Teoria slasherowego requela, czyli Krzyk 5

 

Pierwszy "Krzyk" jest moim ulubionym slasherem i mam do niego ogromny sentyment, a jednak wszystkie kolejne części, które jako fanka oglądam z przyjemnością, to raczej mnie rozczarowują. Co tu ukrywać dwójka" była gorsza od jedynki, "Krzyk 3" znacząco obniżył poziom, a o remake, czyli "Krzyk 4" mój mózg wyrzuca z pamięci. I teraz mamy "Kryk 5", którego nie tworzy Wes Caven... Przyznaję, trochę się bałam i to nie w sposób, w jaki przy horrorach bać się powinno.


[Nie zdradzę Wam, kim jest morderca, ale szczypta mini spoilerów czai się w tekście, więc czytacie na własną odpowiedzialność!]


Moje obawy to jednak nic przy tym, co czuli fani "Ciosu" (fikcyjny film w świecie wykreowanym, który odpowiada naszemu "Krzykowi" tj. również opowiada historię Ghostface ganiającego za Sidney), gdy pojawiła się kontynuacja z napakowanym Ghostfacem zabijającgo ludzi jakimś maczetowym miotaczem ognia. Nie pytajcie, zobaczycie... W każdym razie, gniot jak ich mało, więc zbulwersowani fani postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i dać scenarzystom lepszy materiał, a przynajmniej z takiego założenia wyszła siostrzenica Randy'ego Meeksa, gdy próbowała wytłumaczyć pozostałym, dlaczego Ghostface powrócił do Woodsboro, oraz dlaczego uważa, że to, co się dzieje, to requel.



Porozmawiajmy o requelu. Pierwsza część to wiadomo, oryginalny materiał i baza. "Krzyk 2" to sequel, czyli kontynuacja. Trzecia była zwieńczeniem trylogii, a przynajmniej tak było w zamyśle, dopóki po 10 latach nie pojawił się "Krzyk 4", który miał być remake'iem. Do tego po drodze doszedł jeszcze "Krzyk" w serialowej wersji i zrobił się krwawy chaos. Twórcy musieli wymyślić coś nowego, by reanimować serię, więc sięgnęli po jakże ostatnio w Hollywood modny requel, czyli ni to prequel, ni to sequel, a połączenie ich obu. Taka kontynuacja pisząca historię od nowa, a czas pokaże, czy "Krzyk 5" faktycznie stanie się nową bazą, bo na tę chwilę widzę jedynie ogromny ukłon twórców względem oryginału. I jako fanka: lubię to.



Odniosłam wrażenie, że twórcy nowej części też są ogromnymi fanami tej serii. Poza tym, że jak zwykle (poza serialową odsłoną) pojawiają się znane nam postacie, czyli Sidney - najbardziej doświadczona final girl w historii slasherów, Gale i jej szeryf, mamy tu nowe pokolenie spokrewnione z tymi, którzy zostali zamordowani w poprzednich częściach. Bliźniaki, których wujkiem był Randy to cudna wstawka, ale [mini spoiler] córka Billy'ego Loomisa to prawdziwa wisienka na torcie! Umówmy się, że gdy final girl zostaje córka mordercy z pierwszej części, to się ten zabieg docenia! Plus te wszystkie nawiązania! Ostateczna rzeź ma miejsce w domy Randy'ego, czyli w tym samym miejscu, gdzie rozgrywała się jatka z oryginału. Przyznaje, że równie wyborne było odtworzenie sceny na kanapie, gdy siostrzenica Rendy'ego ogląda "Cios", w której "Randy też leży na kanapie, oglądając horror, a zabójca się za nim czai! Zresztą wiele scen odtworzono i przez ten sentyment oceniam ten film znacznie lepiej, niż powinnam.


Naprawdę cieszę się, że nie jestem profesjonalnym krytykiem, bo musiałabym Wam napisać, jak wiele słabych elementów składa się na ten film, a nie chcę tego robić. Bawiłam się bardzo dobrze i cierpiałam jedynie przy okropnie drewnianym aktorstwie Melissy Barrery, czyli naszej nowej final girl. Poważnie, osoba odpowiedzialna za casting powinna zmienić robotę, bo nie ma kompetencji. W polskich paradokumentach castingi i - co ważniejsze - gra aktorska bywają znacznie lepsze. Obsadzenie w głównej roli aktorki, przez którą krwawią oczy, nawet w slasherach jest bezsensownym pomysłem, przez co całość bardziej przypomina szmirę, którą omówiłabym w Kiczowatych Horrorach (gdybym nie była leniwą bułą), niż kasową produkcję. 


Jeszcze nigdy nie kibicowałam tak mocno Ghostface'owi, by wykończył final girl.


Niemniej poza nieszczęsną Melissą Barrerą, "Krzyk 5" dał mi to, na co liczyłam. Dużo biegania, dźgania i krwi. Bawiłam się świetnie widząc liczne nawiązania i chociaż bezproblemu zgadłam, kto czai się pod maską Ghostface'a (słowo daję, po 20 minutach wytypowałam prawidłowo, więc nie wiem, czy to było tak oczywiste, czy slashery zbyt często oglądam), parę rzeczy mnie zaskoczyło. Głównie te fragmenty, gdy ktoś akurat wywinął się śmierci, ale też się liczy. A skoro o przewidywaniach mowa, to czas na teorie, tym razem od weterana szeryfa Dewey'a Riley'a na temat tego, jak znaleźć mordercę:

1. Nigdy nie ufaj ukochanej osobie.

2. Motyw zabójcy zawsze wiążę się z przeszłością.

3. Pierwsza ofiara zawsze ma grupę przyjaciół, do której należy zabójca.

Cóż... nie we wszystkich slasherach się to sprawdza, ale skoro nikt nie dźgnął mnie tyle razy, co Dewey'a, to kłócić się nie będę. Tylko odrobinę zmarszczę nosek i napiszę, że zasady wymienione we wszystkich wcześniejszych produkcjach były znacznie lepszymi instrukcjami na temat tego, jak przetrwać w horrorze. Niemniej nie dla zasad oglądamy "Krzyki", a dla dźgania, a tego jak zawsze nie brakuje, więc oglądajcie śmiało.


Ps. Po skończeniu "Krzyku" zrobiłam sobie maraton z Marvelem i powiem Wam, że bardzo brakowało mi tego dźgania. Tam wszyscy trzymają broń i nikt nikogo nie rani. Skandal! 

Ps2. Fani slasherów, podrzućcie mi swoje ulubione tytuły!

Czytaj całość

Drama vs Serial: Dom z Papieru: Korea vs Hiszpania


Fakt, że oryginalny "Dom z Papieru" stał się światowym fenomenem, jest niepodważalny! Ten tytuł zdecydowanie zapisze się dużymi literami w historii popkultury, i chociaż zakończono już emisję hiszpańskiego serialu, to koreański remake dopiero wystartował i znając Netflixa, wiele kartek oderwanych z kalendarza trafi do kosza, nim zobaczymy finał. Na tę chwilę na platformie jest dostępnych 6 pierwszych odcinków, jednak myślę, że to wystarczy, by móc zacząć porównywać obie produkcje.


