Zróbmy z tego bajkę: Świąteczny horror Krampusa


Zdradzę Wam sekret: uwielbiam grudzień, Mikołaja i magię Świąt, dlatego każda blogowa seria będzie miała swój świąteczny odcinek. Seria zróbmy z tego bajkę teoretycznie nie pasuje do świąt, bo przecież nie ma w nich niczego przerażającego (poza nastrojami w domach w czasie przygotowania do Wigilii), ale z racji specjalnej edycji możemy trochę nagiąć reguły, dlatego dziś mamy Zróbmy z tego horror pisane na żywo.


Dawno, dawno temu za ośnieżonymi górami i zasypanymi śniegiem lasami było sobie królestwo Filmoville rządzone przez wiekowego króla Oscara. Filmoville było typowym baśniowym królestwem, w którym wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a przynajmniej ci, którzy wywalczyli swój Happy End. Mieszkańcy królestwa uwielbiali wplątywać się niezwykłe przygody i ze wszystkich sił starali się zostać bohaterami pierwszego planu, by nie tylko w końcu móc wieść wymarzone życie, ale również, by wieść o ich niesamowitych dokonaniach niosła się wśród ludności sąsiednich krain. A wierzcie mi, każdy mieszkaniec Filmoville był narcystycznym typem uwielbiającym znajdować się w centrum uwagi. W dodatku strach przed możliwością zostania postaciami drugoplanowymi napędzał ich do działania, dlatego w tym królestwie zawsze się sporo działo!
Niemniej w okresie świątecznym wszyscy obywatele porzucali niebezpieczne przygody z nadzieją odegrania ważnej roli w opowieści familijnej lub romansie, którym ten czas mocno sprzyjał. Zdecydowanie nie było w tym miejscu spokojniejszego czasu od drugiej połowy grudnia.  W końcu, jak walczyć ze smokami, gdy nadchodzi czas radości i wspólnego świętowania? To niehumanitarne! 

Niemniej każdy człowiek we wszystkich zmyślonych królestwach wiedział, że niekwestionowanym pierwszoplanowym bohaterem grudnia jest Święty Mikołaj! W żaden sposób nie dało się przyćmić jego sławy (Mikołaj przebił nawet małego Jezuska!). Kojarzył się z pięknie ubraną choinką i znajdującymi się pod nią wspaniale udekorowanymi prezentami. Kojarzył się ze smakiem ciasteczek i pierniczków popijanych mlekiem. Ze skarpetą zawieszoną nad kominkiem. Rózgą, jemiołą, a nawet cynamonem. Niezaprzeczalnie Mikołaj był wszędzie, nawet gdy nie dało się zarejestrować jego fizycznej obecności. Największą sławą cieszył się w Filmoville, a gdy tylko się tam pokazał, otaczał go wianuszek fanów proszących o autograf, selfie i prezent. Po latach sławy (pamiętajcie, że Mikołaj jest nieśmiertelny!) stało się to dla niego tak męczące, że postanowił wychodzić z domu jedynie raz w roku, a w pozostałe dni wszystko załatwiali za niego asystenci, których lubił nazywać elfami. Właściwie Mikołaj z wiekiem stał się tak ekscentryczny, że wprowadził zielono-dzwoneczkowy dress code, którego musieli przestrzegać wszyscy pracownicy. 

Już za sam zysk z udziału w reklamach Mikołaj byłby ustawiony do końca swojego nieśmiertelnego życia!
Zdecydowanie Mikołaj aka Claus był najwyższej klasy celebrytą, któremu żaden inny bohater nie mógł dorównać, a przynajmniej tak było teraz. W zamierzchłych czasach Mikołaj działał w duecie, lecz jego partner nie zyskał popularności, ani miłości tłumów i po latach niemal całkiem o nim zapomniano. Gdyby się dobrze nad tym zastanowić w każdej opowieści główny bohater mierzy się ze swoim nemezis – głównym złoczyńcą. Zawsze! Są jak dwie strony tej samej monety – awers i rewers, przez co cieszą się porównywalną popularnością: Batman i Joker (#TeamJoker), Śnieżka i Zła Królowa (TeamEvilQueen), Iron Man i Kapitan Ameryka (#TeamIronMan), czy nawet w horrorach morderca i final girl mają porównywalną ilość fanów. Dlaczego więc ludzkość zapomniała o nieodłącznym kompanie Mikołaja?
On nie zapomniał.

Od samego początku swojej kariery Mikołaj i Krampus byli nierozłączni. Musieli być, bo nagroda i kara zawsze idą w parze. W czasie, gdy Mikołaj prezentami nagradzał grzeczne dzieci za ich dobre uczynki, Krampus karał je za złe. Trzeba przyznać, że Krampus miał niewdzięczną robotę, ale wierzcie mi – na listę niegrzecznych dzieci trafiały nie ci, którzy mieli na swoim koncie drobne przewinienia, lecz ci, którzy przez miniony rok odznaczali się wyjątkowym okrucieństwem i zdecydowanie zasłużyli na coś więcej od rózgi. Już sam wygląd Krampusa przyprawiał o dreszcze. Nie miał sympatycznej twarzy, wydatnego brzucha, ani brody, za którą można było go pociągnąć, jak w przypadku Clausa. Miał za to ogon, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się za niego pociągnąć. Wyglądem przypominał bardziej diabła niż wesołego staruszka. Jego ciemne futro śmierdziało, choć regularnie je mył. Uroku nie dodawał mu również długi spiczasty język, kopyta zamiast stóp, a tym bardziej rogi na głowie. Bądźmy szczerzy: Krampus był uosobieniem koszmaru. Nic dziwnego, że wszystkie dzieci drżały za każdym razem, gdy usłyszały dźwięk tłukących się kajdan, które zwiastowały jego nadejście. Zdziwieni? Nie dziwię się. W końcu współcześnie oczekujemy jedynie dźwięku dzwoneczków wydawanych przez sunące się po niebie sanie Mikołaja.



Współczesne dzieciaczki to nie jego spodziewają się spotkać 5/6 grudnia. Choćby nie wiem, jak bardzo były niegrzeczne.

