Looking For Anything Specific?

Header Ads

7 cech idealnego romansu, czyli jak podbić serca czytelników


Nie jestem romantyczką i zazwyczaj nie czytam romansów (gatunku), choć jednocześnie niemal każda przeczytana przeze mnie książka ma rozwinięty wątek miłosny. Wychodzi to różnie. Czasami przeszkadza, czasami mam ochotę stuknąć autora w łeb, a czasami całkowicie tracę głowę dla wątku, który teoretycznie powinien być poboczny. Po pewnym czasie zrozumiałam, co sprawia, że zakochuje się w romansie po uszy?


1. Zdrowa relacja


[Przykro mi, że żyjemy w świecie, w którym nie dość, że ten punkt muszę zaznaczyć, to w dodatku jest tak lekceważony przez autorki (tak, niestety najczęściej to kobiety popełniają tę zbrodnię), że należy go umieścić na szczycie listy]

Pewnie nikogo to nie zaskoczy, ale wierzę, że romanse powinny opierać się na zdrowej relacji. Mogą zaczynać się w niefortunny sposób, bohaterowie wcale nie muszą zakochiwać się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale powinni traktować się z wzajemnym szacunkiem. Sic! Naprawdę dziwnie się czuję, że muszę to zaznaczać, ale tak często natykam się na patologiczne romanse, w których autorki mylą miłość z syndromem sztokholmskim i/lub fizycznym/psychicznym znęcaniem. Wiecie, jak jest, szybciej zakocham się w facecie, który powie mi komplement (jestem narcyzem łasym na komplementy i nie wstydzę się tego!), niż gdy mnie obrazi, uderzy, czy porwie (tak, naprawdę czytałam romanse zaczynające się od takich pierwszych spotkań... i gorszych niestety też), więc siłą rzeczy trudno mi uwierzyć, że bohaterka po chwili wyzna oprawcy miłość, zamiast zgłosić go do prokuratury. Dlatego podziękuję za romanse dla patoli, a sama chętnie poczytam o mniej upodlonych bohaterach.

Wyjątki się zdarzają...

2. Fabuła

Jak wspominałam, nie jestem fanką typowych romansów, które opierając się na prostej zasadzie: chłopak poznaje dziewczynę (albo chłopak poznaje chłopaka albo dziewczyna poznaje dziewczynę albo dziewczyna poznaje robota/wampira/wilkołaka/ducha/choinkę... to akurat zabrzmiało źle, więc wstawcie cokolwiek) i krążą wokół siebie, aż w końcu zostają parą, a autor wymyśla wiele synonimów i metafor odnośnie bakłażanów i muszelek. Wolę, gdy w książce coś się dzieje poza ciągłym wzdychaniem. Wiecie... zakochiwanie się podczas ratowania świata, zabijaniem zombie, czy ucieczką przed seryjnym mordercą jest znacznie ciekawsze od czytania, jak dwie osoby się na siebie pożądliwie gapią. Innymi słowy, drodzy autorzy, dajcie mi MIĘCHO, w które mogę wbić zęby w przerwach od romantycznych scen. Z góry dziękuję.

3. Trójkąt miłosny

Wiem, że ten motyw ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Osobiście zaliczam się do tej pierwszej kategorii z kilku dość prostych powodów. Przede wszystkim lubię shipować i mieć wybór.
#TeamPeeta #TeamJacob #TeamDamon 
W czasach, gdy Igrzyska Śmierci, Zmierzch, czy Pamiętniki Wampirów były jeszcze niesamowicie popularne czytelnicy dzieli się na dwa obozy, kłócąc się między sobą z kim powinna być główna bohaterka. To było fascynujące z wielu względów, a przy okazji fajne, bo sprawiało, że każdy mógł trzymać kciuki za postać, która bardziej wpasowuje się w ich gust. Takie emocje przy romansach są świetne, ale przy okazji trzymają nas przez długi czas w niepewności, jak potoczy się historia. Umówmy się, gdy w romansie mamy tylko dwie główne postacie, to dość oczywiste się staje, że skończy się to ich związkiem.