Zacznijmy od tła, które w  oryginalnej wersji praktycznie nie istnieje (lub nie wyłapałam). Mamy współczesną Hiszpanię i ósemkę rabusiów, którzy pod przywództwem Profesora wkraczają do narodowej mennicy, by zacząć spektakularny napad. Koreańska wersja jest pod tym względem bardziej rozbudowana. Akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości, w której Północna i Południowa Korea podejmują kroki do ponownego zjednoczenia się w jeden naród poprzez zawarcie unii gospodarczej i wprowadzenie wspólnej waluty. Dość szybko okazuje się, że ta utopijna wizja dla zwykłych obywateli (zwłaszcza z Północy, którzy kapitalizm znali tylko z opowieści) przypomina bardziej dystopię. Ci, którzy mieli pieniądze, zarobili jeszcze więcej, a ci, którzy ich nie mieli, wciąż ich nie mają i z trudem odnajdują się w nowej rzeczywistości. Dobrym przykładem jest tu  Lee Hong Dan (Jeon Jong-Seo), czyli nasza przyszła Tokio, którą poznajemy jako podwójną ARMY - z jednej strony fanka BTS, a z drugiej członkinię armii Północy. Dziewczyna po otwarciu granic rusza na Południe, by spełnić swój "koreański sen", a ten zmienia się w koszmar, przez który jest bliska odebrania sobie życia.


Oczywiście hiszpańska wersja też w pewnym momencie pokazuje nam szerszy cel Profesora, lecz na tym etapie, na którym zatrzymała się koreańska, w tej ostatniej jest od zwyczajnie bardziej klarowny i właściwy, a przez to kibicuję im mocniej, gdy dokonują napadu na Wspólną Mennicę tuż przed dużym szczytem politycznym. Nie ukrywam, że sytuację polityczno-społeczną w Korei znam lepiej, niż w Hiszpanii, więc pewnie po części dlatego ten wątek jest dla mnie ciekawszy, jednak wciąż odnoszę wrażenie, że twórcy naprawdę się postarali, dokładając do swojej wersji coś świeżego od siebie. Warto zaznaczyć, że jest to główna różnica obu produkcji, bo cały plan napadu przebiega bardzo podobnie, chociaż mam wrażenie, że drama skupia się bardziej na skoku, a serial pokazywał nam więcej zakulisowych scen ze szkolenia Profesora. Trochę trudno to ocenić, czy w koreańskim remake'u brakuje istotnych informacji lub pojawiają się luki, ponieważ wciąż mam w pamięci hiszpańską wersję, która dokładnie pokazywała widzom geniusz planu rabusiów.



A skoro o rabusiach mowa, odrobinę zaskoczyło mnie, jak twórcy podeszli do remake'u, a konkretnie do bohaterów. Jeszcze nim wybrali swoje pseudonimy, byłam w stanie odgadnąć, w jakie role wcielają się aktorzy, a i tak zaskoczyło mnie, że wybrali dokładnie te nazwy miast, co Hiszpanie. W szczególności Tokio, biorąc pod uwagę relację pomiędzy Koreą a Japonią. Niemniej komentarz wyjaśniający ten wybór trochę mnie rozbawił. Sama Tokio już mniej. Wraz z Nairobi (bardzo mnie boli, że wskazuję akurat na damską reprezentację, ale cóż zrobić) jako jedyne wypadają znacznie słabiej w stosunku do oryginału, przy czym wierzę, że Nairobi jeszcze się może rozkręcić. W Tokio przestałam wierzyć. To zupełnie inna postać. Z inną historią i bagażem doświadczeń, więc niby rozumiem, skąd ta zmiana, a jednak bardzo brakowało mi w gangu tej szalonej, nieobliczalnej duszy imprezowiczki, która w hiszpańskiej wersji nadawała tempo całej bandzie. Za to jestem pod wrażeniem, jak dobrali aktora wcielającego się w Arturito. Nie sądziłam, że ktoś będzie w stanie mnie irytować i od siebie odrzucać na równi.


Jedyne, co naprawdę mnie irytowało bardziej, to podział Netflixa, który musiał zachować się w typowy dla siebie sposób i poszatkował skok, wrzucając nam jedynie 6 odcinków i zapewne wiele miesięcy upłynie, nim dorzucą kolejne, które i tak nie pokażą nam zakończenia. Sądziłam, że nie będzie mnie to irytowało, skoro i tak wiem, co się w nich wydarzy, ale jako dramoholik zawsze cierpię, gdy widzę, co oni wyprawiają przy k-dramach. 



Zestawiając plusy i minusu obu odsłon, mogę powiedzieć, że w hiszpańskiej wersji jestem tak zakochana (zwłaszcza w pierwszym sezonie, który Netflix podzielił na dwa), że trudno mi przypomnieć sobie istotną wadę. W koreańskiej widzę bardzo udaną i angażującą kopię, która ma elementy, które mi zgrzytają... ekhmTokioekhm..., a równocześnie bardzo podoba mi się koreański akcent, który ją wzbogaca, czyli choćby wspomniane tło polityczne, czy zmiana maski Salvadora Daliego na maski Hahoe. Czekam, czym zastąpią Bella Ciao! 


Poza tym podobieństwa są tak uderzające, że sceny z hiszpańskimi aktorami nakładały mi się na koreańską wersję - zdecydowanie uznaję to za zaletę, bo lubię odgrzewane kotlety, gdy wjeżdżają świeże dodatki! Podoba mi się, chcę więcej i polecam obie wersje, bo obie są bardzo dobrymi produkcjami!

Czytaj całość

Gildia Zabójców II - Scena Bonusowa!

 

Dziś mija równy rok od mojego pisarskiego debiutu i premiery "Gildii Zabójców"! Bardzo chciałabym Wam opowiedzieć, jak wyglądało to wszystko za kulisami, jednak pewne kwestie jeszcze mnie powstrzymują, więc musicie uzbroić się w cierpliwość. W zamian mam dla Was bonusową scenę do "Dzieci Gildii" o ciężkim życiu króla Europejskiej Gildii Zabójców, która mogłaby się znaleźć w połowie rozdziału X (jeśli macie go już za sobą, to śmiało możecie czytać!), gdybym była odrobinę większym trollem. Bawcie się dobrze!


Król Europejskiej Gildii Zabójców poprawił się na fotelu, przyjmując wygodniejszą pozycję i z przyjemnością zakołysał trzymaną w dłoniach szklanką whiskey, nim upił z niej potężny łyk. W końcu uporał się ze stertą papierów, która przez cały dzień piętrzyła się na jego biurku, więc zamierzał się zrelaksować.

Skończył pracę wcześniej, niż zakładał. Za oknem dopiero zapadał zmierzch, co o tej porze roku oznaczało, że wciąż miał przed sobą połowę dnia do wykorzystania. Gdy tylko zaczął rozważać, jak mógłby przyjemnie wykorzystać ten czas, usłyszał narastające zamieszanie dobiegające zza drzwi.

– Nie ważcie się tu wchodzić – mruknął do siebie, jakby ciche słowa mogły kogokolwiek zatrzymać.

Wolną ręką rozmasował czoło, czując nadchodzący ból głowy, gdy dobiegający go gwar przybrał na sile. Na niewiele się to zdało i jego twarz przeciął grymas, gdy usłyszał donośny dźwięk.

Puk… Puk… Puk…

Zignorował go i jednym haustem opróżnił szklankę. Nikła nadzieja, że nieproszony gość odszedł, rozwiała się, gdy ponownie rozbrzmiało pukanie.

– Odejdź – warknął donośnie Darius.

Eryk jednak nie dał się tak łatwo przegonić i otworzył drzwi do gabinetu króla, nim skończył mówić.

