami i stworzyć słowniczek, gdzie poznacie alfabet filmowy. Zaczynamy od A jak Adaptacja.

Adaptacja to termin, który pozornie znają i rozumieją wszyscy. To nic innego, jak przełożenie książki na film. Wydaje się proste, prawda? Jednak bardzo często adaptację mylimy z ekranizacją lub używamy obu terminów zamiennie. Niemniej różnice są. Zacznijmy od zapoznania się z definicją:

Adaptacja – rozumiana jest jako obróbka materiału, najczęściej literackiego, choć także przedstawienia teatralnego lub słuchowiska radiowego, przeznaczonego do sfilmowania. W praktyce jednak adaptacja filmowa często wykracza poza tę definicję, poszerzając lub nawet zupełnie zmieniając kontekst oryginalnego dzieła.

Zatem czym różni się adaptacja od ekranizacji? Przede wszystkim tym, że ekranizacja jest bardzo wiernym przeniesieniem książki na film. Wszystkie wątki są w niej zgodne z literackim pierwowzorem, a czytelnicy wychodzą z kina stosunkowo zadowoleni (choć takie rzeczy są równie niespotykane, jak jednorożce). Mówiąc najprościej adaptacja to ten film, po którego obejrzeniu rwiecie sobie włosy z głowy zastanawiając się, czy scenarzysta i reżyser w ogóle zadali sobie trud przeczytania książki. Świat byłby o wiele przyjaźniejszym miejscem dla moli książkowych, gdyby przed pojawieniem się nowego filmu opartego o książkę pojawiał się jasny komunikat czego się spodziewać - luźnej adaptacji, czy wiernej ekranizacji.

Podobnie mogą się czuć czytelnicy oglądający adaptację, gdy sądzili, że wybierają się do kina na ekranizację.

Niemniej są takie adaptacje, które zachwycają, a interpretacja oryginalnego dzieła przez filmowców powoduje, że dostajemy praktycznie nową historię osadzoną w świecie, który my-czytelnicy dobrze znamy. Jedną z całkiem niezłych twórczych adaptacji jest "Nerve", które stworzono na bazie powieści Jeanne Ryan o tym samym tytułem. "Nerve" w obu formatach ma ze sobą niewiele wspólne. Podstawą jest główny wątek opierający się na istnieniu gry online, w której można zostać graczem lub obserwatorem niebezpiecznej rozgrywki. Imiona bohaterów również pozostały niezmienne, jednak cała reszta była wizją reżysera i scenarzystów, którzy inspirowali się powieścią. Przykładowymi zmianami były m.in. zadania, które musieli wykonać gracze, ich historie, a nawet samo zakończenie. Część wątków została rozbudowana, część zbagatelizowana, a część była całkiem nowa. Plusem adaptacji tak różniącej się od oryginału jest to, że dzięki temu możemy potraktować oba twory jako samodzielne dzieła i poznawać je niezależnie od siebie, mimo że temat pozostaje ten sam.


Warto również wspomnieć o swobodnej adaptacji, która zasadniczo dalej skupia się na luźnym przeniesieniu powieści na film i stara się zachować główny wątek, jednak jest wariacją dzieła lub aktualizacją. Oglądając adaptacje tego typu musicie być przygotowani na to, że filmowcy mogą przenieść akcje w inną epokę. Jednym z najbardziej znanych przykładem jest "Romeo i Julia" z 1996 roku w reżyserii Baza Luhrmanna, w której bohaterowie zostali przeniesieni z XVI wiecznej Werony do lat '90 na Florydę. Szpady zostały zastąpione przez pistolety, a rumaki na samochody.

Patrząc na takich Montekich, by Szekspir się zdziwił.
Na koniec wypadałoby również podać przykład ekranizacji i do tych moglibyśmy swobodnie zaliczyć m.in. "Zieloną milę" z 1999 roku w reżyserii Franka Darabonta jest bardzo wiernym przełożeniem książki Stephena Kinga, a także "Igrzyska Śmierci" pasują do tego, co możemy przeczytać w trylogii Suzanne Collins.

Ps. Wierzę, że różnica między adaptacją a ekranizacją jest już jasna, więc niebawem przejdziemy do kolejnego słówka ze Słowniczka Filmowego. Przy okazji to nie jedyna seria, która zadebiutuje w tym tygodniu, więc bądźcie czujni!
Ps2. A jakie są Wasze ulubione adaptacje/ekranizacje?
Ps3. Jeśli będziecie w Krakowie w weekend majowy wpadnijcie na Serialcon, gdzie Gosiarella będzie gadać o m.in. o serialowych adaptacjach Young Adult!