Od pierwszych lat swojej działalności Krampus nienawidził swojej roboty. To całe okaleczanie dzieci, zjadanie ich lub przypinanie do swoich kajdan, by zabrać ich z dala od niezadowolonych rodziców i sąsiadów, którym dawali w kość, bardzo go wyczerpywało. Niemniej zabawki w fabryce same się nie zrobią (a myślicie, że skąd wzięły się Elfy?). Wolałby zjadać ciasteczka, które były równie chrupiące, jak kości dzieciaczków, jednak znacznie lepsze w smaku. Często z zazdrością patrzył, jak szybko jego partner zdobył serca gawiedzi oraz na to, z jaką radością przygotowywano się, by go powitać (już wiecie, dlaczego do dziś wiele osób próbuje go skusić ciasteczkami czekającymi przy choince). Miał momenty, gdy chciał rzucić swoją pracę, jednak trzymało go poczucie obowiązku – pamiętajcie, że kara jest również ważna, jak nagroda, gdy w grę wchodzi wychowanie.

I tak mijały lata i stulecia, a Krampus ramię w ramię z Clausem przemierzał świat. Niestety w końcu nawet tak wytrwały diabeł musiał się zmierzyć z prawdą: cały świat go nienawidził. Nie dało się żyć wiecznie, gdy jest się przytłoczonym hejtem. Nie było na świecie takiej ilości alkoholu, która pozwoliłaby mu przynieść ulgę. W końcu przez swój nałóg zaczął zaniedbywać swoje obowiązki, aż ostatecznie wycofał się z branży. Mikołaj postanowił nie zmuszać go do powrotu. Nie zrozumcie mnie źle, Claus nie był złą postacią, po prostu przez te wszystkie wieki wielbienia przez fanów na całym świecie, jego ego kazało mu wierzyć, że świetnie poradzi sobie sam, a niegrzeczne dzieci zwyczajnie dostaną zabawki gorszej jakości i za rok będą się bardziej starać, by dostać figurkę sygnowaną znaczkiem Marvela, zamiast chińskiej podróbki. Poza tym jego kariera nabrała tempa i nie miał czasu martwić się starym kompanem. Pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że Krampus przeszedł w międzyczasie kilka załamań nerwowych, kilkukrotnie wylądował na odwyku, a teraz leczył się u psychoanalityka. 

Trzeba przyznać, że nasz teoretycznie negatywny bohater usunął się w cień na tak długo, że obecnie niemal całkiem o nim zapomniano. 5 grudnia przestano odchodzić Krampusnacht, czyli tzw. noc Krampusa, a młodzi mężczyźni w tym okresie już prawie wcale nie przebierają się w skóry i rogi, by chodzić po okolicznych domach, strasząc dzieci. W tym czasie Kampus zdążył się uporać ze swoimi problemami, które nie dokuczały mu zbyt dotkliwie, nawet gdy widział co chwilę pulchnego kolegę na ekranie telewizora. 


W Filmoville zadomowił się nowy anty-Mikołaj

Wiedział, że emerytura mu służy, jednak szykował się do powrotu, ponieważ dzieci na całej kuli ziemskiej robiły się coraz bardziej nieznośne, a to całe bezstresowe wychowanie dodatkowo szkodziło. Od kilku lat próbował skontaktować się z Mikołajem w sprawie swojego come backu, ten jednak nie odpowiadał – nie odbierał telefonu, a w odpowiedzi na list dostał życzenia Wesołych Świąt podpisane przez jakiegoś podrzędnego Elfa. Krampus należał do cierpliwych istot (nieśmiertelni tak mają), dlatego nie złościł się, aż do momentu, gdy obejrzał film „Grinch świąt nie będzie”, który początkowo uznał za całkiem zabawny, jednak później zrozumiał, że ludzkość zaczęła postrzegać Grincha za największego przeciwnika Mikołaja. To Grinchem straszono teraz w Święta! W jego oczach prawdziwym skandalem było, że człowieki uznały jakiegoś podrzędnego, zielonego sierściucha za nowe wcielenie anty Mikołaja! A co gorsza, Gincha wcale nie hejtowano!

Złość i flustracja narastała, aż w końcu w głowie Krampusa pojawił się zalążek planu. Jeśli usłyszeliście diaboliczny śmiech, to z pewnością domyślacie się, że jego plany nie obejmowały wysłania kartki z podziękowaniem, ani z gratulacjami za dobrze wykonaną pracę. Wręcz przeciwnie. Krampus postanowił zająć należyte mu miejsce, eliminując konkurencję. I wcale nie miał na myśli Grincha. To Mikołaj powinien ustąpić miejsca, ponieważ grzecznych dzieci już prawie nie było, a ludzkość i tak miała więcej, niż potrzebowała, więc prezenty były zbędne. Nadszedł czas kary! 


Plan obejmował tylko trzy główne punkty:
1. Wyeliminować Mikołaja.
2. Wrócić w wielkim stylu.
3. Siać pogrom niegrzecznych po wsze czasy!



Niemniej bardzo łatwo jest zaplanować ogólne zarysy tak drastycznego przewrotu, a bardzo ciężko wprowadzić plan w życie. Mikołaj stał się ikoną, był nieśmiertelny, a w dodatku na cały rok zaszywał się w tej swojej chatce położonej nie wiadomo gdzie. Dodatkowym problemem było to całe towarzystwo, którym zawsze się otaczał. A co to dla Krampusa – w końcu mięczaki bez wyobraźni nie siałyby postrachu przez wieki. Tak, Krampus zdecydowanie miał predyspozycje do swojego zawodu, czas na przeanalizowanie najdrobniejszych szczegółów, a w dodatku był tak mało rozpoznawalny, że nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi. Krampus nie mógł zwyczajnie wparadować do Clausa, zeżreć Elfy i okładać Mikołaja rózgą przez wieki, bo ręka by go zaczęła boleć po pewnym czasie. Dzieciaczki lepiej zakryjcie oczy, bo zaraz rozpęta się piekło.

27 grudnia, Chatka Świętego Mikołaja, lokalizacja tajna.

Po pracowitych tygodniach Mikołaj był bardzo zmęczony, jednak cieszyła go perspektywa leniuchowania przez jedenaście następnych miesięcy. Pomyślał, że w najgorszym wypadku nakręci jakąś reklamę dla producenta napojów, by sfinansować sobie domek letniskowy na Kubie? Jednak teraz pozostało mu do zrobienia jedynie podziękować elfom za ciężką pracę i pójść spać. Poszedł do kwatery elfów, które właśnie przygotowywały się do świętowania. Ciastka leżały na stołach, ajerkoniak lał się strumieniami, a w tle leciał heavy metal. Szybko doszedł do wniosku, że nie ma sensu rozmawiać z nimi w tej chwili, więc od razu udał się do łóżka, gdzie czekała już na niego Śnieżynka (z Panią Mikołajową już dawno się rozwiódł).


