Kilka lat temu, mniej więcej w okresie, gdy "Zmierzch" Stephenie Meyer znajdował się na szczycie list bestsellerów, pojawił się prawdziwy wysyp powieści o wampirach. Większość z nich była skierowana do młodzieży i wyjątkowo nie udana, dlatego odnoszę wrażenie, że osoby szukające dobrych tytułów z krwiopijcami w rolach głównych, chodzą po księgarniach, jak po polu minowym - nie pewni z której strony wybuchnie im w twarz śmierdząca wypocina grafomana. Na całe szczęście Gosiarella przychodzi z pomocą i wyjaśnieniem, które tytuły są złe, a które warte wypróbowania.




Saga Zmierzch, Stephenie Meyer
Chyba nikomu nie muszę wyjaśniać o czym jest ta książka. Za to na wstępie stracę w Waszych oczach wiarygodność, bo nie mam zamiaru pisać, że "Zmierzch" jest efektem knowań Szatana z Amiszami, czyli zły i nudny. Właściwie jest jeszcze gorzej, bo będę całkiem szczera i przyznam, że seria Meyer naprawdę mi się podobała, chociaż kompletnie nie potrafię jej obronić. Akcja jest... jaka akcja? Tam prawie nic się nie dzieje, ambitne to to nie jest, postacie są mniej lub bardziej irytujące, a jednak książkę czyta się tak przyjemnie i wciąga niesamowicie. Strony wręcz same przelatują przez palce, a kac książkowy zawsze mam pewny! Dalej trzymam się tego, że ten tytuł został ośmieszony przez fatalne ekranizacje. 


Seria Pamiętniki Wampirów, L.J. Smith
Najprawdopodobniej widzieliście lub słyszeliście o serialu pod tym samym tytułem, który nakręcono na motywach tej serii. Może nawet ta produkcja Wam się podobała i chcecie przeczytać pierwowzór? Moja rada: Nie róbcie tego! Gdyby przyznawano nagrody za najgorsze książki o wampirach to ta seria byłaby poważnym kandydatem, choć konkurencja jest spora! Pomijają już fakt, że książka nie jest specjalnie ciekawa, za to bohaterowie są mdli, to w dodatku tam się dzieją cuda na kiju. Elena raz jest człowiekiem, raz wampirem, raz trupem, potem aniołem, potem się zgubiłam. Na domiar złego, jeśli dobrze pamiętam mamy tam inne światy, a po Mystic Falls biegają kitsune. To papierowa MINA!

Wspominałam o nagrodzie dla największego wampirzego shitu? Oto kolejny poważny kandydat to jej otrzymania! O Geez! Jakie to było złe! Gibbs stworzyła bohaterkę, która wplątała się w sprawy wampirów, które później ją porwały, przetrzymywały w swojej rezydencji, poniżały, a ona się zakochała w jednym z nich. Seriously?! Bohaterowie są niedorzeczni, fabuła absurdalna, nawet styl pisarki jest męczący i toporny. Naprawdę nie da się tego czytać, a cały nakład powinien iść na przemiał. Śmierdząca MINA!


Dla przeciwwagi w końcu dobra powieść - zabawna, pełna ciętych ripost i niesamowicie wciągająca. Główną bohaterką jest Jessica, amerykańską nastolatką z widłami w rękach, która nagle dowiaduje się, że jako dziecko została zaręczona z rumuńskim księciem/wampirem. Więcej na jej temat możecie przeczytać tutaj, ale zapewniam, że to jedna z nielicznych powieści o krwiopijcach, która nie dość, że ma ciekawych bohaterów, to jest także naprawdę interesująca, a wręcz odświeżająca. Gwarantuję, że będziecie się bawić wyśmienicie pod czas czytania! To prawdziwy brylant pośród setek min!




Z tą serią mam problem, bo dla mnie bohaterowie nie są pełnoprawnymi wampirami, lecz upadłymi, a raczej wygnanymi z nieba aniołami, które przybrały postać ludzi, ale wysysają krew. Ogólnie ci krwiopijcy średnio się mają do stereotypu, ale może zajmijmy się oceną książek. Właściwie nie są takie złe, choć nie powalają na łopatki. Klimat trochę z Plotkary, a przy tym w serii aż się roi od postaci snobów z wyższych sfer, dla których jedyną przeciwwagą jest Schuyler, która i tak niczym Dan Humphrey szybko zyskuje swoją przepustkę do świata bogactwa i elegancji. Mina to nie jest, ale gwarancji, że Wam się spodoba też nie mam. 


Seria Wampiry z Morganville, Rachel Caine
Za to w tym przypadku mogę być pewna, że "Wampiry z Morganville" raczej nie przypadną Wam do gustu. Zresztą zamiast krytykować książkę, zwyczajnie przybliżę Wam o czym jest - to powinno wystarczyć. Claire jest kujonką-popychadłem, która po przeprowadzce do Morganville odkrywa, że nie tylko dzieciaki na uczelni stanowią dla niej zagrożenie, ale także wampiry, które przejęły miasto i po zmroku wyruszają na żer. Tak, to jest tak złe, jak Wam się właśnie wydaje. 100% mina!


Być może macie ochotę przeczytać o wampirzycy, która robi karierę aktorską? Książką o Ovsannie Moore - królowej horroru idealnie wpasowuje się w to, ale czy warto? Pierwsze dwa tomy czytałam lata temu. Nie uznałam ich za tragicznych, ale dziś też nikomu nie polecałabym tego. Na pocieszenie nie jest to kolejna powieść dla nastolatków. 