4. Cel istnienia
[O ile w powyższych punktach prawdopodobnie większość z Was się ze mną zgodzi, tak podejrzewam, że ten jest bardziej moją słabością]

Są romanse pokazujące, że miłość czyni bohatera lepszym człowiekiem. Takie, w których bohaterka wybiera osobę, która wyciąga z niej najlepsze cechy. Przyznaję, te romanse są dobre, ale mam prawdziwą słabość do tych, w których autor gwiżdże na samodoskonalenie swoich postaci i rzuca czytelników na pastę historii, w której niezależnie od tego, czy postacie do siebie pasują czy nie, czy zmuszają się do wejścia na wyżyny czy nie, ostatecznie kończą z osobą, bez której ich świat mógłby przestać istnieć. Osobę, która tak mocno wtopiła się w rdzeń drugiej osoby, że tracąc ją, równie dobrze mogłaby polać wszystko benzyną i rzucić zapałkę, bo nic nie miałoby znaczenia. Świetnym przykładem są tu "Jesienne Ognie" lub w przypadku relacji nieromantycznej "Igrzyska Śmierci" z Katniss-Prim. I żeby nie było, to nie oznacza, że dla głównego bohatera nie liczy się nic poza tą jedną osobą, a miłość jest całym światem. Nie, to się nie wyklucza. Po prostu ta osoba jest fundamentem i ścianami nośnymi, a reszta ścianami działowymi.
Dość trudno zbudować taką relację między bohaterami, bo umówmy się, że nawet prawdziwym świecie zdarza się rzadko, ale jeśli pisarzowi się to uda, to jego książka automatycznie dostaje ode mnie 100 punktów do zajebistości. W końcu, czy celem romansu nie jest opisanie taki epickiego love story, by nasze serduszka trzepały jak w stanie przedzawałowym?

5. Bohaterowie są sobie równi

Romans księcia z Kopciuszkiem nigdy mnie nie kręcił. I nawet nie przez mezalians, bo akurat przeciwko niemu nie nic nie mam. Gdy piszę, że chcę, by bohaterowie byli sobie równi, mam na myśli to, że oboje powinni wnosić do związku tyle samo, choć niekoniecznie w tej samej walucie. Wyjaśnię to na przykładzie Kopciuszka. Książę był przystojny, bogaty, miał władzę i w dodatku wyciągnął Kopciuszka z ciężkiej sytuacji rodzinno-materialnej. A Kopciuszek? Była ładna. W sumie książe też, więc ta zaleta się niweluje. Wychodzi na to, że Kopciuszek nic nie wniósł do ich relacji, bo umówmy się, w zamku było wystarczająco sprzątaczek, a przyszłej księżniczce raczej to nie przystoi. Czego więc byłoby trzeba, żeby ta dwójka była sobie równa? Cóż... Kopciuszek mógłby być np. mega mózgiem, który dzięki swoim zdolnością poprawiłby sytuację gospodarczą kraju albo mogła być ja Mulan i uratować wszystkich przed obcym najeźdźcą. Skoro tak się nie stało, szala przechyliła się na stronę księcia. Pozornie on na tym stracił, ale w rzeczywistości w pewien sposób również zyskał, bo jak Kopciuszek mógłby w tej sytuacji być dla niego równorzędnym partnerem? No nijak. I jestem pewna, że gdyby bajka nie skończyła się zaraz po ich ślubie, zobaczylibyśmy, że książę w końcu to zrozumiał.


6. Kochać za coś i mimo wszystko

Romans zawsze wydaje mi się prawdziwszy, gdy historia miłosna ma solidną podstawę. Nie, przeciągłe spojrzenia i wzajemny pociąg fizyczny nie jest solidną podstawą historii miłosnej, tylko erotyka. Proszę tego nie mylić! Za to opisywanie relacji bohaterów, w której wyraźnie widać, że pociąga ich w sobie coś więcej, a przy okazji wybaczają sobie wzajemnie wady, już jak najbardziej! Oglądanie głębszej więzi między bohaterami zdecydowanie jest tym, co lubię!

7. Zwieńczenie bez przeciągania

Nie mam problemu z tym, że pierwszy pocałunek czy wyznanie miłości pojawi się dopiero na końcu książki pod warunkiem, że nie jest to kilkunastotomowa seria. Istnieje granica tego, ile można wokół siebie krążyć. Chemia między bohaterami i napięcie wzbudzane w czytelnikach znika, gdy ciągle i ciągle są tuż tuż bycia razem, a jednak coś im przeszkadza. Niech przykładem będzie tu serial The 100, gdy po tylu sezonach chyba już nikt nie shipuje Bellamy'ego z Clark.

Psssyt! Dołączcie do fanpage'a, gdzie trwa walentynkowy 2 tygodniowy okres obsypytania serduszkami!

Ps. A jakie cechy romansu Wy lubicie?
Ps2. Jeśli znacie książki/seriale, w których istnieją takie romanse, podzielcie się!

Prześlij komentarz

0 Komentarze