Ze snu wybudziły go huki i krzyki. Wiedział, że Elfy mają słabą tolerancję na ajerkoniak i lubią robić burdy po pijaku, ale za budzenie Mikołaja należy się zwolnienie dyscyplinarne! Szybkim ruchem zrzucił Śnieżynkę z łóżka i kazał jej wszystkich zwolnić. Niestety Śnieżynka też najwyraźniej zabalowała przed snem i nie wykazywała najmniejszej chęci, by się ruszyć. Zdenerwowany Mikołaj naciągnął czerwone portki, założył szlafrok i sam poszedł rozmówić się z hałasującymi elfami. Co prawda było już znacznie ciszej, bo krzyki zmieniły się w jęki, ale i tak nie mógłby ponownie zasnąć, dopóki nie wyładuje złości. 

Noc była jasna, a Fabryka Elfów znajdowała się nieopodal chatki, dzięki czemu szybko dotarł na miejsce. Nie zaniepokoił go widok oproszonego krwią śniegu przy drzwiach wejściowych, bo jak wspominałam – po ajerkoniaku w elfach budzili się wojownicy. Niemniej nauczony doświadczeniem wolał wejść ostrożnie, by nie dostać przypadkowo rzuconym krzesłem. Zerknął więc, a widok przeszedł jego najgorsze wyobrażenia. Porozwalane stoły, potłuczone butelki, a w dodatku wszędzie walały się śpiące elfy. Pełen furii wszedł do środka i już miał zamiar krzyczeć, gdy zorientował się, że leżące na podłodze elfy wcale nie spały. One nie żyły. Nie żyły? Nigdy dotąd nie widział martwego elfa, więc założył, że podobnie, jak on sam są nieśmiertelne. Niemniej dowody były jednoznaczne: flaki wylewały się z rozprutych brzuchów elfów, a podłoga była mokra od krwi. 

- Moje Elfy – żałośnie stęknął Mikołaj. - Moje biedne Elfy. Co Wam się stało?

Już miał zapłakać nad losem swoich biednych pomocników (zapominając, że przyszedł tu, by obedrzeć ich ze skóry lub zwolnić), gdy usłyszał jęk z prawej strony pomieszczenia. Szybko podszedł do źródła dźwięku z nadzieją, że jeden z nich jeszcze żyję i może uda mu się pomóc. Rzeczywiście Serniczek jeszcze dychał, miał jedynie ogromną ranę na nodze przypominającą ugryzienie. Mikołaj klęknął przy nim, lecz ten wycharczał jedynie cicho: „Uciekaj”, po czym stracił przytomność. Claus nie miał instynktu samozachowawczego, bo i na co on miał się przydać nieśmiertelnemu, dlatego zignorował sugestię Serniczka. Zamiast tego wziął swojego małego, zielonego przyjaciela na ręce i czym prędzej pobiegł do garażu, by zapakować go na sanie i przetransportować do szpitala.


Biedny, mały, zakrwawiony Elf.

Mikołaj delikatnie położył Serniczka na saniach, lecz szybko zreflektował się, że powinien wrócić do Fabryki Elfów, by sprawdzić, czy przypadkiem któremuś z nich również udało się przeżyć. Wpadł przez drzwi, jak burza, a to, co tym razem zastał w pomieszczeniu, sprawiło mu ogromną ulgę – część elfów zaczęła się podnosić z podłogi. Claus wierzył, że błędnie uznał ich wszystkich za martwych… cóż, każdy może się czasem pomylić. 

- Zbierajcie się elfiki, zabieram Was do szpitala! - krzyknął Mikołaj.


Elfiki spełniły prośbę swojego przełożonego. Najszybciej, jak umiały, posuwały się w stronę Mikołaja, gdy do Fabryki zajrzała zaspana Śnieżynka. Tak zaspana, że nie zwróciła uwagi na otoczenie. Nie przejmując się niczym ruszyła ku najbliższemu stojącemu stołu, by zabrać butelkę ajerkoniaku. Nim ją dosięgła, elfy rzuciły się na nią. Mikołaj, jak sparaliżowany patrzył, jak grupka liliputów rozszarpuje i gryzie jego dziewczynę. Dźwięki towarzyszące konającej Śnieżynce w końcu otrzeźwiły Mikołaja na tyle, by wycofać się z Fabryki. Możecie uznać to za mało rycerskie zachowanie, ale przecież Mikołaj miał na uwadze nie tylko swoje bezpieczeństwo, ale także dzieci, którym co roku sprawiał radość – musiał przeżyć, by móc wylegiwać się na kubańskiej plaży dostarczyć im za rok kolejne prezenty.

Gdy elfy zajmowały się Śnieżynką, Mikołaj zdążył zamknąć drzwi od Fabryki oraz zaryglować je Miotłą, która zdobiła pobliskiego śnieżnego Bałwana. Wiedział, że musi jak najszybciej uciec i udać się do Filmoville, by powiadomić tamtejszych cenzorów lub twórców horrorów, bo tylko oni będą w stanie zająć się tym krwawym bałaganem i zombie elfami. „Zombie elfy – co za absurdalny pomysł” - pomyślał Mikołaj.  Nie było jednak czasu zastanawiać się nad kiczowatością scenariusza, który właśnie rozgrywał się na jego oczach. Musiał czym prędzej znaleźć się w saniach. Szybko do nich dotarł, usadowił się na miejscu woźnicy i próbował ruszyć. Nic się jednak nie stało. 
„No tak, renifery są ciągle w stajni, trzeba ja zaprząc. To blisko, dam radę” - pocieszał się.

Rzeczywiście nie zajęło mu to długo, jednak samo znalezienie się w niej nie oznaczało sukcesu. Reniferów nie było. Za to po drugiej stronie stajni stała w cieniu postać tak nieruchoma, że Mikołaj ją spostrzegł, dopiero gdy przemówiła:


- Witaj, Claus. Kupę lat minęło. 


Mikołaja przeszedł dreszcz. Znał ten głos. Krampus.



- Dzwoniłem, pisałem, ale nie dawałeś znaku życia, więc postanowiłem wpaść w odwiedziny. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Przy okazji pozwoliłem sobie wypuścić renifery, by pobiegały sobie przed snem. - Kampus uśmiechnął się złowieszczo, jednak Mikołaj nie był w stanie tego dostrzec.


- Krampus, nie mam czasu teraz słuchać Twoich gorzkich żali. Poużalasz się nad sobą innym razem, a teraz... - Mikołaj nie skończył mówić, bo dostał patelnią w tył głowy i zemdlał. 


