Jaki kraj tacy celebryci, czyli o medialnym kulcie mafii i patoli


Zastanawiając się, jak zacząć pisać ten tekst, doszłam do wniosku, że jestem chyba ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się na ten temat. Zazwyczaj nie interesuję się ploteczkami o celebrytach, tych z Polski w ogóle raczej tak średnio kojarzę, nie wchodzę na Pudelka i odwracam wzrok od nagłówków, które w szokujący sposób starają mi się sprzedać prywatne życie ludzi, których chcę oglądać jedynie w ich filmowych rolach. O mafii w zasadzie też niewiele wiem. W żadnej nie byłam, piwa z nimi nie piłam, a nawet specjalną entuzjastką tematu nie jestem, więc cytując klasyka: w dupie byłam, gówno widziałam.

Niemniej nawet pod tym kamieniem, spod którego właśnie do Was piszę, od lat docierają niepokojące informacje, które pozbawiają mnie wiary w ludzkość i wywołują dziką frustrację. Moment, gdy dowiedziałam się na gali Najmana (dla współtowarzyszy spod kamienia: to taki odpowiednik FAME MMA, czyli patusy się leją na ringu ku radości gawiedzi) pojawił się Słowik (dla współtowarzyszy spod kamienia: “Słowik” to Andrzej Zieliński, czyli jeden z bossów gangu pruszkowskiego), a w głównej walce z Najmanem będzie walczył kolejny gangus “Misiek z Nadarzyna”, to… zdziwiłam się, że się nie zdziwiłam. Jak smutne jest to, że absolutnie nie szokuje mnie, że w naszym kraju robimy celebrytów z przestępców i patoli. Jeśli uważacie, że przegięłam z nazywaniem tak ludzi, to za karę sprawdźcie, kto dotychczas walczył w np. FAME MMA.

Dobrze leniuszki, odrobię pracę domową za Was i sypnę paroma nazwiskami, ale chociaż sprawdźcie, z czego zasłynęły te osoby: Marcin „Rafonix” Krasucki, Daniel „Magical” Zwierzyński, Marta „Linkimaster” Linkiewicz, Monika „Esmeralda” Godlewska, Aniela „Lil Masti” Bogusz, Kasjusz „Don Kasjo” Życiński. Gdyby nie było internetu, który zrobił z nich gwiazdy, to wyglądałoby jak walka zwykłych żuli (nie mówię o wszystkich, bo do Wardęgi absolutnie nic nie mam). Zakładam, że grzecznie zrobiliście research, więc zakończę wątek gal podrzuceniem video z Kanału Sportowego, który był bodźcem do przelania mojej frustracji na klawiaturę.



Stanowski w swoim filmie powiedział coś, co irytowało mnie od wielu lat:
“Włączam telewizje, a tam za gwiazdę robi pani, która kiedyś byłą burdel mamą. Która żyła z sutenerstwa. I ona teraz jest znana i teraz udziela wywiadów. Włączam Netflixa, a tam jest cukierkowa opowieść o gangsterze sprzed lat. Włączam jebanego TikToka a tam do nastolatek i nastolatków zwraca się jakiś podstarzały gangus i opowiada, jak to kiedyś było, jakie to on sprawy załatwiał. Na rynku wydawniczym największą furorę w ostatnich latach zrobił Masa, czyli też były gangster. W jakim świecie my żyjemy? Do jakiego momentu my doszliśmy, że wszyscy ci ludzie, którzy powinni zniknąć, są dziś na pierwszych stronach gazet, są w telewizji, są w internecie?”

I tu nie mogę się z nim nie zgodzić. Rozumiem, że ludzie lubią… nie, właściwie nie rozumiem. Nie rozumiem, jak jako społeczeństwo pozwoliliśmy zostać celebrytą Masie, czyli jednemu z bossów pruszkowskiej mafii (sami doczytajcie, czym się zajmowali), “człowiekowi” oskarżonemu o gwałt (dziewczyna wycofała zarzuty i możemy tylko gdybać dlaczego), i który – jak sam przyznał w wywiadzie dla Onetu – zrobił “karykaturę z instytucji świadka koronnego”. Jak mogliśmy komuś, kto niegdyś wymuszał haracze, sami wpychać pieniądze do portfela kupując jego książki, a miał ich sporo, bo aż 11, i sprzedał ich również sporo, skoro doczekały się statusu bestsellerów. Absolutnie nie uważam, że interesowanie się tematem mafii w Polsce, to coś złego. Skąd! Zwyczajnie wierzę, że można ją poznać w inny sposób przez np. zapoznanie się z książkami autorów, którzy zgłębiali temat szczegółowo, rzetelnie podeszli do tematu i przede wszystkim nie są i nigdy nie byli członkami zorganizowanej grupy przestępczej, która przeprowadzała egzekucje i porywała ludzi.

Wydaje mi się, że nie jest ogromnym oczekiwaniem, by funkcjonować w świecie, w którym przestępcy trafiają do więzienia, a nie na listy bestsellerów, czy głównej obsady “Królowych Życia”, ale po raz kolejny wychodzi na to, że jestem beznadziejnie naiwną idealistką. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że chociaż w popkulturze niemal zawsze stoję po stronie złoczyńców (albo ich bronię), tak w realnym świecie jest dla mnie trudne do zaakceptowania, że robimy z patoli gwiazdy i udajemy, że lśnią. Może miałoby to więcej sensu, gdyby ci ludzie faktycznie byli obdarzeni talentem – nawet nie musi być on jakiś wybitny, ale niech po prostu będzie. Niestety go nie ma i nikt nawet nie próbuje tego ukryć. I tu chyba dochodzimy do clue całej sprawy. W Polsce wszystko robimy dla beki – nawet dla beki tworzymy celebrytów. Chyba za bardzo weszło nam powiedzenie: że “kto żyje w Polsce, ten w cyrku się nie śmieje”.

Problem polega na tym, że gdzieś po drodze zapomnieliśmy, że to wszystko – ten cały bajzel, w którym tkwimy – sami sobie stworzyliśmy. Głosowaliśmy na tych ludzi, którzy doprowadzili do powstania tego powiedzenia i zapewnialiśmy atencje tym, którzy zostali patocelebrytami. Jeśli nie będziemy klikać w artykuły na temat tego, co ostatnio zrobiła jakaś przypadkowa patuska z YT, jeśli nie będziemy kupować książek gangsterów, ani oglądać programów z kobietą, która przez ponad rok siedziała za kratami za sutenerstwo, czy też odpuścimy sobie patostreamy, to nikt – żadna gazeta, żadna telewizja, żaden Znak, Prószyński czy inne wydawnictwo i żadna gala – nie będzie zainteresowana promowaniem ich. Bo tak działa rynek. Po co płacić komuś, kto nie potrafi przyciągnąć ludzi?
Odpowiedź wydaje się oczywista.

Dajcie znać, co Wy sądzicie na ten temat.
Czytaj całość

Nadciąga styczeń a wraz z nim premiery książkowe!

Nowy rok, nowy miesiąc i nowe premiery książkowe! Jestem bardzo ciekawa, czy znajdą się wśród Was tacy, którzy wśród swoich noworocznych postanowień obiecali sobie, że będą więcej czytać lub odwrotnie - że będą wydawać mniej kasy na książki. To drugie nie udało się nikomu nigdy, a przynajmniej chcę w to wierzyć, bo sama jestem beznadziejnym przypadkiem, a z racji tego, że nie lubię cierpieć w samotności, łapcie najciekawsze premiery stycznia!




Jennifer L. Armentrout - Krew i popiół. Tom 1
Wydawnictwo: You&YA
Data: 12 stycznia

Początek trylogii, która zafascynowała czytelników na całym świecie.
Porzucone przez bogów i budzące strach w śmiertelnikach, upadłe królestwo znowu powstaje, by przemocą i zemstą odebrać to, co uznaje za swoją własność. A kiedy cień przeklętych zbliża się coraz bardziej, zaciera się granica między tym, co zakazane, a tym, co słuszne. Poppy może nie tylko zostać uznana za niegodną przez bogów, ale również stracić serce, a nawet życie, kiedy przesiąknięte krwią więzy spajające jej świat zaczynają się strzępić.