Czytaj całość

Superbohaterzy z jedną twarzą, czyli o aktorach, którzy nie odwiesili peleryny

Deadpool i Zielona Latarnia

Gdy raz zostaniesz superbohaterem, pozostaniesz superbohaterem! Tak z pewnością pomyślała część hollywoodzkich aktorów, która nie potrafiła rozstać się z kostiumem i pelerynką na stałe. Jesteście ciekawi, które gwiazdy użyczyły swojej twarzy kilku superbohaterom? No to lecimy!

Dla milionów ludzi na całym świecie Kapitan Ameryka już zawsze będzie miał twarz Chrisa Evansa. Jednak nim aktor został Avengersem, był członkiem innej ekipy superbohaterów Marvela, czyli znacznie mniej popularnej Fantastycznej Czwórki. Evans wcielił się w rolę Johnny'egp Storma, czy jak kto woli Ludzkiej Pochodni w filmie "Fantastyczna 4 " z 2005 roku oraz w "Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera" z 2007.


Johnny Storm i Kapitan Ameryka

Jego kolega z planu Michael Chiklis (tj. Ben z Fantastycznej Czwórki) miał trochę mniej szczęścia, bo w kolejnej produkcji o superbohaterach, w której wystąpił, wcielił się jedynie w rolę kapitana policji Nathaniela Barnesa z "Gotham", który może i w końcu zaczął dysponować nadludzką siła, jednak wcale nie wyszło mu to na dobre.


Nathaniela Barnesa i Ben

Nawet nie będę ukrywać, że inspiracją do tego wpisu był Ryan Reynolds, który jest dla mnie przykładem najbardziej rozpoznawalnego aktora niepotrafiącego rozstać się z supermocami. Wszystko zaczęło się w 2008 roku, gdy zagrał Kapitana Doskonałego w "Papierowym bohaterze", gdzie biegał w kostiumie z pelerynką bardzo podobnym do outfitu Supermana. W tym samym roku wcielił się również Deadpoola w "X-Men Geneza: Wolverine", gdzie niemal w niczym nie przypominał swojej późniejszej wersji (był mniej oszpecony, nie miał ust i był stworzony na wzór Wolverine'a tj. miał wysuwany z łapy miecz samurajski z adamantium i lasery w oczach). Dwa lata później zagrał tytułową rolę w "Zielonej Latarni". Żadna z tych ról nie była dobra, ale Reynolds dostał kolejną szansę i kolejny kostium. Ponownie wcielił się w Deadpoola w 2016 roku, lecz tym razem zrobił to genialnie!

Ryan Reynolds filmy o superbohaterach
Reynolds metodą prób i błędów stworzył idealną odsłonę super(anty)bohatera.

Skoro jesteśmy już w odpowiednim uniwersum, to przyjrzyjmy się pozostałym X-Menom. Zacznijmy od Strom, w którą we wszystkich aktorskich filmach (poza "X-Men: Apocalypse") wcieliła się Halle Berry. Aktorka pomiędzy kręceniem "X-Men 2" (2003), a "X-Men: Ostatni bastion" (2006), postanowiła zdradzić Marvela z DC grając główną rolę w jednej z najgorszych adaptacji komiksu wszech czasów, czyli "Kobiecie Kot" (2004).


Kobieta Kot i Storm z X-Men

Innym dość znanym mutantem jest Quicksilver. Aaron Taylor-Johnson wcielił się w jego postać w "Avengers: Czas Ultrona" (2015), a wcześniej wbił się w kostium na potrzeby "Kick-Ass" (2010), gdzie wcielił się w tytułowego bohatera niedysponującego ani super mocą, ani dobrą techniką walki. Fun fact: Jego kolega z planu "Kick-Ass", Evan Peters również wcielił się w rolę Quicksilver (w innym uniwersum) w "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie" (2014).



Co ciekawe to nie jedyni aktorzy z "Kick-Ass", którzy wcielili się ponownie w rolę bohatera o niezwykłych zdolnościach, bo nieważne, jak bardzo byśmy chcieli, to nie możemy zapomnieć o Nicolasie Cage'u, który poza odegraniem Big Daddy był również Ghost Riderem w 2000 i 2011 roku.