Gdy odzyskał przytomność, zorientował się, że jest przywiązany ultramocnym łańcuchem choinkowym do fotela. Bolała go głowa i noga. Na przeciwko niego siedział Krampus z przyklejonym uśmieszkiem do twarzy.

- Wiesz jaki jest największy błąd każdego czarnego charakteru? Zdradzają swój plan bohaterowi nim go zabiją, a tym samym dają mu okazję uciec. Zasadniczo właśnie robię to samo, ale dla Ciebie partnerze już nie ma ratunku. W nogę ugryzł Cię Serniczek, a to znaczy, że wirus właśnie krąży po Twoim ciele, a ty niebawem zmienisz się w zombie. Widzisz, długo myślałem, jak można zabić nieśmiertelnego, aż w końcu zrozumiałem, że się nie da. Z definicji nieśmiertelność nie może skończyć się śmiercią. Na całe szczęście to nie znaczy, że nie mogę zmienić Ciebie. Zostaniesz nieśmiertelnym zombie.

Mikołaj zamarł na samą myśl, jednak Krampus ciągnął dalej swój monolog złoczyńcy:

- Powiem Ci, co teraz się stanie. Gdy przejdziesz przemianę, przewiozę Cię do jakiegoś Królestwa, które będziesz terroryzował przez jedenaście miesięcy w roku, a w grudniu zacznie się moja praca. Ubiorę Twój strój i będę chodził po domach, by karać niegrzeczne dzieci. Pomyśl tylko, jak to zniszczy ich dzieciństwo, gdy pełni nadziei będą czekać na dźwięk sani, a gdy je usłyszą - spotkają mnie. Twoje dziedzictwo zostanie zniszczone, wszystkie symbole Mikołaja szybko zaczną kojarzyć się z wizją nadciągającego terroru. Czyż to nie będzie sprawiedliwe? 

- Dlaczego? - zapytał słabo Mikołaj, który najpewniej zacząłby już płakać, gdyby nie czuł się taki słaby. Wirus szybko się rozprzestrzeniał.


[Źródło]

- Dla zachowania równowagi. Kiedyś tworzyliśmy ją chodząc wspólnie po świecie - ty nagradzałeś, ja karałem. Później zostałeś sam i Święta kojarzyły się tylko z radością. Zapomniano o zadumie, która powinna towarzyszyć wspominaniu błędów popełnionych w minionym roku. Ludzie nie mieli motywacji, by stać się lepsi. Ba! Nawet przestali myśleć o tym, że powinni tacy być. Przyznaję, że to po części moja wina, ale ty również pozwoliłeś, by do tego doszło. Teraz przez tyle wieków, ile panowałeś samodzielnie - i ja będę panował. Po tym czasie znajdę sobie towarzysza, który stanie się symbolem nadziei.


Krampus chciał powiedzieć więcej, jednak widział, że przemiana Mikołaja w zombie nadeszła szybciej, niż się spodziewał. Po tym czasie nie pozostało mu już nic innego, jak wprowadzenie swojego planu w życie. Wybrał już królestwo, do którego ześle zombie Mikołaja i jego Elfy. Nadał mu już nazwę Zombieville i przypilnował, by jego mury nie pozwoliły się wydostać żadnemu żywemu trupowi. Pracownicy w studia kręcącego horrory typu Z, mieli stać na straży. W końcu wszystko poszło po jego myśli. Nie mógł już się doczekać, gdy za rok zaprzęże sanie Mikołaja i ruszy odwiedzić niczego jeszcze nieświadome dzieci. The End. 
W końcu horrory nie mają happy endu.



Ps. Dzięki wielkie za towarzystwo w czasie pisania i wszystkie pomysły, które podrzucaliście! Jesteście najlepsi! Dajcie znać, czy chcecie by ta seria już zawsze była pisana na żywo, czy wolicie starą formę. Sama bawiłam się świetnie (może trwało to odrobinę za długo, ale nie można mieć wszystkiego), ale w tej serii to Wy decydujecie.
Czytaj całość

Niezwykła 13-tka, czyli seriale z supermocami!

Seriale Marvela i DC Comics

Uwielbiam produkcje, których głównymi bohaterami są osoby obdarzone niezwykłymi zdolnościami. Zawsze jest ich dla mnie za mało i chciałabym móc obejrzeć kolejne tytuły. Może Wy również ich poszukujecie i ta lista spadnie Wam z nieba? Pamiętajcie tylko, że jest zasadnicza różnica między serialami o superbohaterach, a tymi z supermocami, bo te niezwykłe zdolności można spożytkować w różny sposób. Zresztą sami się przekonajcie, jak różnorodne potrafią być takie produkcje. 


Zdecydowanie to jeden z moich ulubionych seriali. W "Heroes" mamy do czynienia ze zwykłymi ludźmi, którzy niespodziewanie odkryli u siebie niezwykłe zdolności. Serial jest cudownie niezwykły nie tylko dzięki rozbiciu czterech sezonów na pięć volumów oraz wykreowania niezliczonej liczby dość niezwykłych zdolności, ale również dzięki iście komiksowej oprawie całości. Przejdę jednak do opisania pokrótce volumów. Pierwszy Genesis opiera się głównie na przedstawieniu bohaterów oraz ich próbach ocalenia świata. Volume II Pokolenia koncentruje się na rodzicach naszych głównych bohaterów i ich powiązaniu z Firmą. Trójka, czyli Złoczyńcy dotyczy dokładnie tego, na co wskazuje nazwa. IV Uciekinierzy wybiega trochę bardziej w przyszłość, ale nie będę Wam zdradzała szczegółów. Dodatkowo mamy volume V o uroczej nazwie Odkupienie. Niestety poza nazwą nie ma w nim nic dobrego, bo to rewelacyjny przykład, jak można zepsuć wspaniały serial okropnym końcem, dlatego jeśli go olejecie to nic się nie stanie. Oczywiście wszystkie volumy są ze sobą powiązane i opowiadają spójną historię, ale piątka naprawdę nie jest istotna. Za to sam serial gorąco polecam.