Cykl Dom Nocy, Kristin Cast, P.C. Cast
W przedstawionym przez panie Cast świecie, każdy może okazać się wampirem. Nyks wybiera swoje dzieci obdarzając je znakiem, a gdy on się ujawni powinny znaleźć się wśród swoich. I tak oto dostajemy nocną szkołę pełną nastoletnich wampirów, które praktykują mitologiczne obrzędy na cześć swojej bogini. Trochę dziwne, ale nie takie złe, jak mogłoby się wydawać. To jednak wcale nie znaczy, że również dobre. Jeśli mam być szczera, cykl potrafi wciągnąć, jednak z tomu na tom jest coraz gorzej. Osobiście nie polecałabym po sięgnięcie po tą serię, ale na tle pozostałych powieści nie wypada bardzo źle. 




Mroczny romans paranormalny z całkiem ładną okładką. Co mogłoby pójść źle? Jak się okazało wszystko! Książka opowiada o bardzo dziwnej nastolatce, która nie jest odważna, ani bystra, ani zabawna, ani towarzyska, ani nawet interesująca, więc jakie mogą być jej przygody? Równie mdłe i bezbarwne. Książka jest źle napisana, fabuła źle skonstruowana, a wątki niezrozumiałe. To mina bryzgająca odchodami - wystrzegajcie się tego badziewia!


Dopiero dziesięć powieści za nami, a mi już zaczyna brakować epitetów do obrażania kolejnych, a tu coraz gorsze i gorsze. Teraz uwaga: opowiada głównie o złączonych ze sobą losach Michaiła i Raven, którzy poznali się dzięki swoim telepatycznym zdolnością. Można powiedzieć, że właściwie Raven odnalazła jego umysł, gdy on sam był samotny i pozbawiony chęci do życia. Od pierwszego ich kontaktu sprawa była przesądzona, ponieważ karpatianin postanowił zrobić z amerykanki swoją życiową partnerkę i koniec kropka. Nikt i nic nie miał prawa powiedzieć, że mogłoby być inaczej. Właściwie ona też nie miała wiele na ten temat do powiedzenia. Para bardzo szybko konsumuje swój związek, a później ponownie i ponownie. Właściwie głównym tematem książki są poczynania łóżkowe tej dwójki, które delikatnie mówiąc są trochę nietypowe. Zresztą jak i cały ich związek. Gdzie on całkowicie dominuje nad swoją partnerką, a ona pomimo swojej "niezależności" i tak jest uległa, jak baranek. Gdzieś po drodze natykamy się również na morderców polujących na Karpatianów, którzy zabili siostrę Michaiła. Brzmi niedorzecznie? Zdecydowanie nagroda za najbardziej żenującą powieść o wampirach trafia do Christine Feehan! Brawo! Mina wybuchła!


Mam nadzieję, że nie jesteście zmęczeni, bo to nie koniec żenady! Na całe szczęście mój mózg wyparł z pamięci wspomnienia po tej lekturze, więc zamiast obrzucać ją nowymi wyzwiskami, podrzucę tekst, który kiedyś o tym pisałam. Ze swojej strony dodam tylko, że książka jest wydmuszką - piękna okładka, ciekawy styl autorki, opisy pięknej bohaterki, a wszystko po to, by sprzedać nam bylejakość w najnudniejszym wydaniu. Mina! Biedne drzewka umarły na darmo!


Kolejna książka o wampirach ze słowem 'mrok' w tytule. Oryginalność jest passe. A fabuła? Wampirzyca i łowca wampirów walczą w ramię w ramię ze wspólnym wrogiem, a potem łączy ich coś więcej, niż walka. To też takie zaskakujące! Najgorsze jest to, że tę książkę kiedyś wcale nie uznałam za złą, ale musicie mi wybaczyć, bo młoda byłam, głupia byłam. Dziś mówię: mina!

Podsumowując dwanaście książek o wampirach dochodzę do wniosku, że albo autorzy nie potrafią opisać krwiopijców w ciekawy w sposób, albo wydawnictwa wydają tylko słabe historie. Nie wiem co gorsze! Jedno jest pewne. Musicie uważnie kroczyć wśród półek księgarni, bo łatwiej wyciągnąć z nich okropnego gniota, niż prawdziwą perłę z kłami. 

Ps. Jeśli będziecie chcieli to stworzę kolejną parszywą dwunastkę, bo niestety półki książek o wampirach, aż się uginają. 
Ps2. Jakie są Wasze doświadczenia z tego typu książkami? Dołożycie jakieś tytuły?

Jakiś czas temu popełniłam tekst o marzeniach księżniczek Disneya, dzięki czemu internet dowiedział się, że kryje się za nimi coś więcej, niż tylko chęć wyhaczenia przystojnego królewicza. Podobnie jest z czarnymi charakterami, których główną motywacją wcale nie jest wyłącznie czynienie zła. Daję słowo! Ich pragnienia są znacznie głębsze. 