Chloe Gong - These Violent Delights. Gwałtowne pasje
Wydawnictwo: Jaguar
Data: 26 stycznia

Szanghaj, rok 1926. Juliette Cai i Roma Montagow to przyszli bossowie zwaśnionych organizacji przestępczych: Szkarłatnego Gangu i Białych Kwiatów. Cokolwiek łączyło ich kilka lat temu, ustąpiło miejsca zapiekłej goryczy i nienawiści...
Podczas gdy gangsterskie porachunki osiągają punkt kulminacyjny, a w mieście szerzą się zaraza i szaleństwo, z głębin rzeki Huangpu wynurza się... potwór. Śmierć zbiera obfite żniwo, zaś Juliette i Roma muszą zapomnieć o tym, co ich dzieli. Jeśli nie powstrzymają tego chaosu, nie będzie już dłużej miasta, w którym mogliby rządzić. Współpraca między nimi staje się nieuniknioną wręcz palącą potrzebą.
Zapierający dech w piersiach debiut to pełna akcji i szalonego tempa opowieść o Romeo i Julii, której akcja toczy się w Szanghaju w latach 20. XX wieku. W tle powiew egzotyki, rywalizujące gangi i potwór z mrocznych głębin rzeki Huangpu.
Katarzyna Wierzbicka - Tajne przez magiczne
Wydawnictwo: Spisek Pisarzy
Data: 4 stycznia

Agata Filipiak przechodzi trudny okres w życiu zawodowym. Rzuca stabilną posadę redaktorki i zatrudnia się w przedszkolu na stanowisku woźnej. Niestety w nowym miejscu pracy musi radzić sobie nie tylko z niesfornymi podopiecznymi, ale również ze zjawiskami paranormalnymi i siejącymi spustoszenie demonami. A te są bardziej niebezpieczne niż gniew pani dyrektor czy bunt czterolatka. No chyba że takiego obdarzonego magicznymi mocami.
Jakby tego było mało, Agata odkrywa coś, o czym w ogóle nie powinna wiedzieć...
Sprawdź, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami przedszkola i co pozostaje ukryte dla zwykłych śmiertelników! W końcu tajne może oznaczać naprawdę magiczne.


Peter V. Brett - Pustynny Książę. Cykl Zmroku. Tom 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data: 14 stycznia

"Połączona krew książąt położy kres burzy. "

Zwycięstwo w Otchłani okazało się tylko wygraną bitwą. Wojna wciąż trwa, a dzieci zwycięzców muszą stanąć do kolejnego starcia.

Przepowiednia kości popchnęła Olive na zupełnie nową ścieżkę. Stając ramię w ramię z wojownikami sharum, odkrywa wielką moc drzemiącą we własnej, podwójnej naturze. A każdego ranka, po nocy pełnej krwi i śmierci, doświadcza prawdziwej radości życia. Zagrożenie jest jednak coraz bliżej, a dławiąca pętla niebezpieczeństwa zaciska się wokół wszystkich, których kocha.
Darin i Selene, Arick i Rojvach, Olive i Kaji - każdemu z nich pisany jest los, który ciężko będzie udźwignąć. Każde z nich buntuje się przeciwko przeznaczeniu i każde będzie musiało odnaleźć własną drogę, a potem kroczyć nią z podniesionym czołem. Wszak dzieci muszą dźwigać sławę ojców razem z własnym brzemieniem.
Maurice Leblanc - Arsène Lupin kontra Herlock Sholmes
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data: 18 stycznia

Niezwykły pojedynek, w którym do walki stają beztroski i zuchwały nieuchwytny francuski włamywacz kontra uparty i flegmatyczny angielski detektyw, którego metody zawsze przynoszą sukces...
Ktoś kradnie mahoniowe biurko z mieszkania profesora paryskiego liceum – i przypadkiem znajdujący się w nim szczęśliwy bilet na loterię – i znika. Ktoś zabija starego barona w jego własnym domu – i znika. Ktoś kradnie błękitny diament, wcześniej należący do zamordowanego barona – i znika.
"Kiedy już zupełnie nie rozumiem, jak to się mogło stać, podejrzewam Arsène'a Lupina" ‒ mówi inspektor francuskiej policji Ganimard. Poszkodowani w tych trzech sprawach decydują się wysłać prośbę o pomoc do Herlocka Sholmèsa. O pomoc do Sholmèsa zwraca się również baron d'Imblevalle, któremu skradziono starą żydowską lampkę i znajdujący się w niej cenny klejnot. W tym przypadku Arsène Lupin, w tajemniczy sposób dowiedziawszy się, że do akcji znów wkracza Sholmès, kilkakrotnie prosi go, by nie brał tej sprawy, a potem – by się z niej wycofał. Bezskutecznie. Ambicja Herlocka Sholmèsa nie pozwala na to, co pociąga za sobą szereg nieprzewidzianych komplikacji...
W starciu dwóch wybitnych umysłów i osobowości: złodzieja i dżentelmena zarazem z detektywem i dżentelmenem z drugiej strony nie sposób przewidzieć zwycięzcy, jednak kiedy Sholmes wypowiada Lupinowi wojnę, obie strony muszą się wznieść na wyżyny swego geniuszu.

Aaron Mahnke - Lore. Straszne miejsca
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data: 21 stycznia

Niesamowity przewodnik po miejscach owianych złą sławą. Bilet wstępu do świata makabry, którego nie spodziewaliście się odwiedzić nawet w najgorszych snach.
Czasem wchodzimy do jakiegoś pokoju, budynku, a nawet miasta i ogarnia nas trudny do nazwania nieokreślony lęk. Coś wydaje się nie w porządku - panująca tam atmosfera jest dziwnie niepokojąca, a w kątach zdaje się czaić mrok. Do odwiedzenia takich właśnie miejsc zaprasza nas gospodarz popularnego podcastu "Lore", który bada te okropne miejsca i związane z nimi historie.
Aaron Mahnke zabiera nas do Kolorado i eleganckiego hotelu "Stanley", gdzie na początku dwudziestego wieku bogaci goście podziwiali panoramę Gór Skalistych, a kilkadziesiąt lat później podróżujący autor Lśnienia miał koszmarny sen, który zainspirował go do napisania jednej z najlepszych powieści grozy wszechczasów. Mahnke przemierza morza i lądy, odwiedzając różne okropne miejsca - od Nowego Orleanu w Wirginii po ponure stare angielskie zamczyska, w których wciąż rozbrzmiewają echa mrocznych zbrodni, straszliwych tragedii i szokującego zła.


Alice Oseman - Heartstopper. Tom 2
Wydawnictwo: Jaguar
Data: 12 stycznia

Drugi tom znakomicie przyjętego komiksu HEARTSTOPPER autorstwa Alice Oseman!
Nick i Charlie są najlepszymi przyjaciółmi.
Nick wie, że Charlie jest gejem, a Charlie jest pewien, że Nick nimnie jest.
Miłość chodzi jednak własnymi ścieżkami i Nick dowiaduje się mnóstwa rzeczy o swoich przyjaciołach, rodzinie... i o sobie.
Pierwszy tom cyklu "Heartstopper" kończy się pierwszym pocałunkiem Charliego i Nicka, w drugim poznajemy konsekwencje tego zdarzenia.
Dlaczego Nick przestraszył się i uciekł? Czy uda mu się zrozumieć swoją seksualność, czy będzie w stanie powiedzieć sam sobie, czy jest, czy nie jest gejem? A może to wcale nie jest takie proste? Czy Charlie rzeczywiście mu się podoba, czy może rację ma jednak Tao, który boi się, że ktoś znowu skrzywdzi jego przyjaciela?
W drugim tomie Charlie i Nick muszą zmierzyć się ze swoimi wątpliwościami, ale też ze światem zewnętrznym. Bo czy można być ze sobą naprawdę i ukrywać to przed całym światem?
Ośmioodcinkowy serial Netflixa na podstawie pierwszego tomu Heartstoppera w przygotowaniu!
Jessica Pan - Ekstra rok z życia introwertyczki
Wydawnictwo: Prószyński Media
Data: 11 stycznia

Co by się stało, gdyby nieśmiała introwertyczka żyła przez rok niczym najprawdziwsza towarzyska ekstrawertyczka? Co by było, gdyby świadomie i dobrowolnie stawiała się w niebezpiecznych sytuacjach społecznych, których normalnie unikałaby za wszelką cenę? Jessica Pan postanawia to sprawdzić.
Kiedy Jess znalazła się bez pracy i przyjaciół, nie mogła powstrzymać się od rozważań, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby była choć trochę bardziej... otwarta. Gdyby podążała za potrzebą nowych doświadczeń. Gdyby poznawała wciąż nowych ludzi. Gdyby bardziej od chęci powrotu do domu przywiązana była do stołka przy barze. Złożyła więc sobie przysięgę: przez rok postara się żyć tak, jak nigdy nie chciała. Improwizacje, samotne wakacje, rozmowy z nieznajomymi w metrze - to tylko kilka z punktów realizowanych podczas jej podróży w głąb siebie... której natychmiast pożałowała.