Po latach po zakończeniu emisji "Heroesi" doczekali się kontynuacji. Warto na wstępnie zaznaczyć, że w pierwszej kolejności należy obejrzeć sześć kilkuminutowych odcinków "Heroes Reborn Dark Matters", które łączą starą serię z nową, a dopiero po tym sięgnąć po "Heroes Reborn". Niemniej i tak spodziewajcie się ogromnego WTF?!, ponieważ w pierwszych odcinkach wszystko, co znacie i rozumiecie zostało podważone. Nic nie trzyma się kupy, a wy najprawdopodobniej będziecie zadawać sobie pytanie, czy scenarzyści aby na pewno oglądali oryginalną serię. Nie martwcie się jednak, bo w późniejszych odcinkach jest lepiej i to uczucie znika. A o czym jest? Tego nie powiem, sami musicie się przekonać (albo przeczytać wpis na ten temat, który podlinkowałam w tytule).

"Powers" przenosi nas do świata, w którym ewolucja poszła naprzód, dzięki czemu ludzie zyskali niezwykłe zdolności. Cała akcja dzieje się mniej więcej w naszych czasach, jednak w alternatywnej rzeczywistości, w której bohaterami komiksów nie są fikcyjne postacie, lecz żywi ludzie. Wśród nich znajdują się zarówno bohaterowie, jak i przestępcy, a obie te grupy żyją wśród zwykłych ludzi, którzy również chcą być Powersami i próbują naprawdę szalonych rzeczy, by obudzić w sobie moc. Muszę przyznać, że serial ma dość skomplikowaną fabułę, wiele wątków i licznych bohaterów. Jest wulgarny i zdecydowanie nie dla dzieci, a jednak ma w sobie jakiś geekowski urok. Przy okazji warto wspomnieć, że "Powers" jest serialem PlayStation Network powstałym na bazie komiksu Marvela.



My Hero Academia

"Boku no Hero Academia" polecało mi mnóstwo osób. Muszę przyznać, że to całkiem ciekawe anime i bardzo spodobał mi się pomysł pozornie tak podobny do tego, który możemy zobaczyć w "Powers". Tu również ewolucja poszła na przód, jednak w tym świecie niemal wszyscy ludzie zaczęli się rodzić z supermocami. Jak wspomniałam niemal, bo główny bohater jest normalny i strasznie przez to cierpi, ponieważ jego największym marzeniem było zostanie Superbohaterem (w ich świecie to normalny zawód). W końcu jednak znajduje sposób, by wstąpić do elitarnej szkoły, która uczy szlifowania swoich zdolności i ratowania świata. Daję okejkę.


Seriale o superbohaterach


Misfits: Wyklęci

„Wyklęci” zrywają ze staromodnym (#smuteczek) wizerunkiem superbohaterów rodem z komiksów. Głównymi bohaterami serialu (a przynajmniej jego pierwszych sezonów) jest 5 nastolatków, rozpoczynających swoje prace społeczne w Centrum Kultury. W czasie ich pierwszego dnia „pracy”, w Anglii szaleje dziwna burza, podczas której zostają rażeni piorunem. Efektem tego zostają obdarzeni niezwykłymi zdolnościami. Działa to mniej więcej tak, jak ugryzienie radioaktywnego pająka. Nowe moce są tak nietypowe, jak ich właściciele. Podobno serial ma fanów, ale Gosiarella zdecydowanie się do nich nie zalicza. Na moje oko błędy w scenariuszu są niemal równie przerażające, jak Ci mali psychopaci, którzy robią za głównych bohaterów. 

Haven jest małym miasteczkiem, którego mieszkańcy nie przepadają za obcymi. Mają ku temu dobre powody, ponieważ są dość niezwykli. Część mieszkańców od pokoleń jest obdarzona pewnymi darami, a raczej przekleństwem, które nazywa się Kłopotami - trzeba przyznać, że to dość niecodzienne podejście do super mocy, ale trudno się dziwić, skoro u nich powodują głównie kłopoty. Co ciekawe Kłopoty czasami są, czasami ich nie ma, a czasami trzeba je aktywować. I chociaż serial jest dość przeciętny, a bohaterowie odrobinę irytujący, to trzeba przyznać, że twórcom wyobraźni nie brakło i moce bywają zdumiewające np. moje ulubione to moc spełniania życzeń i przeżywania swoich snów.


Gdzie pachną stokrotki

W "Gdzie pachną stokrotki" mamy jedynie jednego bohatera, u którego możemy zdiagnozować niezwykłą moc. Ned jest cukiernikiem, którego wypieki są przepyszne! Jego sekretnym składnikiem są zgniłe owoce, które powróciły do życia dzięki jego dotykowi. Zresztą nie tylko one, bo ludzi też. Widzicie, Ned dorabia sobie pomagając policji. Jego rola polega na chwilowym ożywianiu ofiar i uzyskiwaniu od nich imion ich morderców. Pewnego dnia w ten sposób trafia na swoją dawną miłość, Charlotte. Chociaż z tą 'dawną' można byłoby się spierać, bo uczucie zdecydowanie nie wygasło. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Ned nie może jej NIGDY i pod żadnym warunkiem dotknąć, bo wtedy dziewczyna umrze już na zawsze. Muszę przyznać, że choć akcji nie ma tu dużo, to serial jest bardzo przyjemny w odbiorze. Daję okejkę.

The Tomorrow People

Człowiek ponownie zaczyna ewoluować. Tym razem Matka Natura do podstawowej receptury homo sapiens dodała zdolność teleportacji, telekinezy i telepatii, u wyjątkowych osobników pojawia się również zdolność czasowstrzymywacza (nie mamy do czynienia z innymi mocami w tym serialu). Za to wszyscy dostali w bonusie blokadę zabijania (właściwie to całkiem przydatne, jeśli Matka Natura chce by Ziemia nie została zdewastowana przez coraz to gorsze bronie.). Teoretycznie homo sapiens nie zdaje sobie sprawy z tego, że żyją wśród nich przedstawiciele nowego szczebla ewolucji. Napisałam teoretycznie, bo istnieje pewna grupa uświadomionych ludzi, która pracuje w organizacji Ultra. Zadaniem Ultry jest… właściwie nie mam pojęcia co jest ich zadaniem, bo są niesamowicie niekonsekwentni. Jednak przez większość czasu kombinują, jakby tu zniszczyć/wybić/wyłapać najbardziej nieszkodliwy gatunek ssaków, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Tak, to ma tyle sensu, że aż wcale, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że na tym wady się nie kończą. Łatwiej byłoby mi napisać, co jest w nim dobrego - Spoiler: NIC. Nie polecam.