W przeciwieństwie do księżniczek, czy pozostałych pozytywnych głównych bohaterów, czarne charaktery nie są już młode, piękne, ani nie mają uroczego głosu, przez co nawet słodkie, leśne zwierzątka trzymają się od nich na dystans. Te wszystkie powierzchowne cechy, które dyskryminują ich w bajkach stanowią swoistą zaletę dla ich charakteru. Głównie dlatego, że nie mogą być infantylnymi, trzepiącymi rzęsami pięknościami, którym wszystko uchodzi płazem. Co to to nie! Złoczyńcy muszą pielęgnować swoją inteligencję, a nie urodę, a gdy to połączy się z latami doświadczenia, to dostajemy całkiem interesującą postać, która zdecydowanie ma większe kompetencje do rządzenia Królestwem, niż jakaś roztrzepana, uległa i niezbyt kumata księżniczka (swoją drogą przypominam tekst o Złoczyńcach walczących w obronie królestwa, gdzie myśl jest rozwinięta). A skoro mają odpowiednie kwalifikacje, to nic dziwnego, że spora część czarnych charakterów marzy o WŁADZY! Postacie takie jak Yzma, Jafar, czy Królowa potocznie nazywana Złą, to wspaniałe przykłady bohaterów o takich pragnieniach, a także tego, jak Disney przedkłada infantylnych głuptasów przed doświadczonych władców. Wszyscy wiemy, że Kuzco, Aladyn z Jasminą oraz Śnieżka to fatalni pretendenci do tronu i byliby z nich koszmarni zarządcy krajów, prawda? Jeśli nie jesteście tego tak pewni, jak ja to wyjaśnię. Kuzco jest egoistą, który ma w nosie los poddanych. Aladyn to złodziej, a Jasmina nie dość, że woli osobiste szczęście od dobra Agrabahu, to w dodatku uciekła z pałacu, co zresztą pokazało później, że nie ma bladego pojęcia, jak wygląda życie ludzi, którzy będą składać swój los w jej ręce. Została nam do omówienia Śnieżka, ale tu zwyczajnie odwołam się do jej bierności, uległości i braku predyspozycji, bo wolałabym nie wspominać, że najprawdopodobniej była opóźniona umysłowo, a przynajmniej tak to wyglądało w bajce. Biorąc to wszystko pod uwagę mogę zaryzykować stwierdzenie, że tzw. czarne charaktery (a przynajmniej część z nich) nie marzyli tylko o władzy, ale również o dobru swojego królestwa (sprawdźcie, co by się stało, gdyby złoczyńca wygrał). Wychodzi na to, że to bardzo szlachetne, patriotyczne pragnienia!


Właściwa osoba na właściwym miejscu to podstawa!
Prawdą jest, że nie wszystkie pragnienia są tak czyste i dobre. Niektórzy z nich, zwłaszcza kobiety, cierpią z powodu swojego wieku i zewnętrznych niedoskonałości. Czy można się im dziwić, że chciałby zachować piękno i młody wygląd? W końcu Yzmie co chwilę wytykano, że pewnie skończyła szkołę, gdy wyginęły dinozaury. Zła Królowa za każdym razem, gdy spojrzała w lustro słyszała, że nie jest najpiękniejsza w świecie. A biedna Gothel była tak stara i pomarszczona, że tylko dzięki magii nie zmieniła się w kupkę prochu. Gdy dołożymy do tego, że wokół nich pałętały się śliczne młódki, to nie powinniśmy się dziwić, że starsze panie nabawiły się kompleksów. Zwłaszcza Cruella de Mon, która zapewne nawet w młodości nie grzeszyła pięknem. Musiała sobie to odbijać luksusowymi, ekstrawaganckimi strojami i bogactwem. Powiedzcie mi, czy pragnienie, by być piękną jest naprawdę takie złe? Może trochę próżne i egoistyczne, ale czy złe? Przecież kobiety od wieków nie przebierały w środkach, by zachwycać swą urodą, prawda? 


Uroda wymaga poświęceń... a czasem nic nie pomaga.
Niemniej każdy bajkowy czarny charakter jest inny, dlatego różnią się ich cele. O czym marzą Ci, którzy nie pragną władzy, ani piękna? Przykładowo Lady Tremaine pragnęła jedynie szczęścia swych córek, a wierzyła, że to zapewni im bogactwo i ślub z królewiczem. Bądźmy szczerzy, każda matka pragnie dla swoich dzieci tego, co najlepsze i często są w stanie posunąć się bardzo daleko, by im to zapewnić. Czy po części nie na tym polega rodzicielstwo? 

Prawda jest taka, że każdy o czym marzy, nawet postać, która może być postrzegana jako ta zła. Może ich droga do osiągnięcia celu jest niezbyt właściwa, a czasami nawet godna potępienia (chociaż sąd złoczyńców raczej nie ukarałby ich surowo), jednak pamiętajmy o dwóch rzeczach. Po pierwsze oni w przeciwieństwie do bohaterów pozytywnych nie mają do dyspozycji dobrych wróżek, a po drugie sami czasami gramy nieczysto, by osiągnąć nasze cele. Spełnianie marzeń i pragnienie szczęścia jest ludzkie, a w dodatku, gdy zestawi się ze sobą wcześniej wspomniane marzenia księżniczek oraz marzenia czarnych charakterów, to zdecydowanie Ci drudzy są bardziej godni naśladowania. 

Ps. Nawet Gosiarellowe marzenia są zbliżone do marzeń złoczyńców, biorąc pod uwagę pragnienie władzy. A Wam do kogo bliżej: księżniczek, czy łotrów?
Ps2. Pamiętajcie o ankiecie i konkursie na fb!