Podobieństwo widać na pierwszy rzut oka, prawda? I naprawdę ten po prawej nie jest Batmanem!
Patrząc na kostium Big Daddy nie unikniemy skojarzeń z Batmanem. Wiecie, który z pozbawionych mocy mścicieli biegających po mieście, by tłuc bandziorów zawsze kojarzył mi się z człowiekiem nietoperzem? Daredevil! Ciekawe, czy przez podobne skojarzenia Ben Affleck po głównej roli w "Daredevilu" (2003) dostał etat Batmana w filmach z DC Extended Universe?

Nawet w obu kostiumach miał różki, przypadek?

Kolejnym Batmanem z tego zestawienia jest Michael Keaton, który wcielił się w jego rolę dwukrotnie ["Batman" (1989) oraz "Powrót Batmana" (1992)]. Pewnie podejrzewacie, że znalazł się tutaj z powodu swojej roli w "Birdmanie" (2014)? To miałoby sens, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że fabuła filmu skupia się zapomnianym aktorze, który niegdyś grał postać kultowego superbohatera. To pewnie wystarczyłoby, by Keaton tu trawił, jednak to nie wszystko. W nadchodzącym "Spider-Man: Homecoming" aktor wcieli się w rolę kolejnej zamaskowanej postaci ze skrzydłami, jednak tym razem będzie to złoczyńca - Vulture.

Skrzydła za każdym razem muszą być u Keatona!

Gdzie Batman tam i Superman! Chociaż nie znalazłam dotąd aktora, któremu udałoby się wcielić w obu największych superbohaterów od DC, to jednak ci, którzy odegrali rolę Supermana też nie potrafili pogodzić się z utratą pelerynki po zakończeniu zdjęć. Jednym z nich jest Brandon Routh. Pojawił się na ekranach kin w super wdzianku po raz pierwszy w 2006 roku w "Superman: Powrót", gdzie wcielił się w ikonę amerykańskiej popkultury. Minęło prawie 10 lat, gdy ponownie przywdział strój superbohatera z komiksów DC. W "Arrow" oraz w "Legends of Tomorrow" odegrał rolę Raya Palmera, czyli Atoma.


Dean Cain stał się człowiekiem ze stali w serialu "Nowe przygody Supermana" (1993-1997). Helen Slater zadebiutowała w "Supergirl" (1984). Oboje zżyli się ze swoimi rolami tak bardzo, że w najnowszej, serialowej odsłonie "Supergirl" wcielili się w ziemskich rodziców głównej bohaterki.

Super rodzinka musi się trzymać razem.
Stephen Amell najwyraźniej ma słabość do wcielania się w role mścicieli. Wpierw pojawił się w "Arrow" jako Oliver Queen, biegając po Starling City w zielonym kapturze i strzelając z łuku, a następnie został mścicielem-hokeistą Casey'em Jonesem w "Wojowniczych żółwiach ninja: Wyjście z cienia" (2016).


Bardziej rozpoznawalni bohaterowie w większości już za nami, ale to wcale nie koniec wyliczanki! W końcu mamy jeszcze tak wiele postaci, które pojawiały się obok głównych bohaterów, a co za tym idzie aktorów, którzy wcielali się w ich rolę! Jednym z nich jest Idris Elba, czyli dobrze znany wszystkim fanom Avengersów bóg strzegący Bifrostu, czyli Heimdall. Co ciekawe w 2011 roku, czyli tym samym, gdy pojawił się w kinach pierwszy "Thor", Elba wystąpił również w filmie "Ghost Rider 2" jako Moreau, który może nie dysponował super mocami, ale odprawianie egzorcyzmów, to też całkiem zacne kwalifikacje w walce ze złem.

Raz kaznodzieja, a raz bóg.
W "Thor" Mroczny Świat" występował również Adewale Akinnuoye-Agbaje jako Algrim, czyli były przywódca Mrocznych Elfów, który stał się Kursem. Trzy lata później aktor pojawił się też w filmowym hicie DC, gdzie wcielił się w uroczego Killer Croca z "Legionu Samobójców", choć dość ciężko go rozpoznać w tej roli.

Przystojniaczek
Will Smith, a raczej odgrywany przez niego Deadshot również został członkiem "Legionu Samobójców", gdzie cała ekipa teoretycznie składa się ze złoczyńców, ale skoro uratowali świat możemy ich chyba nazwać niewydarzonymi bohaterami? Innym dość kulawym superbohaterem, w którego wcielił się Will Smith był "Hancock"(2008), który siał chaos ratując ludzi. Przy okazji kontynuacje przygód Hancocka najpewniej będziemy mogli obejrzeć już w tym roku.