Seriale z niezwykłymi zdolnościami




Flash

Wybuch w S.T.A.R. Labs miał poważne konsekwencje. Zmienił część ludzi w metaludzi, czyli osoby obdarzone niezwykłymi zdolnościami. Jednym z nich jest Barry Allen, który stał się najszybszym człowiekiem na Ziemi i najwyraźniej jedynym meta człowiekiem w całym Central City, który postanawia walczyć po stronie dobra. Choć "Flash" jest spin-offem "Arrow" to wyjątkowo nie widzę potrzeby, by oglądać oba seriale - wystarczy Wam Flash, który jak na adaptację komiksów od DC Comics jest całkiem interesujący.


DC's Legends of Tomorrow 

"DC's Legends of Tomorrow" jest zdecydowanie mniej udane od Flasha, chociaż zapowiadało się znacznie lepiej. Akcja skupia się na próbach powstrzymania nieśmiertelnego złoczyńcy Vandala, który w 2166 roku podbił świat i zdziesiątkował ludzkość. Wśród jego ofiar była między innymi rodzina Ripa Huntera, który jako żądny zemsty Władca Czasu ma możliwość cofnąć się w czasie oraz skompletować 'elitarną' drużynę, by ta pomogła mu powstrzymać podłego oprycha. Niestety w misji zabicia nieśmiertelnego przeciwnika przeszkadzają im pozostali Władcy Czasu, którzy bardzo nie lubią, gdy ktoś stara się zmienić przeszłość/przyszłość. Ogólnie serial dość mocno mnie do siebie zraził i zdecydowanie nie polecam jego oglądania. 

Agenci T.A.R.C.Z.Y.

"Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D." to jak sama nazwa wskazuje serial sygnowany znaczkiem Marvela, co samo w sobie gwarantuje jakość. Ta konkretna produkcja zabiera nas do świata, który znamy z filmowych Avengersów.  Agent Tarczy Phil Coulson tworzy małą grupę, której celem jest nie tylko walka z Hydrą, ale również odnajdywanie i zajmowanie się osobami obdarzonymi niezwykłymi zdolnościami.


Jessica Jones

Jessica Jones w niczym nie przypomina superbohaterki. Jest wulgarna, destrukcyjna, nie przepada za ludźmi, a pomagać im owszem może, ale za godziwą zapłatą - w końcu prywatny detektyw nie pracuje za darmo. Chociaż nie wiem, jak zdesperowanym trzeba być, by zapukać do wybitych drzwi Jessici. Dziewczynę poza niezwykle podłym charakterem wyróżnia jeszcze niezwykła siła. Muszę przyznać, że mimo znacznie cięższego klimatu, niż zazwyczaj u Marvela, serial jest naprawdę dobry i godny polecenia. 


Luke Cage

Po debiucie w "Jessica Jones" Luce dostał swój własny serial. Jestem dopiero w trakcie oglądania pierwszych odcinków (na razie mnie nie zachwyciły), dlatego posłużę się oficjalnym opisem: "Główny bohater w trakcie nieudanego eksperymentu zyskuje nadzwyczajną siłę i niezniszczalną skórę. Staje się zbiegiem, który próbuje odbudować swoje życie w Harlemie. Jednak musi się zmierzyć ze swoją przeszłością i stanąć do walki o swoje miasto". 


Seriale Marvela i DC


Wierze, że ta lista trzynastu seriali o ludziach obdarzonych niezwykłymi zdolnościami, przyda się Wam i każdy znajdzie na niej coś dla siebie. W końcu mamy na niej zarówno produkcje o superbohaterach od Marvela i DC Comics, jak i o ludziach z supermocami, którym bardzo daleko do czynienia heroicznych rzeczy. Mamy światy, w których superbohaterowie są pożądani i wszyscy im zazdroszczą ich talentów, jak i te, w których nowa generacja ludzi musi skrywać swoje talenty przed światem. Różnorodność w takiej tematyce jest wręcz zaskakująca!

Ps. Okey, dzieciaczki! Teraz Wasza kolej: Co dopisalibyście do powyższej listy? Co już znacie, lubicie i nie lubicie?
Ps2. Z czym chcielibyście kolejną listę?
Ps3. Mikołajowy wpis będzie w piątek! A w międzyczasie zajrzyjcie na Gosiarellowego Facebooka, jeśli chcecie zgarnąć Gosiarellowy kubek od Mikołaja!

Czytaj całość

Belfer, czyli ech... ta dzisiejsza młodzież!


Nie jestem fanką polskich produkcji. Z wielu względów za nimi nie przepadam i kiedyś z pewnością Wam o tym opowiem. Niemniej moja niechęć, czy raczej uprzedzenie w stosunku do rodzimej kinematografii powinna być jeszcze większym podkreśleniem tego, jak odebrałam „Belfra”.

Dobrowice to kilkutysięcznych, fikcyjna miejscowość, która może nie jest typowym miasteczkiem, w którym jak to się mówi potocznie: psy dupami szczekają, ale zdecydowanie leży blisko miejsca, w którym diabeł mówi dobranoc, bo wydaje się, że cała Polska już dawno zapomniała o istnieniu tego miasteczka. Nic wielkiego się tam nie dzieje, a wszystkie machloje są bezkarne, bo kto by się nimi tam przejmował? Gdy pewnego dnia dochodzi tam do śmierci nastoletniej Asi Walewskiej (Katarzyna Sawczuk), nawet policjanci nie bardzo wiedzą co ze sobą i tą sprawą zrobić. Uznać za samobójstwo i spokojnie zamieść pod dywan, czy może wszcząć postępowanie w sprawie morderstwa? Druga opcja wydaje się bardziej właściwa, ale też okropnie kłopotliwa — w końcu w Dobrowicach nawet ściągnięcie psów tropiących wymaga tygodnia oczekiwania, a do tej pory ewentualne tropy już dawno się zatrą.

Samobójstwo, czy morderstwo? Skoro nie żyje, to po co się przejmować, prawda?

Najpewniej śmierć tej biednej, młodej dziewczyny skończyłaby się jedynie notką o samobójstwie w lokalnej gazecie, gdyby nie pojawienie się w miasteczku nowego nauczyciela z Warszawy.  Paweł Zawadzki (Maciej Stuhr), czyli nasz tytułowy belfer jest dziwnym typem. Wszędzie węszy, delikatnie ludzi podpytuje o to całe morderstwo Walewskiej, przy okazji dowiaduje się o głównych graczach rozdających karty w Dobrowicach. Na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to typowy nauczyciel. O nie! On skrywa jakąś tajemnice - moglibyśmy pomyśleć, że sam jest zamieszany w tę sprawę, gdyby nie fakt, że w czasie dokonania zbrodni był w Warszawie. Z odcinka na odcinek dowiadujemy się, że każdy z bohaterów skrywa sekret, a po odkryciu ich wszystkich będziemy mogli się dowiedzieć, co naprawdę przytrafiło się Asi i dlaczego. Jesteście ciekawi?