Przyznam szczerze, że nie pamiętam od kiedy Gosiarella.pl stała się oficjalnie blogiem, dlatego umownie świętuję urodziny bloga w czasie, gdy założyłam jej poprzednią wersję. Od tamtego momentu minęło pięć lat. Pięć lat! Z jednej strony to strasznie długo i czuję się, jak weteran, a z drugiej krótko, skoro nie pamiętam już, jak wyglądała moja codzienność bez pisania, rozmów z Wam i mojego internetowego alter ego. Niemniej w ciągu tych lat napisałam już idealny wpis urodzinowy, więc pozostaje mi jedynie go Wam podrzucić i zapewnić, że jest wciąż aktualny. Dlatego nawet, jeśli czytaliście już Gosiarellowy list do Różowych Sałat, to nie widzę przeciwwskazań, by zrobić to ponownie i dopiero po nim wrócić do poniższego tekstu. No już! 

Dziękuję Wam za to, że jesteście, czytacie i dajecie się poznać z najlepszej strony! Nie byłoby tego bloga, gdyby nie było Was. Wasze komentarze, maile i ciepłe słowa wysyłane każdą inną formą komunikacji są dla mnie największą motywacją do pisania. Inspirujecie mnie i nie raz poprawiacie humor. Wspólnie udało nam się stworzyć miejsce w sieci, dzięki któremu prawie ciągle się uśmiecham! Gdy zakładałam bloga, przez myśl mi nie przeszło, że w przyszłości będzie zrzeszał tak pozytywnych ludzi o szalonych pomysłach. Czasami zastanawiam się, jak wyglądałby świat, gdyby wszyscy jego mieszkańcy byli tak rewelacyjni i wiecie do jakich wniosków dochodzę? Że lepszego miejsca nie można byłoby sobie wymarzyć. Także nim zacznie być zbyt ckliwie, napiszę raz jeszcze: dziękuję i liczę, że dalej będziecie mi towarzyszyć w tej wirtualnej przygodzie! 

Otarłam łezkę wzruszenia, więc możemy przejść do spraw organizacyjnych. Przede wszystkim, jak co roku wystartowała Gosiarellowa ankieta. Ja mam pytania, a Wy macie odpowiedzi, więc najlepiej to połączyć! Myszki w dłoń i grzecznie wypełniamy! Pod koniec wakacji pojawią się wyniki i jestem ciekawa, czym tym razem mnie zaskoczycie. Pamiętajcie, że każda odpowiedź jest ważna, bo jak widać po Różowym Blogu - biorę sobie do serca Wasze rady i sugestie! Właściwie już zaczęłam przyglądać się tegorocznym odpowiedziom i mam kilka spraw do omówienia. Przede wszystkim newsletter, o którym najwyraźniej mało kto wie. Zapewne wina leży po mojej stronie, bo nic o nim nie pisałam, tylko wrzuciłam do bocznej kolumny (zerknijcie tam czasem). Właściwie było na jego temat cicho, bo sama ciągle o nim zapominam i wiadomości wysyłam od święta. Niemniej staram się to zmienić, ale jak wyjdzie to się okaże. Jeśli jednak jesteście zainteresowani to podrzućcie maila poniżej. Drugą kwestią są komentarze. Byłoby mi strasznie miło, gdybyście pozwolili mi siebie poznać. Zmuszać Was nie będę, bo i tak nie mam jak, ale zapewniam, że nie ma się czego wstydzić. 



Marketing automation powered by FreshMail


Przechodząc dalej mamy Patronite. Po wpisie Lajki, serduszka i Patronite dostałam kilka pytań, więc na wszelki wypadek wolę zamieścić odpowiedzi też tutaj. Przede wszystkim logowanie. Niestety trzeba być zarejestrowanym użytkownikiem portalu, by wspierać Gosiarellę, czy innego twórcę, którego lubicie. Zarejestrować można się przez Facebooka lub normalnie przez maila. Gdy tę przeszkodę pokonacie to pojawia się kolejna, czyli płatność. Są dwie formy płatności akceptowane przez portal. Pierwszą jest PayPal, które pewnie większość z Was nie używa, ale jest też druga w postaci t-Pal, co brzmi podejrzanie, ale to nic innego, jak zwykły przelew bankowy, więc bez obaw. To tyle z kwestii technicznych - przechodzimy do blogowych. Wiem, wiem, że to wiadomość druzgocąca, ale naprawdę nie przewiduję pojawienia się nowej serii True Story w najbliższym czasie. Chciałabym, aby każda bajka była zdemaskowana najdokładniej, jak tylko się da, a to wymaga wielu godzin szperania w materiałach, które są często drogie i trudniejsze do zdobycia w Polsce, niż pierwsze, angielskie wydanie "Harry'ego Pottera i kamienia filozoficznego" (wiedzieliście, że pierwotny nakład wyniósł tylko 500 egzemplarzy?). Wierzcie mi, naprawdę kocham pisać True Story, ale zwyczajnie na chwilę obecną nie jestem w stanie. Może po części dlatego uruchamiając Patronite zostawiłam lost TSów na łasce cudu, który prędko się nie objawi. 


Ci mali czarodzieje trafią do Was!
Dla odmiany czas na dobre wieści! Na Facebooku pojawił się magiczny konkurs! Można w nim wygrać te urocze figurki Funko POP! przedstawione powyżej! Jak zwykle jest zadanie do wykonania. Tym razem należy napisać, czym jest magia obecna w Waszym życiu. Może to być coś, ktoś lub jakaś konkretna chwila - zwyczajnie coś niesamowicie magicznego! Wszyscy stali bywalcy z pewnością wiedzą, jakimi odpowiedziami można podbić moje serce (i o dziwo nie chodzi mi o wyznania uwielbienia dla Gosiarelli... raczej...). Macie czas do 24 lipca, więc do dzieła! 

