The Crossing: Przeprawa w czasie do szarej i nijakiej rzeczywistości


Zawsze powtarzam, że żyjemy w fajnym kraju i w fajnych czasach. Nie ma wojen, zaraz dziesiątkujących ludzkość, niewolnictwa, czy terroru. W zamian mamy internet, wygodny dostęp do wszystkiego, czego dusza zapragnie i prawo, które zazwyczaj chroni nas przed niesprawiedliwością. Tak, żyjemy w fajnych czasach - tak fajnych, że ludzie z przyszłości nazywają go "długim pokojem" i szukają tu schronienia, a przynajmniej ci z serialu "The Crossing: Przeprawa".

Według twórców serialu ABC w przyszłości ludzie ulepszą swoje geny tworząc Apex, czyli rasę ludzi szybszych, silniejszych i odpornych na wszelkie choroby. Problem polega na tym, że przypadkowo stali się oni bezduszni i wytępili bodajże 97% ludzkości. Pozostali normalni żyją w strachu. Nieustannie się na nich poluje i porywa ich dzieci. Nie fajnie, prawda? Właśnie dlatego garstka ocalałych postanowiła cofnąć się do naszych czasów, jednak coś źle skalibrowali i wylądowali pod wodą. Z czterystu ludzi przeżyło czterdziestu siedmiu, których zamknięto w strzeżonym ośrodku. Znalazły się osoby, które nie mogą pozwolić, by ich historia ujrzała światło dzienne, a także osoby, które chcą pomóc im znaleźć bezpieczny dom, dla którego porzucili swoje czasy.

To szeryf Ellis. Wróćcie do tego gifa, gdy przeczytacie poniższy akapit, by zrozumieć co miałam na myśli.
Sama koncepcja przypadła mi do gustu, chociaż zdecydowanie przydałoby się wciśnięcie do serialu większej ilości retrospekcji (Futurospekcji? Ciężko stwierdzić.), dzięki którym moglibyśmy zajrzeć w przyszłość świata, a jednocześnie przeszłość bohaterów. A tak poznajmy je głównie z opowiadań bohaterów. Szkoda, bo przez to w połączeniu ze sporą liczbą występujących postaci, ciężko było mi się zżyć z jakąkolwiek bohaterem. Niby historia całej grupy jest wystarczająco ciekawa, więc życiorys pojedynczych jednostek nie musi być rozwijany, jednak zawsze lepiej się ogląda serial, gdy ma się choć jednego bohatera, któremu można kibicować. Teoretycznie na tle wszystkich wybija się postać laski ninja, czyli  Reece (Natalie Martinez), ale trochę ciężko kibicować masowej morderczyni przelewającą krew mojej rasy, nawet jeśli jest już zbuntowanym Apex z instynktem macierzyńskim. Niby jest jeszcze szeryf, ale grający go Steve Zahn ciągle robi miny i pozy, jakby był odrobinę opóźniony. O pozostałych boję się nawet wspominać. A nie czekajcie! Jest jedna postać, przy której się uśmiecham - zastępca szeryfa grany przez Ricka Gomeza. Niemniej nie oszukujmy się, jest on typowym bohaterem wspierającym, który ma widzów bawić udając przygłupa, a taka konwencja sprawdza się tylko wtedy, gdy pojawia się w małej ilości scen.

Głównym problemem "The Crossing: Przeprawa" jest to, że ciężko go zareklamować. Nie ma tam wielkiej tajemnicy, którą mógłby rozwiązać jedynie Sherlock Holmes. Nie jest zabawny, więc nie poprawi Wam humoru po kiepskim dniu. Nie ma w sobie wartkiej akcji zapierającej dech w piersiach. Nie jest ani innowacyjny, ani specjalnie wymyślny. Nie ma bohaterów, których pokochacie, ani historii, która wyrwie Was z butów. Co więc można o nim powiedzieć, by przekonać kogokolwiek do oglądania? Twórcy rzucili nawiązanie do Lostów, ale jedyne, co ich z nimi łączy to to, że grupa ocalałych wypełzła z morza na ląd i jest odcięta od swoich domów. To by było na tyle. Wiem, że to brzmi, jakby serial był zły i nie warty polecenia, ale tak nie jest. Ogląda się go dobrze i wciąga, ale jest tak szary, nijaki i ponury, że już na pierwszy rzut oka człowiek w środku lata zostaje zmiażdżony wspomnieniami jesiennej depresji. Aż się boję, jakie emocje wywoływałby w ludziach oglądającym go w sezonie jesienno-zimowym.

Niech to posłuży za odpowiedź.

Wiecie co? Poddaje się. Tego serialu naprawdę nie da się sprzedać, dlatego ograniczę się do prostego komunikatu. Jest całkiem niezły. Jeśli ktoś z Was szuka kilku odcinkowego serialu, który ma tylko jeden sezon (stacja nie zamówiła kolejnego) z zasadniczo dobrym zakończeniem (większość wątków pozamykali), to ten tytuł się nada. Jeśli ktoś z Was szuka serialu z wątkiem podróży w czasie i lubi rozważać, co mogłoby się nam przydarzyć w przyszłości i/lub dokąd zaprowadzi nas babranie się w ulepszanie genów, to ten tytuł się nada. A jeśli ktoś z Was lubi ponure widoczki i aktorów przypominających Tofika z kabaretu Ani Mru-Mru to ponownie - ten tytuł się nada!


Na Facebooku znajdziecie opinii i newsów o serialach: 



Ps. A Wy za co lubicie nasze czasy? A jeśli nie lubicie to do jakich chcielibyście się cofnąć?