– Nie pozwoliłem ci wejść – warknął władczo, wciąż nie porzucając nadziei, że zasłużona chwila spokoju wciąż jest w jego zasięgu.

– Wybacz, usłyszałem: wejdź – odparł młody zabójca bez cienia wstydu. – W takim razie nie będę ci przeszkadzać. A i Oliwier przywiózł zwłoki. No to pa!

Pusta szklanka roztrzaskała się z hukiem o ścianę w niewielkiej odległości od głowy Eryka, nim ten zdążył zamknąć za sobą drzwi.

– Nie waż się uciekać – wycedził przez zęby król, gdy żyła na jego czole pulsowała wściekle.

Oboje wiedzieli, że cała złość spadnie na Eryka, jeśli ten błyskawicznie nie wyjaśni mu sytuacji.

– Przed chwilą wrócił, ciągnąc za sobą zwłoki Dragana. Leżą w holu w worku. Powiedział, że próbował mu uciec – streścił młody zabójca, wzruszając ramionami. – Przy okazji królu, kiedy przeprowadzasz zamach na moje życie, mimo że jako najwyraźniej nieliczny z zabójców zostawiam swoje trupy poza posiadłością, czuję się naprawdę bardzo niedoceniony. To źle wpływa na moje morale i chęć do dalszej pracy. Proszę, abyś chętniej wyrażał pochwały.

– Ha! – Darius wyrzucił z siebie krótko, po czym ciężko westchnął. Brakowało mu czasów, gdy zaciągnięty do pałacu trup potrafił go zaskoczyć. Bezczelnością Eryka nawet nie zamierzał sobie zawracać głowy. – Dalej jest w holu?

– Trup tak. Oliwier sobie poszedł.

Alyssa naprawdę przyłożyła się do przekazania podopiecznemu wszystkich swoich nawyków, pomyślał król z irytacją i momentalnie przyszła mu do głowy kolejna niepokojąca myśl.

– Był sam?

Gdy Eryk potwierdził, odprawił go gestem dłoni.

Sięgnął po kolejną szklankę i napełnił ją whiskey po sam brzeg, nim wyciągnął telefon i wybrał numer jedynej osoby, która mogła potwierdzić, że w ostatnim tygodniu Alyssa nie postawiła stopy w Europie. Lincoln jednak nie odbierał. Dopiero gdy Darius zwilżył usta w wilgotnym płynie, na ekranie telefonu wyświetliło się nadchodzące połączenie wideo od króla Amerykańskiej Gildii Zabójców.

– Dariusie, ile razy już ci powtarzałem, że połączenia międzynarodowe są drogie i trzeba podążać za nowymi rozwiązaniami? – Obraz przystojnej twarzy Lincolna pojawił się na ekranie, po naciśnięciu zielonej słuchawki. – Czy to whiskey? Znowu pijesz? I dlaczego wyglądasz, jakby stało się coś poważnego?

– Przestań zachowywać się, jakbyś był moją żoną – warknął w odpowiedzi. – Co robi Alyssa?

– Widzę, że coś mówisz, ale niczego nie słyszę. Włączyłeś mikrofon? – Lincoln zacmokał z niedowierzaniem. – Przewodzisz swoim ludziom, a nie potrafisz obsłużyć prostej aplikacji? Tylko mi nie mów, że dokumenty dalej masz w papierowej wersji. Zdajesz sobie sprawę, jakie to nieekologiczne? O drzewa należy dbać. W Krakowie macie zbyt toksyczne powietrze, abyś mógł to dalej bagatelizować! Jeśli dalej będziesz się trzymać swoich archaicznych przyzwyczajeń, smog będzie stanowił dla ciebie konkurencję!

Darius nawet go nie słuchał. Z frustracją naciskał przycisk mikrofonu, wyrzucając z siebie co chwila przekleństwa i pytanie, czy już go słyszy. Dopiero w ustawieniach odnalazł opcję udzielenia zgody aplikacji zgody na użycie mikrofonu i jego słowa dotarły do adresata.

– Jak idzie Alyssie? – powtórzył pytanie.

– Nie powinieneś jej o to zapytać? Nie rozmawiacie ze sobą? To nawet mnie nie zaskakuje po tym, co jej zrobiłeś. Trzymać żywą osobą przez pół roku w takich warunkach pod ziemią? Już humanitarniej byłoby ją zabić…

Tak trudno odpowiedzieć na proste pytanie?!, pomyślał europejski władca, a cisnące się na jego usta przekleństwa zostały przełknięte i przepite kolejnym łykiem ognistej wody. 

– Dariusie, nawet pod tym kątem kamery, widzę, jak sięgasz po kolejny kieliszek... – zganił troskliwym tonem Lincoln. – Nie znajdziesz szczęścia na dnie butelki. To tylko przykrywka dla prawdziwego bólu. Może to już czas z kimś porozmawiać? Ciąży na tobie taka duża odpowiedzialność, nie możesz tego w sobie dusić, to jest niezdrowe.

– Lincoln, jeszcze jedno słowo, a wyślę Kirę na urlop do Nowego Orleanu. Ostatnio też chodzi zestresowany, więc przyda mu się odpoczynek.

Przez przedłużającą się ciszę, Darius zaczął się martwić, czy sprzęt znowu mu się zawiesił. Gdyby musiał jeszcze zmagać się z resetowaniem urządzenia lub połączenia, musiałby wyciągnąć awaryjną butelkę, której lokalizacji aktualnie nie pamiętał. W zasadzie awaria już nie miała znaczenia. Był pewien, że i tak będzie jej poszukać.

– Alyssa ma się dobrze – odparł amerykański władca z poważną miną. – Co prawda zaraz po przyjeździe nieco zaszalała z Olimpią i Ryu, ale z takim wzorem do naśladowania… – przerwał, po chwili się poprawiając: – Z moich informacji wynika, że wybrały pierwszy cel i szykują się do likwidacji.

Przez głowę Dariusa przemknęła gorzka myśl, że sam nigdy nie otrzymał od swojej wychowanki tak szczegółowych update’ów. Jednak skoro jest w Ameryce, nie mogła pomóc Oliwierowi z leżącym w holu ciałem. Wciąż nie był pewien, czy to dobra informacja, czy wręcz przeciwnie i do grona podległych mu zabójców dołączyło kolejne utrapienie.

Nim zdążył zdecydować, przez drzwi jego gabinetu wpadł Markus.

– Słyszałeś, co zrobił ten bezczelny dzieciak? Zostawił trupa w holu! TRUPA. W. HOLU! I se poszedł, bo zajęty! – wrzeszczał wściekły doradca, nie zwracając najmniejszej uwagi na trzymany w rękach władcy telefon. – Alyssa to jakaś zakaźna choroba! Gówniarz się zaraził! A co jeśli to się rozprzestrzeni i będę się regularnie potykał o zwłoki?

Przez krótką chwilę Darius rozważał, by zapytać go, jak właściwie udało mu się potknąć o zwłoki barczystego, wysokiego rekruta, jednak zrezygnował. 

 – Wyobrażasz sobie, co się stanie latem? Nigdy nie pozbędziemy się smrodu! I jak go teraz pokroić? Zero frajdy. Zero przestrogi. Tylko zimny trup ze stężeniem pośmiertnym! – ciągnął dalej. – I nawet nie mów mi, że nie możemy go za to ukarać, bo jak nie za to, to coś innego znajdę. Nie możemy tego tak zostawić!

Nie czekając na odpowiedź, Markus wyszedł – zapewne szukać powodu, za który uda mu się ukarać Oliwiera.