Hania Czaban - Cały ten czas
Wydawnictwo: We Need YA
Data: 12 stycznia

Wejdź do świata, w którym od pięciu tysięcy czterystu sześćdziesięciu dziewięciu dni jest 21 czerwca 2106 roku. Każdego wieczoru podczas gwałtownej Burzy czas cofa się o dobę. Nikt nie pamięta, jak wcześniej wyglądało życie, a w Przedczas wierzy niewielu.
Nastoletnia Mar pragnie odkryć, co stało się z jej rodzicami. Opuszcza dom ciotki, wsiada na konia i rusza do Miasta owianego grozą. Na jej drodze niespodziewanie pojawia się Artel, chłopak parający się fizyką i skrywający w domu wehikuł czasu, który nie działa. Czy tę dwójkę łączy wspólna przeszłość, a może to właśnie przyszłość splecie ich losy?
Wątek romantyczny, oklepana dystopia, bohaterowie, którzy nie myślą, co robią? To nie tutaj! Hania Czaban zabierze was w niezwykłą podróż i sprawi, że wasze umysły rozbłysną niczym gwiazdy na nocnym niebie!

Ps. Standardowo dajcie znać, co zwróciło Waszą uwagę, a także czy zaliczacie się do którejś ze wspomnianych we wstępie grup: czyli jakie książkowe postanowienia noworoczne postawiliście przed sobą.
Ps2. Po zagraniczne zapowiedzi zapraszam do eM poleca!

Szczęśliwego nowego roku!
Czytaj całość

[True Story] Planeta skarbów, czyli pewnego razu w kosmosie


Piraci kojarzą nam się głównie z legendarnymi zbójami pływającymi po morzach, na statkach z czarną banderą... lub ostatecznie z piratami internetowymi (chociaż ci chyba w dobie Netflixa wymierają). Rzadko kiedy jednak myślimy o współczesnych morskich rozbójnikach, którzy nie mają w sobie żadnego uroku, a przy tym szczerzę wątpię, by zakopywali swoje skarby na bezludnych wyspach. Nic więc dziwnego, że i Disney całkiem ich pominął, gdy postanowił nadać nową formę „Wyspie skarbów” wydanej przez Roberta Louisa Stevensona po raz pierwszy w całości w 1883 roku. Przy tylu istniejących adaptacjach powieści wytwórnia Disneya musiała czymś wyróżnić swoją animację, dlatego w „Planecie skarbów” z 2003 roku przenieśli przygodę z wód morskich w przestrzeń kosmiczną.

O "Wyspie skarbów"

(Uwaga, może być trochę nudno)

Dawno, dawno temu w czasach, gdy grasujący po morzach piraci zakopywali jeszcze swoje skarby, tworząc prowadzące do nich mapy, żył sobie Jim Hawkins. Chłopak często pomagał w prowadzonej przez rodziców gospodzie „Pod Admirałem Benbow”, a cała rodzinka prowadziła dość spokojne życie, które zmieniło się, gdy zakwaterował się u nich stary marynarz z blizną na twarzy. Tajemniczy Bill Bones i jego marynarska skrzynia wywołują zainteresowanie, którego mężczyzna zdecydowanie sobie nie życzy, jednak po wielomiesięcznym pobycie zaczyna coraz chętniej opowiadać o swoich niezwykłych przygodach na morzu i lądzie. Wyraźnie jednak obawia się, że nadejdzie dzień, gdy ktoś niepowołany namierzy go w gospodzie, dlatego płaci młodemu Jimowi, by niezwłocznie powiadomił go, jeśli zobaczy żeglarza z jedną nogą (biorąc pod uwagę popkulturowe klisze, spodziewałam się, że przynajmniej raz dziennie się taki przewinie). Zdradzę wam, że ów marynarz nigdy się nie pojawił „Pod Admirałem Benbow”, jednak Billa namierzył inny stary znajomy, który zagroził, że wróci niebawem z kamratami, jednak nim to się stało Bones zmarł [*].
Jim z matką (ojciec umarł jakiś czas wcześniej) przerażeni szturmem, który miał nadejść, postanowili zbiec ze swojej gospody, jednak nim to się stało chłopak przeszukał skrzynię umarlaka, z której zabrał mapę wyspy. Pokazał ją doktorowi Livesey’owi, który stwierdził, że na mapie najpewniej było zaznaczone miejsce ukrycia skarbu kapitana Flinta. Gdy obecny podczas oględzin mapy pan Trelawney zrozumiał, jak ogromną ma ona wartość postanowił opłacić statek i załogę, by wspólnie z doktorem Livesey'em i Jimem ruszyć na poszukiwanie skarbu.

Minęły tygodnie nim byli gotowi do wypłynięcia. W tym czasie Trelawney kupił okręt i zatrudnił jako kucharza okrętowego starego wilka morskiego o jednej nodze, Johna Silvera, który skompletował całą załogę. Kulawy marynarz
(przypadek, czy jednak klisza?) był niezwykle wesoły i otwarty, dlatego bez trudu zyskał sympatię wszystkich uczestników wyprawy. Na statku Jim został chłopcem okrętowym i często pomagał Silverowi w kuchni, dlatego oboje bardzo się ze sobą zżyli. A może jednak tylko jeden przywiązał się tak naprawdę, a drugi jedynie udawał? W końcu po pewnym czasie Jim przez przypadek podsłuchał rozmowę między Johnem a kilkoma członkami załogi. Wynikało z niej, że byli oni niegdyś członkami załogi kapitana Flinta, a teraz spiskowali, by zgarnąć skarb dla siebie, gdy tylko zostanie odnaleziony i załadowany na statek. Nim jednak Jim zdążył kogokolwiek powiadomić o planowanym buncie, na pokładzie wybuchło zamieszanie spowodowanego dostrzeżeniem lądu na horyzoncie. Zidentyfikowano go, jako Wyspę Szkieletów, która niegdyś była siedzibą piratów, a teraz celem ich podróży. Gdy emocje opadły, Jim opowiedział o podsłuchanej rozmowie kapitanowi, Livesey'owi i Trelawney'owi, którzy postanowili nie działać pochopnie i poczekać ze stłumieniem buntu, aż do momentu, gdy wybuchnie.

Nie musieli długo czekać. Po odkryciu wyspy sytuacja robiła się coraz bardziej napięta, aby odrobinę ją rozładować, kapitan postanowił puścić część załogi na ląd. W ostatniej chwili do odpływających łódek dołączył Jim, jednak oddzielił się od pozostałych marynarzy, gdy tylko dopłynęli do brzegu. Szybko okazało się, że to była bardzo dobra decyzja, ponieważ, gdy ukrył się w gęstwinach lasu, zauważył, jak Silver brutalnie morduje człowieka, który był wierny kapitanowi i nie miał zamiaru zbuntować się wraz z byłymi członkami załogi Flinta. Zresztą na całej wyspie wybijano po kolei wszystkich ludzi, którzy nie należeli do bandy buntowników. Cóż… i to by było na tyle w kwestii zapłaty za lojalność i prawość. Młody Jim, by przeżyć, musiał szybko i niepostrzeżenie oddalić się od bandytów, jednak szybko znajduje sobie nowego towarzysza, Bena Gunna. Najwyraźniej Wyspa Szkieletów nie była tak wyludniona, jak sądzono, ponieważ miała jednego mieszkańca, który utknął na niej trzy lata wcześniej, gdy jego koledzy zostawili go na niej, by wyzionął ducha, co było karą za to, że nie odnalazł skarbu Flinta. Wychodzi na to, że wszyscy piraci na okolicznych wodach wiedzieli, gdzie leży wyspa skrywająca niemały majątek, ale nikomu nie chciało się biegać po niej z łopatą. Poważnie? Wydaje mi się, że w obecnych czasach ludzie nie odpuściliby, nawet gdyby musieli przekopać każdy milimetr za pomocą wideł.