Po obejrzeniu pierwszego sezonu już wiem, co się stało i muszę przyznać, że w pierwszych odcinkach nie potrafiłabym tego odgadnąć! Ba! Co najwyżej w odcinku poprzedzającym zakończenie powoli się domyślałam, o co w tym naprawdę chodzi, a i tak twórcy serialu mnie zaskakiwali. Zwłaszcza, że wszystko okazało się równie skomplikowane, jak i proste. [Spoiler dla tych, którzy już obejrzeli finał] Niemniej dalej nie jestem pewna, kogo winić za morderstwo Asi. Rozzłoszczoną małą dziewczynkę, która chciała się odegrać? Chłopaków, którzy z dużą brutalnością chcieli okazać swoją pomoc w wendecie? Czy może socjopatyczną manipulatorkę, która wcieliła się w rolę mistrza marionetek? Osobiście uważam, że żadne z nich nie było bez winy, jednak prawdziwym czarnym charakterem jest dla mnie ta ostatnia, ponieważ tylko ona działa z premedytacją przewidując skutki swoich akcji, a przy tym wykazała się największą nielojalnością i wyrachowaniem. Taka zdrada boli najbardziej, a raczej bolałaby, gdyby Asia przeżyła [/Spoiler]. Bez względu na werdykt (mam nadzieję, że podzielicie swoimi spostrzeżeniami na temat głównego winowajcy), podoba mi się to, że zakończenie nie jest czarno-białe, lecz pozwala nam zastanowić się, jakie skutki mogą mieć nasze pozornie nieszkodliwe czyny. Zasadniczo można obwiniać dzisiejszą młodzież - marudzić, jaka to ona nie jest zdegenerowana, ale prawda jest taka, że te wszystkie występki nie są jedynie domeną nastolatków. Zdrady, romanse z żonatymi facetami, zazdrość, przemoc, czy żądza zemsty lub próba odbicia faceta koleżanki są w takim samym stopniu domeną młodych, jak i dorosłych.

Czy są zdegenerowani? Jasne, ale ich rodzice również.

Czułabym się źle, gdyby nie pochwaliła cudownej gry aktorskiej. Każdy aktor spisał się naprawdę dobrze, a czegoś takiego już dawno nie widziałam. Niemniej bezapelacyjnie największe brawa należą się Maciejowi Stuhrowi, Sebastianowi Fabijańskiemu oraz Aleksandrze Grabowskiej. Stuhr za każdym razem udowadnia, że nie minął się z powołaniem, ale pozostałą dwójkę widziałam na ekranie po raz pierwszy. Fabijański mimo niezbyt sympatycznej roli uwodził mnie swoją grą, zaś Grabowska - ta to dopiero dała czadu. Ciężko uwierzyć, że to jej debiut. Początkowo nie zwracałam na niej większej uwagi, wręcz zlała mi się z tłem, ale w drugiej połowie serialu nie mogłam z niej spuścić z oczu.  Niejedna gwiazda polskiej sceny mogłaby jej pozazdrościć talentu.

Nie mam zamiaru ukrywać, że "Belefer" bardzo mi się podobał. Uważam, że jest rewelacyjny.  Wątki były rozpisane świetnie, bohaterowie naprawdę dobrze wykreowani, a gra aktorska pierwszej klasy. Każdy odcinek trzymał w napięciu, budował fascynujący klimat otaczających nas zewsząd tajemnic, ale również obnażał część tajemnic. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak dobry i oryginalny pomysł mieli na niego twórcy oraz jak genialnie go zrealizowano. Wiecie, że niemal zawsze oceniam serial dopiero po zakończeniu przynajmniej jednego sezonu, bo wierzę, że najważniejsze nie jest to, jak się zaczyna, ale jak się kończy, a "Belfer" zakończył to z klasą. Okazało się, że serial, który moim zdaniem mógł sprawdzić się tylko, jako jednosezonowiec, zrobił przepiękne przejście do kolejnej serii. Widać, że było to dobrze przemyślane (chociaż popełniono jeden mały błąd logiczny), że aż cieszyło oczy.

Oddaję duży pokłon Canal + Polska za to, że w końcu mogłam obejrzeć rodzimą produkcję i być dumna, a nie jak zawsze zwyczajnie zażenowana. To taka miła odmiana! Dlatego z dziką przyjemnością napiszę, że Belfer jest nie tylko najlepszym polskim serialem kryminalnym, ale także najlepszym, jaki oglądałam, czyli wyprzedził wszystkie amerykańskie twory. Nie będę kryć, że Gosiarella poleca!

Ps. Wyszła mi laurka, ale czasami seriale na nią zasługują. Teraz Wasza kolej: jaki jest Wasz ulubiony polski serial?

Czytaj całość

Czarne czy czerwone, czyli kasyno w filmach


Jest wiele motywów, które regularnie powtarzają się w filmach, zwłaszcza hollywoodzkich. Oczywiście — dobry i zły glina, bohater ostatniej akcji, ratowanie świata przez bohatera dosłownie sekundę przed eksplozją nuklearną i tak dalej. Swoją drogą, Was też irytuje, że ten zły zawsze musi dać dobremu szansę na ratunek, najczęściej przy okazji zupełnie bez sensu zdradzając mu swój plan zagłady świata (nr 3 na liście największych błędów czarnych charakterów)?


Wśród kolorowych motywów, które często znajdziemy w kinie, są także spektakularne sceny w kasynach. Chyba są tak pociągające ze względu na to, że to trochę taki magiczny świat, w którym wszystko jest możliwe. Świat, w którym wielu z nas nigdy nie było, chociaż może i by chciało się kiedyś wybrać.


Wielki Szu i James Bond


Akurat w polskim kinie scen kasynowych, czy wręcz filmów o tej tematyce nie ma prawie wcale. Oczywiście, był „Wielki Szu” ze wspaniałą rolą Jana Nowickiego i słynnym tekstem „Graliśmy uczciwie: ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem — wygrał lepszy”. Problem w tym, że ten film to prehistoria, opowiada o pokerze, w jakiego nikt już dziś nie gra i o szulerach, jakich już nie ma.

Dziś w pokera gra się tak, jak na przykład James Bond, w Casino Royale. Odmiana Texas Hold'em jest uważana przez ekspertów za grę umiejętności, choć wiedzy o niej lepiej nie czerpać z filmów o agencie 007. Tak, zdradzę Wam w tajemnicy: w puli raczej rzadko znajduje się 115 milionów dolarów!