Ulepszonemu Hancockowi bliżej do Deadshota, niż swojej wcześniejszej zapijaczonej wersji.










Ponownie wracamy do obsady "Thora", w którym Ray Stevenson wcielił się w rolę asgardckiego wojownika Volstagga. Wcześniej aktor wcielił się w główną rolę w innym filmie na podstawie komiksów Marvela, czyli w "Punisher: Strefa wojny" z 2008 roku.


Kolejnym z listy jest Doug Jones. Mam nadzieję, że wszyscy z Was oglądali "Hellboy'a". Jeśli tak, to z pewnością kojarzycie Abe'a Sapiena, którego grał Jones. Co prawda przez kostium i charakteryzacje ciężko go rozpoznać, ale i tak jest tam bardziej podobny do Srebrnego Surfera z "Fantastyczna Czwórka: Narodziny Srebrnego Surfera" (2007), w którego również się wcielił, niż do siebie samego. Zresztą sami spójrzcie!

Całkiem podobni, prawda?
Zestawienie zamyka Kate Mara, która pierwszy raz została superbohaterką w 2006 roku w filmie "Zoom: Akademia superbohaterów", gdzie grała Summer Jones, znaną również jako Wonder. Pominiemy fakt, że pojawiła się na chwilę w "Iron Manie 2", ponieważ grała tam jedynie postać epizodyczną, bo kolejny raz wystąpiła jako jedna z głównych postaci w "Fantastycznej Czwórce" (2015). W końcu Sue Storm to nie bylejaka rola, nawet jeśli film był średnio udany.

Kate Mara Zoom i Fantastyczna Czwórka

Znaleziska Różowych Sałat:

D. wychwyciła, że Danielle Panabaker również idealnie pasuje do zestawienia, dzięki swoim dwóm rolom. Pierwszą z nich jest Layla ze szkoły superbohaterów ze "Sky High" (2005), a drugą super złoczyńca Killer Frost z serialu "Arrow".


 Przeczytaj również "Gdy raz założysz koronę, czyli Tudorowie i ich role"

Trochę się tych przykładów nazbierało i niezależnie od tego, czy wyjątkowo upodobali sobie role komiksowych bohaterów, czy też zwyczajnie chcieli się zrehabilitować po wpadkach, udało im się kilkukrotnie pojawić w adaptacjach Marvela i DC, a to nie byle co!

Ps. Jeśli macie inne przykłady, to wiecie gdzie je zamieścić. Ostrzegam, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że dołączę je do powyższej listy ;)
Ps2. Gdybyście mieli możliwość zagrania w filmie superbohatera, to na którego zdecydowalibyście się?

Czytaj całość

5 rzeczy, które mogłaby zrobić Zła Królowa, by pozostać najpiękniejszą w świecie


Cały dramat w baśni o "Królewnie Śnieżce i Siedmiu Krasnoludkach" dotyczył tego, że nagle Zła Królowa przestała być najpiękniejsza w świecie. Uroda przemija i teoretycznie nic nie można na to poradzić, chociaż nie zdaniem naszej pięknej Królowej, która zdecydowała przywrócić sobie status miss, zabijając wicemiss. Powiedziałabym, że to dość skrajne podejście, skoro miała tyle innych opcji.

Co prawda nie jestem pewna, co dokładnie się stało, że Zła Królowa straciła swój status najpiękniejszej, więc będę musiała strzelać w ciemno z radami, jak mogłaby temu zaradzić lub chociaż odwlec to w czasie. Dodatkowo piękno jest rzeczą mocno subiektywną i nie sposób stworzyć idealnego przepisu na jego uzyskanie, więc będę musiała zastosować się do bardzo uniwersalnych wskazówek. Niemniej biorąc pod uwagę wygląd Złej Królowej oraz fakt, że lustereczko okrzyknęło Śnieżkę nową najpiękniejszą w świecie, może uda się trafić w punkt (a może i w 5).