Tym miłym akcentem się pożegnam, a korzystając z okazji rzucę Was kilkoma wirtualnymi serduszkami. Jeszcze raz dzięki za to, że jesteście takimi cudnymi Różowymi Sałatami !

Gdy byłam mała uwielbiałam grać w "Resident Evil" (chyba od najmłodszych lat pociągało mnie zabijanie zombiaków), jednak do dziś pamiętam, gdy prawie zeszłam na zawał przez jeden motyw. Wyobraźcie sobie późną noc i związaną z nią ciszę panującą wokoło. Jesteście tylko Wy - całkowicie pochłonięci tym, co się dzieje na ekranie. Wasza postać przemierza powoli opustoszałą rezydencję, gdy nagle przez okno wpadają dwa wściekłe zombie dobermany! WTF?! Zombie dobermany?! Seriously? Nikt nie spodziewa się zombie dobermanów! A może powinniśmy? 

Prawda jest taka, że twórcy gier, książek, czy filmów o żywych trupach nie mieli żadnej narady w sprawie tego, czy zwierzęta mogą przemieniać się w zombie. Przez to zawsze dostajemy inną wersję wydarzeń. Raz zwierzaki są w pełni zdrowe, dzięki czemu nasz ukochany psiak nie próbuje rzucić się nam do gardła, a my możemy upolować w lesie jakąś sarenkę, jeśli mamy zdolności Daryla z "The Walking Dead". Innym razem wszystkie zainfekowane stwory chcą zeżreć ludzkość i powinniśmy uważać nawet na małe chomiczki i ślimaki - ta perspektywa naprawdę mi się nie podoba. Oczywiście istnieje jeszcze wypośrodkowana wersja, jak na przykład z "Przeglądu Końca Świata" Miry Grant, która zakłada, że zwierzęta ważące powyżej bodajże dwudziestu kilogramów mogą reanimować pod wpływem wirusa. Innymi słowy mój mały Bajer raczej nie zacznie się ślinić na mój widok, ale jeśli macie w domu dużego Reksia to bardzo mi przykro.


Nie mówcie mi, że tylko ja sikam po nogach na ten widok.
Czy mamy się czego obawiać, jeśli najgorszy scenariusz okaże się tym prawdziwym? Myślę, że nie, jeśli od razu zdecydujemy palnąć sobie w łeb. W tym przypadku nikt nie powinien odebrać tego, jako samobójstwa, a jedynie wybranie dla siebie bardziej humanitarnej śmierci. Serio, jeśli zwierzęta nie będą odporne na wirusa tj. będą reanimować i dążyć do zjadania mózgów/ rozprzestrzeniania infekcji, to już po nas. Ludzkość tego nie przetrwa. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że stracimy jedno z najważniejszych źródeł pożywienia. Nawet wegetarianie będą głodować, chyba że skuszą się na jajka od zombie kury, ale osobiście nie odważyłabym się na tak desperacki krok. Dodatkowo taka przemiana zwierząt złamałaby nas psychicznie. Chyba mogę spokojnie założyć, że większość właścicieli zwierząt, kocha swoich pupili całym sercem swym. Wyobrażacie sobie, że moglibyście je zabić, gdy zaczną się przemieniać lub co gorsza zatłuc na wszelki wypadek? Sama miałabym problem z zamordowaniem nawet obcego zwierzaka, nawet w grach przychodzi mi to z trudem. Rozstrzygającą kwestią jest fakt, że ludzie zwyczajnie nie mieliby jak przed nimi uciec. Są szybsze, zwinniejsze i mniejsze. Potrafią się dobrze kamuflować i przejść każdą dziurą. Zombie doberman załatwiłby nas ot tak, mysz przedarłaby się do każdej kryjówki, a gdyby komary przenosiły wirusa, to ludzkość wymarłaby w ciągu kilku tygodni (jeśli macie bardziej optymistyczny scenariusz to nie wahajcie się napisać!).


Chcesz jajko, mówisz? Powodzenia!
Lubię myśleć, że zwierzo-zombie-apokalipsa nam nie grozi, ale wypadałoby sprawdzić. Dalej nie mam zombie do testów, więc będę hipotetyzować. Poszukiwania odpowiedzi zaczęłam od nieco odrealnionej książki Maxa Brooksa "Zombie Survival", gdzie dostałam zdawkową, aczkolwiek zadowalającą odpowiedź, że zwierzęta umierają na tyle szybko, że wirus nie jest w stanie znacząco namnożyć się w ich ciałach. Niestety nie do końca mnie to przekonało, więc szukałam dalej i zaczęłam zastanawiać się, jak ludzkie wirusy wpływają na zwierzęta. Z życia codziennego wiemy, że najpopularniejsze wirusy, przez które chorujemy nie przenoszą się na nasze zwierzaki, więc powinniśmy odetchnąć z ulgą. Niemniej tylko skończony ignorant zakładałby, że Z-wirus zachowywałby się tak, jak wirus kataru, czy grypy. Stawiam, że byłby cięższą artylerią. Niestety najbardziej przerażające zazwyczaj lubią mieć do wyboru infekowanie nie tylko człowieków, ale również czworonogów. Weźmy na przykład taki HIV na samym początku był jedynie zwierzęcą chorobą, która dopiero później zaczęła dręczyć ludzi. Wiedzieliście, że spora część badaczy jest przekonana, że pierwszy przypadek zakażenia wirusem HIV u człowieka nastąpił u myśliwego, który zaraził się od upolowanej przez niego małpy afrykańskiej? Gdyby nasz gatunek był odrobinę bardziej humanitarny w stosunku do dzikich zwierząt, to mielibyśmy jedną okropną chorobę mniej. W sumie Ebolę też zrzucam na karby naszego barbarzyństwa.