Co ciekawe, globalną popularność tej właśnie odmiany pokera zapoczątkował nie James Bond, ale... Jason Bourne! A dokładniej mówiąc Matt Damon. W „Rounders”, filmie Jona Dahla z 1998 roku, przyszły Jason Bourne gra studenta, zafascynowanego tą grą, który toczy spektakularne pojedynki z Johnem Malkovichem, a w końcu decyduje się zostać zawodowym pokerzystą. Co ciekawe, ten film stał się inspiracją dla historii, która jak na mój gust jest gotowym scenariuszem na hollywoodzki hit: 28-letni księgowy z Nashville wygrał online za 86 dolarów bilet do najważniejszego turnieju w roku, a następnie pokonał 838 rywali i został mistrzem świata. Zarobił przy okazji 2,5 miliona dolarów i sprawił, że wybuchł prawdziwy pokerowy boom.


Kto wygrał najwięcej?


Jednak w filmach gra się nie tylko w pokera. Na przykład chłopaki z „Kac Vegas” postanawiają spróbować swoich sił, grając w black jacka. Do zadania podchodzą poważnie: Alan czyta książkę z zaawansowanymi strategiami i tak przygotowany siada do gry. Doskonale zna zasady blackjacka, wie dokładnie, kiedy podwoić, kiedy rozbić, a kiedy podnieść stawkę. W efekcie wesoła ekipa opuszcza kasyno z kupą forsy.



Jeśli chodzi o ogrywanie kasyna, doskonale radziła sobie też inna ekipa – George'a Clooneya w serii filmów Ocean's Eleven, Ocean's Twelve i Ocean's 13. Tam nie chodziło jednak o wygrywanie w karty, czy ruletkę, tylko o przygotowanie doskonale zaplanowanego skoku na kasyno. Cel jednak był podobny: zgarnąć jak najwięcej kasy. Celem Oceana i jego paczki było ograbienie kasyna na 150 milionów, czyli nawet więcej niż w pokera wygrał James Bond. Faktem jest, że najwięcej wygrali... producenci filmu. Ocean's Eveven kosztował 85 milionów, a zarobił prawie pół miliarda. W sumie trzy części pochłonęły blisko 300 milionów, a przyniosły ponad 1,1 miliarda dolarów.
Nawiasem mówiąc, trwają przygotowania do kolejnej części: Ocean's 8, w której w małej roli znów pojawi się Matt Damon. Skoro mowa o kasynie i obstawianiu, śmiało można obstawiać, że film przyniesie twórcom kolejne setki milionów. Czyli jednak: czerwone wygrywa, ktoś tu trafił prawdziwą kumulację!

Ps. Co byście powiedzieli na polską wersję Ocean's Eleven?
Ps2. Których aktorów chcielibyście w niej zobaczyć?
Czytaj całość

Grudzień nadchodzi, czyli najciekawsze premiery!


Nadchodzi grudzień - najbardziej świąteczny miesiąc w roku, a w związku z tym przygotowałam dla Was wiele niespodzianek. Teraz jednak czas przyjrzeć się najciekawszym premierom, które przygotowały dla nas kina i wydawnictwa. Wśród książek nie ma szału (znalazłam dosłownie dwa ciekawe tytuły), ale filmy troszeczkę ratują sytuację.



Sara Shepard - Perfekcyjne
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Data wydania: 18 grudnia


Ava, Caitlin, Mackenzie, Julie i Parker – wszystkie dążą do perfekcji bez względu na cenę.Połączyła je nienawiść do przystojnego kobieciarza Nolana Hotchkissa, który zranił każdą z nich. Dziewczęta planują morderstwo doskonałe – w żartach, rzecz jasna, bo nigdy by się na to nie odważyły. Kiedy Nolan ginie tak, jak to planowały, nastolatki stają się głównymi podejrzanymi. Tylko że to nie one zabiły! A więc kto? Jeśli szybko nie rozwiążą zagadki i nie zdemaskują mordercy, ich perfekcyjne życie legnie w gruzach.



Marek Rybarczyk - Wszystkie szaleństwa Anglików
Wydawnictwo: Fabuła Fraza
Data wydania: 8 grudnia


Marek Rybarczyk, były korespondent w Londynie i dziennikarz BBC odsłania zakamarki szalonej angielskiej duszy i wartko kreśli dzieje wyspiarskiego ekscentryzmu - od epoki kultu wolności w XVIII wieku po lata 60. XX wieku.
Dlaczego Anglicy zagłosowali tak szaleńczo za Brexitem? Jak udało im się zbudować a potem rozmontować imperium? Skąd bierze się ich ksenofobia i poczucie wyższości? Jak godzą konserwatyzm z liberalizmem i chłód z seksoholizmem?Dlaczego to właśnie Anglicy wymyślili komputer, odkurzacz i termos? Kim był „książę kopacz”? Kto zaprojektował pistolet na osy? Kto rządził nago w Indonezji? Jak zabawiali się arystokraci w klubach Soho i posiadłości Cliveden? Na co jeździ ekologiczny samochód księcia Karola i ile kochanek miał jego ojciec książę Filip?



Underworld: Wojny krwi - 2 grudnia

Być może nie wiecie, ale moim ulubionym filmem jest "Underworld", a dokładnie trzy pierwszej części. Uznaję tylko trylogię, bo z czwartej części zapamiętałam tylko tyle, że należy ją wyrzucić z pamięci (jak widać udało mi się). Niemniej masochizm pcha mnie do obejrzenia kolejnej części, a jeśli zaszaleję (zarówno ja, jak i mój wspomniany masochizm), to możecie się spodziewać niebawem tygodnia z Underworldem. Nie mówcie, że nie ostrzegałam!


Creative Control - 2 grudnia
 

Normalnie nie umieściłabym tego filmu na liście, ale come on! Wirtualna rzeczywistość zawsze mnie kręci. 


Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie - 15 grudnia



Pasażerowie - 25 grudnia


Jest tak wiele plusów tego filmu, że zwyczajnie nie mogę go sobie odpuścić. W skrócie wystarczy napisać, że to space opera z Jennifer Lawrence. Tylko skąd im się wzięła ta data premiery? W ogóle kina są czynne w Boże Narodzenie? PIS nie będzie bojkotował tego? 


Siedem minut po północy - 25 grudnia



Ps. Zaciekawiło Was coś?
Czytaj całość

© Copyright Gosiarella