1. Eliminacja zmarszczek
Zmarszczki na twarzy są pierwszą oznaką starzenia. Podejrzewam, że nawet w swojej pracowni Zła Królowa nie wynaleziona jeszcze cudownego eliksiru młodości, który by ją przed nimi uchronił, jednak z pewnością uwarzyła kilka domowej roboty maści (z racji tego, że w jej królestwie raczej nie było aptek z profesjonalnymi kremami). Chyba, że czekała z tym na decydujący składnik, czyli serce Śnieżki. Osobiście uważam, że ten organ nie ma działania przeciwzmarszczkowego, ale z drugiej strony Elżbieta Batory (czytaliście o niej bajkę?) kąpała się w krwi w krwi młodych dziewcząt z jakieś powodu. Niemniej wierzę, że mniej drastycznym wyjściem byłoby kupienie dobrego kremu na zmarszczki, a jeśli on nie pomoże, to może botox? Wierzę, że poddani Złej Królowej z ochotą sfinansowaliby jej wizytę u chirurga plastycznego, gdyby tylko przestała gnębić wszystkich o skórze gładkiej, jak pupka niemowlęcia.


2. Korekta nosa

Spójrzcie tylko na powyższe zdjęcie! Spójrzcie na ten nos! Nie można wymagać o magicznego lustereczka zapewnień o swoim doskonałym pięknie, jeśli ma się na twarzy takiego ziemniaka z kurzajką pośrodku! Przede wszystkim zaczęłabym od pozbycia się tej kurzajki, czy to za pomocą skórki z cytryny, czy prostego zabiegu. Później można byłoby pozbyć się tego garba, a na koniec poprosiła miłego doktora o korektę kształtu.

3. Zadbane Włosy
Chyba wszyscy się zgodzimy, że fryzura potrafi odmienić każdego. Gdyby zadbane włosy i piękne fryzury nie były ważnym elementem dodającym kobietom uroku, to fryzjerzy umarliby z głodu, a uczestniczki Top Model nie płakałby tak rzewnie. Na nieszczęście dla siebie, Zła Królowa wydaje się nie przywiązywać takiej wagi do swojej fryzury, skoro ciągle chowa swoje włosy. Czyż nie okazałoby się dla niej korzystniejsze, gdyby od czasu do czasu zarzuciła grzywą lub fantazyjnie ją upięła? Moim zdaniem lustereczko byłoby dla niej bardziej przychylne.

4. Ubrania
Zła Królowa najwyraźniej nie tylko włosy lubi ukrywać, skoro cała szczelnie się zakrywa od stóp do głów. Rozumiem, że panująca w jej Królestwie moda daleka jest od tej panującej w Agrabahu, gdzie Jasmine paraduje w znacznie luźniejszym i bardziej skąpym wdzianku, jednak można byłoby pójść na kompromis. Choćby zmieniając szatę od czasu do czasu, zamiast przez wiele dni paradować w tej samej. Przecież ten łach na pewno już śmierdzi! Wierzę, że królewski skarbiec nie zubożeje, jeśli królowa zafunduje sobie jeszcze kilka sukien i dodatkową pelerynkę. Przy okazji zatrudnienie stylisty też mogłoby się przysłużyć, ponieważ mógłby zasugerować bardziej twarzowe kolory. W końcu królewska purpura to nie jedyny odcień godny królowych.

5. Uśmiech
Ktoś tu chyba poczuł smród swojej zbyt długo noszonej szaty.

Niezaprzeczalnie nic nie zdobi kobiety lepiej, niż uśmiech. Niestety nasza Zła Królowa ciągle chodzi pokrzywiona od momentu, w którym lustereczko ją zdegradowało. No sami spójrzcie na jej minę! Czy patrząc na nią jesteście w stanie uwierzyć, że tylko Śnieżka jest od niej piękniejsza w całym świecie? Obstawiałabym, że brakłoby katów w całym Królestwie, by ściąć wszystkie konkurentki (chyba, że w tej baśni istnieją tylko dwie kobiety, a reszta wyginęła). Poważnie, więcej uśmiechu i mniej grymasów i biegania po lesie z zatrutym jabłkiem, a od razu będzie lepiej!

☞ Przeczytaj również "Od księżniczki do Złej Królowej"

Gdyby Zła Królowa wzięła sobie wszystkie Gosiarellowe rady głęboko do serca, to tak wyglądałby końcowy efekt metamorfozy:
Zła Królowa w wersji 2.0 nigdy nie przestała być uwielbiana przez Lustereczko.
Przyznajcie sami, że żadna Śnieżka nie mogłaby być od niej piękniejsza, a nawet jeśli to Zła Królowa nie powinna mieć kompleksów. Z takim wyglądem morderczy szał i pragnienie śmierci pasierbicy musi mieć inne podłoże.