W czasie, gdy na wyspie odbywała się rzeź niewiniątek, na zakotwiczonym statku także nie było najweselej. Kapitan, doktor Livesey oraz Trelawney po pewnym czasie od odpłynięcia statków z załogą również przeprawili się na wyspę i odnaleźli na niej warownię, do której postanowili przenieść część zapasów z okrętu, a następnie się tam zabarykadować. Ostatnia wyprawa po prowiant nie poszła gładko, jednak zyskali dodatkowego członka wyprawy, który nie miał ochoty ich zabić dla łupów. Gdy w końcu wedle planu zabunkrowali się w warowni, rozpoczął się szturm, jednak Jimowi udało się dołączyć do przyjaciół. Wspólnymi siłami dzielnie stawili czoła wrogowi raz, drugi, trzeci, jednak nie obyło się bez rannych i strat w ludziach. Nocą, niepostrzeżenie Jim wymknął się z bezpiecznego schronienia. Wierzcie mi lub nie, ale ten chłopak miał więcej szczęścia niż rozumu, co udowodnił, gdy odciął kotwicę okrętu, na którym powiewała już piracka bandera bandy Silvera. Los ponownie się do niego uśmiechnął, gdy dryfując w swojej małej łódce po morzu, prąd poniósł go wprost na okręt, na którym nie pozostał niemal nikt żywy. Młody bohater miał takiego farta, że udało mu się przybić do brzegu tak, by nikt nie spostrzegł ogromnego okrętu, a przy tym statek się nie rozbił, lecz delikatnie osiadł na mieliźnie. O dziwo nawet bez kotwicy grzecznie czekał na powrót Jima, który od tamtej chwili postanowił przeżywać przygody na lądzie.

Szczęście odwróciło się od niego, dopiero gdy dotarł do warowni, gdzie miał nadzieję znaleźć swoich przyjaciół, jednak ich miejsce zajęli buntownicy, którzy z przyjemnością wypruliby Jimowi serce, gdyby nie wstawił się za nim Silver. W czasie rozmowy John opowiedział, jak to doktor i pozostali dobrowolnie oddali mu warownię, zapasy, a nawet mapę prowadzącą do skarbu, byle tylko mogli odejść wolno. I odeszli. Ich miejsce, jak już wiecie, zajęli buntownicy, którzy teraz byli tak zdenerwowani niemożliwością zabicia Jima, że aż postanowili wszcząć mini bunt przeciwko Silverowi. Niewiele z tego jednak wynikło. Nazajutrz warownię odwiedził doktor, który najwyraźniej zbyt poważnie podchodził do przysięgi Hipokratesa, bo nawet w obecnej sytuacji postanowił dbać o dobry stan zdrowia swoich niedoszłych zabójców. Po wizycie Silver postanowił zawszeć układ z doktorkiem i Jimem, na mocy którego on zdradzi swych kompanów i utrzyma Jima przy życiu, jeśli oni zapewnią, że po przybyciu do ojczyzny dopilnują, by John nie zawisnął na szubienicy za zdradę. Całkiem to było sprytne z jego strony, bo dzięki temu mógł spokojnie grać na dwa fronty, czyli uciec ze skarbem, jeśli jemu i jego bandzie uda się go odnaleźć, a przy tym nie zawisnąć, jeśli poniosą porażkę. Taki właśnie powinien być morał książki Roberta Louisa Stevensona – możecie kłamać, zdradzać, buntować się i zabijać niewinnych, bylebyście zawsze mieli w zanadrzu plan awaryjny, układ, na mocy którego wykaraskacie się z opresji i unikniecie kary!

John Silver miał dobre przeczucie, by zabezpieczyć się w razie porażki, bo jak okazało się po dotarciu na miejsce X, w którym powinien być skarb, okazało się, że ktoś go już zgarnął (jak się później okazuje tą osobą był Ben Gunn). To była kropla, która przelała piracką czarę goryczy. Banda Silvera momentalnie zwróciła się przeciwko niemu, chcąc zabić zarówno jego, jak i Jima, jednak z pomocą nadeszli przyjaciele młodzieńca. Piraci zbiegli, zaś Silver i Jim udali się wraz ze swoimi wybawcami do jaskini Bena Gunna, w której obecnie znajdowało się całe złoto Flinta. Kilka dni zajęło załadowanie całego skarbu na statek, lecz po tym mogli już ruszyć z nim w drogę powrotną. Po przybyciu do najbliższego portu udało im się zwerbować nowych członków załogi, a w tym czasie Silver zbiegł – oczywiście z workiem złota, jednak uznano, że to mała cena za pozbycie się kulawego zdrajcy. The End.

„Wyspa skarbów” + „Titan - Nowa Ziemia” = „Planeta skarbów”?


Tym razem Disney postanowił podejść nieszablonowo do adaptacji książki, więc zamiast obrazu legendarnych piratów szabrujących na morzach i oceanach w poszukiwaniu łupów, które później mogą zakopać na jakiejś opuszczonej wyspie i naszkicować mapę z X-ami, zostaliśmy przeniesieni do dalekiej przyszłości. A raczej do wizji przyszłości, jaką mogliby przewidywać ludzie z XVIII stulecia, bo przecież w animacji nie ma internetu, telefonów komórkowych, GPS-ów, czy choćby wykrywaczy metalu. W „Planecie skarbów” statki nie są morskie, lecz międzyplanetarne. Mapy prowadzące do skarbów nie są zaszyfrowane za pomocą kartki i pióra z atramentem, lecz dzięki zaawansowanej i skomplikowanej technologii. Ciekawie zastąpiono najbardziej rozpoznawalne atrybuty typowego pirata. Silver przestał być łotrem o jednej nodze i drewnianej kuli, lecz stał się świetnie wyposażonym cyborgiem z mechanicznym okiem (dosłownie miał rentgen w oku!), nogą i ręką, która potrafiła przekształcić się w szablę, pistolet, tasak, działo, czy cokolwiek sobie wymyślił. Zaś gadająca papuga została zastąpiona przez Morph, niezwykłe stworzonko, które potrafi przybrać dowolną formę. Zaiste ciekawą adaptację zafundował nam Disney. A może to nie był autorski projekt Disneya, lecz jak wierzy spora część widzów „Planeta skarbów” jest jedynie połączeniem powieści „Wyspa skarbów” Roberta Louisa Stevensona z pełnometrażową animacją Fox'a „Titan - Nowa Ziemia” z 2000 roku?

Dopatrywanie się podobieństw między obiema produkcjami osobiście uważam za zbyt naciągane. Przede wszystkim fabuła „Titan – Nowa Ziemia” jest całkowicie inna, ponieważ film nie opowiada, o czymś tak trywialnym jak poszukiwanie zakopanego złota, lecz o próbie odnalezienia nowej planety, dzięki której mogłaby przetrwać ludzkość po tym, jak wredni kosmici zniszczyli Ziemię. I choć uważam za nonsens porównywanie obu animacji to i tak przedstawię wam główne zarzuty, jakie stawiają Disneyowi fani „Titan – Nowa Ziemia”. Najczęściej wskazywane są podobieństwa między Jimem Hawkinsem, a Calem Tuckerem w tym m.in.:

1. Opuszczenie przez ojca – faktycznie w „Planecie skarbów” Disney pokazał widzom krótką scenę retrospekcyjną, w której ojciec Jima opuszcza jego i jego matkę. Nie ma to żadnego pokrycia w powieści, ponieważ tam pan Hawkins umiera. Niemniej w animacji Fox'a jest podobnie, bo ojciec Cale'a umiera w trakcie walki z Obcymi, której efektem jest zniszczenie Ziemi. Moim zdaniem ciężko porównywać bohaterską śmierć w obronie planety z porzuceniem rodziny.

2. Mapa, którą jedynie główny bohater może odczytać – faktycznie pozostawiona Cale'owi przez ojca mapa działa jedynie, gdy chłopak ma na palcu założony pierścień, ale jest to spowodowane tym, że uruchamia się w kontakcie z zapisanym kodem DNA. Swoją drogą to trochę głupie, by tylko dwie osoby (właściwie jedna, bo druga zmarła na początku filmu) we wszechświecie były w stanie uruchomić mapę prowadzącą do ukrytego w odmętach kosmosu statku kosmicznego, który jest jedyną nadzieją ludzkości. Albo pan Tucker nie przemyślał tego porządnie albo był strasznym egoistą. Niemniej jednak w „Planecie skarbów” mapę zapewne może odczytać więcej osób, jeśli ułożą ją odpowiednio. Innymi słowy, ten argument mnie nie przekonuje.

3. Jego przyjaciel okazuje się wrogiem – wybaczcie, ale wydaje mi się, że żaden inteligentny czarny charakter nie przyzna się do swoich niecnych intencji przed całym światem, jeśli może coś zyskać udając, że jest dobry. Oczywiście w bajkach zazwyczaj ciężko doszukać się rozsądnych i roztropnych złoczyńców, jednak twórcy coraz częściej starają się takich wykreować. Ponadto zachowanie Silvera z animacji odpowiada temu opisanemu w książce Stevensona.