Niemniej te dwa wspomniane wirusy nie są moim zdaniem tak podobne do Z-wirusa, jak pewna dość popularna choroba, przez którą piana, aż się sama z pyska toczy, czyli wścieklizna. Wszyscy dobrze wiemy, że człowiek ugryziony przez zwierze chore na wściekliznę, sam się zaraża. Ba! Według Światowej Organizacji Zdrowia co roku przez tę chorobę ginie ok. 60 tysięcy ludzi! To... całkiem sporo. Dodatkowo mam złą wiadomość, bo właśnie porównanie Z-wirusa do wścieklizny wydaje mi się najwłaściwsze i to z wielu względów. Między innymi, dlatego że działa tak, jak wyobrażamy sobie to w przypadku Z-wirusa, czyli do zarażenia dochodzi najczęściej w wyniku ugryzienia. Następnie wirus namnaża się i rozprzestrzenia po organizmie, aż dojdzie do celu swojego ataku, czyli mózgu. I chociaż proces inkubacji w przypadku wścieklizny trwa dosyć długo, a po śmierci nie wskrzesza nosiciela, to jednak część objawów choroby jest zbieżna, jak choćby agresja, czy ślinotok. Pomyślcie tylko, że tak urocze futrzaki, jak liski, psiaki, koty, czy nietoperze mogą pod wpływem wirusa chcieć nas zeżreć.


Przykro mi to mówić, ale obawiam się, że całkiem spore szansę, że w czasie Z-apokalipsy będziemy musieli użerać się nie tylko z ludzkimi zombiakami. I choć teoretycznie Z-wirus ma szansę przekroczyć barierę gatunkową, to najprawdopodobniej będzie atakował jedynie ssaki. Ryby, ptaki, owady (komary też nie powinny nas zarażać, serio!) etc. powinny być takie, jak teraz, co niby zawsze jest jakimś pocieszeniem. Niemniej nie chciałabym doczekać świata, w którym futerkowe zwierzaczki wywoływałyby u mnie koszmary. Chyba dobrze mi z tym, że obecnie jedynie pająki wywołują u mnie skrajne przerażenie. 

Ps. Jakie zwierze wydaje Wam się najstraszniejsze w wersji zombie, a jakie najzabawniejsze. Osobiście stawiam na zombie żyrafę.
NZT-48

Wyobraźcie sobie lek lub narkotyk (zwał, jak zwał), dzięki któremu bylibyście niesamowicie inteligentni. Po jego zażyciu wasz mózg pamiętałby każdą informację, jaką kiedykolwiek wchłonął. Każdą lekcję w szkole, filmik instruktażowy na Youtubie, każdy wpis Gosiarelli. Ba! Nie tylko pamiętalibyście, ale również rozumieli i potrafili wykorzystać do osiągnięcia swoich celów. Dzięki temu potrafilibyście znaleźć rozwiązanie każdego dręczącego was problemu. Mielibyście dostęp do wszystkiego, co wiecie, ale na co dzień nie pamiętacie. Kuszące? Dla niektórych nawet bardzo (dla Gosiarelli również!).

W filmie z 2011 roku "Jestem bogiem", tej cudownej tabletce o niezbyt wdzięcznej nazwie NZT-48, nie oparł się Eddie Morra. Z niespełnionego pisarza i totalnej flei błyskawicznie stał się pożądanym rekinem finansjery, a później także cenionym politykiem. A tak, książkę też wydał i stała się bestsellerem. Osiągnął wszystko, czego pragnął i znacznie więcej, a wszystko to dzięki małej, przeźroczystej tabletce, przez którą ludzie się zabijają. W końcu kto po zostaniu geniuszem, chciałby wrócić do roli przeciętniaka? Sama byłabym gotowa na wiele, by go zdobyć i nigdy nie musieć się z nim rozstawać. Niestety z racji tego, że NZT jest lekiem eksperymentalnym, to ma poważny skutek uboczny - może nas zabić. W filmie śmiertelne skutki ma głównie odstawienie tabletek lub przyjmowanie ich wraz z alkoholem, narkotykami i prowadzeniem zbyt wyniszczającego trybu życia. W serialu samo przyjmowanie ich przez dłuższy czas jest śmiertelnie niebezpieczne, ale do tego wrócimy.

seria Limitless
Nie dawaj jemu! Ja chcę! JA!
Jeśli do tej pory nie oglądaliście "Jestem bogiem", to zdecydowanie powinniście go nadrobić. Intryguje, zachwyca, wciąga i o dziwo motywuje. Nic dziwnego, że doczekał się serialowej kontynuacji o tym samym tytule (przynajmniej w oryginale, bo polskiego tytułu jeszcze nie ma). Jednak w odcinkowej wersji "Limitless", głównym bohaterem nie jest Eddie (chociaż fani Bradleya Coopera nie powinni narzekać, skoro dalej jest kluczową postacią), lecz Brian Finch grany przez Jake'a McDormana (Evan Chambers z Greek). Brian nie jest niezwykły - ot przeciętny amerykański chłopak, któremu nie udało się zrealizować amerykańskiego snu o sławie. Nie potrafi znaleźć swojego miejsca na świecie. Wszystko zmienia się, gdy dowiaduje się o chorobie swojego ojca i spotyka znajomego sprzed lat, który podsuwa mu NZT. Te dwa zdarzenia zmieniły życie Briana i w konsekwencji wielu niezbyt fortunnych wypadków, został współpracownikiem senatora Morry oraz stał się konsultantem FBI faszerowanym NZT... oczywiście pod nadzorem. 