Ps. Widzicie, czasami warto rozwiązywać problemy bez mordowania ludzi. Może macie rady dla innych Złoczyńców Disneya, dzięki którym nie skończyliby jako czarne charaktery?
Czytaj całość

Zakazane życzenie, czyli historia Dżinna opowiedziana na nowo!


Znacie historie o potężnych dżinnach - niewolnikach lampy, którzy muszą spełnić trzy życzenia swych panów? Z pewnością słyszeliście o nich. Być może kojarzycie ich z baśni z "Księgi tysiąca i jednej nocy". Być może oglądaliście bajkę Disneya pt. "Aladyn". W swojej najnowszej powieści "Zakazane Życzenie", Jessica Khoury opowiada tę historię na nowo.



Zahra od 500 lat siedzi zamknięta w lampie. Jej karą jest gnicie w zapomnianej przez Boga i ludzi komnacie wspaniałego pałacu połkniętego przez piaski pustyni. Pewnie żyłaby tam jeszcze przez wieki, gdyby pewien chłopak nie dał się skusić podszeptom zaczarowanego pierścienia. Magia przywiodła Aladyna do lampy, dzięki czemu stał się on panem uwięzionego w niej dżinna. Zahra nie jest jednak zwykłym dżinnem, a chłopak od razu rozpoznaje w niej Piękną Zdrajczynie, o której opowiadano legendy. Nie muszę chyba wspominać, że nie są one zbyt pochlebne, skoro zwą ją zdrajczynią? Niemniej Aladyn nie zraża się i z chęcią wykorzystuje życzenia, by zemścić się za krzywdy, których doznał, a przy okazji zdobyć rękę pięknej księżniczki.

Brzmi bardzo podobnie do znanych nam opowieści, prawda? Nie ma co kryć, że historia została zbudowana na wspomnianych we wstępie tytułach. Poza oczywistymi elementami, widać wyraźną inspirację "Księgą Tysiąca i Jednej Nocy" (czytaliście już True Story z Aladynem?)  także w detalach, jak choćby wspaniały ogród, w którym na drzewach zamiast owoców rosną klejnoty, czy nawiązanie do tego, że Aladyn jest synem krawca, ale widać wyraźnie również wpływ bajki Disneya. Niemniej Jessica Khoury dodaje też wiele od siebie i nie mówię jedynie o zmianie płci dżinna, dzięki czemu historia podążą innym biegiem, czy obsadzenie Zahry w roli głównej bohaterki i przedstawianie opowieści z jej punktu widzenia. Khoury rozbudowała znaną wszystkim opowieść - to tak, jakby wcześniej istniała sama ziemia, a ona dodała do niej ludzi, gwiazdy i płynący czas. Uatrakcyjniła baśń historią powstania dżinnów, przybliżyła ich hierarchię, charaktery, zatargi, moce i wzajemne waśnie. Rozwinęła również odrobinę historię śmiertelników, ale tylko tych związanych z dżinnami.

Szkoda, że u nas nie ma takich fajnych dodatków.

Niemniej to właśnie wątek dżinnów jest moim zdaniem największym atutem powieści. To tu dostajemy nowy, oryginalny element, który choć jest wątkiem pobocznym, jest bardziej interesujący od głównego. Po części dlatego, że tę historię znamy i nawet zmiany w relacjach między bohaterami nie są specjalnie zaskakujące, a wręcz powiedziałabym, że całkiem przewidywalne. Nie oszukujmy się, w "Zakazanym życzeniu" nie ma wielkich tajemnic do rozwikłania, a autorka nie próbuje nas zaskoczyć, więc nie odejmujmy za to punktów. Całość ma zauroczyć magią i klimatem oraz zabawić się schematem, jak większość powieści nawiązujących do znanych baśni (przy okazji zerknijcie na listę książek inspirowanych bajkami). Na moje oko pod tym względem się udało.