4. Bohater potrafi naprawiać pojazdy kosmiczne – owszem to ich łączy, jednak nie jest to w żaden sposób nadzwyczajne w świecie, w którym zamiast samochodów są pojazdy kosmiczne.

Jeśli na siłę miałabym się dopatrywać podobieństw to wskazałabym raczej na obraz świata przedstawionego. W obu animacjach jest dość mało ludzi, kosmici przypominają zmutowane zwierzęta, mapy są trójwymiarowe, podróże międzygwiezdne, bronie laserowe, a cel podróży okrągły, co nie jest specjalnie zadziwiające, skoro akcja dzieje się w kosmosie. Także niech fani „Titana” mi wybaczą, ale uważam, że Disney nawet nie próbował się nim inspirować.

Gosiarella o „Planecie skarbów”


Wychodzi na to, że „Planeta skarbów” jest stosunkowo wierną (poza zakończeniem i zmianą niektórych bohaterów) adaptacją, która nie nosi widocznych śladów inspirowania się żadną inną produkcją filmową. Przy okazji uznano ją za jedną z pierwszych bajek Disneya skierowaną bardziej do chłopców, niż do dziewczynek. Biorąc to pod uwagę, zastanawiam się, czy twórcy chcieli im przekazać jakieś swoje mądrości. Doszłam do wniosku, że udało im się jedynie po raz kolejny polec przy morale. Moim zdaniem można go skrócić do: Drodzy chłopcy, potrzebujecie męskiego wzorca, bo inaczej nie wyjdziecie na ludzi, a jeśli go nie macie i jesteście łobuzami to wina waszych matek! To przykre, że Disney rozpoczął opowieść o Jimie od przedstawienia go jako łobuza, który notorycznie wpada w kłopoty, a matka nie potrafi sobie z nim poradzić. W powieści Jim nie sprawiał większych problemów, ale może scenarzyści doszli do wniosku, że było spowodowane to tym, że wychowywał się z obojgiem rodziców, a samotna matka nie da sobie rady z wychowaniem chłopca. Jim z nieposłusznego, łamiącego zasady nastolatka zmienił się w odpowiedzialnego, samodzielnego mężczyznę, dopiero gdy trafił pod opiekę Johna Silvera. Najwyraźniej nauczenie młodego Hawkinsa kilku sztuczek marynarskich i zaciąganie go do mycia naczyń w kuchni miało zbawienny wpływ. Niemniej nie rozumiem, dlaczego zdaniem Disneya lepiej od samotnej matki sprawdził się w roli rodzica stary wilk morski, który zdradza, oszukuje, rabuje i kradnie. To chyba pozostanie dla mnie zagadką.

Wyrzuciłabym również twórcom odpuszczenie grzechów Silverowi i puszczenie go wolno, co nie daje dobrego przykładu, jednak to zaserwował nam wcześniej Robert Louis Stevenson, a Disney jedynie powielił. Trzymajmy się jedynej pozytywnej myśli płynącej z „Planety skarbów”, czyli umiejętność naprawiania środków lokomocji może wam uratować życie. Także moi drodzy chłopcy mam nadzieję, że planujecie zostać w przyszłości mechanikami, bo inaczej zginiecie, jeśli traficie na wyspę lub planetę skarbów.

Ps. Wesołych Świąt!
Ps2. Przy okazji razem z Kulturalna meduza i eM poleca przygotowałyśmy specjalny skrawek internetu na Discordzie dla wszystkich fanów popkultury (jest dział serialowy, filmowy, książkowy, dramowy, etc.). To miejsce to nie kolejny fanpage, w którym ja coś tam marudzę, a Wy komentujecie. Nope! Chcęemy, żeby to miejsce było Waszą przestrzenią, w której możecie robić co Wam się podoba i wspólnie z nami je budowali. 
Łapcie link i bawcie się dobrze!
Czytaj całość

6 Najlepszych k-dram 2021, czyli Azjatyckie Różowe Ekrany

Kolejny rok z bardzo dobrymi produkcjami już prawie za nami, i co ciekawe w jego drugiej połowie można było zobaczyć, jak zmienia się podejście do k-dram wśród ludzi, którzy dotychczas od nich stronili. Niemniej nie będę uprzedzać faktów, tym bardziej że wyjaśnienie  pojawia się już w pierwszej kategorii tegorocznego subiektywnego rankingu dram. Gotowi? To zaczynamy!

[Tradycyjnie przypominam wszystkim, którzy z dramami nie mieli jeszcze do czynienia, że przed oglądaniem lepiej zapoznać się z Przewodnikiem po k-dramach, a także z rankingiem najlepszych dram z 2020 roku]

SQUID GAME
NAJPOPULARNIEJSZA K-DRAMA

Fabuła: "Squid Game" opowiada o sporej grupie zadłużonych Koreańczyków, która dostaje szansę ich spłacenia i zarobienia fortuny, jeśli uda im się wygrać sześć gier. Gry teoretycznie są proste, bo bazują na tych znanych im z dzieciństwa (osobiście ich nie kojarzę, więc albo na moje osiedle nie dotarły, albo co bardziej prawdopodobne, są mocno azjatyckie). Główną różnicą jest fakt, że jeśli zostaną wyeliminowani, to tracą życie (nie jako serduszko w grze, ale strzał w łeb). Pewnie myślicie, że nikt przy zdrowych zmysłach nie brałby w czymś takim udziału, ale to nie prawda. Motywowani przez ogromną świnkę skarbonkę wypełnioną gotówką po brzegi, desperaci dobrowolnie godzą się na zabawę na ogromnym placu zabaw stworzonym specjalnie na potrzeby rozgrywki.

Tym tytułem zaskoczyłam absolutnie nikogo, bo to, co "Squid Game" zrobił, nie udało się dotąd osiągnąć żadnej dramie.  Żeby nie było, że jestem w tym przypadku subiektywna i opieram się na danych wyciągniętych spod łóżka, pozwólcie, że zacytuję wiki: "Produkcja ta stała się pierwszym koreańskim serialem, który znalazł się w pierwszej dziesiątce najchętniej oglądanych tygodniowo programów telewizyjnych Netfliksa na całym świecie. Uplasował się na pierwszej pozycji w 94 krajach. Netflix oszacował, że w ciągu 28 dni od premiery Squid Game przyciągnął ponad 111 milionów widzów na całym świecie, przewyższając 82 miliony, które serial Bridgertonowie osiągnął w grudniu 2020 roku, i tym samym stał się najczęściej oglądanym programem w serwisie". 

Sama dodam do tego, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co SG zrobiło z osobami, które do tej pory albo nie miały najmniejszego kontaktu z dramami, albo nimi gardziły (jedno nie wyklucza drugiego). Nagle nie tylko obejrzały ten tytuł, ale zaczęły również sprawdzać inne, co widać było po wejściu do netfliksowego top10 "Hellbound" (osobiście jestem mocno nim zawiedziona), czy "My Name". Plus cały szał na odtwarzanie zabaw ze SG przez jutuberów na całym świecie, zalew filmów i tiktoków, czy wypuszczenie przez Jaguara nieoficjalnego przewodnika po SQ (możecie go zobaczyć na moim instagramie) tylko pokazują, jak szalenie popularna jest ta dramka, a drugi sezon jeszcze przed nami.

Mouse 
NAJLEPSZA MYSTERY DRAMA (THRILLER / KRYMINAŁ)

Nie będę ukrywać, uwielbiam produkcje związane z psychopatami i seryjnymi mordercami (jedno nie wyklucza drugiego), więc w tej kategorii konkurencja była spora. Niemniej "Mouse" wygrało uczciwie, bo już sam pomysł na backstory niemal wyjęty z "Czarne Lusterko - 1%" Grupy Darwina zmusza do niepokojących rozważań, a gdy dodamy do tego licznych seryjniaków i moment, w którym nawet mnie trudno jednoznacznie wskazać największego psychola spośród nich, to zwycięzca sam się wyłania.

Fabuła: Wyobraźcie sobie proste badanie, które byłoby w stanie wskazać, czy nienarodzone dziecko posiada gen psychopaty i decyzję, którą musiałaby podjąć matka tego małego potworka, gdy przychodzą wyniki. W "Mouse" taki wyrok otrzymały dwie kobiety, a jedna z nich była żoną seryjnego zabójcy, który zabił rodzinę małego Jung Ba Reum. Mijają lata, dzieci dorastają, mordercy dalej zabijają, a jedno ze wspomnianych dzieci zostaje jednym z nich. Drugie policjantem. Problem w tym, że momentami trudno ustalić, czy czarne naprawdę jest czarne, a białe jego przeciwieństwem.