Pewnie myślicie sobie, że to kolejny procedural, który jak większość tytułów w tym gatunku, niczym nie zaskoczy. A jednak czeka was niespodzianka! Limitless nie jest standardowy! Twórcy naprawdę się wykazali realizując swoje genialne pomysły. Dostajemy sporą dawkę humoru (pod tym względem odcinek 9 to majstersztyk! Dawno się tak nie ubawiłam podczas oglądania serialu!), masę rewelacyjnych gadżetów, którymi niestety my jeszcze nie możemy się pobawić (np. bank pamięci, czy plecak odrzutowy) i oczywiście niepełnoetatowego geniusza, który w uroczy sposób łapie przestępców. Może i serial jest odrealniony, ale miło patrzeć, gdy chłopak znikąd traktuje rozwiązywanie zagadek kryminalnych, jak świetną zabawę. Poza tym kto nie lubi połączenia geniuszu z szaleństwem? No właśnie!

Co obejrzeć?
Na pewno Photoshop! 
I chociaż serial jest absolutnie cudowny i świetnie się przy nim bawiłam to ma delikatne wady. Chociaż może wady to lekka przesada. Zwyczajnie nie do końca podobają mi się rozbieżności pomiędzy filmem pełnometrażowym a serialem. Przykładowo reakcja na tabletki w "Jestem bogiem" u Morry była stosunkowo niegroźna. [Najprawdopodobniej spoiler] Mógł brać NZT bez ograniczeń, a jeśli dopadły go jakieś symptomy to wystarczyło zjeść kolejną tabletkę lub odstawić szkodliwe używki. Uzależnienie Eddiego trwało miesiące i nie umarł. Za to w serialu ludzie padali jak muchy po mniej więcej miesiącu lub dwóch. Brian też szybko się wykańczał, ale ratowało go serum od Morry. A właśnie, serum! Senator Morra stworzył serum, dzięki któremu NZT nie zabijało osoby, która je przyjmuje. Co miałoby jakiś sens, gdyby nie fakt, że stworzenie go zajęło dobrych kilka-kilkanaście miesięcy, a może i lat, a jak wspomniałam Eddie nie brał serum i miał się całkiem nieźle. Dodatkowo pod koniec filmu powiedział, że już nie bierze NZT, bo jakimś cudem jego czterocyfrowe IQ się zachowało, a on sam dalej rozwijał swoją inteligencję. Być może kłamał, ale jaki miałoby to sens? Jeśli zaś nie kłamał to a) jakim cudem tabletki tak na niego wpłynęły, b) czemu zawsze miał przy sobie zapas i c) w jego krwi było NZT?! [Koniec spoilerów] Szkoda, że nie udało się zachować pełnej zgodności pomiędzy oboma produkcjami. 

Miałam też delikatny problem z Jennifer Carpenter, która wciela się w Rebeccę Harris, opiekunkę Briana z ramienia FBI oraz jego nową BFF. Wrzucenie Carpenter w rolę policjantki/agentki starającą się rozwikłać zagadkę, która w końcu powinna doprowadzić głównego bohatera tj. jej przyjaciela do schwytania i zamknięcia w więzieniu, za bardzo kojarzy mi się z "Dexterem". Tam aktorka grała Debrę Morgan - policjantkę, która chciała złapać kryminalistę, którym jak się okazało jest jej brat. Nie lubiłam Debry w "Dexterze", więc z powodu tak zbieżnej roli moja antypatia przeniosła się na Rebeccę. Niestety to jedyne wady, jakie posiada Limitless, więc obawiam się, że zalety przeważają znacząco i będę musiała was nakłonić do obejrzenia. Nie rozumiem, jakim cudem serial dostał jedynie jeden sezon. Poważnie, dawno nie widziałam tak ciekawego serialu, ani przy żadnym się tak dobrze nie bawiłam. Jego forma jest boska! Tematyka genialna, a przy okazji NZT jako lek pozwalający mózgowi wydajniej pracować jest znacznie lepszy od tego zaprezentowanego w "Lucy". A ja chcę NZT! Jeśli macie namiary na sprzedawcę to dajcie znać! 

Ps. Trzymajmy się tego, że NZT to lek, a nie narkotyk, bo wyjdzie, że promuję negatywne wzorce (jakby wybielanie Czarnych Chatakterów nie wystarczyło), okey? W takim razie powiedzcie mi proszę, czy gdybyście mieli możliwość wypróbowania NZT to skorzystalibyście? Wiem, że tak, więc od razu przejdę do kolejnego pytania: Co chcielibyście osiągnąć, gdybyście byli mega mózgami faszerowanymi takimi tabletkami?