Z bohaterami tylko bywa różnie. Zahra jest całkiem ciekawą bohaterką, chociaż trochę za bardzo lubi się samobiczować, co w pewnym momencie jest odrobinę irytujące. Księżniczka i jej Strażniczki również zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Ogólnie mam wrażenie, że w książce, aż się roi od pięknych, inteligentnych i diabelnie niebezpiecznych kobiet, które są ideałami w każdym względzie. Za to męskie postacie są ich przeciwieństwami pełnymi wad, by nie powiedzieć, że okropnie kuleją. Aladyn ma mentalność dziecka, które nie za bardzo wie, czego właściwie chce, przez co jest mało konsekwentny, ciągle się rozprasza, a w dodatku jego umysł nie jest zbyt lotny. Niemniej za Aladynem nigdy nie przepadałam, niezależnie od tego, czy przedstawiał go Disney, czy Szeherezada. Największym rozczarowanie okazał się wezyr, któremu daleko do przebiegłości Jafara. W rzeczywistości powiedziałabym, że jest równie przebiegły, jak Aladyn, co raczej nie świadczy o nim najlepiej. Nie można zapomnieć jeszcze o wielkim, złym dżinnie, który miał być głównym (lub jednym z dwóch głównych) antagonistą w książce, a ostatecznie potraktowano go po macoszemu. Trochę szkoda, że tak Khoury nie przedstawiłam nam czarnego charakteru z prawdziwego zdarzenia.

W "Zakazanym życzeniu" tak to właśnie wygląda: kobiety są silne, pełne pasji i odważne, a mężczyźni... no cóż... są dokładnie tacy sami jak na załączonym obrazku.
Mimo tych drobnych wad jestem oczarowana "Zakazanym życzeniem"! Jest lekka, przyjemna i klimatyczna. Bez trudu można zakochać się w przedstawionym w niej świecie. Podobało mi się poznanie na nowo dobrze znanej historii, a dzięki niej spojrzałam na pierwowzór z nowej perspektywy (i zrozumiałam, że w "Aladynie" Dżinn nieźle się nakombinował z trzema życzeniami).
Zdecydowanie ten retelling jest bardzo udany i szczerze Wam polecam! Pochłoniecie go w oka mgnieniu i wierzę, że dacie się uwieść magii arabskich dżinnów.

Ps. Poznaliście historie o dżinnach, które nie wiążą się z baśnią o Aladynie? Podrzucicie coś (film/serial/książka)?

Czytaj całość

3 życzenia Aladyna, czyli jak Dżinn go oszukał?


Co mają ze sobą wspólnego dżinny i złote rybki? Spełniają trzy życzenia - nawet dziecko to wie. Trzy życzenia to naprawdę niewiele i trzeba naprawdę dobrze wybrać to, o co się prosi. Pewnie myślicie, że wybór dobrego życzenia to jedyne, co trzeba zrobić, by dobrze je wykorzystać. Otóż nie! Wypadałoby jeszcze umieć liczyć do trzech, co Aladynowi raczej nie wyszło najlepiej.


Zasady

Przy pierwszym spotkaniu z Aladynem, Dżinn wyjaśnia mu, że spełnia trzy życzenia (i niestety nie można sobie życzyć, by było więcej życzeń) - żadnych zmian, reklamacji, czy zwrotów. Zasady są proste, a do ograniczeń należy tylko wyłączenie próśb o morderstwa, zmuszenie do miłości i wskrzeszanie umarłych. Przy tym musimy pamiętać, że niemal na samym początku Aladyn obiecał Dżinnowi, że wykorzysta dla siebie dwa życzenia, a trzecim zwróci mu wolność. Skoro zasady są jasne, przyjrzyjmy się jak wyglądało wypowiadanie życzeń i ich spełnianie.


Co nie było życzeniem?

Pierwsze spotkanie obu bohaterów miało miejsce w zawalonej Jaskini Cudów, z której nie mogliby się wydostać bez pomocy Dżinna. Pomoc w ucieczce byłby oczywistym wyborem na pierwsze życzenie, jednak okazał się nie taki głupi. Uciekł się do podstępu, zarzucając Dżinnowi, że najpewniej wcale nie jest tak potężny, jak się przechwala i nie mógłby wyciągnąć ich na powierzchnie. Oczywiście więzień lampy raz dwa wsadził ich na latający dywan, który wydostał ich na zewnątrz (czyli tym razem to latający dywan ocalił ich z opresji).

Dżinny to zaiste wzór prawdomówności.
Po pewnym czasie Aladyn znów znalazł się w opresji, gdy ludzie Jafara wrzucili go do wody, by się utopił. Chłopakowi udało się potrzeć lampę, jednak stracił przytomność, gdy pojawił się Dżinn, więc nie mógł wypowiedzieć życzenia. Dżinn próbował go ocucić i mówił, że pomoże mu tylko, gdy tego zażąda, jednak nic takiego się nie stało. Duch lampy działał na własną rękę mówiąc samemu do siebie, że potraktuje to jako niemą zgodę. Nie można tego traktować, jako wykorzystanie drugiego życzenia, ale do tego jeszcze wrócimy.