Mr. Queen
NAJLEPSZY SEGEUK

Przyznaję, że w przypadku "Mr. Queen" jestem bardzo subiektywna i chociaż jest to drama naprawdę dobra i zabawna, to równocześnie na moją ocenę bardzo wpływa, że jest mieszanką motywów, które lubię, jak choćby transmigracja, czy dość niecodzienny romans, który wciąż nie potrafię odpowiednio zakwalifikować (BL or not BL?). Dodatkowo możecie się podczas oglądania podziewać sporej dawki humoru i bardzo dobrej gry aktorskiej  Shin Hye Sun.

Fabuła: Historia transmigracji duszy kucharza ze współczesnej Korei Południowej do ciała młodej królowej z czasów Joseon. Nowa królowa z męską duszą w sobie, na wszelkie sposoby stara się wrócić do swojego oryginalnego ciała i świata, lecz gdy staje się to niemożliwe, musi dopasować się do nieciekawej sytuacji, w której się znalazła, atmosfery panującej w pałacu oraz męża, który pozornie wydaje się polityczną marionetką z kochanką u boku.

Doom  at Your Service
NAJLEPSZA DRAMA Z ZAKAZANĄ MIŁOŚCIĄ

To jedna z moich ulubionych kategorii, bo zazwyczaj pozwala wcisnąć komedię romantyczną i fantasy w jedną rubryczkę, a o tym, jak przyjemne jest połączenie obu tych gatunków, nie muszę nikomu wyjaśniać. Dlatego bez zbędnego przeciągania przejdźmy do konkretów:

Fabuła: Życie Dong Kyung nie jest łatwe. Jest sierotą, opiekującą się niezbyt współpracującym bratem. Ma frustrującego szefa, kłamliwego faceta i w zasadzie dość sporego pecha, a wisienką na kupce nieszczęścia jest diagnoza i wyrok: nowotwór mózgu. Nie można jej winić za to, że życzy sobie końca świata. To niby bezsensowne życzenie dochodzi do uszu Dooma, który nadwyraz chętnie chce, by się spełniło, więc zawiera z nią studniową umowę.

NAJLEPSZA K-DRAMA

Bardzo długo myślałam, że w tym roku ten zaszczytny tytuł przyznam "Vincenzo", ale oto pojawił się sędzia Kang Yo Han cały w płomieniach, i chociaż na niego nie zasługujemy (a może wręcz przeciwnie?), musimy go docenić! Nie przypominam sobie, abym wcześniej oglądała k-dramę, w której zakończenie każdego(!) odcinka wbijało mnie głębiej w siedzenie. Plot twisty, rewelacyjny scenariusz i równie dobra gra aktorska, to tylko część powodów, dla którego przyznaję diabelskiemu sędziemu tytuł najlepszej k-dramy 2021. Zresztą umówmy się, że tak rzadko recenzuję pojedyncze tytuły, że można było się domyślić, że ta produkcja jest niezwykła. Przeczytajcie pełen tekst o "The Devil Judge", jeśli nie wystarczy Wam skrót: 

Fabuła: Kang Yo Han jest sędzią uwielbianym przez społeczeństwo, praktycznie celebrytą i jednocześnie jest mocno związany z grupą trzymającą władzę w Korei Południowej: Prezydentem, Ministrą Sprawiedliwości, głównym dowodzącym w futurystycznej sekcie zajmującej się odbudową kraju, oraz dwoma właścicielami konglomeratów, w tym do jednego z nich należy stacja nadająca Sąd na Żywo. Jednak prywatnie Kang Yo Han nie cieszy się taką popularnością, zwłaszcza wśród najbliższych, którzy podejrzewają go o zamordowanie starszego brata. Zresztą nawet wśród sędziów Sądu Najwyższego znajdą się tacy, którzy podejrzewają go o niecne intencje i podkładają mu zgniłe jajo w postaci Kim Ga Ona, który do złudzenia przypomina zmarłego brata naszego diabła i zostaje jednym z dwóch sędziów wspierających To Hana w Sądzie na Żywo, by go szpiegować.

Vincenzo 
NAJLEPSZA DRAMA - WYBÓR RÓŻOWYCH SAŁAT

Fabuła: Tytułowy bohater jest konsjerżem włoskiej mafii, który po śmierci szefa, wraca do Korei, by wyciągnąć ukryte złoto i przez przypadek rozpoczyna wojnę z koreańskim konglomeratem, który jak dość szybko się okazuje, jest bardziej paskudny, niż sama mafia.

Muszę przyznać moi drodzy czytelnicy, że większością głosów wybraliście wspaniałą dramkę do tej nowej kategorii, bo jak wspominałam, przez długi czas również się skłaniałam do tego tytułu! Warto wspomnieć także o pozostałych tytułach (poza wymienionymi powyżej), które podawaliście, jako Wasze ulubione tegoroczne produkcje: "My Roommate Is a Gumiho", "Hometown Cha-Cha-Cha", "Beyond Evil" (też mocno polecam!), "Sell Your Haunted House", "My name",  "Veil", "Secret Royal Inspector & Joy", "Porcelanowy król", "Navillera", "At a Distance Spring is Green, Move to Heaven" oraz "Word of Honor".

A jeśli macie ochotę przejrzeć wszystkie dotychczas opublikowane teksty o dramach, to kliknijcie poniżej:
i...
...wpadnijcie na Facebooka, gdzie każdy wtorek jest Azjatyckim Wtorkiem!


Ps. Dorzucilibyście jakieś tytuły do tego zestawienia?
Czytaj całość

Nadciąga grudzień a wraz z nim premiery książkowe i kinowe!



Grudzień to taki specyficzny miesiąc, w którym papierowych premier jest jak na lekarstwo (poza świątecznymi tytułami), a jednocześnie bardzo chętnie kupujemy książki - zazwyczaj te, które wychodziły wcześniej. Niemniej udało mi się znaleźć po trzy godne uwagi tytuły zarówno wśród nowości wydawniczych, jak i kinowych (zwłaszcza na nie ostrzę zęby!).


Mimi Noxa - Barman okryty piórami
Wydawnictwo: Self Publishing

Kontynuacja „Sekretu bóstwa ptaków”, o którym już wspomniałam na Instagramie.

"Znajomość przyszłości powinna pomóc Wendy ocalić restaurację, ukochanego barmana oraz samą siebie, prawda? Nic bardziej mylnego.
Pod wpływem złych emocji Wendy popełnia błąd – w lesie to ona zmusza Victora do zażycia tabletki. W rezultacie chłopak zmienia się w bóstwo ptaków, a dziewczyna pozostaje człowiekiem. Od tej pory rzeczywistość w niczym nie przypomina pięknego snu: oto Wendy trafia do lokalu oziębłego i okrutnego bóstwa ptaków i choć zna tajemnice przeszłości jego oraz restauracji, nie ma w sobie ani kropli mocy, żeby walczyć zarówno ze starymi, jak i z nowymi wrogami. Czy uda się jej uniknąć śmierci, która czyha na nią po ponownym otwarciu Modropiórej Wilgi? I czy pokocha drugie, mroczne oblicze Victora?
Nieznane charaktery znanych postaci, kolejni bogowie, podróże do innych światów, zdrada i miłość. Prawdziwa historia zaczyna się teraz!"
Park Minjoon - Grając w kalmara. Nieoficjalny przewodnik
Wydawnictwo: Jaguar
Data: 8 grudnia

Jestem ciekawa, jak wyszedł ten nieoficjalny przewodnik po najgłośniejszej tegorocznej k-dramie, więc spodziewajcie się, że niebawem coś na jego temat pojawi się na Gosiarellowym Insta!

"To nie tylko najczęściej oglądany serial Netflixa, ale również jeden z najważniejszych fenomenów społecznych ostatnich lat.
456 tonących w długach osób bierze udział w serii dziecięcych zabaw, z których nie wolno im odpaść. Oznacza to bowiem śmierć. Ta niepokojąca mieszanka popularnych w dzieciństwie gier, krwi, walki o życie oraz krytyki systemu czerpie inspirację z Battle Royale i świata mangi. W bardzo krótkim czasie oddziaływanie serialu staje się zjawiskiem dotąd niespotykanym i zatacza coraz szersze kręgi.
Grając w kalmara to nieoficjalny przewodnik, który pozwoli ci poznać wszystkie tajemnice serialu, przybliży świat koreańskiej popkultury, a także dostarczy niezbędnej wiedzy, byś mógł brylować w rozmowach na te tematy".