– Dariusie, co tam się u ciebie dzieje?  – Lincoln wydawał się wyraźnie zdumiony podsłuchaną rozmową. – Jakie zwłoki? Zaczynam się niepokoić sytuacją w waszym oddziale. Potrzebujesz pomocy?

Nim władca Europejskiej Gildii Zabójców zdążył wysłać swojego rozmówcę w diabły, kolejny głos rozbrzmiał w głośniku:

– Głupie pytania zadajesz, skarbie. Oczywiście, że ten ochlaptus potrzebuje pomocy! Terapeuty od uzależnień, grupy wsparcia i psychologa – wymieniała słodkim głosem kobieta, która po chwili pojawiła się na ekranie, patrząc wrogo w kamerę. – Widziałam, do jakiego stanu doprowadziłeś swoją dziedziczkę! Sama skóra, kości i wory pod oczami! Zamiast moczyć mordę w whiskey całymi dniami…

Darius zakończył połączenie z głośnym westchnięciem. Chociaż w gabinecie w końcu nastała długoupragniona cisza, nie potrafił się nią cieszyć. Narastający ból łupał go pod czaszką i nawet masowanie skroni nie przynosiło ulgi.

Powoli docierało do niego, że musi jak najszybciej uporać się ze stresem. Zbyt długo siedział za biurkiem, gdy jego podwładni w spokoju wykonywali zadania.

Może też powinienem?, pomyślał, zerkając na stertę dokumentów, w której ukrywały się dwa zlecenia, których cele znajdowały się blisko siedziby Gildii. Długo się wahał, nim sięgnął po obie teczki. Ostateczną decyzję podjął, gdy przez drzwi do jego gabinetu ponownie wpadł rosły doradca i ze złośliwym uśmiechem na ustach, powiedział:

– Wiedziałeś, że zniknął nam służący? Nie zgadniesz, z kim po raz ostatni widział go Kolhein!



Jeśli nie wiecie, o co chodzi, to uprzejmie przypominam, że "Gildię Zabójców" i "Dzieci Gildii" możecie kupić w większości księgarni internetowych, a prequel do serii pojawi się wcześniej, niż podejrzewacie!


Przy okazji bardzo dziękuję wszystkim fanom serii, którzy przez ten rok pisały wspaniałe rzeczy o obu tomach, publikowały zdjęcia, dodawały oceny i pisały groźby motywujące do dalszego pisania <3 a także wspaniałej i cudownie kreatywnej bandzie dziewczyn z pisarskiej grupy na discordzie, a zwłaszcza Kulturalnej Meduzie, Agacie i Lexi, które zainspirowały mnie do napisania tej sceny, robiąc sobie jaja z biednego Dariusa.

Czytaj całość

Z kawą dookoła (popkulturowego) świata, czyli co piją na ekranie?

 


Pochłaniając popkulturę danego kraju, przesiąkamy jego kulturą. Poznajemy ją i chcemy jej zakosztować. Oglądając bohaterów pałaszujących na ekranie soczyste hamburgery z frytkami, czy bulgogi i kimchi, sami zaczynamy nabierać na nie smaku. Wierzę, że nie inaczej jest z napojami, więc moje drogie geeki, zapraszam na wycieczkę dookoła popkulturowego świata tropem kaw!


Kawa po koreańsku


Zacznijmy od kawy, która wydaje mi się, że jest w Polsce najmniej znana z całego zestawienia (choć ludzie w social mediach oszaleli na jej punkcie), a pochodzi z kraju, którego popkultura jest dla mnie drugą z najbliższych i najczęściej tu poruszanych, więc i Was pewnie ciekawić będzie najbardziej. Zresztą i fani “Squid Game” za moment się uśmiechną, bo mowa o Dalgona Coffee, czyli kawie, która zawdzięcza swoją nazwę Ppopgi – inaczej Dalgona – tradycyjnym koreańskim cukierkom, które stały się inspiracją dla twórców “Squid Game” i głównym elementem jednej z konkurencji, z którą musieli zmierzyć się bohaterowie dramy. Żeby było jeszcze bardziej popkulturowo, to za ojca tej nazwy uznaje się koreańskiego aktora, ale zacznijmy od początku!


Popularność Dalgona Caffee zaczęła się po emisji programu “Stars' Top Recipe at Fun-Stauran” (kulinarna bitwa celebrytów), w trakcie którego Jung Il Woo – aktor znany z takich k-dram, jak “The Return of Iljimae”, “Moon Embracing the Sun”, czy “Cinderella and the Four Knights” – skosztował napoju przygotowanego przez właściciela kawiarni otwartej na terenie opuszczonej stoczni, i jej smak skojarzył mu się z Dalgona, co dało tej kawie nazwę. Po wypuszczeniu tego odcinka (dla zainteresowanych podrzucam fragment) social media oszalały na jej punkcie i zaczął trendować #dalgonacoffeechallenge. Jeśli macie ochotę przyłączyć się do wyzwania i samodzielnie odtworzyć przepis, podrzucam wersję dla leni (jako rasowa leniwa buła zrezygnowałam z ręcznego ubijania, ale jeśli macie siłę i ochotę, proszę bardzo!)


Przepis na Dalgona Caffee:

Przepis: 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej mieszamy z 2 łyżeczkami cukru i 2 łyżkami gorącej wody, a następnie blendujemy/miksujemy do uzyskania gęstej piany, a gdy ta powstanie przerzucamy ją do szklanki wypełnionej do połowy zimnym mlekiem. Proste, prawda?


Pomimo bycia leniem, jestem też geekiem, więc do Dalgona Caffee potrzebuję popkulturowego akcentu, który Koreańczycy nazwaliby raczej tradycyjnym, czyli Ppongi. Kupić mi się nie udało, ale korzystając z przepisu zamieszczonego w nieoficjalnym przewodniku po “Squid Game” – “Grając w kalmara”, zrobiłam je własnoręcznie i po 3404 próbie okazały się całkiem niezłe. Dla chętnych i ten przepis podrzucam:

Przepis na Dalgona Candy:

Składniki: 6 łyżek białego cukru i ¼ łyżeczki sody oczyszczonej

Wykonanie: Podgrzać cukier w rondelku, aż się skarmelizuje (nie przypali!). Ostrożnie dodać sodę oczyszczoną i zamieszać. Wciąż bulgocący karmel przelać na papier do pieczenia dzieląc masę na 4-5 porcji, a następnie przykryć drugim papierem do pieczenia i rozwałkować, aż będą tak cienkie, jak na dramie. Zanim karmel ostygnie, odcisnąć na nim foremki (lub nie). Gdy wszystko wystygnie i gotowe możecie pokruszyć i posypać kawę. Resztę możecie śmiało zjeść! Enjoy!


Dwa oblicza amerykańskiej kawy


Odnoszę wrażenie, że w amerykańskiej popkulturze możemy zobaczyć dwa skrajnie różne oblicza kawy. Jedna z nich to kawa z przeźroczystego dzbaneczka, którą serwuje się w typowych amerykańskich jadłodajniach, gdzie ubrana w ikoniczny uniform kelnerka, nieustannie proponuje dolewkę. Gdy próbuję odtworzyć w głowie takie sceny, zawsze jest to przydrożna lub całodobowa i obowiązkowo niegrzesząca czystością knajpa, a bohaterowie po skosztowaniu łyka krzywią się niemiłosiernie. Co ciekawe narzekanie na tę “lurę” wcale nie przeszkadza im przed skorzystaniem ze wspomnianej wcześniej darmowej dolewki. 