Wszyscy stali bywalcy Różowego Bloga dobrze wiedzą, że Gosiarella od dawna knuje, spiskuje i tworzy plany, by przejąć władzę nad światem. To nie żarty! To już się dzieje i lepiej, żeby wszyscy byli świadomi, że w nie tak dalekiej przyszłości tj. gdy przejmę władzę, to cały świat będzie miał się znacznie lepiej, niż obecnie. Niemniej tu i tam chodzą plotki o tym, jak mogłoby wyglądać Gosiarellowe panowanie. eM z eM poleca też ma swoje przypuszczenia, więc jako przyszły uczciwy władca postanowiłam je tu zamieścić. Oddaję głos eM:


Cześć Smyki!
Wypadałoby się przedstawiać, prawda? Jestem eM. Niektórzy z Was mogą mnie znać jako Władającą Patelnią, Królową Zaklepańców, Piszącą w Trzeciej Osobię, Tą, Która Podrzuca Gosiarelli Najdziwniejsze Pomysły, oraz Strażniczkę Utrzymywanie Ego Gosiarelli na Odpowiednio Niskim Poziomie. Ewentualnie możecie kojarzyć eM z Why so serious, tworzonego kiedyś (dawno, dawno temu) razem z Gosiarellą. No dobrze, ale dlaczego eM zabrała w końcu głos na blogu Różowej, po tak długiej nieobecności? Bo chce Was na coś przygotować. A raczej uświadomić, że kiedy Gosiarella przejmie władzę nad światem (a niestety eM przez swoje dziwne pomysły jej w tym przez przypadek pomoże), to życie nas wszystkich nie będzie wyglądało zbyt różowo (suchar zamierzony!). 

No, chyba że chcecie zostać pożywką dla zombie. Wtedy proszę bardzo, eM nikomu niczego nie zabrania. Myślicie, że zombie apokalipsa jest niemożliwa? Jesteście w błędzie! To chytry plan Różowej Blogerki. Najpierw zapewni wszystkich, że jest doskonałym źródłem informacji na temat tego, jak przetrwać spotkanie z gnijącymi, a zanim się obejrzymy, po kryjomu rozpęta szaleństwo. I jaka będzie Wasza pierwsza myśl?
Trzeba się posłuchać Gosiarelli. 
BŁĄD!
Materiały pomocnicze: tak będzie wyglądać przyszłość.
Gosiarella tworzy swoje posty tylko dlatego, żeby w momencie, kiedy przyjdzie odpowiednia pora, wykorzystać swoją pozycję eksperta ds. zombie, aby wszyscy zaczęli jej się kłaniać. Albo dygać (tak w ogóle, to uważajcie, nawet bez zombie Gosiarella stara się wmanewrować ludzi w dyganie przed nią). Co będzie potem? Zajmie najbezpieczniejsze miejsce? Będzie chroniła tylko tych, którzy będą jej prawili komplementy. I to jeszcze w określonej ilości! 
I zapomnijcie o Zaklepańcach! eM chciała zauważyć, że nawet jej tytuł Królowej Zaklepańców nie pomoże, kiedy Różowa dorwie się do władzy! Zaklepywanie? Zapomnijcie! Chyba, że będziecie chcieli zostać pożywką dla zombie.  Biedni Zaklepańcy. Teraz to chociaż trzyma ich w piwnicy i czasami sobie o nich przypomni. A co będzie, kiedy będzie ich zbyt wielu? No zapłaczą się, bo nie będą mogli uratować damy z opresji! 

I serio, eM by się bała mieć szesnaście lat w czasie rządów Gosiarelli. Cwana bestia wprowadzi jakiś dekret (serio, wrócą dekrety, korony i piękne sukienki, ale akurat na te dwie ostatnie rzeczy eM nie będzie narzekała), który nakazywać będzie trzymanie ich w jednym miejscu, tak aby nie zagrażały jej panowaniu. 
Czy coś w tym stylu, tylko przemyślane trzy razy lepiej niż jej ukochani Złoczyńcy (trzeba przyznać, że dziewczyna uczy się na błędach). 

Pamiętajcie jeszcze o tym, że jedna osoba do rozpętania zombie apokalipsy to trochę mało (nie to żeby eM nie wierzyła w Gosiarellę, co to, to nie!), dlatego Różowa wykorzysta wszystkich znanych jej Złoczyńców (zapewne zrobi im casting i będzie ich oceniała w skali disneyowatości). Myślicie, że dlaczego zaczęła ich bronić na blogu? Że niby oni tacy mili i nierozumiani? 
Jedna osoba, eM?! Gosiarella ma Różową Armię!
Zobaczymy, jak to będzie wyglądało, kiedy przestaną rozumieć ludzi, którym mieli pomóc (serio, Gosiarello, eM dobrze radzi, zastanów się nad tą koalicją!). 
Najpierw najbardziej różowy blog w Internecie, potem cały świat. 
Paranoja? Nie, eM czuje się dobrze, dlaczego pytacie? 

eM i tak będzie #TeamGosiarella, więc to Wy powinniście się zacząć bać. eM dobrze radzi!

Ps. Zgadzacie się z eM, czy może macie inną wizję tego, co się będzie działo, gdy Gosiarella zostanie władcą świata?
Ps2. A Wy należycie do #TeamGosiarella? 
Ps3. Przy okazji zapraszam na bloga eM, bo nie dość, że świetnie pisze, to w dodatku zajmie ważne stanowisko w rządach nowego świata!