Catherine Huang, A.D. Rosenberg - Sztuka wojny dla kobiet. Jak wygrywać bez walki
Wydawnictwo: Onepress
Data: 2 grudnia


"Klasyczny traktat Sun Tzu, "Sztuka wojny", pozwolił wielu pokoleniom mężczyzn odnosić sukcesy, czy to na wojnie, czy to w wielkim biznesie. W końcu i jedno, i drugie jest traktowane jako domena mężczyzn. Tymczasem kluczowe koncepcje Sun Tzu mogą się doskonale przełożyć na taktykę prowadzącą do sukcesu także kobiety. To w końcu żadna tajemnica, że na najwyższych stanowiskach w polityce i biznesie jest ich wciąż niewiele: osiąganie ambitnych, osobistych celów w nierównym środowisku, w którym dominują mężczyźni, jest dla kobiet trudniejsze.

Ta książka jest interpretacją Sztuki wojny przeznaczoną dla kobiet, które chcą w pełni wykorzystać swój potencjał, uwolnić ukrytą w sobie siłę i mieć poczucie osobistej satysfakcji, a jednocześnie uniknąć niepotrzebnych konfliktów i zachować swoją uczciwość. Dzięki lekturze zrozumiesz zasady rządzące wszystkimi ludzkimi relacjami i dowiesz się, jak z łatwością osiągnąć swoje cele i zdobyć należny Ci szacunek. Uzyskasz świadomość, kim jesteś i w jaki sposób wykorzystać swoje cechy dla własnej korzyści. Nauczysz się zwyciężać, nim wojna w ogóle się rozpęta: w sposób subtelny, pokojowy i z minimalną ilością wrogości. Prędko się przekonasz, że zwyciężanie jest przyjemne. I że rodzi sukcesy w dowolnym innym otoczeniu!"


RESIDENT EVIL: WITAJCIE W RACCOON CITY - 3 grudnia

Czy tylko ja mam wrażenie, że znacznie bardziej przypomina fabułę pierwszej gry, niż wcześniejsze Residenty?! Trochę się jaram, a nie myślałam, że RE jeszcze potrafi to we mnie wywołać!

SPIDER-MAN: BEZ DROGI DO DOMU - 17 grudnia



MATRIX ZMARTWYCHWSTANIA - 22 grudnia

Ps. Standardowo dajcie znać, co Wam wpadło w oko, a na dokładkę: po jaki tytuł (poza świeżynkami) wybieracie się w najbliższych tygodniach do księgarni?



Czytaj całość

Kawa czy herbata?, czyli o roli napoju w popkulturze


“Kawa czy herbata?” – z tym pytaniem spotykamy się wielokrotnie, odpowiadając niemal mechanicznie, zgodnie ze swoimi preferencjami, bo nad czym się tu zastanawiać? Co ciekawe w popkulturze ten wybór ma o wiele większe znaczenie, bo obie są rekwizytami, dzięki którym nie tylko możemy łatwiej wyrobić sobie zdanie o charakterze postaci, ale również oba napoje wykorzystuje się w zupełnie innych celach.

Rola herbaty w popkulturze


Książki, filmy i seriale osadzone w czasach współczesnych niezaprzeczalnie zostały zdominowane przez kawę, lecz w przypadku produkcji historycznych i kostiumowych jest odwrotnie. Jeśli sądzicie, że to dlatego, iż herbata ma dłuższą historię, to… zasadniczo macie rację, ale to nie do końca prawda. Jeśli przyjąć, że chińska legenda o mitycznym cesarzu Shennongu, który w 2737 roku p.n.e. miał przypadkowo zaparzyć pierwszy napar z liści herbaty, jest prawdziwa, to kawę i herbatę dzieli aż tysiąc lat historii. Niemniej obie dotarły do Europy mniej więcej w tym samym czasie, a jednak powszechnie wiadomo, który z tych dwóch napojów gościł w filiżankach arystokratów z “Downton Abbey”, czy z “Dumy i Uprzedzenia”.

Przyjęcia herbaciane wyprawiane przez członków rodzin królewskich i szlachtę są nieodłącznym elementem interakcji bohaterów i stanowi rewelacyjne tło dla dekoracji i kostiumów. Popijanie Earl Grey’a stanowiło świetną wymówkę do spotkań towarzyskich i wymiany ploteczek organizowanych na dużą skalę, jak i krótkich wizyt, w których gość zdawał sobie sprawę, że po skończeniu herbaty powinien wrócić do domu. Co ciekawe nie tylko w filmach historycznych, ale też w bajkach często spotykamy się z przyjęciami herbacianymi urządzanymi przez animowane postacie, a najsławniejszym spośród nich niezaprzeczalnie jest to u Szalonego Kapelusznika z “Alicji w Krainy Czarów”. Zresztą jeśli mam być szczera, to Disney wydaje się niemal równie uzależniony od herbaty, jak goście wspomnianego przyjęcia (a dla przypomnienia wspomnę, że w trakcie filmu Szalony Kapelusznik nalewa herbatę ponad dziewięć razy, siedmiokrotnie ją pije i wspomina o niej osiem razy, a to całkiem niezłe osiągnięcie biorąc pod uwagę, jak niewiele czasu ekranowego mu poświęcono). W produkcjach tej wytwórni herbata leje się strumieniami do tego stopnia, że obliczono procentowo, jak wiele czasu ekranowego jej poświęcono. Ciekawi? 15,5% długości “Alicji w Krainie Czarów”, 8,5% “Kopciuszka” i 3,5% “Mulan”. O “Pięknej i Bestii” w kontekście ożywienia Pani Imbryk i małego imbryczka nawet boję się wspominać.


Nic dziwnego, że popkulturowe przyjęcia herbaciane (choć zazwyczaj z pustymi filiżankami) są wyprawiane również przez dzieci, gdy twórca chce pokazać uroczą scenę, w której obdarzone wyobraźnią maluchy próbują naśladować dorosłych i/lub podkreślić dobrą relację między dorosłymi bohaterami i szkrabami.

Tworzenie odpowiedniego klimatu za pomocą gorących napojów w rękach bohaterów to także jedno z podstawowych narzędzi filmowców i pisarzy. Wyobrażacie sobie zaprojektowanie świątecznej atmosfery bez parującego kubka herbaty/kawy/gorącej czekolady trzymanego w dłoniach odzianych w rękawiczki? Widok unoszących się obłoków pary niemal sprawia, że czujemy ich zapach. Niby taki trywialny rekwizyt, a jednak pobudza zmysły odbiorców, na które ani książka, ani film z założenia nie mają wpływu. Gdy myślę o takich scenach w amerykańskich komediach romantycznych, instynktownie myślę o cynamonie – na tej samej zasadzie Alyssa z “Gildii Zabójców” czując zapach herbaty jaśminowej myśli o Kitsune. Twórcy znają te głęboko zakorzenione skojarzenia i zręcznie się nimi posługują.

Co ciekawe wykorzystują spotkania przy herbacie nie tylko jako rewelacyjne tło, dzięki któremu mogą stworzyć piękne zdjęcia, pretekst, by pozwolić bohaterom się spotkać, czy pośrednie narzędzie budowania atmosfery. Nawet samo użycie filiżanki przez bohatera, choć jest dość subtelne (o ile nie mówimy o sytuacji, w której zawartość służy do oblania bohaterki – czy to przez złośliwą rywalkę, czy zirytowaną przyszłą teściową znaną z k-dram), ma kluczowe znaczenie przy wydźwięku danej sceny. Pomyślcie, ile razy widzieliście bohaterkę zasłaniającą kpiący uśmieszek filiżanką herbaty. Nic tak dobrze nie ukryje unoszących się kącików ust podczas wyrzucania z siebie zawoalowanych złośliwości czy jawnych kpin, gdy nie mamy pod ręką wachlarza!

A skoro o filiżankach mowa warto wspomnieć również o ich wykorzystaniu do wzbudzenia napięcia. Trudno znaleźć równie dobrą metodę doprawienia akcji złym omenem, jak stara dobra (a raczej zła) przepowiednia rzucona po zerknięciu na fusy znajdujące się na dnie opróżnionej filiżanki. Wróżenie z fusów poza przepowiedzeniem przyszłości bohatera, bywa również świetnym odwróceniem sytuacji samej wróżki, która dzięki rzuconej przepowiedni w jednej chwili może wydawać się bardziej kompetentna i uzdolniona, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać… lub całkiem odwrotnie. Świetnym przykładem jest tu Sybilla Trelawney z Harry’ego Pottera.