O co prosił Aladyn?

Życzenie pierwsze: "Dżinnie, życzę sobie, byś zrobił ze mnie księcia". 
I co zrobił Dżinn? Załatwił mu eleganckie ciuchy godne księcia, słonia jako środek transportu,wjazd do Agrabahu w eskorcie pełnej przepychu parady i historię, którą mógł przedstawić podrabiany książę. Innymi słowy sprawił, że wszyscy uznali księcia Ali za osobę, za którą się podawał. Niemniej była to tylko misternie utkana iluzja, którą Jafar obnażył za sprawą swojej magii. Dżinn nie stworzył specjalnie dla Aladyna państwa, którym mógłby władać, nie stworzył jego poddanych, a rodziców złodziejaszka nie uczynił władcami. Gdyby Dżinn rzeczywiście zrobił z Aladyna księcia, to ten nie stanąłby przed dylematem moralnym, czy wyznać Jasminie prawdę o sobie, a w końcowej scenie Sułtan nie musiałby zmieniać prawa tak, by księżniczka mogła wyjść za kogoś, kto nie jest księciem. Innymi słowy Dżinn dał Aladynowi jedynie fałszywą tożsamość. Czy to znaczy, że nie spełnił jego życzenia? Skąd! Spełnił! W końcu Aladyn poślubił Jasminę, a jak wiadomo chłopak, który poślubia księżniczkę dostaje tytuł księcia. Trzeba przyznać, że Dżinn swoimi działaniami pchnął swojego pana na drogę, która doprowadziła go do spełnienia tego życzenia. Choć stało się to dopiero po uwolnienia Dżinna. Wróćmy teraz do momentu, w którym Dżinn uratował chłopaka przed utonięciem (co duch lampy uznał samowolnie za drugie życzenie). Gdyby Dżinn go wtedy zostawił na śmierć, poniósłby porażkę przy spełnianiu pierwszego życzenia, więc możemy śmiało dojść do wniosku, że wyciągnięcie Aladyna z wody było usunięciem przeszkody i częścią pierwszego życzenia. Chyba, że Aladyn zostałby księciem zombie, ale to naruszałoby zasadę o nie wskrzeszaniu zmarłych.

Taki z niego spryciarz i kanciarz!

Życzenie drugie: "Dżinnie, chcę, żebyś był wolny".
Tym razem nie trzeba wiele wyjaśniać, ponieważ życzenie zostało spełnione natychmiastowo. Dżinn uwolnił się z kajdan and end of story. Problem polega na tym, że to miało być trzecie i zarazem ostatnie życzenie. Trzeba przyznać, że przekonaniu Aladyna takim właśnie było, a dotrzymanie słowa o uwolnieniu ducha lampy przyszło mu z trudem, skoro na szali znajdowała się jego własna przyszłość z Jasminą. Tylko Dżinn nie ryzykował, gdyby chłopak postanowił wybrać dziewczynę zamiast wolności przyjaciela, ponieważ wtedy mógłby go poinformować, że zostało jeszcze jedno. Dlaczego więc Dżinn pozwolił mu w to wierzyć i oszukał go na jednym życzeniu? Podejrzewam, że w grę wchodziła nieufność. Stojąc przed takim dylematem Aladyn wybierając własne szczęście, dostałby jeszcze jedną okazję na dotrzymanie obietnicy, czy to z poczucia obowiązku, wdzięczności, czy też szczęścia, bo dostał już wszystko, o czym marzył. Niemniej, gdyby dowiedział się o tym wcześniej, mógłby nie działać pod wpływem impulsu. Zapewne Dżinn posiadający na przestrzeni wieków wielu panów nie był najbardziej ufny, ale to akurat tylko teoria. Całkiem możliwe również, że Dżinn zwyczajnie chciał, jak najszybciej odzyskać wolność, dlatego przyśpieszył rozwój wypadków.

Ps. A Wy jak sądzicie, dlaczego Dżinn oszukał Aladyna na jednym życzeniu?
Ps2. Gdyby trafiła do Was lampa z Dżinnem spełniającym trzy życzenia, to o co poprosilibyście go (biorąc pod uwagę powyższe zasady)?
Czytaj całość

© Copyright Gosiarella