Za to drugie oblicze kawy w Stanach Zjednoczonych kreowane jest na smaczne i nowoczesne. W tej odsłonie kawa nie jest jedynym zjadliwym wyborem, jaki bohater może wybrać w menu podejrzanej speluny, ale przyjemnym punktem obowiązkowym, którym koniecznie trzeba podzielić się również z kolegami z pracy. Domyślacie się, jak wygląda kawa, którą mam na myśli? Podpowiem, że jest serwowana na wynos w papierowym  kubeczku najczęściej z bardzo charakterystycznym logo.

Scena z “Diabeł ubiera się u Prady”, czyli z  filmu, który podobno znacząco przyczynił się do spopularyzowania picia kawy w kubkach termicznych.

Choć to nie Stany Zjednoczone są kolebką kawy, to zdecydowanie bardzo mocno przyczyniły się do ukształtowania kultury picia kawy, która jest nam najbliższa. Logo Starbucksu, które kilkanaście lat temu mogliśmy oglądać jedynie na ekranie amerykańskich filmów i seriali, dziś widzimy w produkcjach krajów z całego świata i nieustannie mijamy na ulicach naszych miast. Zresztą sama idea kawy „drive-thru” przyjęła się tak dobrze, bo od dawna wchłanialiśmy ją za pośrednictwem popkultury. Amerykańskie sieciówki zagnieździły się u nas, przemycając nie tylko to, ale również kawy, które mają coraz mniej wspólnego z oryginalnym napojem pobudzającym, za to z pysznym deserem coraz więcej. Zresztą nie od dziś wiadomo, że amerykanie kochają kaloryczne kawy z dużym dodatkiem bitej śmietany, karmelu, sosu czekoladowego czy kolorowych cukierków, co świetne odzwierciedlają kawy sezonowe takie jak Chocolate Gingerbread Latte, Pumpkin Spice Latte, czy Vampire Frappuccino. Najzabawniejsze w tych kawach jest to, że nawet osoby, które nigdy nie były w Starbucksie, nie mają problemu z przywołaniem ich obrazu przed oczami, bo tak często widywaliśmy je na ekranie.

Prawdziwe włoskie kawy


I w końcu Włochy! Nie wiem, czy zauważyliście, że gdy zagraniczny reżyser przenosi akcje swojej produkcji do Włoch, to obowiązkowo sadza swojego bohatera przy stoliku na zewnątrz kawiarenki i karze mu w spokoju delektować się kawą, by operator kamery mógł nakręcić tę scenę z każdego możliwego kąta. To nic, że taka scena nie wnosi do filmu niczego poza pięknym widokiem i atmosferą spokoju. Ważne, że jest odhaczona na obowiązkowej liście każdego filmowca, bo kto to widział być we Włoszech i nie napić się prawdziwej włoskiej kawy?! Pytanie tylko, czym właściwie ta prawdziwa włoska kawa jest?

Espresso zapewne przychodzi Wam na myśl, jako pierwsze, ale wśród prawidłowych odpowiedzi znajduje się też masa innych, np. cappuccino, ristretto, macchiato, marocchino, shakerato shay, latte, czy nawet americano (ciekawostka: americano powstało we Włoszech w czasach II Wojny Światowej, ale stworzyli ją amerykańscy żołnierze, którzy do tradycyjnego espresso dodawali wody, by smak przypominał ten, który znali z domu). Niemniej każda z nich i tak powstaje na bazie espresso, a przy tym ta mała filiżanka w dłoniach fikcyjnych bohaterów stała się już wizytówką tego kraju, więc zaliczamy ją jako najbardziej ikoniczną! Przepisu na nie wszystkie nie będę Wam zostawiać, bo wystarczy być szczęśliwym posiadaczem automatycznego ekspresu do kawy, który zajmie się wykonaniem za nas.

Turecka tradycja parzenia kawy


„– Jaką kawę pijasz?
– Czarną jak noc, słodką jak grzech”
Neil Gaiman, „Chłopaki Anansiego”

Ten krótki cytat doskonale opisuje tradycyjną kawę po turecku, którą podaje się wraz ze szklanką wody. Fani “Wspaniałego stulecia” i zapewne także pozostałych tureckich seriali najpewniej naoglądali się już wielu scen, po których wiedzą aż za dobrze, jak ją zaparzyć. Przytoczyłam pierwszy wspomniany tytuł, ponieważ to naprawdę w pałacu sułtańskim powstała nowa – jak na tamte czasy – metoda parzenia kawy, która rozpoczęła się od zmielenia ziaren w moździerzach, a następnie drobniutki kawowy proszek dosypano do zimnej wody znajdującej się w tygielku i zagotowano (pro tip: odtwarzając w warunkach domowych, na ilość wody mieszczącej się w filiżance użyłam 1 łyżeczkę świeżo zmielonej kawy, dodając od razu cukier). Nietrudno się domyślić, że napój zyskał mocną przychylność sułtana oraz jego pałacowej ekipy, i szybko rozpowszechnił się na ziemiach całego Imperium Osmańskiego.


By w pełni oddać, jak istotnym miejscem na mapie kawowej podróży jest Turcja, dodam, że w 2013 roku turecka tradycja parzenia i picia kawy została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

We “Wspaniałym Stuleciu” mieliście okazję zobaczyć, że mimo wpasowania się w pałacowe gusta, kawa początkowo wywołała krytykę wśród religijnych radykałów. Niemniej trafiłam też na zabawną ciekawostkę, wedle której w XV wieku prawo pozwalało kobietom żądania rozwodu, gdy mąż nie mógł zapewnić żonie dostępu do kawy. Nie jestem pewna, czy twórcy któregokolwiek z tureckich seriali wykorzystali ten motyw w swoich dziełach, ale naprawdę chciałabym obejrzeć taką scenę w historycznej produkcji!


Oczywiście, co kraj to inny sposób parzenia i podawania kawy, a co za tym idzie, bohaterowie popijają coś innego. W Grecji spotkamy ich chłodzących się Frappé (gdyby ktoś pytał to moja ulubiona odsłona kawy i co ciekawe grecka nie różni się niczym od tej robionej w domu…tylko widok zdecydowanie lepszy!), a w Finlandii będą nas zadziwiać dodawaniem do kubka kawy kawałków sera. Swoją drogą jestem bardzo ciekawa, czy nastałaby u nas moda na kaffeost, gdyby skandynawskie produkcje stały się popularne? Chyba tylko Irlandczycy w filmach nie piją kawy, a jedynie dodatek wyróżniający kawę po irlandzku od zwykłej…


Przyznaję, że bardzo doceniam, gdy twórcy popkultury przykładają wagę do takiej drobnostki, jaką jest napój na planie filmowym. Zamiast podejść do tego bezmyślnie, wykorzystują sposób podania jako rekwizyt wzmacniający klimat miejsca, w którym kręcą (lub udają, że kręcą, jeśli budżet nie pozwala na przelot), przy tym robiąc ukłon w stronę kultury tego kraju. Jednocześnie dla nas – widzów – jest to wspaniała możliwość zobaczenia części świata, której jeszcze nie mieliśmy okazji odwiedzić lub za którą tęsknimy.

 
Materiał powstał we współpracy z Przyjaciółmi Kawy, u których znajdziecie wszystko - od rozpuszczalnej dla oryginalnej dalgony, przez ciemno paloną włoską Bialetti, aż po syrop do amerykańskiej - co będzie Wam potrzebne do przygotowania kawy z każdego zakątka świata!


Ps. Jaką kawę najbardziej lubicie?
Czytaj całość

American Vandal, czyli siusiaki, kupa i satyra!

 

Jest coś, czego prawdopodobnie o mnie nie wiecie: Jestem ogromną fanką dokumentów o zbrodniach wszelakich. I zaskoczyłam nikogo, za to Netflix zaskoczył mnie, gdy podsunął mi w propozycjach "American Vandal". Spoiler: Zaskoczenie było mega pozytywne! 


"American Vandal" ma dwa, niepowiązane ze sobą sezony, więc opowiem Wam o każdym z nich z osobna. W pierwszym dostajemy 8 odcinków, w których  Peter Maldonado (Tyler Alvarez), komentator porannego programu Hanover High School oraz scenarzysta i reżyser kryminalnego serialu dokumentalnego American Vandal wraz ze swoim przyjacielem i współproducentem Samem, próbują dociec, kto stoi za zbrodnią, której dokonano na szkolnym parkingu. Teraz przygotujcie się, bo sprawa jest gruba — ktoś namalował sprejem 27 siusiaków na samochodach kadry nauczycielskiej. Dobrze przeczytaliście: wandal siusiaki namalował! Szkody wyceniono na dziesiątki czy tam setki tysięcy dolarów, a władze szkoły za winnego uznały Dylana Maxwella (Jimmy Tatro), bo po pierwsze od początku swojej edukacji w Hanover High School zasłynął z regularnego rysowania siusiaków na szkolnych tablicach, a po drugie znalazł się świadek. Jednak Peter i Sam poddają te dowody w wątpliwość i przeprowadzają własne śledztwo.



W drugim sezonie "American Vandal" Peter i Sam stają się sławni, dzięki swojemu dokumentowi i po nawiązaniu współpracy z Netflixem ruszają do prestiżowego prywatnego liceum, by odkryć prawdę na temat "gównianego rabusia". Przyznam się, że zastanawiam się, jak Wam to streścić, by nie zabrzmiało zbyt groteskowo, ordynarnie i obrzydliwie... Może na wszelki wypadek nie podjadajcie niczego przez chwilę. Soooooo... zaczęło się od lemoniady doprawionej maltitolem, a skończyło na bandzie uczniów wypróżniającej się do kubłów na śmieci, ściany i pod siebie, a wszystko to ostatecznie zostało udokumentowane i upublicznione na instagramie Gównianego rabusia. Później nastąpiły kolejne ataki, jak gówniana piniata i rozprysk przed meczem, ale tu nie będę wdawała się w szczegóły, żeby zostawić Wam coś do odkrycia.


Dokument czy satyra?

Jak już z pewnością zauważyliście tematyka obu sezonów, dość mocno odbiega od standardowych dokumentów, ale czy to wystarczający dowód, że to parodia? W zasadzie nie, bo kto komu zabroni udokumentować i opublikować śledztwo w sprawie siusiaków czy kupy? Osobiście trudno było mi podejść do tego poważnie, a tym bardziej uwierzyć, że nie jest to bardzo wyrafinowana satyra. Niemniej z łatwością uwierzę, że była masa osób mająca spore wątpliwości, czy to na poważnie, czy ktoś jednak nas trolluje, bo jakoś wykonania jest naprawdę zacna. Mimo że Peter i Sam zaczęli kręcić to amatorsko, to wszyscy wiemy, że nawet z amatorskim sprzętem można wyczyniać cuda, a te doprawiono fragmentami telewizyjnych wiadomości i reportaży dotyczących obu spraw, a także nagraniem z rozprawy sądowej. Pojawiały się detale, takie jak zakaz kręcenia w szkole czy wskazanie poprawek animacji z pierwszego sezonu po netflixowym zastrzyku gotówki, które wraz z narracją całej produkcji naprawdę momentami budzą wątpliwości. A później pojawia się dowód na niewinność, którym są włosy na siusiaku i widz znowu zaczyna się śmiać.



By rozwiać wszelkie niejasności: "American vandal" jest satyrą! Nie dlatego, że tak czuję i zakładam. Sprawdziłam. Tak, musiałam to sprawdzić, bo gdzieś z tyłu głowy drzemały maleńkie wątpliwości. Skoro mamy to już ustalone, to napiszę, że to świetny pastisz! Obie sprawy dość szybko zaczynają być dla widza absorbujące, a twórcy potrafili wiernie oddali klimat dokumentów kryminalnych, przebiegle zmuszając widzów do nieustannego kwestionowania autentyczności. Szczerze? Byłam zachwycona i bawiłam się przednio!


Po szybkim sprawdzeniu tematyki i kilku scen byłam przekonana, że to będzie straszne dno (jako popkulturowa masochistka oczywiście musiałam oglądać dalej. Za kogo mnie macie!), a tu zaskoczenie! To było tak głupie, że aż zabawne i w przewrotny sposób sprytne. To nie jest produkcja niskich lotów! Jasne, wybrali sobie temat, który zdecydowanie do takich się zalicza, ale samo wykonanie pokazało, że potrafili to obronić i wznieść się wyżej. Tak, też nie wierzę, że to napisałam i chwalę ten tytuł. Słowo daję, nikt mnie nie przekupił, ani nie groził. Co gorsza, jestem przekonana, że jeśli tylko nie podejdziecie do tego zbyt poważnie, to będziecie się bawić równie dobrze!

Czytaj całość

Czerwcowe premiery książkowe


Wybaczcie, ale tym razem nie będę miła, bo wydawcom chyba odbiło! Niby rozumiem i doceniam, że tak o nas dbają, że rzucają w nas dobrze zapowiadającymi się książkami, ale damn! Takie przywalenie w łeb boli! Naprawdę niebawem w zamówieniach powyżej jakiejś kwoty księgarnie powinny dorzucać regał gratis! A dla klientów VIP ekipę, która dobuduje dodatkowy pokój...



Tasha Suri - Cesarstwo Piasku

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data: 1 czerwca


Mehr jest półsierotą, nieślubną córką cesarskiego urzędnika. Jest cicha, na pozór pokorna i ma macochę, która robi co może, by zamienić jej życie w piekło. Ale, wbrew pozorom, to nie jest kolejna wersja baśni o Kopciuszku.

Bo Mehr ma też moc, którą odziedziczyła po wygnanej matce. W jej żyłach płynie pradawna magia, przekazywana z pokolenia na pokolenie od czasów, gdy bogowie stąpali po ziemi między ludźmi. I wcale nie jest pokorna.

Kiedy historia zatoczy koło, a ludzka nienawiść sięgnie po krew Mehr, dziewczyna będzie musiała wykorzystać wszystkie swe zdolności, siłę woli i błyskotliwy umysł, by ratować swoje życie i przyszłość ukochanej, młodszej siostry.


Adalyn Grace - Władczyni dusz

Wydawnictwo: Filia

Data: 8 czerwca


Jestem słusznym wyborem. Jedynym wyborem. I będę chronić swoje królestwa.

Amora Montara zostanie królową.

Księżniczka królestwa wysp Visidia całe życie spędziła na ćwiczeniach, by zostać Władczynią Dusz. Wszyscy, prócz niej, mogą wybrać rodzaj magii, którą będą się posługiwać. Aby zapewnić sobie tytuł następczyni tronu, musi udowodnić, że potrafi panować nad niebezpieczną magią dusz.

Podczas ostatecznej próby ponosi porażkę i zostaje zmuszona do ucieczki. Zawiera układ z tajemniczym piratem, Bastianem. Musi udowodnić, że zdolna jest rządzić.

Żeglowanie pośród wysp jest jednak bardziej niebezpieczne, niż się księżniczce zdawało. Destrukcyjna nowa magia rośnie w siłę, a jeśli Amora chce ją zwyciężyć, będzie musiała stawić czoła legendarnym potworom i mściwym syrenom. W przeciwnym wypadku zaryzykuje losy królestwa i na zawsze straci szansę na koronę.


Ayana Gray - Drapieżne bestie

Wydawnictwo: You&YA

Data: 1 czerwca


Szesnastoletnia Koffi pracuje dla cieszącego się złą sławą Nocnego Zoo. Zajmuje się groźnymi, magicznymi stworzeniami, by spłacić zaciągnięte przez rodzinę długi i odzyskać upragnioną wolność. Gdy pewnego wieczoru okrutny właściciel Zoo grozi jej bliskim, Koffi uwalnia moc, której nie rozumie.

Ekon, syn zasłużonego bohatera, chce wstąpić w szeregi Synów Sześciu i zostać wojownikiem. W dniu, w którym przystępuje do ostatniego rytuału przejścia, na drodze do realizacji planu staje mu pożar Nocnego Zoo, Shetani – niebezpieczny potwór terroryzujący miasto - i dziewczyna, która ma moc, by przegonić bestię.

Splot okoliczności sprawia, że dwoje nastolatków łączy siły. Koffi i Ekon – zachowując w tajemnicy swoje prawdziwe motywy – postanawiają wspólnie pokonać Shetaniego.

Wyruszają do Dżungli spowitej magią i niezliczonymi niebezpieczeństwami. Rozpoczyna się polowanie, w czasie którego granica między myśliwymi a ofiarą powoli się zaciera, a nastolatkowie odkrywają o wiele więcej niż się spodziewali.



Heather Walter - Malice

Wydawnictwo: You & YA

Data: 15 czerwca


Po śmierci dwóch królewskich córek w Briarze pozostała już tylko jedna pretendentka do tronu. Księżniczka Aurora za rok skończy dwadzieścia jeden lat. Jeśli i ona umrze, królestwo pogrąży się w zupełnym chaosie. Bo tylko kobieta ­– potomkini pierwszej królowej, dzielnej Leythany – może rządzić monarchią. Z sąsiedniego królestwa Etherian mieszkańcy Briaru otrzymali w darze cząstkę magii pod postacią Łask. To rodzące się w ludzkich rodzinach dziewczynki z kolorowymi włosami, złotymi oczami i magiczną krwią.

Ale magia nie pomaga Briarowi, w królestwie źle się dzieje od dłuższego czasu. Łaski nie mogą opuszczać granic państwa, by nikt nie wykradł sekretu ich magii. Są surowo karane za nieposłuszeństwo. Szlachta odurza się magicznym proszkiem i wydaje fortunę na eliksiry. A wśród tego wszystkiego jest ona – Alyce.

Znaleziona na ulicy jako niemowlę, oddana na wychowanie Łaskom, mieszka w Domu Lawendowym. Sama też jest Łaską, nie złotą jednak, lecz mroczną. Bo jej magia ściąga zło. W dzieciństwie wyśmiewana i poniżana, wciąż budzi pogardę i strach, chyba że… ludzie potrzebują jej eliksiru. Alyce życzy królestwu wszystkiego najgorszego. Jest w tym samym wieku co księżniczka – ale nie tylko to je łączy.


Marlena Joanna Sychowska - Szept lasu

Wydawnictwo: Osobliwe

Data: 15 czerwca


Najpiękniejsza dziewczyna w królestwie, zakochany książę i nieufny drwal - tę trójkę naznaczył los z pomocą magicznego lustra i mściwej wiedźmy.

Retelling najpiękniejszych bajek dzieciństwa w nowej, dojrzałej odsłonie z baśniowym klimatem wpasowuje się w obecny nurt young adult.

Eillen, jak każda dziewczyna w Amarat, wybiera się na doroczny Bal Najpiękniejszej organizowany przez króla Strahana. Drwal Jahter na zlecenie wiedżmy musi ukrać Diadem Najpiękniejszej przed wybiciem północy, zaś książę Cedric, rozdarty między ojcem a własnym sercem, poprzysięga, że uchroni swoją ukochaną przed okrutnym losem. Kiedy Lustro wybiera tegoroczną Najpiękniejszą, a z zamku znika coś więcej niż tylko korona, bohaterowie muszą zmierzyć się z przeznaczeniem.


Neil Gaiman, Colleen Doran - Szkło, śnieg, jabłka i inne historie

Wydawnictwo: Story House Egmont

Data: 1 czerwca


Zbiór komiksowych adaptacji trzech opowiadań słynnego pisarza Neila Gaimana: "Trollowy most", "Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach" i "Szkło, śnieg i jabłka".

Jack od dziecka wierzył w potwory i do dziś prześladuje go jeden z nich: żarłoczny, monstrualny troll...

Piętnastoletni Enn nie ma śmiałości do dziewczyn – i chyba jeszcze długo nie będzie miał po tym, jak na pewnej prywatce pozna grupę bardzo dziwnych piękności...

Wdowa po królu postanawia pozbyć się swojej pasierbicy, ale czyni to nie dla władzy, a dla dobra poddanych...



Adam Silvera, Becky Albertalli - To właśnie my

Wydawnictwo: We Need YA

Data: 29 czerwca


Becky Albertalli i Adam Silvera ponownie łączą siły, aby kontynuować historię Arthura i Bena! Chłopaków, w których czytelnicy po raz pierwszy zakochali się w bestsellerowej komedii romantycznej "A jeśli to my"!

Ben po pierwszym roku studiów czuje, że utknął: zajęcia są męczące, praca na pół etatu z ojcem – jeszcze gorsza, a Dylan, jego najlepszy przyjaciel, zachowuje się dziwnie. Jedynym jasnym punktem w życiu Bena jest Mario, jego kompan w pisaniu, który udziela mu lekcji hiszpańskiego i daje mnóstwo całusów. Wielkie hollywoodzkie marzenia Mario sprawiają, że Ben zaczyna śnić o swoich pragnieniach jeszcze intensywniej, a wybory, których dokonuje, mogą być kluczem do zmiany przyszłości. Tylko dlaczego nie może przestać myśleć o pewnym chłopaku ze swojej przeszłości?

Arthur powraca do Nowego Jorku po raz pierwszy od dwóch lat, gotów szturmować świat teatru jako najlepszy na świecie... stażysta asystenta reżysera off-broadwayowskiego. Oczywiście spędzanie lata z dala od swojego słodkiego, niezawodnego chłopaka Mikeya jest beznadziejne, ale on wie, że ich związek jest wystarczająco silny, by przetrwać rozłąkę. Dlatego to nic wielkiego, gdy jego były chłopak Ben wpada z powrotem na scenę jego życia. I to zdecydowanie w porządku, że Ben jest szczęśliwy z jakimś tajemniczym Mario. Pierwsze miłości zawsze są wyjątkowe, ale już o wiele za późno na kolejne "co jeśli", prawda?

Nawet gdy chłopcy próbują uciekać od tego, co było, nieustannie na siebie wpadają. Czy wszechświat próbuje im powiedzieć, że w ich życiach jednak nastąpi zmiana? Czy to właśnie teraz nadszedł ich czas?


Marcel Moss - Mój ostatni miesiąc

Wydawnictwo: Filia

Data: 1 czerwca


Nagła śmierć matki wywraca do góry nogami życie nastoletniego Sebastiana. Pogrążony w depresji chłopak oddala się od bliskich i wpada w podejrzane towarzystwo. Gdy pewnego dnia pod wpływem używek omal nie doprowadza do tragedii, zmartwiony ojciec podejmuje wobec niego stanowcze kroki. Mężczyzna nakłania syna do odbycia wakacyjnego wolontariatu w podwarszawskim hospicjum. Wierzy, że opieka nad ludźmi nieuleczalnie chorymi pomoże zbuntowanemu Sebastianowi na nowo docenić życie.

Wkrótce chłopak poznaje chorego na raka Mateusza. Ten wyjawia Sebastianowi, że zdaniem lekarzy został mu miesiąc życia. Zamierza jednak oszukać śmierć, a nowy znajomy ma mu w tym pomóc. Rozpoczyna się pełen humoru, wzruszeń i cennych życiowych lekcji wyścig, w którym stawką jest każdy dodatkowy dzień. W jego trakcie Sebastian i Mateusz nie tylko odkrywają prawdę o sobie, ale i przekonują się, że miłość i pamięć mają dużo większą moc niż śmierć.

Miłość jest najważniejsza, czyż nie?


Alice Oseman - Heartstopper. Tom 4

Wydawnictwo: Jaguar

Data: 1 czerwca


Charlie nigdy by nie pomyślał, że Nick mógłby go w ogóle polubić, ale teraz są oficjalnie parą. Charlie dojrzewa do tego, by wypowiedzieć dwa magiczne słowa: kocham cię.

Nick czuje to samo, ale ma dużo na głowie – jeszcze nie wyoutował się przed swoim tatą. Coraz bardziej martwią go też zaburzenia odżywiania u Charliego.

Kończy się lato, a zaczyna nowy rok szkolny. Charlie i Nick wkrótce dowiedzą się wiele o sile i znaczeniu miłości.



Kerri Maniscalco - Jak podejść Rozpruwacza

Wydawnictwo: Must Read

Data: 29 czerwca


Nieodkładalna historia o miłości i zbrodni, przyciąganiu i chemii, która z mieszkania angielskiego lorda prowadzi do sal sekcyjnych laboratorium i do ciemnych zaułków londyńskich ulic XIX wieku. Cudownie feministyczna, świeża, niepokorna. Od pierwszego rozdziału pokochasz Thomasa i Audrey Rose oraz ich zaczepne dialogi.

Siedemnastoletnia Audrey Rose Wadsworth to córka angielskiego lorda, której pisane jest życie w bogactwie i luksusach. Mało kto wie jednak, że coś fascynuje ją bardziej niż eleganckie podwieczorki i przymiarki sukni z jedwabiu. Jej prawdziwa pasja pozostaje ukryta przed światem. Wbrew życzeniom surowego ojca i konwenansom Audrey Rose często wymyka się do laboratorium stryja, żeby pod jego okiem odbywać ponure i krwawe praktyki z medycyny sądowej.

Dzięki pracy przy zwłokach Audrey Rose dołącza do poszukiwań seryjnego mordercy, a tropy w śledztwie nakierowują ją na osoby z jej własnego, zamkniętego świata, który już w chwili urodzenia przeznaczył ją do roli matki i żony.


Wampiry nie starzeją się nigdy. Opowiadania na ząb

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data: 14 czerwca


Mroczny humor i przerażające historie dla fanów wampirów w każdej możliwej odsłonie

Wyśmienity zbiór mrożących krew w żyłach opowieści, napisanych przez najpopularniejszych autorów literatury dla młodzieży. W "Rodzie Czarnych Szafirów" Dhonielle Clayton odkrywa sekretny świat wampirów oraz magię kryjące się za drzwiami Nowego Orleanu. Poznajmy "Chłopców z Krwawej Rzeki" Rebekki Roanhorse oraz ich kuszącą moc i straszliwe ofiary. A w "Pierwszym zabójstwie" V. E. Schwab bądźmy świadkami wielowiekowej walki wampirów z ich zabójcami oraz zakazanej miłości wywołującej dreszcz emocji. Wampiry czające się w mediach społecznościowych, wampiry głodne czegoś więcej niż krwi, wampiry ujawniające się i szykujące do pierwszego zabójstwa – ten fantastyczny zbiór daje nową interpretację wiekowej klasyki. Oto ewolucja wampira – i rewolucja na kartach papieru!


Berenika Katarzyna Miszczuk - Gniewa

Wydawnictwo: Mięta

Data: 8 czerwca


W Bielinach zostają znalezione zwłoki kobiety. Ostatnią osobą, która widziała ją żywą, jest Jarogniewa. Mieszkańcy Bielin niemalże natychmiast zaczynają podejrzewać, że szeptucha ma z tym coś wspólnego. Czy śmierć kobiety mogła mieć związek z magiczną miksturą szeptuchy? A może z tajemniczym kochankiem? Jaga postanawia rozwikłać tę zagadkę, zanim policja na dobre zajdzie jej za skórę.


P.C. Cast - Dary bogiń. Siostry z Salem

Wydawnictwo: Jaguar

Data: 15 czerwca


Mercy i Hunter to siostry bliźniaczki, wywodzące się z rodu Goode. Założycielką rodu i miasta w Illinois, była jedna z czarownic z Salem, która zdołała uciec przed egzekucją. Osiadła w miejscu, które Indianie obchodzili szerokim łukiem; wedle ich wierzeń było ono bowiem siedliskiem zła. Zapieczętowała magicznym zaklęciem cztery bramy do czterech mitycznych światów podziemnych i na każdej z bram zasadziła drzewo, które jej strzegło. Przez ponad trzysta lat wiedźmy Goode dbały o dobrostan drzew.

W dniu szesnastych urodzin świat Mercy i Hunter się zawalił. Nie dość że matka zginęła tragicznie na ich oczach, to po pewnym czasie drzewa zaczęły powoli umierać, toczone nieznaną chorobą. Przez pękające bramy z innych światów przedostawały się mityczne bestie zagrażające miastu. A dziewczyny, zamiast się zjednoczyć, popadają w konflikt. One, dotąd nierozłączne, teraz nie widują się poza szkołą, nie rozmawiają ze sobą. Stają się coraz bardziej samotne, coraz bardziej przerażone, uginające się pod brzemieniem odpowiedzialności. Na własną rękę próbują - każda osobno – ponownie zapieczętować bramy. W dodatku były chłopak Mercy szczuje na nie rówieśników. Mercy i Hunter szukają pomocy u swoich boskich patronek, ale dary od bogiń pakują je w jeszcze większe tarapaty. I świat stopniowo staje się coraz groźniejszy, coraz bardziej mroczny.


Ps. Zgadniecie, o co zamieram zapytać? Wiem, że wiecie!

Czytaj całość

Polityka Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Małgorzata Stefanik, e-mail: gosiarella@gmail.com. Zamieszczając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez Administratora. W każdej chwili masz prawo do: żądania dostępu do swoich danych osobowych, sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania, przeniesienia, cofnięcia zgody na przetwarzanie oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego. Na blogu zaimplentowany jest kod śledzenia Google Analitycs w celach analizy statystyki bloga.

© Copyright Gosiarella