Nie tylko trafność wygłaszanej przepowiedni jest w przypadku tego rekwizytu wyznacznikiem kompetencji. Dla wielu może się to wydawać absurdalne, ale samo zaparzanie herbaty, jej podawanie i popijanie bardzo często służy za uwypuklenie dobrego wychowania lub słabości bohaterów. Zwłaszcza w sageukach, gdzie nie tylko jest to poważny sprawdzian dla wszystkich postaci podszywających się pod szlachciców, ale także element selekcji podczas wyborów przyszłej królowej. Jednak umówmy się, że w produkcjach azjatyckich umiejscowionych we współczesności herbata pojawia się niemal równie często, choć sama ceremonia jej picia została znacznie uproszczona.

Rola kawy w popkulturze


Herbata nie jest wykorzystywana w amerykańskiej popkulturze tak chętnie jak kawa. Po “Bostońskiej herbatce” można było przewidzieć, że będzie im z nią nie po drodze, ale wciąż jest to niesamowite, że to właśnie jeden z epizodów rewolucji amerykańskiej sprawił, że kawa stała się nieodłącznym elementem kultury nowego kontynentu. W filmach i serialach osadzonych we współczesności bohaterowie niemal zawsze wybierają kawę. Przyjęcia herbaciane zostały zastąpione spotkaniami w kawiarniach, które odrzucają sztywną etykietę na rzecz luźnej atmosfery, jaką możemy oglądać choćby w serialu “Przyjaciele”, w którym kultowa kawiarnia Central Perk stała się dla bohaterów drugim domem, a dla nas samo jej logo stało się tak popularne, że gadżety z nim sprzedają się jak świeże bułeczki!

Z kolei sama kawiarnia jako miejsce akcji stała się idealnym tłem zarówno na niezobowiązujące randki, jak i spotkania biznesowe. Nie da się ukryć, że jest to też wspaniała lokalizacja do spotkań bohaterów i użycia dość wyświechtanego motywu przypadkowego oblania kawą przyszłego obiektu westchnień. Ktoś powinien przeprowadzić ankietę, ilu amerykanów faktycznie w ten sposób poznało swoją drugą połówkę, bo aż ciężko uwierzyć, jak ta klisza jest eksplorowana!

Niemniej samo znaczenie kawy jest bardziej istotne, bo często pokazuje stan bohaterów. Myślę, że śmiało można postawić tezę, że kawę w popkulturze używa się jako narzędzia do socjalizacji bohaterów oraz ich źródła energii. Wystarczy umieścić kilka pustych kubków ze Starbucksa (który zresztą w popkulturze zakorzenił się tak głęboko, że charakterystyczne logo pojawia się w produkcjach z każdego zakątka świata), a widz bez zbędnych wyjaśnień od razu domyśli się, że bohater nie przespał nocy, ciężko pracując nad czymś niesamowicie dla niego ważnym. Innymi słowy, im więcej pustych kubków, tym większe zmęczenie przypisujemy biednemu pracoholikowi. Nawet specjalna charakteryzacja nie jest potrzebna. I to idealny przykład na to, że jeden obraz jest wart tysiąca słów. Oczywiście używanie tego działa też w drugą stronę i tym razem faktycznie użyję obrazu:


To nawet zabawne, że już w bajkach dla dzieci pokazuje się kawę jako magiczny napój na miarę eliksiru Panoramixa z “Asterixa i Obelixa”, dzięki któremu dorośli w mig przeobrażają się z zaślinionych zombiaków w pełnych energii ludzi. Przy czym już wtedy kreuje się obraz kawy jako czegoś dla nich niedostępnego, bo przeznaczonego wyłącznie dla dorosłych, tym samym zaszczepiając w dziecięcych umysłach ciekawość i pragnienie.

Kawa czy herbata? Co dla kogo?


I tu wracamy do pytania z pierwszego akapitu: Kawa czy herbata? Każdy z nas ma swoje preferencje i zaryzykuję stwierdzenie, że wynikają one głównie z osobistego gustu, ale w popkulturze działa to nieco inaczej. Ten prosty wybór może zbudować w widzach i czytelnikach wyobrażenie o charakterze postaci. Jeśli nie wierzycie, to przeprowadźmy mały eksperyment:

Wyobraźcie sobie scenę, w której grupa znajomych czy współpracowników składa zbiorowe zamówienie na kawę i wyobraźcie sobie osobę, która prosi o:
1. Espresso
2. Czarną kawę bez cukru i mleka (najlepiej smolistą i mroczną, jak jej dusza – wybaczcie, nie mogłam się powstrzymać)
3. Dyniowe latte z mlekiem sojowym
4. Earl gray

Mam przeczucie, że stanowcza większość z Was automatycznie przypasowała, choć kilka cech lub chociaż styl ubierania się danej postaci. Warto dodać, że to działa w wielu wariantach, ale trudno wyobrazić sobie złoczyńcę bazującego na sile fizycznej zamawiającego dyniowe latte z mlekiem sojowym. Za to czarny charakter głaszczący kota na kolanach i bazujący nie na sile, a inteligencji zapewne wybrałby pozycję numer 4. Oczywiście to wszystko to nic więcej, niż stereotypy, ale czy nie właśnie na tym opiera się większość tytułów, które pochłaniamy?

Niemniej przykładem z Bonda trochę wyprzedziłam fakty, więc już nadrabiam. Herbata w popkulturze jest znakiem flagowym Brytyjczyków. Five o’clock zakorzenił się w naszych umysłach jako tea time i wciąż ciężko uciec od wyobrażania sobie współczesnego dystyngowanego Brytyjczyka bez nieustannego popijania herbatki. I słowem kluczowym jest tu: dystyngowany.
Nie wiem, czy zauważaliście, ale twórcy lubią samym napojem tworzyć kontrast i znacznie chętniej serwują herbatę bohaterom o wyższej inteligencji lub wywodzących się z wyższych sfer (nie mam tu na myśli biznesmenów – oni są pracoholikami, więc żłopią kawę). W przypadku filmów historycznych jest to niezaprzeczalne, podobnie sprawa się ma z produkcjami dotyczącymi współczesnej arystokracji (może to wynikać częściowo z tego, że najchętniej filmowcy biorą na warsztat angielską rodzinę królewską, czy to prawdziwą, jak w “The Crown”, czy fikcyjną, jak w “The Royals”). Spróbujcie przywołać w pamięci scenę, w której grupa przyjaciół siedzi w kawiarni i tylko jedna osoba wśród nich zamawia herbatę. To niemal zawsze jest albo ktoś często przesadnie elegancki, albo w typie dziwaka o niebotycznym IQ, jak Sheldon, który w “Teorii Wielkiego Podrywu” jasno podkreślił, że nie pije kawy, bo obiecał mamie, że nie tknie środków uzależniających. Rozumiecie, co mam na myśli.

Niemniej kawa również potrafi pokazać prestiż bohatera. Wyobraźcie sobie lśniący, elegancki ekspres ciśnieniowy znajdujący się w praktycznie nieużywanej kuchni i już możemy założyć, że należy do odnoszącego sukcesy biznesmena i zapewne jest jedynym sprzętem, z którego faktycznie korzysta. Dodajmy do tego jeszcze małą białą filiżankę i już mamy zestaw startowy gracza, który wszedł ze swoją firmą na giełdę. Takie prawo popkultury: ludzie na wysokich stanowiskach nie stoją w kolejce w kawiarni, chyba że akurat ich drogie ubrania muszą zostać “przypadkowo” oblane przez bratnią duszę.

Na zakończenie dodam, że nawet wybór dodatków, czy smaku potrafi określić, z jakim rodzajem postaci mamy do czynienia. Im bardziej urocza i słodka jest postać, tym słodszy jest jej napój. Niestety wszelkie smakowe rewolucje twórcy wręczają bohaterkom infantylnym lub hipsterom. Prosty wybór bez specjalnych dodatków jest przeznaczony złoczyńcom oraz stonowanym, eleganckim postaciom. Dolewanie alkoholu zarezerwowano dla Irlandczyków, Rosjan, alkoholików i ludzi na skraju załamania. Za to kakao serwuje się jedynie dzieciom lub bohaterkom komedii romantycznych w świątecznej oprawie. A skoro wszyscy już dobrze wiemy, że popkultura rzadko pokrywa się z prawdziwym życiem, to co Wy wolicie: kawę czy herbatę?

Materiał powstał we współpracy z Coffeedesk, który oferuje coś dobrego zarówno smakoszom kawy, jak i herbaty.
Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella